tłum. Amelia Bortnowska


— O tak! — zawołał Eugeniusz — tak! muszę zostać bogatym za jaką bądź cenę. Czyż są skarby, co by opłaciły takie przywiązanie? Jakżebym pragnął ofiarować im szczęście całego świata! Tysiąc pięćset pięćdziesiąt franków! — rzekł po chwili. — Trzeba, żeby żaden pieniążek nie poszedł na marne. Laura ma słuszność. To prawda! Wszak ja mam tylko grube koszule. Gdy chodzi o szczęście czyje, dziewczę młodziuchne staje się przebiegłem jak złodziej. Jaka ona niewinna, a jak troskliwa o mnie! To anioł z nieba przebaczający błędy ziemskie, których nawet zrozumieć nie może.

Eugeniuszowi zdawało się, że posiadł świat cały. Przywołał krawca, wypróbował go i zdobył dla siebie. Zobaczywszy pana de Trailles, student zrozumiał dopiero, jaki — to wpływ krawcy wywierają na życie młodzieży. W tym razie, niestety, nie ma średniej miary: krawiec bywa albo nieprzyjacielem śmiertelnym albo przyjacielem, którego nam daje faktura. Eugeniusz spotkał w swym krawcu człowieka, który pojął ojcostwo swego rzemiosła i uważał siebie za łącznik między teraźniejszością a przeszłością młodzieży. Nawzajem student wdzięczny zapewnił mu stałe powodzenie jednym z owych dowcipów, z których miał kiedyś zasłynąć. — Wiadomo mi —- mówił — że człowiek ten uszył dwie pary spodni, które przyczyniły się niemało, że posiadacze ich wzięli w posagu kapitał przynoszący dwadzieścia tysięcy liwrów dochodu. Cóż to za szczęście posiadać tysiąc pięćset franków i mieć odzieży tyle, ile się zapragnie. Biedny Południowiec nie wątpił w tej chwili o niczym i szedł na śniadanie z tym nieokreślonym wyrazem twarzy, który cechuje młodzieńca posiadającego choćby maluczki kapitalik. Poczuwszy pieniądze w kieszeni, student wznosi we wnętrzu swej istoty jakiś filar idealny i silnie opiera się na nim. Od tej chwili zaczyna chodzić pewniej niż przedtem, znajduje punkt oporu dla swej dźwigni, spogląda śmiało i prosto, we wszystkich jego poruszeniach zręczność się przebija; wczoraj pokorny i nieśmiały byłby się pozwolił potrącać każdemu; dziś sam gotów potrącić pierwszego ministra. Dzieją się z nim rzeczy niesłychane: wszystkiego chce i wszystko posiąść może, przychodzą mu naraz najrozmaitsze zachcenia, jest nadzwyczaj wesoły, wspaniałomyślny, wylany. To ptak, co dawniej niezdolny do lotu, dziś może szeroko skrzydła roztoczyć. Biedny student porywa okruchy przyjemności, jak pies, który zdobywa sobie kość wśród tysiącznych niebezpieczeństw, rozgryza ją uciekając i w biegu szpik z niej wysysa; lecz młodzieniec, u którego kilka „sztuk złota pobrząkuje w kieszonce od kamizelki, dobiera sobie przyjemności wedle upodobania, rozgatunkowuje je, lubuje się nimi, buja po niebie i nie pojmuje już, co znaczy wyraz nędza. Cały Paryż do niego należy. Wieku młody, w którym wszystko wydaje się tak świetne, w którym się wszystko iskrzy i goreje! Wieku sił młodzieńczych, z których nikt nie korzysta ani mężczyzna, ani kobieta! Wieku długów i ciągłej obawy, która potęguje wartość każdej przyjemności! Kto nie poznał lewego brzegu Sekwany, między ulicą Saint-Jacques a ulicą Saints-Pères, ten nie poznał wcale wartości życia ludzkiego! — Ach gdyby paryżanki wiedziały! — myślał Eugeniusz, pożerając gruszki smażone, które pani Vauquer ceniła po groszu sztukę — pewnie przyszłyby tutaj szukać miłości.

W tej chwili dzwonek dał się słyszeć przy drzwiach z kratą i posłaniec pocztowy wszedł do sali jadalnej. Zapytawszy o pana Eugeniusza de Rastignac, podał mu dwa worki i książkę, w której trzeba się było rozpisać. W tej chwili głębokie spojrzenie Vautrina padło na Rastignaca niby uderzenie bicza.

— Będziesz pan miał czym zapłacić za lekcje fechtunku i strzelania — powiedział.

— Zamorskie okręty przybyły — rzekła pani Vauquer, spoglądając na worki.

Panna Michonneau obawiała się spojrzeć na pieniądze, aby nie zdradzić swej chciwości.

— Masz pan dobrą matkę — rzekła pani Couture.

— Pan ma dobrą matkę — powtórzył Poiret.

— Tak, mamunia ze wszystkiego się wyzuła — rzekł Vautrin. — Teraz będziesz pan mógł dogadzać swym zachciankom, bywać w świecie, zajmować się połowem posagów i tańczyć z hrabinami, które stroją się w wieńce kwiatów brzoskwiniowych. — Ale słuchaj, młodzieńcze, z tym wszystkim ucz się strzelać.

Vautrin zrobił ruch, jak gdyby brał na cel przeciwnika. Rastignac chciał dać posłańcowi na piwo, lecz nie znalazł drobnych. Vautrin poszukał w kieszeni i rzucił dwadzieścia soldów posłańcowi.

— Masz pan kredyt — rzekł spoglądając na studenta.

Rastignac musiał podziękować sąsiadowi, chociaż nie cierpiał go od owych kilku słów cierpkich zamienionych po powrocie od pani de Beauséant. W ciągu ostatniego tygodnia Eugeniusz i Vautrin nie przemówili do siebie, tylko w milczeniu badali jeden drugiego. Na próżno student pytał siebie, dlaczego tak było. Zapewne myśli udzielają się w prostym kierunku z taką mocą, z jaką powstają i uderzają tam, gdzie je umysł posyła, na zasadzie matematycznej, jaka kieruje pędem kuli wylatującej z moździerza. Skutki bywają rozmaite. Bywają natury czułe, których myśli cudza czepia się z łatwością, wywołując w nich przewrót zupełny; bywają też natury dziwnie tęgie, bywają czaszki opatrzone wałem spiżowym, o który wola innych ludzi rozbija się i odskakuje jak kula od ściany; bywają wreszcie natury miękkie i strzępiaste, w których myśl przyczepiona traci moc, tak jak kula traci siłę pędu w miękkiej ziemi reduty. Rastignac posiadał jedną z owych głów pełnych prochu, co to gotowe wybuchnąć przy lada wstrząśnieniu. Był jeszcze tak młody, że musiał koniecznie ulec takiemu udzielaniu się pojęć, takiej zaraźliwości uczuć, której dziwaczne zjawiska zastanawiają nas nieraz. Wzrok jego moralny był równie przenikliwy, jak oczy odznaczające się prawdziwie rysią bystrością. Każdy zmysł był u niego, rzec można, podwójny i posiadał tę niepojętą giętkość i przenikliwość, którą podziwiać musimy u ludzi wyższych, u tych rębaczy, co to od razu trafiają w słabą stronę każdego pancerza. Zresztą, w ciągu ostatniego miesiąca w Eugeniuszu rozwinęło się dużo przymiotów i wad dużo. Wady rozbudzał wpływ świata i zadowolenie żądz, które coraz bardziej się rozrastały. W rzędzie jego przymiotów znajdowała się owa zapalczywość południowa, która każe iść na spotkanie trudności i pokonać ją od razu , zapalczywość, która nie dozwala człowiekowi z poza Loary znieść niepewności najmniejszej. W oczach mieszkańców północy przymiot ten staje się wadą; uważają bowiem, że taż sama zapalczywość, co była źródłem powodzenia Murata, stała się później przyczyną jego śmierci: Stąd wniosek oczywisty, że Południowiec, który łączy w sobie przebiegłość północną z nadloarską odwagą, jest człowiekiem doskonałym i może zostać królem Szwecji.

Rastignac nie mógł być dłużej wystawionym na ogień baterii Vautrina, nie wiedząc, czy tenże jest jego przyjacielem, czy wrogiem. Chwilami zdawało mu się, że szczególny ten człowiek odgaduje wszystkie jego namiętności i przenika najgłębsze tajniki jego serca; na próżno jednak starał się odgadnąć go nawzajem. Vautrin zamknięty był w sobie i osłaniał się głęboką tajemniczością sfinksa, który wszystko wie, widzi wszystko, ale nic nie mówi. Dziś Eugeniusz poczuł pieniądze w kieszeni i postanowił stawić opór.

— Bądź pan łaskaw zaczekać — zawołał na Vautrina, który zabierał się do wyjścia, wychyliwszy ostatnią kroplę kawy.

— Po co? — zapytał czterdziestoletni mężczyzna, wkładając kapelusz o szerokich skrzydłach, przy czym sięgnął po laskę żelazną, którą umiał wywijać takiego młynka, że pewnie sam dałby sobie radę, gdyby go naraz opadło czterech rabusiów.

— Chcę panu oddać, com winien — odparł Rastignac, rozwiązując pośpiesznie worek, z którego wyjął sto czterdzieści franków. — Przyjaźń przyjaźnią, a interes interesem — rzekł podając pieniądze pani Vauquer. — Teraz rachunki nasze załatwione aż do świętego Sylwestra. Proszę mi rozmienić sto sous.

— Przyjaźń interesem, a interes przyjaźnią — powtórzył Poiret, spoglądając na Vautrina.

— Proszę dwadzieścia su — powiedział Rastignac, podając pieniądze sfinksowi w peruce.

— To coś tak wygląda, jak gdybyś pan obawiał się być mi dłużnym? — zawołał Vautrin, zapuszczając badawcze wejrzenie w duszę młodzieńca, przy czym na ustach jego pojawił się ów uśmiech drwiący i cyniczny, za który Eugeniusz ze sto razy już omal się nie rozgniewał.

— A... tak — powiedział student, który wstał już od stołu i zabrał obydwa worki z pieniędzmi, chcąc je odnieść do swego mieszkania.

Vautrin stał na progu, a student skierował się ku drzwiom wiodącym na schody.

— Wiesz co, panie margrabio de Rastignacorama? odpowiedź twa nie zupełnie jest grzeczna — zawołał Vautrin uderzając laską we drzwi salonu i podchodząc do studenta, który go zmierzył zimnym wejrzeniem.

Rastignac zamknął drzwi i zszedł z Vautrinem aż na platformę, oddzielającą kuchnię od sali jadalnej. Stamtąd prowadziły do ogrodu drzwi, nad którymi znajdowała się wielka szyba opatrzona kratą żelazną. Student zatrzymał się na platformie i powiedział wobec Sylwii, która wychyliła się z kuchni:

Panie Vautrin, jam nie margrabia i nie nazywam się Rastignacorama.

— Pewnie bić się będą — rzekła panna Michonneau obojętnym głosem.

— Bić się! — powtórzył Poiret.

— Ale gdzie tam — odparła pani Vauquer głaszcząc swe talary.

— Ach! Idą już pod lipy — zawołała panna Wiktoryna, która wstała, by zobaczyć, co się dzieje w ogrodzie. — A jednak słuszność jest po stronie tego biednego młodzieńca.

— Chodźmy na górę, kochanie — rzekła pani Couture — takie sprawy wcale do nas nie należą.

Pani Couture i Wiktoryna zbliżyły się do drzwi, lecz gruba Sylwia zastąpiła im drogę.

— Co to się stało? — zawołała. — Pan Vautrin powiedział do pana Eugeniusza: „Musimy z sobą pogadać!” i wziął go pod rękę, i teraz idą obydwaj hen, tam przez karczochy.

W tej chwili Vautrin zjawił się we drzwiach.

— Pani Vauquer — rzekł z uśmiechem — niech się pani nie przerazi: chciałbym spróbować pistoletów tam pod lipami.

— Ach, panie! — zawołała Wiktoryna składając ręce — za co chcesz pan zabić pana Eugeniusza?

Vautrin odstąpił parę kroków i spojrzał uważnie na Wiktorynę.

— A, to co innego! — zawołał żartobliwie, spoglądając na biedną dziewczynę, której twarz oblała się rumieńcem. — To bardzo miły młodzieniec, wszak prawda? Naprowadzasz mnie pani na dobrą myśl. Postaram się uszczęśliwić was oboje, moja piękna panienko.

