tłum. Józef Birkenmajer

Kopalnie diamentów

Niedługo potem zdarzyła się rzecz, budząca powszechne podniecenie. Nie tylko Sara, ale i cała szkoła uznała ją za nader ciekawą i uczyniła z niej główny temat rozmowy na parę tygodni. Oto w jednym ze swych listów kapitan Crewe opowiedział niebywale interesującą historię. Jeden z jego przyjaciół, który kolegował z nim jeszcze w ławie szkolnej, przybył niespodziewanie do Indii, aby go odwiedzić. Był on właścicielem znacznego obszaru ziemskiego, na którym znajdowano diamenty, i właśnie przystąpił do organizowania kopalni. O ile by spełniły się wszystkie jego przewidywania, mógł w krótkim czasie dojść do tak ogromnego majątku, że na samą myśl o nim już człowiekowi mąciło się w głowie. Ponieważ zaś żywił dla swego druha z lat chłopięcych uczucie gorącej przyjaźni, więc dawał mu sposobność do udziału w tych olbrzymich skarbach, czyniąc go powiernikiem i wspólnikiem swego przedsięwzięcia. Tyle przynajmniej Sara zdołała wyrozumować z listu swojego ojca. Gdyby szło o jakieś inne przedsiębiorstwo, choćby najbardziej zyskowne, na pewno i ona sama, i jej towarzyszki nie zainteresowałyby się zbytnio tą wiadomością; jednak wyrażenie kopalnie diamentów do tego stopnia przypominało opowiadania z Tysiąca i jednej nocy, że nikt nie mógł pozostać obojętnym. Sara była nim wprost oczarowana. Poczęła rozsnuwać przed Lottie i Ermengardą obrazy krętych korytarzy w głębi ziemi, gdzie błyszczące kamienie zdobiły zarówno ściany, jak i strop i podłogę, skąd wyrąbywali je czarni, dzicy ludzie ciężkimi żelaznymi kilofami. Ermengarda była zachwycona tą opowieścią, a Lottie co wieczór nalegała, żeby powtarzać jej wszystko od początku do końca. Jedynie Lawinia wzruszała ramionami i zwierzała się Jessie, że nie wierzy w istnienie kopalni diamentów.

— Moja mamusia ma pierścionek z diamentem, który kosztuje czterdzieści funtów, choć wcale nie jest wielki. Gdyby istniały kopalnie pełne diamentów, wszyscy ludzie staliby się bogaci aż do zbytku.

— Może Sara stanie się bogatą aż do zbytku — zaśmiała się Jessie.

— Ona i tak już w zbytkach się wychowała, choć nie jest bogata — fuknęła Lawinia.

— Zdaje mi się, że jej zazdrościsz — rzekła Jessie.

— O nie, wcale nie! — warknęła Lawinia. — Ale nie wierzę w te kopalnie diamentów.

— No, przecież ludzie muszą je skądś dobywać — odparła Jessie, po czym znów zaśmiała się: — A co myślisz o tym, co mówiła Gertruda?

— Nie wiem, co mówiła... i nie chcę słuchać, jeżeli to dotyczyło Sary.

— A właśnie dotyczy. Jednym z jej urojeń jest to, jakoby była księżniczką. Odgrywa wciąż jej rolę — nawet w klasie. Mówi, że to jej pomaga do lepszego wyuczenia się lekcji. Chciałaby i z Ermengardy zrobić księżniczkę, ale Ermengarda odpowiada, że jest do tego za gruba.

— Bo też jest za gruba — potwierdziła Lawinia. — A Sara za chuda!

Jessie roześmiała się znowu.

— Ona mówi, że to nie ma nic do rzeczy, jak kto wygląda lub czym się odznacza, bo ważniejsze jest to, co się robi lub co się myśli.

— Coś mi się zdaje, że nawet gdyby była żebraczką, jeszcze by się jej roiło, iż może być księżniczką — odpowiedziała Lawinia. — Wiesz co? Będziemy ją odtąd nazywały Jej Książęcą Mością.