Pani Couture wzięła wychowankę pod ramię i pociągnęła ją za sobą.

— Ależ, Wiktoryno — szepnęła jej do ucha — nie pojmuję, co się dziś z tobą dzieje.

— Ja nie chcę, żeby strzelano z pistoletów koło mego domu — rzekła pani Vanquer. — Chcesz pan powystraszać sąsiadów i sprowadzić mi na kark całą policję?

— Z wolna tylko, mamo Vauquer — odparł Vautrin. — No, no, dobrze, pójdziemy strzelać na właściwsze miejsce.

Powrócił do Rastignaca i wziął go poufale pad ramię:

— Czy nie straciłbyś pan odwagi, gdybym cię przekonał, że o trzydzieści pięć kroków trafiam w asa pikowego. Pan wydajesz mi się jakoś zbyt gorący i jestem pewien, że dałbyś się zastrzelić jak kiep jaki.

— Pan się cofasz? — rzekł Eugeniusz.

— Nie burz mi pan żółci — odparł Vautrin. — I bez tego aż nadto dziś ciepło. Chodźmy tam usiąść — rzekł, wskazując na ławki zielone. — Nikt nas nie usłyszy, a ja potrzebuję rozmówić się z panem. Jesteś pan sobie dobry chłopak i ja nie mam powodu źle ci życzyć. Kocham cię, jakem Tromp... (do pioruna!) jakem Vautrin. Za co cię kocham? dowiesz się. Tymczasem dowiodę, że cię znam tak, jak gdybyś był dziełem rąk moich. Połóż pan tutaj swoje worki — rzekł, wskazując na stół okrągły.

Rastignac położył pieniądze na stół i usiadł powodowany ciekawością, jaką w nim obudziła raptowna zmiana w obejściu się Vautrina. Ten sam człowiek, który przed chwilą groził mu śmiercią, występował teraz w roli opiekuna.

— Chciałbyś pan bardzo wiedzieć, kto ja jestem, czym się zajmuję obecnie i czym się dotąd trudniłem? — ciągnął daléj Vautrin. — Zanadtoś ciekawy, kochanie. Czekaj no, spokojnie tylko. Niejedno jeszcze usłyszysz. Doznałem ja wielu nieszczęść... Słuchaj mnie pan tylko, później będziesz mi odpowiadał. Oto w trzech słowach całe moje życie dotychczasowe. Kto jestem? Vautrin. Czym się zajmuję? Czym mi się podoba. I basta! Chcesz poznać mój charakter? Jestem dobry dlatego, kto dla mnie jest dobry i umie sercem przemówić do mego serca. Takiemu wszystko wolno; wolno mu nawet kopać mnie nogami, a ja nie powiem: strzeż się. Ale, klnę się na mą fajkę! Zły jestem jak szatan dla tego, kto mnie zaczepi, albo mi się nie podoba. A trzeba panu wiedzieć, że dla mnie zabić człowieka, to ot tyle znaczy! — przy tych słowach plunął na ziemię. — Staram się tylko prędko śmierć zadać, gdy już koniecznie zabić potrzeba. Jestem artystą co się zowie. Jak mnie pan widzisz, czytałem pamiętniki Benvenuta Celliniego i to jeszcze po włosku! Był to zuch prawdziwy! On mnie nauczył kochać piękno pod każdą postacią i naśladować Opatrzność, która, nie przebierając, zabija nas po kolei. Przy tym, czyż to nie piękna gra, wystąpić samemu przeciw wszystkim ludziom i być zawsze pewnym wygranej? Jużem ja długo rozmyślał o dzisiejszym ustroju waszego nieładu społecznego. Pojedynek, kochanie, to gra dziecinna, to głupstwo. Chyba głupiec może się spuszczać na los szczęścia, kiedy trzeba, żeby jeden z dwojga żyjących ludzi poległ z ręki drugiego. Pojedynek! Ależ to gra w cetno czy licho! Ja trafiam pięć razy z rzędu w asa pikowego i wpędzam jedną kulę na drugą z odległości trzydziestu pięciu kroków! Posiadając taki talencik, można, zdaje się, być pewnym, że się powali przeciwnika. Niekoniecznie! Jam o dwadzieścia kroków strzelał do człowieka i spudłowałem. Tamten frant nie umiał trzymać pistoleta w ręku, a jednak, patrz pan! — mówił dziwny ten człowiek rozpinając kamizelkę, spod której ukazała się pierś obrośnięta ryżym włosem i kudłata, jak grzbiet niedźwiedzia; był to widok wywołujący uczucie wstrętu i przestrachu. — Patrz pan! Ten młokos podkurzył mi sierść — ciągnął dalej, ująwszy palec Eugeniusza i przykładając go do głębokiej blizny, którą miał na piersiach. — Ale w owych czasach jam był dzieckiem jeszcze, miałem rok dwudziesty pierwszy, tak jak pan teraz. Wierzyłem jeszcze w cośkolwiek, wierzyłem w miłość kobiety i w całą kupę głupstw, na które pan złapiesz się również. I teraz mieliśmy się bić, wszak prawda? Pan mógłbyś mnie zabić. Przypuśćmy, że ja leżałbym w ziemi, a gdzieżbyś się pan obrócił? Trzeba by zmykać do Szwajcarii i żyć tam kosztem tatusia, który nie ma wcale pieniędzy. Objaśnię panu, w jakim położeniu znajdujesz się obecnie, a objaśnię ze stanowiska człowieka, który zbadał dobrze rzeczy ziemskie i przekonał się, że tylko dwie są drogi do wyboru: głupia uległość albo bunt. Ja nie ulegam niczemu, czy to jasne? Wiesz, mój panie, czego ci potrzeba, by iść dalej tak, jakeś zaczął? Potrzeba miliona i to niezwłocznie; inaczej moglibyśmy, z naszą główką, oprzeć się w Saint-Cloud dla przekonania się o istnieniu Najwyższej Istoty. A ten milion ja dam panu. Zatrzymał się i popatrzył na Eugeniusza. — Ach, ach, zaczynasz pan milej jakoś spoglądać na tatusia Vautrina. Wyglądasz jak dziewczę, któremu mówią: do zobaczenia wieczorem! i które stroi się, oblizując się jak kot po mleku. Wyśmienicie! Oto jak rzeczy stoją. Mamy sobie tatę, mamę, babkę cioteczną, dwie siostry (jednej osiemnaście, drugiej siedemnaście lat), dwóch braciszków (jednemu lat piętnaście, drugiemu dziesięć) oto spis całej załogi. Ciotka wychowuje pańskie siostry. Proboszcz wykłada łacinę obu braciom. Cała rodzina żywi się częściej kasztanami niż bułką, tatuś oszczędza spodni, mama sprawia tylko jedną suknię na zimę i jedną na lato, siostrzyczki radzą sobie, jak mogą. Wiem ja wszystko, bo bywałem tam w południowej Francji. Inaczej być nie może, skoro pan potrzebujesz tysiąca dwustu franków na rok, a cały wasz mająteczek przynosi tylko trzy tysiące rocznego dochodu. A jak to się obejść bez kucharki i służącego, jak nie dbać o decorum, gdy tatko jest baronem? Co się zaś tyczy naszej osoby, mamy sobie dość ambicji, jesteśmy spokrewnieni z Beauséantami, a musimy chodzić piechotą, pragniemy bogactwa, a nie mamy złamanego szeląga, jadamy bigosik Vauquer, a smakują nam bardzo pyszne obiady na przedmieściu Saint-Germain, sypiamy na barłogu, a marzymy o pałacu. Nie ganię wcale takich upodobań. Nie każdemu to, duszeczko, dano mieć ambicję. Proszę spytać, jakich to mężczyzn lubią kobiety? Ambitnych. Ambitny człowiek bywa zawsze bogatszy od innych, we krwi ma więcej żelaza, a w sercu więcej zapału. Kobieta zaś wtedy jest najszczęśliwsza i najpiękniejsza, gdy czuje się silna; dlatego też przekłada zawsze nad innych człowieka potężnej siły, choćby ta siła ją samą zgnieść miała.

Wyliczyłem wszystkie pańskie żądze po to, by na końcu postawić pytanie. Pytanie to jest następującej treści: — Mamy wilczy apetyt, ząbki nasze są ostre, ale co też włożymy do garnka? Najpierw musimy zjeść kodeks; rzecz to nie zabawna i nie bardzo korzystna, ale cóż robić! Niech i tak będzie. Kierujemy się na prawnika, zostajemy prezesem sądu kryminalnego i wysyłamy biedaków, którzy więcej warci są od nas, z literami T. F. na ramieniu, by przekonać bogaczy, że mogą spać spokojnie. To nie zabawne, a przy tym tak powoli się zdobywa. Najpierw trzeba męczyć się dwa lata w Paryżu, patrząc na smaczne łakotki, których tknąć nam nie wolno. Nie bardzo to przyjemnie łaknąć zawsze i nie móc się nasycić. Nie byłoby się czego obawiać, gdybyśmy byli wybladli i należeli do gatunku mięczaków; lecz w naszych żyłach krąży gorąca krew lwia, a przy dobrej ochocie zdolniśmy popełnić dwadzieścia głupstw na dzień. Jakże tu wytrzymać okrutną męczarnię, jedną z najstraszliwszych, jakie widziano w piekle bożym? Przypuśćmy jednak, że pan będziesz rozsądny, że mlekiem żywić się będziesz pisząc smętne elegie, potem zniósłszy niedostatek i troski, które by psa o wściekłość przyprowadziły, osiągniesz pan przy całym zaparciu, że cię zrobią pomocnikiem jakiegoś kpa i zapakują do nędznej mieściny, gdzie rząd raczy rzucić tysiąc franków na twe utrzymanie, jak się rzuca ochłapy kundlowi rzeźnika. Szczekaj za to na złodziei, broń bogaczy, skazuj na gilotynę ludzi wielkiego serca. Ślicznie dziękuję! Zabraknie panu protekcji, to zgnijesz w pierwszym lepszym trybunale na prowincji. Jeżeli do trzydziestu lat nie pluniesz pan na całą tę sprawę, to może zostaniesz sędzią i będziesz pobierał tysiąc dwieście franków rocznie. Skończywszy czwarty krzyżyk ożenisz się z jaką młynarzówną, której posag zapewni ci sześć tysięcy stałego dochodu. Dziękuję! Przy protekcji, zostaniesz pan prokuratorem królewskim, będziesz pobierał tysiąc talarów pensji i zaślubisz córkę jakiego mera. Jeżeli odważysz się popełnić jaką podłostkę polityczną, tak na przykład przeczytać w jakim biuletynie Villèle zamiast Manuel (to rymuje tak dobrze, że powinno uspokoić sumienie); to w czterdziestym roku będziesz prokuratorem generalnym, a z czasem zostaniesz i delegatem. Lecz miejmy na względzie, drogie dziecię, że przedtem będziemy musieli zadrasnąć nieraz czułe sumienie, przeżyć lat dwadzieścia w ciągłej trosce i nędzy ukrywanej, że siostry nasze postarzeją tymczasem w stanie panieńskim. Dalej, mam honor przypomnieć, że w całej Francji jest tylko dwudziestu prokuratorów generalnych a przynajmniej dwadzieścia tysięcy kandydatów na tę posadę, w liczbie których znajdą się i tacy jegomoście, co gotowi sprzedać własną rodzinę, byle postąpić o jeden stopień wyżej. Jeżeli zawód taki nie przypada panu do smaku, to zobaczymy co innego. Może pan baron de Rastignac życzy sobie zostać adwokatem? Bardzo pięknie! Tylko trzeba dręczyć się przez lat dziesięć, przeżywać tysiąc franków na miesiąc, mieć bibliotekę, gabinet, bywać w świecie, zamiatać podniebienie językiem, wreszcie całować poły jakiegoś mecenasa, by dostać sprawę do obrony. Zgodziłbym się jeszcze z tym wszystkim, gdyby sam zawód był korzystny; ale pokaż mi pan w Paryżu pięciu adwokatów, którzy by przeżywszy lat pięćdziesiąt, zarabiali więcej jak pięćdziesiąt tysięcy franków rocznie. Ha! wolałbym zostać korsarzem niż spodlić tak swą duszę. Zresztą, skądże dostać złota? Wszystko to niezbyt wesołe. Pozostaje jedno źródło — posag żony. Chcesz się pan ożenić, ależ to znaczy tyle, co uwiązać sobie kamień, do szyi: przy tym, jak się pan dla pieniędzy ożenisz, to cóż się stanie z uczuciem honoru i szlachetności? Lepiej już od razu podnieść rokosz przeciw ustawom ludzkim. Pojmuję wreszcie, że mógłbyś się pan czołgać jak wąż u stóp żony, przypochlebiać się matce, popełniając tysiące podłości, na które świnia by się wzdrygnęła, tfu! Gdybyś tym wszystkim szczęście miał okupić. Ale wziąwszy żonę dla pieniędzy, byłbyś pan z nią nieszczęśliwy, jak ten kamień, co leży pod rynną. Bo lepiej walczyć z całym światem niż z własną żoną wojnę prowadzić. Takie to są, młodzieńcze, drogi rozstajne naszego żywota: wybieraj z nich jedną. Jużeś wybrał, poszedłeś do kuzynki de Beauséant, gdzieś powąchał zbytku i do pani de Restaud, córki ojca Goriot, gdzieś poznał paryżankę. Gdyś potem powrócił do nas, jam od razu wyczytał na twym czole słowo: wynieść się nad innych. Tak, wynieść się, chociażby nie wiedzieć jakim kosztem. — Brawo — pomyślałem — takiego zucha to lubię. Potrzebowałeś pan pieniędzy. Skąd ich dostać? Trzeba było obedrzeć siostry. Wszyscy bracia wyzyskują po trosze dobroć sióstr swoich. Lecz owe tysiąc pięćset franków, któreś pan, i tak Bóg wie, jakim sposobem wydarł z kraju, gdzie więcej bywa kasztanów niż pieniążków, wymkną się jeden za drugim jak żołnierze na rabunek. A potem co będzie? będziesz pan pracował? Praca w tym znaczeniu, jak pan ją teraz pojmujesz, zapewnia drągalom, w rodzaju Poireta, lokal u mamy Vauquer na resztki żywota. W tej chwili może pięćdziesiąt tysięcy młodych ludzi, co się znajdują w takich jak pan okolicznościach, postanawia dorobić się prędko fortuny. Pan jesteś tylko jednostką tej liczby. Osądź pan teraz, ile tu potrzeba trudów, ile zajadłości w walce! Musicie się zjadać wzajemnie jak pająki w garnku, skądże bowiem wziąć pięćdziesiąt tysięcy miejsc korzystnych? Wiesz pan, jakim sposobem można się wynieść na świecie? Tylko za pomocą świetnego geniuszu lub zręczności, którą zepsucie wyrabia w człowieku. Trzeba wpaść w tłum ludzi jak kula armatnia lub wśliznąć się cicho jak zaraza. Uczciwość do niczego nie prowadzi. Ludzie nienawidzą geniuszu, lecz uginają się przed jego potęgą, starają się go spotwarzyć za to, że bierze wszystko bez podziału, lecz skłaniają się przed nim, jeżeli jest wytrwały; jednym słowem czczą go na kolanach, jeżeli nie zdołają w błocie zagrzebać. Zepsucie przeważa, a talent rzadko się spotyka. Toteż zepsucie jest bronią mierności, której tak wiele na świecie — wszędzie czujemy ostrze jego. Spotkasz pan jeszcze kobiety, które wydają na stroje przeszło dziesięć tysięcy, gdy dochód ich mężów wynosi wszystkiego sześć tysięcy franków na rok. Spotkasz pan urzędników, co będą kupowali dobra ziemskie, choć pensja ich ogranicza się do tysiąca dwustu franków. Spotkasz kobiety, co się powalały, byle tylko przejechać się z synem para Francji, którego powóz może się toczyć po środkowej alei w Longchamp. Widziałeś pan, jak biedny niedołęga Goriot musiał zapłacić rewers podpisany przez córkę, której małżonek ma pięćdziesiąt tysięcy liwrów rocznego dochodu. Założę się z panem, że nie postąpisz w Paryżu dwóch kroków, żebyś się nie natknął na matactwo piekielne. Dałbym głowę za łodygę tej sałaty, że odkryłbyś pan gniazdo os w domu pierwszej lepszej kobiety, która ci się podoba, choćby kobieta owa była bogata, piękna i młoda. Wszystkie one wyłamują się spod prawa i żyją w ciągłej wojnie z swymi mężami. Nie skończyłbym nigdy, gdybym chciał opowiadać panu, do jakiego przemysłu uciekają się one dla kochanków, dla dzieci, dla bytu, dla próżności, a rzadko z cnotliwych pobudek, bądź pan pewien. Dlatego to człowiek uczciwy jest nieprzyjacielem powszechnym. Ale co to jest, według pańskich pojęć, człowiek poczciwy? W Paryżu uczciwy jest ten, kto milczy i nie chce się dzielić z nikim. Nie mówię bowiem o tych biednych niewolnikach, co to zawsze pracują i nie widzą nagrody za swe trudy, tych nazywam bractwem pieszych posłańców Pana Boga. Prawda, że tu jest cnota w pełnym rozkwicie swej głupoty, lecz i nędza jest tu również. Zdaje się, że widzę, jaką to długą minę zrobiliby ci poczciwcy, gdyby Pan Bóg zażartował z nas i nie ukazał się wcale w dzień sądu ostatecznego. Otóż, jeżeli pan pragniesz zdobyć sobie prędko pozycję w świecie, to musisz być bogatym lub przynajmniej takim się wydawać. Chcąc się wzbogacić, trzeba ryzykować grubo, gdyż inaczej gra się nie opłaci i bywaj zdrów! Masz pan sto zawodów do wyboru, ale czy wiesz, że z grona ludzi, którzy się tym zawodom poświęcili, wybierze się może dziesięciu takich, co się prędko wzbogacili, za to wszystkich dziesięciu okrzyczano za złodziei. Teraz wyprowadzaj pan wnioski z tego, coś słyszał. Pokazałem ci wierny obraz życia. Widok to niezbyt piękny, przypomina bowiem kuchnię smrodliwą, a każdy kto chce biesiadować, musi tu poprzednio ręce powalać; chodzi tylko o to, by później wymyć je dobrze: na tym zasadza się cała moralność naszego wieku. Mam prawo mówić tak o świecie, bo znam go dobrze. Sądzisz pan może, że ja świat potępiam? Bynajmniej. Był on zawsze jednaki. Moraliści nigdy zmienić go nie zdołają. Każdy człowiek jest ułomny, tylko jeden może być mniej fałszywy niż drugi, a głupcy zarzucają pierwszemu brak moralności. Nie myślę wynosić prostego ludu ponad klasę bogaczy; człowiek jest wszędzie jednaki, ten sam na wierzchu, w środku i na spodzie. Na każdy milion tego bydła wyborowego, znajdzie się dziesięciu zuchów, co się wybijają na wierzch nie dbając o nic, nawet o prawo; ja do takich należę. Co się tyczy pana, jeżeliś człowiek wyższy, to podnieś głowę i idź prostą drogą. Lecz pamiętaj, że trzeba będzie walczyć z zawiścią, potwarzą i miernością, że z całym światem przyjdzie stanąć do boju. Napoleon spotkał ministra wojny, imieniem Aubry, który o mało nie wysłał go na wygnanie. Porachuj się pan z siłami! Przekonaj się, czy potrafisz wstawać co dzień z nowym i to coraz nowym zasobem silnej woli. Po tym wszystkim, chcę zrobić panu propozycję, której by nikt nie odrzucił. Proszę dobrze słuchać! Mam ja, widzisz pan, myśl pewną. Marzę zawsze o tym, żeby nabyć z jakie tysiąc włók ziemi gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych i wieść życie patriarchalne w swej ogromnej posiadłości. Chciałbym zostać plantatorem, mieć niewolników, handlować wołami, tytoniem, drzewem i zebrać kilka milioników, dogadzając przy tym wszystkim swym zachciankom i wiodąc życie iście królewskie, o jakim nie mamy nawet pojęcia tutaj, gdzie się trzeba gnieździć jak w jamie do wypalania gipsu. Jam wielki poeta. Nie piszę poematów, gdyż składają się one z czynów i uczuć. W chwili obecnej posiadam pięćdziesiąt tysięcy franków, za które mógłbym kupić zaledwie czterdziestu negrów. Potrzeba mi zaś dwieście tysięcy franków, gdyż chcę mieć dwustu negrów, aby zadowolić moje zamiłowanie do życia patriarchalnego. Negry, widzisz pan, to dobre dzieci, z którymi można robić, co się podoba, nie zdając sprawy przed ciekawym prokuratorem królewskim. Mając ten czarny kapitał w ręku, zrobię w dziesięć lat od trzech do czterech milionów. Jeżeli mi się powiedzie, to z pewnością nikt mnie nie zapyta: „Coś ty za jeden?” Będę sobie pan Cztery-Miliony, obywatel Stanów Zjednoczonych. Będę miał wówczas lat pięćdziesiąt, a w tym wieku nie będę jeszcze strupieszały i zabawię się wedle upodobania. Jednym słowem, czy dasz mi pan dwieście tysięcy franków za to, że ci nastręczę milion posagu? Dwadzieścia od sta za nastręczenie, cóż czy to za drogo? Trzeba będzie, żebyś pan zasłużył na miłość swej żoneczki. Ożeniwszy się, zaczniesz zdradzać niepokój wewnętrzny, zgryzotę, jednym słowem będziesz udawał smutnego przez dni piętnaście, aż wreszcie jednej nocy nazwiesz żonę pieszczotliwie: moje kochanie! i wyznasz między dwoma pocałunkami, że masz dwieście tysięcy długu. Młodzi małżonkowie najbardziej dystyngowani grają co dzień tę komedię. Młoda żona nie zamyka worka przed tym który zdobył jej serce. Może pan myślisz, że stracisz na tym wiele? Bynajmniej. Nastręczy się panu jaki korzystny interes i odzyskasz od razu swoje dwieście tysięcy. Z milionem kapitału i z taką główką, jaką pan posiadasz, można dorobić się znakomitej fortuny. Ergo w sześć miesięcy możesz pan uszczęśliwić siebie, ukochaną kobietę i tatusia Vautrina, że już nie wspomnę o całej rodzinie pańskiej, która dmucha zimową porą w palce, nie mając drzewa na opał. Nie dziw się pan temu, co ci proponuję, ani temu, o co cię proszę! Na sześćdziesiąt świetnych małżeństw, które się zawiera w Paryżu, przynajmniej czterdzieści siedem na podobnym targu się opiera. Izba notariuszów zmusiła niejakiego pana...

— Cóż mam czynić? — zapytał chciwie Rastignac, przerywając Vautrinowi.

— Prawie nic — odparł tamten, nie mogąc powstrzymać poruszenia radości, jak rybak nie może zapanować nad zadowoleniem wewnętrznym, gdy czuje, że ryba bierze za wędkę. — Uważaj pan dobrze. Serce dziewczyny biednej i nieszczęśliwej pragnie miłości jak gąbka sucha i rozszerza się od każdej kropli uczucia, która na nie spada. Zalecać się młodej osobie, co widzi przed sobą tylko osamotnienie, rozpacz i nędzę i nie przeczuwa nawet, że może być bogata. Zaiste! To znaczy tyle, co mieć w ręku same asy i króle, to znaczy brać bilet na loterię, wiedząc, jakie numery będą wygrywały lub grać na giełdzie, posiadając najświeższe wiadomości. Wznosisz pan na silnych podstawach małżeństwo nierozerwane. Niechże dziewczyna owa posiądzie naraz miliony, a rzuci je panu pod nogi, jak garść nędznego piasku: „Bierz, mój luby! Bierz Adolfie! Alfredzie! Bierz, Eugeniuszu!” zawoła dziewczę, jeżeli Adolf, Alfred lub Eugeniusz byli tak mądrzy, że się przedtem poświęcali dla niej. A cóż to było za poświęcenie? Oto sprzedało się starą odzież, aby pojechać do Cadran-Bleu na pasztet z grzybami, a wieczór przepędzić w Ambigu-Comique; oto zastawiło się zegarek w lombardzie, żeby za otrzymane pieniądze kupić szal dla ukochanej. Nie wspominam o tych głupstwach i dzieciństwach, o które kobiety dbają tak bardzo; nie mówię o skrapianiu listów wodą, która uchodzi za łzy oddalonego kochanka, zdaje mi się bowiem, że pan znasz bardzo dobrze mowę serca. Paryż, mój panie, to las dziewiczy, po którym krąży dwadzieścia dzikich plemion; są tu Indianie Illinois, są Huroni, a każde plemię żyje z łupu, jaki zdobędzie na łowach społecznych; pan jesteś łowiec milionów. Chcesz je pan schwytać, więc robisz zasadzki, zastawiasz sieci, nęcisz na wabika. Różne są sposoby polowania. Jedni polują na posag, inni na likwidację; ci biorą na przynętę sumienia, owi sprzedają swych abonentów, skrępowawszy im poprzednio ręce i nogi. Gdy łowca wraca z torbą pełną zwierzyny, to mu się kłaniają, ujmują go i wprowadzają do najlepszego towarzystwa. Oddajmy sprawiedliwość tej ziemi gościnnej i przyznajmy, żeś pan trafił do miasta najwyrozumialszego na całym świecie. Dumni arystokraci innych stolic europejskich nie chcą przyjąć do swego koła milionera zniesławionego, lecz Paryż wyciąga ku niemu ramiona, śpieszy na jego biesiady, jada u jego stołu i trąca się kieliszkiem z jego nikczemnością.