Gdy skończyły się wszystkie lekcje tego dnia, dziewczynki zasiadły przed kominkiem w sali szkolnej i zabawiały się, jak tylko mogły. W tym samym czasie miss Minchin i miss Amelia jadły podwieczorek w pokoiku, do którego nikt prócz nich dwóch nie miał wstępu. O tej godzinie wiodły zawsze długą poufną rozmowę, zwłaszcza o ile nie przeszkadzał im w tym hałas młodszych uczennic, co (trzeba stwierdzić) zdarzało się nader często; w takich wypadkach jednak zazwyczaj wdawały się w to starsze uczennice i dopiero gdy ich łajania lub rękoczyny nie odnosiły skutku, pojawiała się w drzwiach miss Minchin lub miss Amelia i kładła tamę swawoli. Właśnie gdy Lawinia kończyła swe słowa, drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Sara, za którą — niby mały piesek — dreptała nieodstępna Lottie.

— Już ona tu przylazła z tym nieznośnym dzieciakiem! — syknęła Lawinia. — Skoro ona tak lubi tę małą, to czemu jej nie trzyma w swoim pokoju? Tylko patrzeć, jak się ta płaksa rozbeczy!

Właśnie zdarzyło się, że Lottie ni stąd, ni zowąd zapragnęła bawić się w sali szkolnej i wyprosiła u swej przybranej matki, żeby zabrała ją tam z sobą. Przyłączyła się do gromadki najmłodszych dziewczynek, bawiących się w kącie, natomiast Sara usiadła na ławce pod oknem, otworzyła książkę i zaczęła czytać. Była to książka o rewolucji francuskiej. Niebawem całą uwagę Sary pochłonęło opowiadanie o losach więźniów Bastylii, którzy tak długie lata spędzili w ciemnicy, że gdy ich stamtąd wyzwolono, mieli twarze całkowicie zasłonięte długim, siwym zarostem i już wcale nie pamiętali, jak wygląda świat zewnętrzny, ale byli podobni do ludzi pogrążonych we śnie...

Czytając to, tak daleko odbiegła od sali szkolnej, że doznała przykrego uczucia, gdy nagle głośny płacz Lottie przywołał ją znów do rzeczywistości. Nigdy nie było jej trudniej zapanować nad sobą, jak wtedy, gdy ktoś przerwał jej marzenia.

— Mam wtedy takie uczucie, jakby mnie ktoś nagle uderzył — zwierzyła się pewnego razu Ermengardzie. — We mnie natychmiast budzi się chętka, by odwzajemnić się za to uderzenie... i muszę sobie wszystko prędko przypomnieć, by powstrzymać się od powiedzenia jakiegoś niegrzecznego słówka.

Okazało się, że Lottie ślizgała się po posadzce szkolnej, wskutek czego najpierw pobudziła do gniewu Lawinię i Jessie, a następnie upadła i stłukła sobie tłuste kolanko. Zaczęła więc krzyczeć wniebogłosy i podrygiwać na jednej nóżce, budząc na przemian to współczucie, to nagany ze strony koleżanek.

— Ucisz mi się natychmiast, ty bekso! Ucisz się natychmiast! — łajała ją Lawinia.

— Ja nie jestem beksą... wcale nie! — kwiliła Lottie. — Saro! Saro!

— Jeżeli nie przestanie ryczeć, miss Minchin ją usłyszy i będzie się gniewała! — zawołała Jessie. — Lottie, moja droga, nie płacz. Dam ci pensa!

— Nie chcę twojego pensa — załkała Lottie i ujrzawszy kropelkę krwi na kolanie, wybuchnęła nowym płaczem.

Sara przebiegła przez pokój i uklęknąwszy na ziemi, przytuliła do siebie dziecinę.

— Ależ, Lottie — odezwała się do niej. — Przecież mi obiecałaś...