— Ale gdzież szukać takiej dziewczyny, o jakiej pan mówisz? — zapytał Eugeniusz.

— Jest przed panem, na pańskie usługi!

— Panna Wiktoryna?

— Ona sama!

— Jakim sposobem?

— Ona cię kocha, mój panie, twoja mała baronowa de Rastignac!

— Ależ ona nie ma złamanego szeląga — odparł Eugeniusz zdumiony.

— A, jesteśmy w domu! Jeszcze dwa słowa — rzekł Vautrin — a wszystko się wyjaśni. Ojciec Taillefer — to stary łotr, o którym powiadają, że zamordował jednego z swych przyjaciół podczas rewolucji. To jeden z owych zuchów, o których ja powiadam, że mają niezawisłe przekonania. Jest on bankierem i głównym wspólnikiem domu Fryderyk Taillefer i spółka. Ma syna jedynaka, któremu chce zostawić całe mienie ze szkodą Wiktoryny. Ale ja nie ścierpię takiej niesprawiedliwości. Podobny jestem do don Kijote’a, lubię występować w obronie słabego przeciw silnym. Gdyby Bóg zechciał powołać do siebie tego syna, to Taillefer przyjąłby córkę; chciałby mieć jakiegokolwiek spadkobiercę, bo to jest słabość natury ludzkiej, a ja jestem przekonany, że się już więcej dzieci nie doczeka. Wiktoryna jest łagodna i miła, potrafi w krótkim czasie opanować ojca. Zrobi z uczucia bicz i będzie poganiać starego, wodząc go za nos wedle upodobania. Wtedy będziesz ją pan mógł zaślubić, bo ona nie zapomni z pewnością pańskiego przywiązania. Ja podejmę się roli Opatrzności i zrobię to, że Pan Bóg zechce powołać do siebie młodego Taillefera. Mam jednego przyjaciela, dla któregom się kiedyś poświęcił: jest to pułkownik armii loarskiej, który przeszedł niedawno do gwardii królewskiej. Człowiek ten polega zawsze na moim zdaniu i teraz stał się ultrarojalistą, nie należy on do tych głupców, co to nie chcą za nic zmienić swych przekonań. Słuchaj, mój aniołku, udzielę ci tu dobrej rady, nie dbaj o przekonania więcej, jak się dba o wyrazy. Sprzedawaj je, gdy ich od ciebie zażądają. Człowiek, który się przechwala, że nigdy nie zmienia raz powziętych przekonań, to ni mniej ni więcej tylko głupiec, który zamierza iść zawsze w prostym kierunku i wierzy w swą nieomylność. Nie ma na świecie zasad, są tylko wypadki, nie ma praw, są tylko okoliczności. Człowiek wyższy umie korzystać z trafu i z okoliczności. Gdyby były zasady i prawa stałe, to narody nie zmieniałyby ich tak, jak się zmienia koszulę. Pojedynczy człowiek nie jest obowiązany być mędrszym od całego narodu. Człowiek, który najmniej zasług położył dla Francji wart jest, by go w najlepszym razie umieścić na wystawie machin z podpisem La Fayette, czczony jest jak fetysz jakiś to, że wszystko widział w czerwonym świetle, gdy przeciwnie książę, na którego każdy rzuca kamieniem, a który tak nienawidzi ludzkości całej, że ciska jej w twarz gradem przekleństw zasłużonych; książę ów, powiadam, oparł się podziałowi Francji na kongresie Wiedeńskim, a ludzkość obrzuca błotem tego, który zasłużył na koronę. O, znam ja takie sprawy! Zbadałem tajemnice niejednego człowieka! Dosyć tego! Wtedy powiem, że mam przekonanie niezachwiane, gdy znajdę trzy głowy zgadzające się na użycie jednego środka, ale długo chyba na to czekać będę! W trybunale trudno znaleźć trzech sędziów, którzy by zgodnie pojmowali jeden artykuł prawa. Ale powracam do mego człowieka. Ten gotów by na nowo ukrzyżować Chrystusa, gdybym ja tego zażądał. Dosyć, by tatuś Vautrin szepnął jedno słówko, a przyjaciel jego poszuka zwady z tym kpem, który nie dał nigdy sto sous swojej biednej siostrze, i...

Tu Vautrin podniósł się, stanął niby na stanowisku i zrobił ruch fechmistrza, który naciera na przeciwnika.

— I to w cieniu — dodał.

— Ależ to zgroza! — zawołał Eugeniusz. — Pan pewnie żartujesz, panie Vautrin?

— No, no — spokojnie dodał tamten. — Nie udawaj pan dziecka; a wreszcie gniewaj się, unoś ile się podoba, jeżeli ci to sprawia ulgę! Powiedz, żem nikczemnik, żem niegodziwiec, tylko nie nazywaj mnie złodziejem i szpiegiem! Dalejże, mów pan, wylej żółć całą! Przebaczam ci, młodzieńcze, to tak właściwe twemu wiekowi! I ja byłem nie lepszy. Radzę tylko dobrze rozważyć. Przyjdzie czas, że się nie cofniesz przed gorszym postępkiem. Zaczniesz się przymilać jakiej pięknej kobiecie i będziesz brał od niej pieniądze. Jużeś pan o tym myślał — ciągnął Vautrin — bo jakże byś sobie radę dał, gdybyś nie zamierzał ciągnąć zysków ze swej miłości. Cnota, mój panie studencie, nie daje się rozdzielać na części; jest cała lub zupełnie jej nie ma. Każą nam pokutować za winy nasze. To znów piękny system, mocą którego przez skruchę oczyszczamy się ze zbrodni. Uwieść kobietę, żeby się wznieść na wyższy szczebel drabiny społecznej, rzucić kość niezgody pomiędzy członków jednej rodziny, wreszcie jawnie lub skrycie popełnić tysiąc podłości dla zadowolenia swych zachcianek lub w widokach osobistych: czy pan sądzisz, że to są uczynki wiary, miłości i nadziei? Czemuż taki frant, który przez jedną noc wydziera dziecku połowę majętności, odsiaduje tylko dwa miesiące więzienia, a nieborak jakiś, co skradł bilet stufrankowy wśród potępiających go okoliczności, musi iść za to na galery?... To próbka naszych praw. Wszystkie są niedorzeczne. Elegant w rękawiczkach popełnił zbrodnię bez przelewu krwi, a zbrodniarz otworzył drzwi wytrychem: oto dwie sprawki nocne! Między tym, co ja dziś proponuję, a tym, co pan spełnisz kiedyś, jest tylko jedna różnica: tam się obejdzie bez przelewu krwi, a tu się bez niego obejść nie może. I pan wierzysz, że jest coś stałego na tym świecie! Pogardzaj pan ludźmi i szukaj w sieci kodeksu oczek, przez które wymknąć się można. Pod wielką fortuną, która powstała z niewiadomego źródła, ukrywa się zawsze zbrodnia; zapomniano o niej tylko dlatego, że była szybko spełniona.

— Przestań pan, nie chcę już dłużej słuchać, bo mógłbym zwątpić o sobie. Dotychczas uczucie jest jedyną moją mądrością.

— Jak sobie chcesz, piękne dziecię. Sądziłem, żeś silniejszy — rzekł Vautrin — teraz nie powiem już nic więcej. Ale jeszcze ostatnie słowo. — Spojrzał w oczy studentowi: — Posiadasz pan moją tajemnicę — powiedział.

— Człowiek, który odmawia panu, potrafi pewnie zapomnieć o pańskiej tajemnicy.

— Dobrześ pan powiedział, to mi się podoba. Inny, widzisz pan, może nie być tak skrupulatnym. Proszę pamiętać o tym, co ja chcę zrobić dla pana. Daję jeszcze panu piętnaście dni. Możesz przyjąć lub odrzucić.

— Cóż to za żelazna głowa u tego człowieka? — szepnął Rastignac, patrząc na Vautrina, który oddalał się spokojnie, założywszy laskę pod ramię. Powtórzył mi bez ogródki to, co pani de Beauséant powiedziała w sposób przyzwoitszy. Szarpał mi serce żelaznymi szponami. Dlaczegóż ja chcę być u pani de Nucingen? On przeniknął od razu pobudki, jakie mnie do tego skłaniają. Rozbójnik ten powiedział mi o cnocie więcej, niż wszyscy ludzie i wszystkie książki, którem przeczytał. Jeżeli to prawda, że z cnotą nie można wchodzić w żadne układy, to ja po prostu okradłem swe siostry! — zawołał Eugeniusz, rzucając worek na stół. Usiadł na ławce i pogrążył się w bezwładnym jakimś rozmyślaniu. — Być wiernym cnocie, o jakież to wzniosłe męczeństwo! Tak! Wszyscy wierzą w cnotę; lecz któż jest cnotliwy? Narody ubóstwiają swobodę; a gdzież jest naród swobodny na ziemi? Dziś moja młodość jasna jak niebo bez chmur, ale zapragnę być wielkim lub bogatym i będę zmuszony kłamać, płaszczyć się, czołgać i podnieść się z ziemi, i znowu schlebiać i udawać, i będę musiał zostać lokajem tych, co przede mną kłamali, płaszczyli się i czołgali. Trzeba bowiem służyć tym ludziom, zanim się ich wspólnikiem zostanie. O, nie! Ja pragnę pracy szlachetnej, świętej; pragnę dzień i noc pracować, byle tylko własnym trudem przyszłość sobie wywalczyć. Mozolnie zdobywać ją będę, ale za to bez żadnej złej myśli złożę co dzień głowę do snu. Cóż piękniejszego, jak spojrzeć na swe życie i przekonać się, że ono czyste jak lilia? Ja staję wobec życia jak młodzieniec wobec swej narzeczonej. Vautrin pokazał mi, jak to bywa po dziesięcioletnim pożyciu. Do licha! Ja głowę tracę. Nie chce myśleć o niczym... serce jest najlepszym przewodnikiem.

Tu gruby głos Sylwii obudził go z marzenia. Kucharka oznajmiała o przybyciu krawca. Eugeniusz rad był z tej okoliczności i stanął przed nim, trzymając w ręku oba worki z pieniędzmi. Przymierzył strój balowy i przebrał się w kostium poranny, który przeistaczał go zupełnie.

— Śmiało mogę się mierzyć z panem de Trailles — rzekł do siebie. Trzeba przyznać, że mam teraz szlachetną postawę.

— Pytałeś mnie pan — rzekł ojciec Goriot, wchodząc do Eugeniusza — czy nie znam jakiego domu, w którym bywa pani de Nucingen?

— A tak.

— Otóż w przyszły poniedziałek pani de Nucingen będzie na balu u marszałka Carigliano. Gdybyś pan mógł tam być, to byś mi potem powiedział, czy moje córki dobrze się bawiły, jak były ubrane; wszystko musiałbyś mi powiedzieć.

— Jakżeś się pan o tym dowiedział, dobry ojcze Goriot? — rzekł Eugeniusz, sadzając go przy ognisku.

— Panna służąca mej córki powiedziała mi o tym. Wiem ja o wszystkim, co one robią przez Teresę i Konstancję — dodał wesoło.

Staruszek podobny był w tej chwili do młodzieńca rozkochanego, który z radością knuje podstęp mający go zbliżyć do narzeczonej.

— Pan zobaczysz obydwie! — zawołał, zdradzając naiwnie zazdrość, która mu serce ściskała.

— Nie wiem jeszcze — odparł Eugeniusz. — Udam się do pani de Beauséant i zapytam, czy nie może mnie przedstawić pani marszałkowej.

Eugeniusz pomyślał nie bez pewnej radości, że ukaże się wicehrabinie w nowym stroju. Moraliści nazywają otchłanią serca ludzkiego to, co się składa po prostu z takich myśli łudzących, z takich mimowolnych poruszeń miłości własnej. Owe nagłe zmiany, o których tak wiele rozprawiają, owe przewroty gwałtowne, wszystko to są ustępstwa, jakie robimy dla własnej przyjemności. Eugeniusz zobaczył na sobie wykwintne odzienie, eleganckie rękawiczki i obuwie i wnet zapomniał o wszystkich postanowieniach cnotliwych.

Młodzieniec, co się przychyla ku złemu, nie śmie przejrzeć się w zwierciadle sumienia, a człowiek dojrzały nieraz już odważył się w nie spojrzeć; na tym zasadza się cała różnica między tymi dwiema fazami życia naszego. Od kilku dni dwaj sąsiedzi, Eugeniusz i ojciec Goriot, stali się szczerymi przyjaciółmi. Przyjaźń mimowolna powstała z tych samych pobudek psychicznych, które wytworzyły uczucie wręcz przeciwne między Vautrinem i studentem. Śmiały filozof, który zechce wykazać wpływ uczuć naszych na świat fizyczny, znajdzie dowód ich materialności w stosunkach, jakie się wytwarzają między ludźmi i zwierzętami. Żaden fizjonomista nie odgadnie na pierwszy rzut oka charakteru człowieka, a pies przeczuje od razu , czy obcy przybysz lubi go, czy nie lubi. Atomy haczykowate, wyraz przysłowiowy, jest jednym z owych faktów, które pozostają w mowie naszej, by zadawać kłam bredniom filozoficznym tych ludzi, którzy lubują się w oczyszczaniu słów pierwotnych od późniejszych naleciałości. Przeczuwamy, gdy nas ktoś kocha. Uczucie odbija się na wszystkim i przenika przestrzeń najdalszą. List może zawierać w sobie duszę całą; jest on tak wiernym echem głosu znajomego, że dusze wrażliwe uważają list za jeden z najcenniejszych skarbów miłości. Ojciec Goriot, którego uczucie ślepe dorosło do zenitu psiej natury, przewąchał współczucie, dobroć i sympatię młodzieńczą, z jaką serce studenta zwracało się ku niemu. Jednak skłonność wzajemna, co się niedawno obudziła, nie doprowadziła ich jeszcze do żadnych zwierzeń. Eugeniusz zdradził się z chęcią poznania pani de Nucingen, nie dlatego, żeby miał rachować na pomoc Goriota, ale sądził, że stary z kolei powie o tym córce. Goriot raz tylko mówił z nim o swych córkach po tym, co Eugeniusz pozwolił sobie powiedzieć publicznie, gdy powrócił z pierwszej wizyty.

— Łaskawy panie — powiedział mu nazajutrz — jak pan mogłeś uwierzyć, że pani de Restaud obraziła się na pana za to, żeś wymówił moje imię? Obydwie moje córki bardzo mnie kochają. Jestem najszczęśliwszym ojcem. Tylko zięciowie źle się ze mną obeszli. Nie chciałem, żeby drogie te istotki cierpiały w skutek moich nieporozumień z ich mężami, dlategom postanowił widywać się z nimi potajemnie. Sama tajemniczość odwiedzin daje mi tysiące uciech, których nie pojmują inni ojcowie, co mogą widywać swe córki, kiedy im się podoba. A ja nie zawsze mogę je widywać; czy pan to pojmujesz? Za to, gdy piękna pogoda, idę na Pola Elizejskie, dowiedziawszy się poprzednio od służących, że córki moje tam będą. Oczekuję ich na przesmyku; serce mi bije, gdy powozy się zbliżają; podziwiam ich piękność podniesioną strojem wykwintnym, a one rzucają mi w przelocie miły uśmieszek, co niby blask słońca rozpromienia mi świat cały. I stoję znów, czekając, aż będą wracały. I spostrzegam je raz jeszcze! Powietrze je odświeżyło, zarumieniło im twarze. Słyszę, jak wszyscy mówią dokoła: „Jaka to piękna kobieta!” Serce mi się raduje, boć to przecie krew moja! Kocham rumaki, co je unoszą i chciałbym być pieskiem, którego one trzymają na kolanach. Ich uciecha, to życie moje. Każdy kocha po swojemu; moje przywiązanie nie szkodzi nikomu, pocóż więc ludzie mną się zajmują? Jam tak szczęśliwy w swoim przekonaniu! Czyliż się to prawu sprzeciwia, że ja idę popatrzeć na córki w chwili, gdy się one na bal wybierają? Jakżem zmartwiony, gdy się spóźnię, i służący mówi mi: „Pani już nie ma”. Raz czekałem aż do trzeciej po północy, żeby spojrzeć na Naścię, której przez dwa dni nie widziałem. Za to ledwiem nie skonał z radości. O mnie nie mów pan, proszę, chyba po to, by ocenić dobroć mych córek. One chciałyby obsypać mnie rozlicznymi darami, ale ja nie dopuszczam do tego: Bierzcież swoje pieniądze, powiadam. Cóż chcecie, żebym z nimi robił? Mnie nic nie trzeba. W samej rzeczy, łaskawy panie, cóż ja jestem? Nędzny trup, którego dusza przebywa zawsze z córkami. Gdy pan zobaczysz baronową de Nucingen, to powiesz mi, która ci się lepiej podoba — dodał poczciwiec po chwili, widząc, że Eugeniusz wybiera się do Tuilleries, by tam oczekiwać chwili, w której można będzie udać się do pani de Beauséant.

Przechadzka ta miała wielki wpływ na los studenta. Kilka kobiet zwróciło nań uwagę. Bo też był tak piękny, tak młody, tak elegancki we wszystkich swych ruchach! Widząc, że jest przedmiotem powszechnej uwagi i podziwu, zapomniał zupełnie o siostrach, o ciotce zubożałej i o wszystkich zasadach cnotliwych; nad głową jego przeleciał ów demon, którego tak łatwo wziąć za anioła, ów szatan o skrzydłach tęczowych, co rozsiewa rubiny, wypuszcza swe strzały złociste na szczyty pałaców, oblewa rumieńcem twarze kobiece, przyodziewa próżnym blaskiem trony wątpliwego pochodzenia; usłuchał głosu ducha próżności, której blichtr bierzemy nieraz za godło potęgi. Słowa Vautrina, pomimo całego cynizmu, utkwiły mu w sercu tak głęboko, jak się wrażają w pamięć dziewicy wstrętne rysy starej faktorki, która jej szepce do ucha: „Złoto i miłość popłyną ci strumieniem!” Po bezcelowej przechadzce, Eugeniusz udał się koło godziny piątej do pani de Beauséant, gdzie został rażony jednym z tych pocisków okrutnych, przeciw którym serca młode bywają zawsze bezbronne. Dotychczas wicehrabina przyjmowała go zwykle z uprzejmością serdeczną i z owym wdziękiem pełnym słodyczy, który się nabywa przez wychowanie arystokratyczne, ale wtedy tylko jest prawdziwym, gdy z serca pochodzi. Dziś pani de Beauséant powitała go oziębłym skinieniem głowy i rzekła krótko:

— Panie de Rastignac, nie mogę przyjąć pana w tej chwili! jestem zajęta...

Dla Rastignaca, który nauczył się już patrzeć na wszystko okiem badawczym, słowa te, ruch, spojrzenie, dźwięk głosu, były historią charakteru i obyczajów całej kasty. Ujrzał żelazną rękę pod rękawiczką jedwabną, prywatę i egoizm pod wdziękiem udanym, drzewo pod lakierem. Usłyszał na koniec to wszechwładne Ja, które się odzywa i pod pióropuszem królewskim i pod hełmem ostatniego rycerza. Eugeniusz zawierzył nazbyt łatwo jej słowu i zaufał szlachetności kobiety. Jak wszyscy nieszczęśliwi, zawarł chętnie przymierze rozkoszne, które łączy dobroczyńcę z obdarowanym. Pierwszy paragraf tego przymierza uświęca zupełną równość serc szlachetnych. Dobroczynność łączy najściślej dwie istoty , jest to uczucie niebiańskie, uczucie niepojęte i rzadkie, jak miłość prawdziwa. I dobroczynność i miłość jest udziałem dusz wzniosłych. Rastignac pragnął być na balu u księżnej Carigliano, zniósł zatem ten objaw złego humoru wicehrabiny.

— Pani — wyrzekł głosem wzruszonym — nie śmiałbym pani utrudzać, gdyby tu nie szło o rzecz ważną; pozwól mi pani zaczekać trochę, może później znajdziesz chwilę swobodną, którą mi zechcesz poświęcić.

— Dobrze więc, zapraszam dziś pana na obiad — odrzekła zawstydzona trochę szorstkością słów swoich; w gruncie bowiem była to kobieta dobra i szlachetna.

Eugeniusza wzruszyła taka zmiana raptowna, pomimo to jednak, odchodząc rzekł do siebie: Czołgaj się, znoś wszystko! Jakież to muszą być inne kobiety, skoro najlepsza z nich, w chwili złego humoru, zapomina o obietnicy i obchodzi się z tobą, jak z trzewikiem zużytym? A więc każdy dba tylko o siebie! Wprawdzie dom jej nie jest sklepem i moja to wina, że potrzebuję jej pomocy. Dobrze mówi Vautrin, trzeba stać się kulą armatnią.

Gorzkie rozmyślania studenta rozwiały się bez śladu, gdy przypomniał sobie, że czeka go przyjemny obiad u wicehrabiny. Dziwna fatalność kierowała najdrobniejszymi wypadkami jego życia, usiłując popchnąć go na drogę, na której, według słów strasznego sfinksa z gospody Vauquer, trzeba było, jak na polu bitwy, zabijać, żeby nie być zabitym, oszukiwać, żeby nie być oszukanym. Wchodząc na tę drogę, trzeba było odrzucić sumienie i serce, a wdziać maskę i okpiwać ludzi bez litości, trzeba było, jak w Lacedemonii, uchwycić szczęście pokryjomu, żeby zasłużyć sobie na wieniec.

Gdy Eugeniusz przyszedł na obiad, wicehrabina spotkała go ze zwykłą sobie dobrocią. Oboje udali się do sali jadalnej, gdzie już wicehrabia oczekiwał żony. Trzeba było podziwiać przepych stołu, który, jak wiadomo, podczas Restauracji posunięty był do najwyższego stopnia. Pan de Beauséant, jak wszyscy ludzie przesyceni, znajdował jedyną przyjemność w dobrym jedzeniu; można go było zaliczyć do smakoszów szkoły Ludwika XVIII i księcia Escars; toteż stół jego odznaczał się zastawą zbytkowną i wytwornymi potrawami. Był to widok nieznany dla Eugeniusza, który nigdy jeszcze nie był w takim domu, gdzie wytworność i zbytek przechodzą z pokolenia na pokolenie. Wyszły już były z mody kolacje dawane na zakończenie balów za czasów Cesarstwa, na których wojskowi nabierali sił, ażeby być w przygotowaniu na wszelkie potyczki, które musieli staczać w kraju i za jego obrębem.

Eugeniusz zaczynał już nabierać tej pewności siebie, która miała być w późniejszym czasie jedną z cech jego charakteru, i to powstrzymało go od okazania głupowatego zachwytu. Po raz pierwszy oglądał tu srebra rzeźbione i tysiączne wymysły zbytkowego stołu, pierwszy raz w życiu widział służbę krzątającą się bez najmniejszego hałasu, a żywa wyobraźnia przedstawiała mu całą wyższość tego życia wykwintnego wobec niedostatku, na który chciał się skazać rano. Przeniósł się myślą na chwilę do swej gospody mieszczańskiej i uczuł tak silny wstręt, że przysiągł sobie opuścić ją w styczniu i przeprowadzić się do schludniejszego mieszkania, a zarazem uwolnić się od Vautrina, którego dłoń szeroką czuł na swym ramieniu.

Wziąwszy pod uwagę zepsucie ukryte i jawne, które ukazuje się w Paryżu pod tysiącznymi postaciami, rozsądny człowiek zadaje sobie pytanie, jak rząd mógł zgromadzić tu młodzież zakładając szkoły; jakim cudem piękne kobiety mogą tu być szanowane i jakim sposobem złoto wystawione u wekslarzy nie znika czarodziejskim sposobem z ich szkatułek? Lecz, z drugiej strony, kto się zastanowi nad tym, że w Paryżu młodzież popełnia tak niewiele zbrodni, że nawet nie jest zbyt pochopną do występku, ten musi skłonić głowę z szacunkiem przed wytrwałymi Tantalami, którzy walczą z sobą niezmordowanie i najczęściej zwycięstwo odnoszą! Chcąc pokazać najdramatyczniejszą stronę dzisiejszej naszej cywilizacji, trzeba by odmalować dobrze walkę, jaką biedny student musi staczać z Paryżem.