— Ona powiedziała, że ja jestem beksą! — rozbeczała się Lottie.

Sara pogłaskała ją, ale przemówiła do niej głosem stanowczym, który Lottie znała tak dobrze:

— Bo też będziesz nią naprawdę, gdy będziesz tak wciąż płakała, moja Lottie. Przecież obiecałaś...

Lottie pamiętała o swojej obietnicy, mimo to wolała znów głos podnieść:

— Ja nie mam mamusi!... ja wcale nie mam mamusi.

— Owszem, masz — rzekła Sara pogodnie. — Czy już zapomniałaś? Czy nie wiesz o tym, że Sara jest twoją mamusią? Czy nie chcesz, żeby Sara była twoją mamusią?

Lottie przygarnęła się do niej, chlipiąc cichutko.

— Chodź i usiądź ze mną przy oknie — mówiła dalej Sara. — Opowiem ci bajkę.

— Opowiesz? — zapiszczała Lottie. — Opowiesz mi... o kopalniach diamentów?!

— O kopalniach diamentów? — oburzyła się Lawinia. — Ach ty mała rozpustnico, jak chętnie bym cię obiła!

Sara zerwała się szybko na równe nogi. Należy sobie przypomnieć, że przerwano jej tak zajmującą lekturę o zdobyciu Bastylii — że musiała nagle oderwać się od książki i pospieszyć z pomocą przybranemu dziecku — a wreszcie, że nie była aniołem i że nie czuła zbyt wielkiej sympatii dla Lawinii.

— No, no! — zawołała, zapalając się. — Ja zaś miałabym wielką chętkę obić ciebie... ale nie myślę cię bić! — dodała, hamując uniesienie. — Nie jesteśmy przecież dziećmi z ulicy. Jesteśmy już na tyle dorosłe, by umieć się lepiej sprawować!

Lawinia natychmiast wyzyskała nadarzającą się jej sposobność:

— Wasza książęca mość ma rację — odezwała się z przekąsem. — Podobno jesteśmy księżniczkami... przynajmniej jedna z nas. Nasza szkoła powinna odznaczać się dobrym tonem, skoro pomiędzy uczennicami ma księżniczkę.

Sara rzuciła się ku niej — i miało się wrażenie, że chce jej porządnie natrzeć uszu. Skłonność do rojeń była radością jej życia — o której nigdy nie rozmawiała z dziewczynkami, których nie lubiła. Jej nowe urojenie — o tym, jakoby była księżniczką — było aż nazbyt bliskie jej sercu, więc była na tym punkcie nader drażliwa i nieśmiała, uważała je niemal za tajemnicę; toteż bardzo ją dotknęło, że Lawinia ośmieliła się ośmieszać ją w tym względzie wobec całej niemal szkoły. Zaszumiało jej w uszach, a na policzki wystąpił silny rumieniec. Powstrzymała się jednakże w porę. „Księżniczka nie powinna unosić się złością” — przemknęło jej przez myśl. Opuściła rękę i przez chwilę nie mówiła ani słowa. Następnie wzniosła głowę i przemówiła głosem stanowczym i spokojnym, tak iż wszyscy mogli ją słyszeć:

— Tak, to prawda! Czasami wyobrażam sobie, że jestem księżniczką. Mogę więc i na to się zdobyć, by zachować się jak księżniczka.

Lawinia nie po raz pierwszy przekonała się, że nie potrafi dać Sarze trafnej odpowiedzi. Przyczyna zaś leżała w tym, że ogół przysłuchujących się dziewczynek zawsze jakby brał stronę jej przeciwniczki. I teraz Lawinia widziała, że wszystkie nadstawiają uszek z zainteresowaniem; wszystkie bowiem miały słabość do księżniczki i spodziewały się, że usłyszą o jednej z nich coś więcej, niż dotąd słyszały. Zaczęły więc skupiać się dokoła Sary.