Pani de Beauséant spoglądała ciągle na Eugeniusza, spodziewając się, że powie, po co dziś przyszedł do niej, lecz młody człowiek nie chciał dotykać tego przedmiotu w obecności wicehrabiego.

— Czy jedziemy dziś razem na operę? — zapytała wicehrabina zwracając się do męża.

— Nie możesz wątpić, że całym sercem chciałbym ci być posłusznym — odrzekł wicehrabia z udaną zalotnością, którą student wziął za dobrą monetę, — ale dziś muszę być koniecznie w Teatrze Rozmaitości, bo potrzebuję się widzieć z pewną osobą.

— Z kochanką — pomyślała wicehrabina.

— Alboż d’Adjuda dziś nie będzie? — zapytał małżonek.

— Nie — odparła żona z niechęcią.

— Ha! Jeżeli ci koniecznie potrzeba towarzysza, to wesprzyj się na ramieniu pana de Rastignac.

Wicehrabina spojrzała na Eugeniusza z uśmiechem.

— To mogłoby pana bardzo narazić — powiedziała.

Francuz kocha się w niebezpieczeństwie, bo wśród niebezpieczeństw sława się zdobywa, tak mówi pan de Chateaubriand — odparł Eugeniusz z ukłonem.

Po chwili rącze konie niosły go wraz z panią de Beauséant do modnego teatru. Weszli do jednej z łóż położonych naprzeciw sceny i Eugeniusz sądził, że się znalazł w jakimś czarodziejskim świecie, bo wszystkie lornetki zwróciły się na niego i na panią de Beauséant, która miała na sobie strój przepyszny. Z zachwytu w zachwyt przechodził.

— Chciałeś pan ze mną pomówić — rzekła pani de Beauséant. — Ach! patrz pan, oto pani Nucingen znajduje się w trzeciej loży za nami. Siostra jej i pan de Trailles są po drugiej stronie.

Mówiąc to wicehrabina spoglądała na lożę Bochefidów. Przekonała się, że markiza tam nie ma i twarz jej zajaśniała wyrazem zadowolenia.

— Jaka ona prześliczna! — powiedział Eugeniusz, przyglądając się pani Nucingen.

— Ma takie jasne rzęsy.

— Tak, ale co to za kibić wysmukła!

— Ręce jej są zbyt duże.

— Ale jakie piękne oczy!

— Twarz ma za długą.

— Pociągłe rysy nadają jej jakiś wyraz szlachetny.

— To całe jej szczęście. Patrz pan tylko, jak ona podnosi i opuszcza lornetkę! Goriot przebija się we wszystkich jej poruszeniach — mówiła dalej wicehrabina ku wielkiemu zdziwieniu Eugeniusza.

Pani de Beauséant patrzyła na salę i zdawała się nie zwracać wcale uwagi na panią de Nucingen, a jednak widziała najlżejsze jej poruszenie. Wśród publiczności było bardzo wiele pięknych kobiet; ale Delfina de Nucingen spostrzegła od razu , że młody kuzynek pani de Beauséant zajęty był wyłącznie jej osobą i tryumfowała na myśl, że piękny i wytworny młodzieniec nikogo nad nią nie widzi.

— Panie de Rastignac, jeżeli pan nie przestaniesz wpatrywać się w nią tak uporczywie, to możesz jaki skandal wywołać. Nic pan nie zrobisz, jeżeli tak od razu będziesz się rzucał ludziom na szyję.

— Droga kuzynko — rzekł Eugeniusz — opieka twoja nieraz już mi się przydała; jeżeli zechcesz dokończyć dzieła, to będę cię prosił tylko o jedną łaskę; z twej strony, pani, nie wielka to ofiara, a dla mnie rzecz niezmiernej wagi. Muszę wyznać, żem zakochany.

— Już?

— Tak jest.

— I to w tej kobiecie?

— Czyżby moje uczucie nie zostało odtrącone gdzie indziej? — zapytał Eugeniusz, zatrzymując na kuzynce wzrok przenikliwy. Księżna de Carigliano żyje w przyjaźni z księżną de Berry, pani musisz znać ją dobrze, otóż chcę prosić, byś raczyła przedstawić mnie księżnej i zabrała mnie z sobą na bal, który ma być u niej w poniedziałek. Spotkałbym tam panią de Nucingen i mógłbym przystąpić do pierwszego ataku.

— Z największą chęcią — odparła wicehrabina. — Jeżeli to prawda, żeś pan ją od razu sobie upodobał, to jestem pewna, że twe sprawy sercowe pójdą doskonale. Widzisz pan de Marsay’a w loży księżnej Galathionne? Pani de Nucingen jest w rozpaczy, dla niej to męka prawdziwa. W takiej chwili najlepiej jest właśnie zbliżyć się do kobiety, a mianowicie do takiej żony bankiera. Wszystkie te panie z Chaussée d’Antin lubią bardzo zemstę.

— A pani cóż byś robiła w takim razie?

— Ja cierpiałabym w milczeniu.

W tej chwili margrabia d’Adjuda ukazał się w loży pani de Beauséant.

— Śpieszno mi było przyjść tutaj i dlatego byle jak pokończyłem dziś wszystkie sprawy — rzekł markiz. — Wyznaję to przed panią, żeby postępek mój stracił charakter ofiary.

Oblicze wicehrabiny jaśniało dziwnym blaskiem. Eugeniusz pojął dopiero, jak to się przejawia miłość prawdziwa, która w niczym nie jest podobna do przesadnej kokieterii paryskiej.

Popatrzył na kuzynkę z niemym uwielbieniem, po czym westchnął i ustąpił swe miejsce panu d’Adjuda. „Jakże szlachetną, jak wzniosłą istotą jest kobieta, która umie kochać duszą całą! rzekł do siebie. Czyliż ten człowiek miałby ją zdradzić dla jakiej lalki bezdusznej! Czyż podobna ją zdradzić?” Wściekłość bezsilna zawrzała mu w sercu. Chciałby rzucić się do nóg pani de Beauséant, chciałby mocą piekielną przenieść ją do swego serca, jak orzeł porywa białe jagniątko, co spoczywało u boku swej matki, i unosi je z doliny w górę, do gniazda swojego. Był smutny i upokorzony, bo nie miął jeszcze kochanki, nie posiadał własnego obrazu w tym olbrzymim Muzeum piękności. „Mieć kochankę, myślał sobie, i zajmować w świecie stanowisko prawie królewskie, to jest prawdziwy dowód potęgi!” I spojrzał na panią de Nucingen, jak człowiek znieważony spogląda na swego przeciwnika. Wicehrabina zwróciła się ku niemu i wynurzyła mu w jednym mgnieniu oka serdeczną wdzięczność za jego dyskrecję. Akt pierwszy skończył się właśnie.

— Czy znasz pan dostatecznie panią de Nucingen, żeby przedstawić jej pana de Rastignac? — zapytała wicehrabina margrabiego d’Adjuda.

— Pani de Nucingen będzie bardzo rada poznać pana — rzekł markiz.

Piękny Portugalczyk powstał i ujął studenta pod ramię. Za chwilę obaj stanęli przed panią de Nucingen.

— Mam honor przedstawić pani kawalera Eugeniusza de Rastignac, kuzyna wicehrabiny de Beauséant. Osoba pani sprawia na nim niezmierne wrażenie. Chcąc go uszczęśliwić, postanowiłem ułatwić mu zbliżenie się do ubóstwianego ideału.

Markiz wymówił te słowa tonem żartobliwym, przez co złagodziła się myśl trochę gburowata, która nie razi wcale kobiety, gdy jest dobrze wypowiedziana.

Pani de Nucingen uśmiechnęła się i wskazała Eugeniuszowi miejsce swego męża, który wyszedł przed chwilą.

— Nie śmiem zachęcać pana, byś został ze mną — wyrzekła. — Kto ma szczęście znajdować się przy pani de Beauséant, ten nie opuszcza swego stanowiska.

— Zdaje mi się — rzekł Eugeniusz po cichu — że kuzynka będzie mi wdzięczna, gdy pozostanę przy pani. Przed przybyciem pana markiza — dodał głośno — mówiliśmy właśnie o pani i zastanawialiśmy się nad dystynkcją, która panią cechuje.

Pan d’Adjuda wyszedł.

— Więc pan na prawdę pozostajesz ze mną? — rzekła baronowa. — Poznamy się bliżej, a pani de Restaud obudziła we mnie wielką chęć poznania pana.

— Widzę, że pani de Restaud jest bardzo przewrotna, bo przecie zakazała wpuszczać mnie do swego domu.

— Jak to?

— Wyznam sumiennie, w jaki sposób przyszło do tego, lecz powierzając pani tajemnicę, błagam o jak największą pobłażliwość. Sąsiaduję od dawna z ojcem pani. Nie wiedziałem, że pani de Restaud jest jego córką i byłem tak nieostrożny, żem najniewinniej w świecie wspomniał o panu Goriot przed siostrą pani, przez co obraziłem na siebie i ją i jej męża. Nie umiem pani opowiedzieć, jak surowo księżna de Langeais i moja kuzynka potępiały tę apostazję córki. Opowiadałem im całą scenę, a one śmiały się do upadłego. Pani de Beauséant porównywała ciebie, pani, z twą siostrą, odzywała się bardzo przychylnie o pani i opowiadała mi, żeś nieskończenie dobra dla mego sąsiada, pana Goriot. Bo i jakże mogłabyś pani nie kochać tego człowieka? On ubóstwia panią tak namiętnie, że ja zaczynam być zazdrosny o to. I dzisiaj przez dwie godziny mówiliśmy z nim o pani. Byłem przejęty słowami pana Goriot i powiedziałem dziś przy obiedzie kuzynce mojej, że niepodobieństwem jest, abyś pani była również piękna, jak jesteś kochająca. Gorące moje uwielbienie podobało się pani de Beauséant, która zabrała mnie na operę, mówiąc ze zwykłym swym wdziękiem, że będę mógł sam zobaczyć panią.

— Jak to — rzekła bankierowa — jużeś pan zasłużył na mą wdzięczność? Jeżeli tak pójdzie, to będziemy wkrótce dobrymi przyjaciółmi.

— Wierzę, że przyjaźń dla ciebie, pani, nie byłaby uczuciem pospolitym, pomimo to, przyjacielem twym nie chcę być nigdy.

Kobietom podobają się takie głupstwa stereotypowe, do których uciekają się zwykle debiutanci. Wydają się one bezmyślne, gdy je na zimno czytamy, lecz ruch, wyraz głosu i spojrzenie młodzieńca nadają im wartość nieocenioną. Pani de Nucingen zauważyła, że Rastignac jest nadzwyczaj miłym chłopakiem. Nie mogąc odpowiedzieć na śmiałą jego mowę, uciekła się do zwykłej taktyki kobiecej i zaczęła mówić o czym innym.

— Tak jest, siostra moja krzywdzi siebie, postępując w ten sposób z biednym naszym ojcem, który był dla nas istną Opatrznością. Co do mnie, to uległam wtedy dopiero, gdy pan de Nucingen rozkazał mi wyraźnie, bym przyjmowała ojca tylko o rannych godzinach. Ale płakałam z tej przyczyny i byłam długo bardzo nieszczęśliwa. To okrucieństwo mego męża, który i przedtem już zdradzał charakter brutalski, przyczyniło się najwięcej do zakłócenia harmonii naszego pożycia. Ludzie myślą pewnie, żem ja najszczęśliwsza ze wszystkich kobiet w Paryżu, a w rzeczy samej, jam bardzo nieszczęśliwa. Mogę się wydać nierozsądną, że się tak zwierzam przed panem. Lecz pan znasz mego ojca, a z tego tytułu i dla mnie obcym nie jesteś.

— Pani nie spotkasz w życiu drugiego człowieka, co by tak szczerze jak ja pragnął należeć do pani — rzekł Eugeniusz. — Czegóż panie wszystkie szukacie? Szczęścia — ciągnął dalej głosem przenikającym do głębi duszy. — A na czymże zasadza się szczęście kobiety? Na tym, żeby być kochaną, ubóstwianą, żeby mieć przyjaciela, któremu można powierzyć wszystkie pragnienia i zachcianki, każde strapienie i radość każdą; przed którym można otworzyć duszę do dna, nie obawiając się zdrady, i ukazać wszystkie jej wady miluchne i wszystkie piękne przymioty. Wierz mi pani, takie serce oddane i namiętne może uderzać tylko w piersi młodzieńca, co się jeszcze nie pozbył swych złudzeń i gotów umrzeć na skinienie kobiety, co nie zna świata i nie pragnie go poznać, bo kochanka jest mu światem całym. Ja, widzi pani, przybywam z głębi prowincji — proszę się nie śmiać z mej naiwności — jam tak niedoświadczony, bo dotychczas tylko piękne dusze spotykałem na świecie. Sądziłem, że się obejdę bez miłości, lecz spotkałem kuzynkę, która pokazała mi z bliska swoje serce i pozwoliła się domyślić niezmierzonych skarbów namiętności. Teraz jestem, jak Cherubin, kochankiem wszystkich kobiet, aż dopóki nie przyjdzie czas, że jednej z nich oddam całą duszę. Przyszedłszy tu, zobaczyłem cię, pani, i zdało mi się, że prąd jakiś popycha mnie ku tobie. Jam tyle już myślał przedtem o tobie, pani! Lecz nawet w marzeniu nie mogłem cię wyobrazić tak piękną, jak jesteś na jawie. Pani de Beauséant zabroniła mi patrzeć na panią bez przerwy. O, bo ona nie pojmuje, jak to miło patrzeć na takie usteczka różane, na taką płeć białą i takie oczy łagodne. Teraz i ja mówię nierozsądnie, lecz pozwól mi pani tak mówić.

Kobiety lubią niezmiernie, gdy im kto prawi słodkie słówka, Najsurowsza skromnisia słucha ich chętnie, wtedy nawet, gdy nie może na nie odpowiedzieć. Po takim wstępie, Eugeniusz plótł zalotnie stłumionym głosem wszystko, co tylko na myśl mu przyszło. Pani de Nucingen zachęcała go uśmiechem, pomimo to jednak spoglądała od czasu do czasu na de Marsay’a, który nie opuszczał loży księżnej Galathionne. Rastignac pozostał przy pani de Nucingen, aż dopóki mąż po nią nie przyszedł.

— Będę bardzo szczęśliwy — rzekł Eugeniusz — jeżeli pani pozwoli, żebym złożył jej swoje uszanowanie przed balem księżnej de Carigliano.

Jeszeli baronofa saprasza pana — rzekł sam baron, tłusty Alzatczyk, o twarzy okrągłej, która zdradzała niebezpieczną przenikliwość — to upefniam, że bandziesz pan u nas gościem posządanym.

— Poszło mi wcale nieźle, bo ona nie bardzo się przestraszyła, gdym zapytał: Czy będziesz mnie kochała? Bydlę moje już okiełznane, wskoczmy teraz na nie i kierujmy nim wedle upodobania.

Tak myślał Eugeniusz, idąc pożegnać panią de Beauséant, która powstała, i zabierała się do wyjścia wraz z panem d’Adjuda, Biedny student nie wiedział, że baronowa była dziś roztargniona, gdyż oczekiwała od de Marsay’a jednego z tych listów, od których się serce krwawi... Eugeniusz, szczęśliwy z mniemanego powodzenia, towarzyszył wicehrabinie aż do przedsionka, gdzie trzeba było zaczekać na powóz.

— Kuzynek pani niepodobny do siebie samego — zaśmiał się markiz po odejściu Eugeniusza. — On gotów bank rozbić. Zwinny jest jak węgorz, i zdaje mi się, że daleko zajdzie. Toteż pani tylko mogłaś mu dobrać taką kobietę, która potrzebowała, by ją ktoś pocieszył.

— To tylko pytanie — rzekła pani de Beauséant — czy ona nie kocha jeszcze tego, który ją porzucił.

Student szedł piechotą z Teatru Włoskiego na ulicę Neuve-Sainte-Geneviève, tworząc sobie w myśli najpiękniejsze plany na przyszłość. Widział on dobrze, że pani de Restaud przyglądała mu się z wielką uwagą, najpierw gdy się znajdował w loży wicehrabiny, a później gdy siedział obok pani de Nucingen; to mu dało nadzieję, że dom hrabiny otworzy się przed nim na nowo. Mógł już rachować na cztery ważne stosunki w samym sercu arystokracji paryskiej, bo nie wątpił, że potrafi się również podobać pani marszałkowej. Nie zastanawiając się zbytecznie nad środkami, odgadł zawczasu, że w zawiłej grze spraw tego świata, trzeba uczepić się za system kół, żeby się dostać na wierzch machiny, a czuł w sobie dość siły, żeby je zahamować.

„Jeżeli pani de Nucingen zajmie się mą osobą, to ja nauczę ją panować nad mężem. Mąż ten robi interesy pieniężne, więc i ja z jego pomocą będę mógł prędko dorobić się fortuny.” Nie sformułował tego tak jasno; nie był jeszcze dość dobrym politykiem, by pojąć dokładnie swe położenie, ocenić je i obrachować, jakie korzyści mogą z niego wypłynąć; myśli jego unosiły się na widnokręgu w kształcie lekkich obłoczków; nie było w nich jeszcze cierpkości właściwej rozumowaniom Vautrina, a jednak ogniowa próba sumienia odkryłaby w nich wiele złego. Takie to transakcje doprowadzają z wolna do tej łatwej moralności, którą wyznaje pokolenie współczesne. Dziś trudniej niż kiedy spotkać człowieka prawego, o woli silnej, co się nigdy nie nagnie ku złemu; człowieka, dla którego najmniejsze zboczenie z prostej drogi jest zbrodnią niedarowaną; trudniej dziś o wspaniałe wzory uczciwości, którym zawdzięczamy dwa arcydzieła, najpierw Alcesta Moliera, później Jenny Deans i jej ojca w dziele Walter-Scotta. Kto wie, może nie mniej piękny, nie mniej dramatyczny byłby obraz przedstawiający drogi wykrętne, na które człowiek ambitny popycha swe sumienie, idąc do celu obok z występkiem i starając się o zachowanie pozorów.

Wracając do swej gospody, Rastignac rozkochał się na dobre w pani de Nucingen, która wydała mu się teraz lekka i wysmukła jak jaskółka. Wyobraźnia malowała mu żywo upajającą słodycz jej oczu oraz płeć białą i przejrzystą, przez którą widać było, jak krew przebiegała falą różową; przypomniał sobie połysk włosów jasnych i czarowny dźwięk jej głosu. Być może, że chód prędki, co krew jego wprawiał w szybszy obieg, potęgował jeszcze tę grę wyobraźni. Student zapukał silnie do drzwi ojca Goriot.

— Sąsiedzie — zawołał — widziałem panią Delfinę.

— Gdzie?

— W Teatrze Włoskim.

— Jakże się ona bawiła? Ale proszę wejść...

Mówiąc to, stary wstał w jednej koszuli, otworzył drzwi, po czym prędko powrócił do łóżka.

— O, mówże mi pan o niej — powiedział.

Eugeniusz znalazł się po raz pierwszy w mieszkaniu Goriota i osłupiał na widok nory, w której żył ojciec, bo w tej chwili przyszła mu na myśl świetna tualeta córki. W oknie nie było firanek; obicia poodskakiwały od ścian w skutek wilgoci i poskręcały się, ukazując w kilku miejscach tynk zakopcony. Nieborak Goriot leżał w ubogim łóżeczku, pod kołdrą cienką i wyszarzaną; na nogach miał watowaną przykrywkę, na którą pani Vauquer ofiarowała rozmaite kawałki, wybrane ze starych sukien. Podłoga była wilgotna i zapylona. Naprzeciw okna stała komoda staroświecka z drzewa różanego, dziwnie pękata i ozdobiona rączkami brązowymi, które naśladowały winną latorośl owiniętą liśćmi i kwiatami; nieco dalej widać było stary zydel, na którym znajdował się dzban z wodą, miska i wszystkie przybory do golenia. W kącie stały trzewiki; w głowach, przy łóżku, mała szafka pozbawiona drzwiczek i płyty marmurowej; dalej, w rogu komina, na którym nie było najmniejszego śladu ognia, widać było stół czworogranny z drzewa orzechowego, na którym Goriot pogniótł niedawno srebrną wazę. Biurko, na którym leżał kapelusz starego, fotel wyplatany i dwa krzesła dopełniały nędznego umeblowania. Nad łóżkiem żerdź przywiązana szmatą do stołowania, podtrzymywała kotarę z nędznej jakiejś tkaniny w kraty czerwone i białe. Najbiedniejszy tragarz, co mieszka gdzieś na poddaszu, posiada bez wątpienia sprzęty porządniejsze od tych, którymi pani Vauquer zapełniła mieszkanie Goriota. Serce się ściskało i chłód przejmował na widok tej izdebki przypominającej najsmutniejszą celę więzienną. Eugeniusz postawił świecę na szafce przy łóżku; szczęściem Godot nie zwrócił uwagi na twarz jego, która zdradzała uczucia wewnętrzne. Stary zwrócił się ku niemu, otulając się kołdrą aż po samą brodę.

— No, którąż pan wolisz? Panią de Restaud, czy panią de Nucingen?

— Wolę panią Delfinę, bo ona szczerzej kocha pana — rzekł student.

Na te słowa serdeczne stary wyciągnął rękę spod kołdry i ścisnął dłoń Eugeniusza.

— Dziękuję, dziękuję — rzekł głosem wzruszonym. — Cóż ona mówiła o mnie?

Student powtórzył wyrazy baronowej, upiększając je po swojemu, a stary słuchał tego jak słów bożych.

— Drogie dziecię! o tak, tak, ona mnie szczerze kocha. Lecz nie wierz pan temu, co mówiła o Anastazji. Widzisz pan, one zazdroszczą jedna drugiej; lecz to dowodzi tylko ich przywiązania. I pani de Restaud kocha mnie również; wiem to dobrze. Ojciec pojmuje swe dzieci, tak jak Bóg ludzi pojmuje; ojciec widzi głąb ich serca i przenika ich zamiary. Córki moje kochają mnie jednakowo. O jakżebym ja był szczęśliwy, gdyby los zdarzył mi był lepszych zięciów. Ale nie ma widocznie zupełnego szczęścia na ziemi. Czemuż nie mieszkam u nich! Nie pragnąłbym nic więcej, tylko słyszeć ich głosy, wiedzieć, że są niedaleko, widzieć je, gdy przychodzą i wychodzą znowu, tak jak za owych czasów, gdy jeszcze u mnie mieszkały; o czuję, jak serce skakałoby mi z radości. Czy one były dziś pięknie ubrane?

— Tak — odparł Eugeniusz. — Ale, panie Goriot, powiedz mi pan, jak możesz mieszkać w takiej dziurze, kiedyś tak bogato powydawał córki za mąż?

— A co by mnie z tego przyszło, gdybym miał lepsze mieszkanie? — rzekł na pozór niedbale. — Już to ja nie potrafię tego wytłumaczyć, bo nie umiem dwóch słów zwięźle powiedzieć. Cała moja istota tu się mieści — dodał, przyciskając rękę do serca. — Żyję tylko życiem mych córek. Jeżeli one się bawią; jeżeli są szczęśliwe i postrojone; jeżeli stąpają po miękkich kobiercach: to cóż mnie obchodzi, z jakiego sukna zrobione moje odzienie i jak wygląda kąt, w którym mam noc przepędzić?... Ja zimna nie czuję, gdy wiem, że im ciepło, i nudów nie znam, gdy wiem, że one się śmieją. Nic mnie w świecie nie smuci oprócz ich zmartwienia. Gdy pan zostaniesz ojcem, gdy posłyszysz szczebiot swych dzieci i powiesz sobie: „To cząstka mojej istoty!” Gdy poczujesz, że te maleństwa, które są kwiatem krwi twojej, każdą jej kropelką połączone są z tobą: to będzie ci się zdawało, żeś zrośnięty z nimi, że odczuwasz krok ich każdy. Ja słyszę wszędzie głos moich córek, jedno smutne spojrzenie ich oczu krew we mnie ścina. Kiedyś i pan się przekonasz, że szczęście dzieci naszych stokroć nam droższe od szczęścia własnego. Nie potrafię panu tego wytłumaczyć: są to jakieś wzruszenia wewnętrzne, od których błogo się człowiekowi robi. Jednym słowem, ja żyję życiem potrójnym. Chcesz pan, to ci powiem coś zabawnego. Wiesz, kiedym ja pojął Boga? Wtedy, gdy ojcem zostałem. Bóg jest całą swą Istotą obecny na każdym miejscu, bo stworzenie całe wyszło z Niego. Otóż taki sam stosunek łączy mnie z mymi córkami. Tylko jam córki ukochał mocniej, niż Bóg świat kocha, bo świat nie jest tak piękny jak Bóg, a córki moje piękniejsze są ode mnie. Dusza moja tak ściśle z nimi połączona, że dziś na przykład miałem przeczucie, że pan je zobaczysz. Mój Boże! Gdyby się znalazł człowiek, co by mojej Delfince dał zakosztować takiego szczęścia, jakiego doznaje kobieta szczerze kochana, to ja bym mu buty czyścił, wszystkie jego rozkazy spełniałbym najskwapliwiej. Dowiedziałem się od pokojówki Delfiny, że ten mały de Marsay jest psem niegodziwym. O, świerzbiałyż mi ręce, żeby mu kości pogruchotać. Bo jak to można nie kochać tego klejnotu, tej kobiety, co ma głos słowiczy, a piękna jest jak posąg jaki! Gdzież ona miała oczy, kiedy szła za tego bałwana Alzatczyka! O, im obydwom należało wybrać sobie pięknych młodzieńców. Ale cóż, zrobiły, jak chciały!