Koniec końców, Lawinia zdobyła się na jedną tylko uwagę, która zresztą wypadła bladawo:

— Wiesz co, moja droga? Gdy wstąpisz na tron, nie powinnaś o nas zapominać.

— Nie zapomnę — odpowiedziała Sara i na tym ucięła rozmowę, wpatrując się spokojnie w Lawinię, której nie pozostało nic innego jak wziąć Jessie pod ramię i wyjść z sali.

Od tego czasu te dziewczynki, które jej zazdrościły, nazywały ją księżniczką Sarą, gdy chciały okazać jej szczególną wzgardę, natomiast te, które ją lubiły, nadawały jej pomiędzy sobą to miano na znak swego przywiązania. Nikt wprawdzie nie wołał na nią „księżniczko” zamiast „Saro”, ale jej wielbicielki wielce radowała barwność i wspaniałość tego tytułu, a miss Minchin, posłyszawszy to nazwanie, napomknęła o nim kilkakrotnie wobec odwiedzających ją gości, zdając sobie sprawę z tego, że rzecz taka dodawała splendoru jej szkole.

Becky uważała ów tytuł za rzecz najsłuszniejszą w świecie. Znajomość, zawarta w ów mglisty dzień, gdy mała posługaczka obudziła się ze strachem w wygodnym fotelu Sary, trwała nadal i stawała się coraz bardziej zażyła, choć miss Minchin i miss Amelia nic prawie o tym nie wiedziały. Zauważyły wprawdzie, że Sara była grzeczna dla posługaczki, ale nie doszła do nich nawet głucha wieść o tych z trudem wydartych chwilach, gdy Becky, błyskawicznie uporawszy się ze sprzątaniem górnych pokojów, wkraczała do pokoju Sary, składając z westchnieniem ulgi ciężką paczkę węgli na ziemię. W owych chwilach powiastki szły za powiastkami, jak na zamówienie, a różne smakołyki wędrowały bądź do ust Becky, bądź do jej kieszeni jako zapas na noc, którą posługaczka spędzała w swym łóżku na poddaszu.

— Ale muszę je ostrożnie zjadać, prosę panienki — odezwała się pewnego razu — bo kiej ostawię okrusyny, zaro wyłazom scury, żeby je pożreć.

— Szczury! — zawołała Sara w przerażeniu. — To tam są szczury?

— Juści, całe gromady, panienko — odpowiedziała Becky takim głosem, jakby mówiła o rzeczy najzwyklejszej w świecie. — Na strychach zawdy bywo wiela scurów i mysów. Cłek się ta w końcu przyzwycai do hałasu, który one robiom. Ja to się tak przyzwycaiłam, ze sobie z nich nic nie robie, póki mi nie zacnom biegać po podusce.

— Och! — zawołała Sara.

— Cłek się do wsyćkiego przyzwycai w cas jakisik — mówiła dalej Becky. — I panienka pewnikiem by sie przyzwycaiła, kieby się urodziła pomywackom. A ja wolę scury nizeli karaluchy.

— I ja bym też wolała — odpowiedziała Sara. — Zdaje mi się, że prędzej bym się pogodziła ze szczurem niż z karaluchem.

Czasami Becky nie odważała się pozostawać dłużej niż parę minut w jasnym i ciepłym pokoju; w takich razach dziewczynki wymieniały między sobą tylko parę słów, po czym małe zawiniątko wędrowało do staroświeckiej torebki, którą Becky nosiła pod fartuchem, przywiązaną do pasa kawałkiem tasiemki. Szukanie i wynajdowanie różnych smakołyków, które można było zapakować w małym zawiniątku, dodawało życiu Sary nowego uroku. Ilekroć wychodziła lub wyjeżdżała na spacer, zawsze rozglądała się skwapliwie po wystawach sklepowych. Gdy po raz pierwszy przyniosła do domu parę pierożków z mięsem, zrozumiała, że teraz dopiero odkryła to, co potrzeba; gdy je wydobyła, oczy Becky zajaśniały radością:

— Ach, panienko! — zamruczała. — To-to bedzie i smacne i pozywne! Najlepse to, jak sie cłek moze pozywić. Ciastko z kremem to dobra rzec, ale sie tak rozpływo, jak... panienka pewnie wi, co chcę powiedzieć. A to, co mi tera panienka przyniesła, to dopiero cłek pocuje w zołądku.

— No, no! — zawahała się Sara. — Nie wiem, czy ci to wyjdzie na zdrowie, jeżeli będziesz wciąż coś czuła w żołądku... ale sądzę, że się tym pożywisz.

Istotnie była to rzecz pożywna — podobnie jak kanapki z polędwicą, kupione w bufecie restauracyjnym — jak zawijane zrazy i serdelki. Z czasem Becky zaczęła się pozbywać uczucia głodu i zmęczenia, a paczka z węglami już jej się nie wydawała tak nieznośnie ciężka.

Dotychczas Becky prawie nie wiedziała, co to śmiech; nie nastrajało ją do radości jej smutne i ciężkie życie. Sara nauczyła ją śmiać się i śmiała się razem z nią; a chociaż żadna z nich nie zdawała sobie z tego sprawy, ten śmiech był równie pożywny, jak pierożki z mięsem.

Na parę tygodni przed dniem jedenastych urodzin Sary, nadszedł od ojca list, jakiś odmienny w tonie — nie nacechowany tą chłopięcą radością i ufnością, jaka dźwięczała w listach poprzednich. Ojciec czuł się jakoś niedobrze i najwidoczniej był przemęczony nawałem spraw związanych z kopalniami diamentów.

— Wiesz przecie, moja kochana — pisał — że twój tatuś nie jest wcale człowiekiem do interesów, a wszelkie rachunki, obliczenia i urzędowe sprawy nużą go niewypowiedzianie, bo nie rozumie ich należycie i wydają mu się ogromne, ponad ludzką miarę. Być może, że gdyby nie trawiła mnie gorączka, nie przewracałbym się bezsennie z boku na bok przez połowę nocy, a drugiej połowy nie spędzałbym w niespokojnych snach. I jestem pewny, że gdyby moja mała jejmość była tu przy mnie, nie omieszkałaby mi udzielić jakiejś poważnej i pożytecznej rady. Prawda, moja mała jejmość?

Jednym z wielu żartów kapitana było nadawanie córce tytułu małej jejmości, a to ze względu na jej poważne, przypominające dorosłą osobę, usposobienie.

W związku z nadchodzącym dniem urodzin Sary, ojciec poczynił niezwykłe przygotowania; między innymi zamówił w Paryżu nową lalkę, której strój miał być istnym cudem doskonałości. Odpisując na list, w którym ojciec zapytywał, czy ten prezent odpowiada jej życzeniom, Sara okazała się znów wielką dziwaczką. Oto co napisała:

— Jestem prawie dorosła, więc już nigdy w życiu nie otrzymam lalki. Ta lalka będzie ostatnią w moim życiu. Jak uroczyście brzmią te słowa! Gdybym umiała pisać wiersze, na pewno napisałabym piękny poemat pt. Ostatnia lalka. Ale nie umiem pisać wierszy; próbowałam, ale próba wypadła bardzo nieudolnie i zgoła nie przypominała wierszy Wattsa, Coleridge’a, ani Szekspira. Wiem, że nikt nie zajmie miejsca Emilki w mym sercu, ale dla Ostatniej Lalki będę miała wielki szacunek, a jestem pewna, że cała szkoła ją polubi. Moje koleżanki są bardzo podobne do lalek, chociaż niektóre ze starszych (te, które mają około piętnastu lat) lubią uchodzić za dorosłe.

Kapitan Crewe doznawał straszliwych bólów głowy, czytając ten list w swym bungalowie w Indiach. Stół, stojący przed nim, był zawalony papierami i listami, które go niepokoiły i przejmowały śmiertelną trwogą, pomimo to kapitan śmiał się tak serdecznie, jak nie śmiał się już od wielu tygodni.

— Ho ho! — odezwał się. — Moja córka z każdym rokiem staje się dowcipniejsza. O, gdybyż mi Bóg pozwolił załatwić pomyślnie te wszystkie interesy... żebym już mógł swobodnie powrócić do kraju i zobaczyć ją wreszcie! Cóż bym dał za to, by ona w tej chwili mogła swymi małymi rączkami obejmować mnie za szyję! Cóż bym dał za to!...

Dzień urodzin Sary miano obchodzić uroczyście; zapowiedziano wielką zabawę w udekorowanej sali szkolnej, gdzie odbyć się miała wielka ceremonia otwarcia pudełek z podarunkami, po czym oczekiwało wszystkich wspaniałe przyjęcie w niedostępnym zazwyczaj pokoju miss Minchin. Gdy nadszedł ów radosny dzień, w całym domu aż wrzało z podniecenia. Salę szkolną przystrojono girlandami, pousuwano pulpity, a ławki poustawiano wzdłuż ścian i zasłano czerwonymi kobiercami.

Gdy Sara weszła rankiem do swego pokoju bawialnego, znalazła na stole małą, niezgrabną paczkę, owiniętą w kawałek brunatnego papieru. Domyśliła się, że to prezent, a i zgadywała po trosze, kto go tu złożył. Z wielkim rozczuleniem rozwinęła paczuszkę; znalazła w niej czworoboczną poduszeczkę do igieł, zrobioną z niezbyt czystej i czerwonej flaneli, w którą wetknięte czarne szpileczki tworzyły napis: „Wiela scenśliwych zyceń”.

— Ile też ona musiała się przy tym natrudzić! — zawołała Sara, ogarnięta gorącym uczuciem. — Aż mi jej żal... chociaż takie to ładne!

Po chwili jednak doznała rozczarowania. Oto na odwrocie poduszki znalazła przyszpiloną wizytówkę, na której pięknymi literami wypisane były słowa: „Miss Amelia Minchin”.

Sara poczęła obracać ją na wszystkie strony.

— Miss Amelia! — odezwała się, nie dowierzając własnym oczom. — Jakże to możliwe!

W tej chwili usłyszała skrzyp lekko otwieranych drzwi i ujrzała twarz Becky, zaglądającej ostrożnie do pokoju. Niebawem posługaczka stała już przed nią.

— Podoba się panience? — zapytała, szczerząc zęby w tkliwym, serdecznym uśmiechu i nieśmiało trąc rękę o rękę.

— Czy mi się podoba? — zawołała Sara. — Toś ty sama to wszystko zrobiła, moja Becky?

Becky zaśmiała się śmiechem urywanym, lecz radosnym, a oczy jej zaszły łzami.

— Dyć to nic innego, ino flanela... i to jesce nie nowa... ale ja chciałam dać cosik panience na urodziny, więcem to wysywała po nocach. Wiedziałam, ze panienka umi se wyobrazić, ze to podusecka jedbawna z brelentowemi śpileckami; i ja se tyz to wyobrazałom, kiej robiłam tę poduseckę. A wedla tej kartecki — (tu zawahała się nieco), — to może nik sie na mnie nie pogniwo, ze podniesłam ją ze śmieciów? Miss Amelia wyrzuciła ją prec, więc se ją zabrałam; ni mom swojego bieletu, a wiedziałam, ze prezent przez bieletu taki jakisik nieprzystojny, więc przyśpiliłam bielet miss Amelii.

Sara rzuciła się jej na szyję i przytuliła ją do siebie, a w gardle dławiło ją coś niezmiernie.

— Ach, Becky! — zawołała, śmiejąc się z cicha. — Ja cię tak kocham... tak kocham naprawdę!

— Och, panienko! — wykrztusiła z siebie Becky. — Bóg zapłać panience, ale tyz ta ni mo cego chwalić! Ta flanela... ta flanela jest przecie bardzo staro!