Ojciec Goriot wzniosły był w tej chwili. Nigdy dotąd Eugeniusz nie widział go w całym blasku miłości ojcowskiej. Zaiste, jest to rzecz godna uwagi, jaką siłę porywającą posiadają uczucia prawdziwe. Najpospolitsze stworzenie przemienia się pod wpływem szczerego i potężnego uczucia; z serca jego wypływa prąd jakiś niepojęty, który odmienia wyraz fizjonomii, ożywia ruchy, głosowi nadaje dźwięk nowy. Często istota tępa i nierozwinięta może, pod wpływem namiętności, zadziwić wielką wymową myśli, jeżeli nie słowa; rzekłbyś, że w takiej chwili przenosi się w jakieś sfery promienne. I z naszym poczciwcem stało się to samo: głos i ruchy jego nabrały tej siły udzielającej się, jaka cechuje zwykle znakomitego aktora. Ale, czyż najpiękniejsze uczucia człowieka nie są poezją jego pragnień?

— To pan dowiesz się z przyjemnością, że pani Delfina zerwie prawdopodobnie z tym de Marsay’em. Gagatek ten porzucił ją dla księżnej Galathionne. Co do mnie, muszę wyznać, żem się zakochał w pani Delfinie.

— Czy być może? — zawołał ojciec Goriot.

— Tak jest; i jam się jej dosyć podobał. Przez całą godzinę mówiliśmy o miłości, a po jutrze, to jest w sobotę, zamierzam być u niej.

— O, mój drogi panie! Jakże ja cię kochać będę, jeżeli potrafisz jej się podobać. Pan jesteś dobry; nie dręczyłbyś jej pewnie. A gdybyś ją zdradził, to trzeba wiedzieć, że ja bym cię zabił. Bo to, widzisz, kobieta nie kocha dwa razy. Ale, Boże mój, co ja plotę! Panie Eugeniuszu, tu za zimno dla pana. Mój Boże więc pan z nią mówiłeś? Co mi kazała powiedzieć?

— Nic — rzekł Eugeniusz w duchu. — Kazała powiedzieć — dodał głośno — ze przysyła panu serdeczny pocałunek córki.

— Bądź zdrów, sąsiedzie; śpij dobrze. Obyś miał sny przyjemne; ja będę marzyć błogo o tym jednym wyrazie, któryś mi przyniósł od niej. Niech Bóg spełni wszystkie twe życzenia! Byłeś dziś dla mnie dobrym aniołem, przyniosłeś mi tchnienie mej córki.

— Biedaczysko — myślał Eugeniusz, kładąc się do łóżka — los jego może wzruszyć najtwardsze serce. A córka tyle o nim myślała, co o Wielkim Mogole.

Od tej chwili Goriot widział w swym sąsiedzie przyjaciela i powiernika, którego los zdarzył mu niespodzianie. Zawiązały się między nimi stosunki takie, jakie jedynie mogły zbliżyć starego Goriota do zupełnie obcego człowieka. Namiętność nie myli się nigdy w rachubie. Goriot przeczuwał, że sam zbliży się więcej do Delfiny, że będzie nawet milej widziany, jeżeli Eugeniusz potrafi się jej podobać. Przy tym powierzył studentowi najcięższą z swych boleści. Delfina nie zaznała jeszcze rozkoszy miłości, ta sama Delfina, o której szczęściu ojciec marzył przynajmniej tysiąc razy na dzień. Eugeniusz zaś był, według jego zdania, najmilszym w świecie młodzieńcem i mógł obudzić w sercu Delfiny uczucie, którego dotąd nie znała. Nadzieja ta stała się pobudką przyjaźni dla młodego sąsiada, która się co dzień zwiększała, a bez której nie znalibyśmy zapewne rozwiązania niniejszej powieści.

Następnego poranku, przy śniadaniu, wszyscy stołownicy dziwili się bardzo niezwykłemu zachowaniu się Goriota. Stary spoglądał na Eugeniusza z wyraźną czułością; przy stole zajął miejsce obok niego i kilkakrotnie wszczynał z nim rozmowę. Twarz Goriota, podobna zwykle do maski gipsowej, wyglądała dziś zupełnie inaczej. Vautrin nie widział studenta od czasu owej długiej konferencji; dziś spotkał go po raz pierwszy i usiłował wyczytać, co się w jego duszy dzieje. Eugeniusz rozmyślał przeszłej nocy o szerokiej drodze życia, co się przed nim otwierała, przy czym nie zapomniał oczywiście o posagu panny Taillefer; teraz zaś spoglądał na nią mimowolnie takim wzrokiem, jakim najcnotliwszy młodzieniec patrzy na bogatą dziedziczkę. Oczy ich spotkały się przypadkiem. Biedne dziewczę pomyślało, że Eugeniusz prześlicznie wygląda w nowym stroju. Spojrzenie, które zamienili, było tak znaczące, iż Rastignac pojął od razu , że stał się dla niej przedmiotem tych żądz niejasnych, które dziewczę nosi zwykle w sercu, aż dopóki nie spotka istoty ponętnej, dla której to serce uderzy. Nad uchem Eugeniusza głos jakiś wołał natrętnie: „Osiemset tysięcy franków!” Lecz jednocześnie stanęło przed nim wspomnienie dnia, wczorajszego, i pomyślał sobie, że uczucie wyrachowane dla pani de Nucingen mogło się stać skuteczną prezerwatywą od tych myśli niedobrych, które mimo woli go prześladowały.

— Dawano wczoraj Cyrulika Sewilskiego — rzekł student. — Jaka to rozkoszna ta muzyka Rossiniego; nigdym jeszcze nic podobnego nie słyszał. Mój Boże! co to za szczęście mieć własną lożę w Operze Włoskiej!

Ojciec Goriot pochwycił w lot wyrazy studenta, tak jak pies zda się chwytać skinienie swego pana.

— Dobrze to być mężczyzną — rzekła pani Vauquer — opływacie panowie jak pączki w maśle i robicie wszystko, co się wam podoba.

— Jak pan wróciłeś do domu? — zapytał Vautrin.

— Piechotą — odparł Eugeniusz.

— Co do mnie — rzekł kusiciel — nie zadowalałbym się półprzyjemnościami; chciałbym pojechać powozem, przepędzić wieczór we własnej loży i wygodnie powrócić do domu. Wszystko lub nic, to moja zasada.

— Bardzo chwalebna — rzekła pani Vauquer.

— Czy nie pójdziesz pan do pani de Nucingen? — rzekł Eugeniusz z cicha do Goriota. — Jestem pewien, że przyjmie dziś pana z otwartymi rękoma, bo zechce dowiedzieć się tysiąca drobnych szczegółów dotyczących mojej osoby. Wiadomo mi, że pani Delfina oddałaby wszystko w świecie, żeby tylko być w domu kuzynki mojej, wicehrabiny de Beauséant. Otóż nie zapomnij pan powiedzieć baronowej, że ja zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy, żeby spełnić jej życzenie.

Rastignac odszedł pośpiesznie do Szkoły Prawa, pragnął bowiem jak najmniej czasu spędzać w tym wstrętnym domu. Cały dzień prawie błąkał się bez celu, dręczony tą gorączką głowy, której doznaje młodzież oddająca się zbyt wybujałej nadziei. Przechadzał się właśnie po ogrodzie Luksemburskim, zatopiony w głębokich rozmyślaniach o życiu społecznym, na które naprowadziło go rozumowanie Vautrina, gdy spotkał się oko w oko z Bianchonem.

— Skądżeś to wziął tę minę poważną? — zapytał student medycyny, biorąc go pod ramię i idąc z nim w stronę pałacu.

— Dręczą mnie myśli niedobre.

— Jakie? W każdym razie nie trudno się z nich wyleczyć.

— Jakimże to sposobem?

— Jedyny sposób: ulegać im bez oporu.

— Kpisz sobie, nie wiedząc, o co chodzi. Czytałeś Roussa?

— Czytałem.

— Czy przypominasz sobie ten ustęp, gdzie autor zapytuje, co by czytelnik zrobił, gdyby mógł, nie ruszając się z Paryża, siłą woli tylko zabić jakiegoś mandaryna w Chinach?

— Przypominam.

— I cóż ty na to?

— Zachciałeś! Ja myślę już o trzydziestym trzecim mandarynie.

— Nie żartuj. Słuchaj, gdybyś wiedział, że to rzecz prawdopodobna, że chodzi tylko o twe skinienie, powiedz, jakbyś postąpił?

— A czy ten mandaryn bardzo stary? Wreszcie, młody czy stary, sparaliżowany czy zdrów, co mi tam! Słowo daję, że... Do licha! Nie, ja bym się nie zgodził.

— Dzielny z ciebie chłopak, Bianchon! Ale, słuchaj jeszcze, gdybyś kochał kobietę tak, że gotów byś duszę za nią oddać i gdybyś potrzebował pieniędzy, masę pieniędzy, na stroje dla niej, na powóz, wreszcie na wszystkie jej zachcianki?

— Ależ ty mi rozum odbierasz i chcesz, żebym rozumował.

— Słuchaj, Bianchon, wylecz mię, jam wariat. Mam dwie siostry, dwóch aniołów czystości i wdzięku, i pragnę, żeby obie były szczęśliwe. Jak zdobyć przez pięć lat dwieście tysięcy franków na posag dla nich? Bywają, widzisz, takie okoliczności w życiu, że trzeba grać w grę hazardowną, bo szkoda marnować szczęście na groszową wygraną.

— Ależ ty stawiasz pytanie, które spotyka każdego człowieka na progu życia, i chcesz mieczem przeciąć węzeł gordyjski. Na to, mój kochany, trzeba być Aleksandrem, inaczej za taki postępek można się oprzeć na galerach. Co do mnie, zadowalam się skromną egzystencją, która mnie czeka na prowincji, gdzie zajmę po prostu miejsce mego ojca. Pragnienia ludzkie zadowalają się równie dobrze w najciaśniejszym kółku, jak i w najszerszej przestrzeni. Napoleon nie jadał dwóch obiadów dziennie, a kochanek nie mógł mieć więcej od pierwszego lepszego studenta. Szczęście ludzkie, mój drogi, musi się zawsze pomieścić między podeszwą a wierzchołkiem głowy; raz płaci się za nie milion, drugi raz sto luidorów, ale wartość jego wewnętrzna jest zawsze jednaka. Moim więc zdaniem nie warto godzić na życie twego Chińczyka.

— Dziękuję ci, Bianchon! Słowa twe przyniosły mi ulgę. Będziemy zawsze przyjaciółmi.

— Wiesz co? — rzekł student medycyny — byłem na lekcji Cuviera i wracając przez Ogród Botaniczny widziałem, jak panna Michonneau i Poiret rozmawiali przed chwilą z pewnym jegomościem, który w czasie zeszłorocznych zamieszek krążył zawsze w pobliżu Izby Deputowanych. Coś mi się widzi, że to jest agent policyjny, który przybrał pozór uczciwego mieszczanina. Zwróćmy baczną uwagę na tę parę: powiem ci później dlaczego. Bywaj zdrów; o czwartej muszę odpowiedzieć na apel.

Po powrocie do domu Eugeniusz znalazł Goriota, który nań oczekiwał.

— Patrz pan — rzekł stary — oto list od niej. Cóż, czy nie ładne pismo?

Eugeniusz rozpieczętował list i przeczytał: