— Pokaż mi pan list — rzekł stary, widząc, że Eugeniusz skończył czytać. Pan nie odmówisz, nieprawdaż? — dodał wąchając papier. — Jak to pachnie! Wszak to jej palce dotknęły się do tego!
— Kobieta nie rzuca się tak pierwszemu lepszemu mężczyźnie na szyję — myślał student. — Jam potrzebny jej, jako przynęta na de Marsay’a. Chyba żal wielki mógł skłonić ją do takiego postępku.
— No, o czymże pan myślisz? — zapytał ojciec Goriot.
Eugeniusz nie wiedział, że niektóre kobiety owej epoki opanowane były szałem próżności; nie wiedział, że taka bankierowa gotowa była ponieść największą ofiarę, byle tylko ułatwić sobie przystęp do jakiego z domów na przedmieściu Saint-Germain. Moda ówczesna kazała przenosić nad wszystkie kobiety te, które miały przystęp do wybranego kółka z przedmieścia Saint-Germain; nazywano je paniami z Petit-Château, a pani de Beauséant, przyjaciółka jej księżna de Langeais i księżna de Maufrigneuse zajmowały najpierwsze miejsce w ich gronie. Rastignac nie miał pojęcia o tym, jak namiętnie kobiety z Chaussée d’Antin pragnęły się dostać do wyższej sfery, w której jaśniały konstelacje przynoszące chlubę płci pięknej. Wszelako nieufność Eugeniusza nie przyniosła mu szkody; przeciwnie, oziębiła go bardzo, a przez to pozwoliła mu postawić własne warunki, zamiast przyjmować je od innych.
— Tak jest, pójdę — powiedział.
Teraz ciekawość tylko wiodła go do pani de Nucingen, ale kto wie, czy namiętność nie popchnęłaby go ku tej kobiecie, gdyby ona wzgardziła nim na razie. Nie można wszakże powiedzieć, żeby obojętnie oczekiwał dnia jutrzejszego i godziny, w której miał ujrzeć baronową.
Pierwsza intryga jest dla młodzieńca prawie tak ponętna, jak pierwsza miłość. Pewność powodzenia wyrządza tysiąc błogich uczuć, do których się mężczyźni nie przyznają, a które stanowią cały powab niejednej kobiety. Zbytnia łatwość powodzenia tak samo jak opór przyczynia się do podniecenia żądzy. To pewna, że wszystkie namiętności ludzkie powstają pod wpływem jednej z tych dwóch przyczyn, które rozdzielają świat uczucia na dwa obozy. Być może, że rozdział taki jest wynikiem ważnej kwestii o znaczeniu temperamentu, która bez zaprzeczenia rządzi społeczeństwem ludzkim. Prawda, że melancholicy potrzebują pobudzającego wpływu kokieterii, lecz i to być może, że ludzie nerwowi lub sangwinicy cofają się, gdy opór trwa zbyt długo. Innymi słowy, o ile elegia jest limfatyczna, o tyle znów dytyramb jest wyłącznie żółciowy. Eugeniusz ubierał się starannie i napawał się tym uczuciem zadowolenia ze swej osoby, którego młodzi ludzie nie śmieją zdradzić z obawy śmieszności, a które jednak pochlebia bardzo ich miłości własnej. Zaczesując włosy myślał sobie, że spojrzenie pięknej kobiety prześlicznie się po kruczych jego puklach. Mizdrzył się po dziecinnemu, jak młode dziewczę, co się na bal stroi; przyglądał się z przyjemnością wysmukłej swej figurze i wygładzał starannie fałdki surduta. To pewne, myślał, że można znaleźć niezgrabniejszych ode mnie! Zszedł na dół w chwili, gdy wszyscy stołownicy byli już zebrani do stołu i wysłuchał z uśmiechem głośnej salwy wykrzykników, którymi przyjęto strój jego wykwintny.
Jest to rys charakterystyczny właściwy obyczajom gospody mieszczańskiej, że strój wytworny zwykł obudzać między mieszkańcami niezmierne zdumienie. Na widok nowej sukni każdy sąd swój wydać musi.
— Kt, kt, kt, kt — ozwał się Bianchon klaskając językiem jak gdyby zachęcał konia do biegu.
— Postawa księcia lub para — rzekła pani Vauquer.
— Może się pan wybiera na podboje? — zagadnęła panna Michonneau.
— Kukuryku! — krzyknął malarz.
— Proszę oświadczyć moje uszanowanie szanownej małżonce pańskiej — rzekł urzędnik z Muzeum.
— Czy pan masz żonę? — zapytał Poiret.
— Żonę i to jaką jeszcze! Kolor trwały, cena od dwudziestu pięciu do czterdziestu, deseń w kraty, według najświeższej mody, daje się prać, nosi się doskonale, pół niciana, pół bawełniana, pół wełniana, leczy od bólu zębów i innych chorób uznanych przez Akademię Medyczną! Wyborna przy tym dla dzieci i jeszcze skuteczniejsza od bólu głowy, od zbytku soków jako też od cierpień przełyku, oczu i uszu — wywoływał Vautrin z komiczną płynnością i z wyrazem iście szarlatańskim. „A ileż ta osobliwość kosztuje?”, zapytacie państwo. Dwa sous. Nic. Ani złamanego szeląga. Jest to resztka zapasów przygotowanych dla Wielkiego Mogoła. Wszyscy monarchowie europejscy nie wyłączając grrrrrubego księcia Badeńskiego pragnęli oglądać tę osobliwość. Proszę iść na wprost! Proszę wstąpić do kasy. Dalejże muzyka! Bruum, la, la, trin! la, la, bum, bum! Panie klarnecisto! — zawołał ochrypłym głosem — waćpan grasz fałszywie, ja ci palce poodbijam!
— Mój Boże, co to za miły człowiek — rzekła pani Vauquer do pani Couture — ja bym się nigdy nie znudziła w jego towarzystwie.
Wśród śmiechów i żartów, które nastąpiły po komicznej przemowie Vautrina, Eugeniusz pochwycił przelotne spojrzenie panny Taillefer, która zaraz potem pochyliła się ku pani Couture i szepnęła jej kilka słów do ucha.
— Kabriolet czeka — rzekła Sylwia.
— Gdzież on będzie na obiedzie? — zapytał Bianchon.
— U pani baronowej de Nucingen.
— U córki pana Goriot — dorzucił student.
Przy tych słowach oczy wszystkich zwróciły się na exfabrykanta, który spoglądał na Eugeniusza z pewnym rodzajem zazdrości.
Rastignac zatrzymał się na ulicy Saint-Lazare, przed jednym z tych domów o wysmukłych kolumnach i lekkich portykach, które uchodzą za wzór piękna w Paryżu. Był to dom prawdziwie bankierski, pełen wymysłów kosztownych, strojny w sztukaterie i mozaiki marmurowe. Znalazł panią de Nucingen w małym saloniku, obwieszonym malowidłami włoskimi, którego ozdoby przypominały kawiarnię. Baronowa była smutna. Usiłowała szczerze ukryć swe zmartwienie i przez to właśnie obudziła ciekawość Eugeniusza, który spodziewał się, że jego obecność uszczęśliwi tę kobietę, a tymczasem znalazł ją zrozpaczoną. Zawód ten podrażnił jego miłość własną.
— Bardzo niewiele jeszcze mam prawa do zaufania pani — rzekł Eugeniusz, który usiłował nadaremnie zbadać przyczynę jej zakłopotania, spodziewam się jednak, że pani powiedziałaby mi z całą otwartością, gdybym jej zawadzał.
— Zostań pan — rzekła baronowa — bez pana byłabym zupełnie samotna. Nucingen nie będzie na obiedzie, a ja nie chciałabym zostać sama jedna, potrzebuję dziś rozrywki.
— Cóż to pani?
— O! Panu tego nie powiem — zawołała. — Prędzej każdemu innemu.
— A ja chcę wiedzieć. Bo widocznie tajemnica pani ma jakiś związek z moją osobą.
— Być może! Ale nie — poprawiła się — to po prostu sprzeczki małżeńskie, które trzeba pogrzebać na dnie serca. Czyż nie mówiłam panu onegdaj? ja nie jestem bynajmniej szczęśliwa. Złote łańcuchy ciężą bardziej niż wszelkie inne.
Gdy kobieta wyznaje, że jest nieszczęśliwa, a wyznaje to przed młodzieńcem, któremu nie zbywa na dowcipie, który wie, że jest wykwintnie ubrany i ma w kieszeni tysiąc pięćset franków do wyrzucenia; to młodzieniec taki musi stracić głowę, musi pomyśleć to, co Eugeniusz powiedział.
— Czegóż pani możesz żądać? — zapytał student. — Jesteś piękna, młoda, kochana, bogata.
— Nie mówmy o mnie — zawołała ze złowrogim jakimś wstrząśnieniem głowy. — Zjemy obiad sam na sam, a później będziemy słuchali rozkosznej muzyki. Jakże mnie pan znajdujesz? — zagadnęła znów powstając, żeby lepiej pokazać przepyszną swą suknię z kaszmiru białego w perskie desenie.
— Pragnąłbym, żebyś pani była moja — rzekł Eugeniusz. — Jakżeś pani prześliczna!
— Smutną miałbyś pan własność — odpowiedziała z uśmiechem pełnym goryczy. — Nic tu nie zapowiada nieszczęścia, ale pozory kłamią, bo ja jestem w rozpaczy. Troski sen mi odbierają i czuję, że zbrzydnę niezadługo.
— O, to niepodobna! — zawołał student. — Ale ciekaw jestem, co to są za troski, których miłość szczera nie zdołałaby rozpędzić?
— Ach! Gdybym powierzyła panu swoje zmartwienia, to zacząłbyś mnie pan pewnie unikać. Dotychczas uczucie pańskie dla mnie jest tylko galanterią, na którą tak nietrudno zdobyć się mężczyźnie, lecz gdybyś mnie kochał szczerze, to musiałbyś rozpaczać wraz ze mną. Widzisz pan, że nie mogę nic więcej powiedzieć. Przez litość — poczęła po chwili — mówmy o czym innym. Chodź pan zobaczyć moje apartamenty.
— Przeciwnie, zostańmy tutaj — odparł Eugeniusz — siadając na kanapce przed kominkiem obok pani de Nucingen, którą wziął za rękę.
Ona nie broniła mu ręki, nawet oparła się na dłoni młodego człowieka ruchem, w którym czuć było siłę skoncentrowaną, zdradzającą głębokie wzruszenie.
— Posłuchaj mnie pani — rzekł Rastignac — błagam cię, powiedz mi swoje zmartwienie. Chcę dać dowód, że kocham cię tylko dla ciebie samej. Albo powierzysz mi swe troski, które ja rozproszę, choćbym miał sześciu ludzi zabić dla ciebie, albo pójdę stąd i nie wrócę więcej.
— Dobrze więc! — zawołała z myślą rozpaczliwą i uderzyła się w czoło. — Za chwilę wystawię pana na próbę. Tak — rzekła do siebie. — Nie ma już innego środka!
Zadzwoniła.
— Czy powóz pana barona zaprzężony? — zapytała kamerdynera.
— Tak jest.
— Ja go biorę, panu baronowi dacie mój powoź i moje konie. Obiad będzie dopiero o siódmej.
— Chodźże pan, proszę — rzekła do Eugeniusza, który me rozumiał sam, czy we śnie, czy na jawie, jedzie z baronową powozem pana de Nucingen.
— Do Palais-Royal — zawołała na woźnicę — koło Teatru Francuskiego.
W drodze zdawała się wzburzona i nie chciała odpowiadać na zapytania Eugeniusza, który nie mógł pojąć, co znaczy ten opór niemy, zacięty i nieczuły.
— Ona wymknie mi się za chwilę — mówił do siebie.
Powóz się zatrzymał; baronowa powstrzymała jednym spojrzeniem nierozważne słowa studenta, który zaczynał się unosić.
— Czy pan mnie szczerze kochasz? — zapytała.
— Szczerze — odpowiedział, starając się ukryć ogarniający go niepokój.
— Nie pomyślisz o mnie nic złego, o cokolwiek bądź będę cię prosiła?
— Nie.
— Gotów żeś być mi posłusznym?
— Bez wahania.
— Czyś pan był kiedy w domu gry? — spytała drżącym głosem.
— Nigdy.
— Ach! oddycham. Szczęście panu posłuży. Oto moja kieska — mówiła baronowa. — Weź ją pan, proszę! jest w niej sto franków, to jest całe mienie kobiety, której ludzie szczęścia zazdroszczą. Idź pan z tym do domu gry. Nie umiem wskazać drogi, wiem tylko, że gdzieś w Palais-Royal. Spróbuj pan gry, zwanej ruletą, ryzykuj te sto franków i przegraj wszystko lub przynieś mi sześć tysięcy franków. Za powrotem opowiem przyczynę mego zmartwienia.
— Niech mnie diabli porwą, jeżeli rozumiem, co mam zrobić; ale będę posłusznym — powiedział Eugeniusz; a jednocześnie pomyślał z sobie z radością: Ona się kompromituje ze mną; nie będzie mi więc mogła nic odmówić.
Eugeniusz zabiera ładną sakiewkę i podąża z nią do najbliższego domu gry, pod numerem dziewiątym, który mu wskazał jakiś handlarz odzienia. Stanąwszy u celu, wchodzi na schody, pozwala sobie zabrać kapelusz i zapytuje, gdzie jest ruleta. Ku wielkiemu zdziwieniu obecnych posługacz miejscowy podprowadza go do długiego stołu. Cała publiczność spogląda na Eugeniusza, który pyta bez zawstydzenia, gdzie ma położyć swą stawkę.
— Połóż pan luidora na jednym z tych trzydziestu sześciu numerów; jeżeli numer wyjdzie, będziesz pan miał trzydzieści sześć luidorów — mówi mu szanowny jakiś starzec o białych włosach.
Eugeniusz rzuca sto franków na numer dwudziesty pierwszy odpowiadający liczbie lat jego. Nie zdołał się jeszcze opamiętać, gdy krzyk podziwu obił się o jego uszy. Wygrał, nie wiedząc jak i kiedy.
— Proszęż wziąć pieniądze — mówi znów poważny jegomość — w tym systemie nie wygrywa się dwa razy.
Eugeniusz bierze z rąk jego łopatkę, zgarnia trzy tysiące sześćset franków i kładzie je na czerwone, choć jeszcze nic a nic gry nie rozumie. Widzowie spoglądają nań z radością widząc, że dalej grać zamierza. Koło obraca się, Eugeniusz wygrywa powtórnie i bankier rzuca mu znowu trzy tysiące sześćset franków.
— Teraz masz pan siedem tysięcy dwieście franków — mówi mu stary jegomość do ucha. Jeżeli pan zechcesz posłuchać mojej rady, to przestań grać, bo czerwone już przeszło osiem razy. Jeżeliś miłosierny, to wywdzięczysz się za dobrą radę, wspomagając dawnego prefekta napoleońskiego, który znajduje się w bardzo krytycznym położeniu.
Rastignac odurzony patrzy obojętnie, jak siwowłosy jegomość zabiera mu z rąk dziesięć luidorów. Unosząc swoje siedem tysięcy franków, student nie pojmuje wcale, jakim sposobem je wygrał, tylko dziwi się szczęściu własnemu.
— No cóż? Dokądże mnie pani teraz zawieziesz? — zapytał Delfiny, pokazując jej siedem tysięcy, skoro tylko drzwiczki od powozu zostały zamknięte. Delfina pochwyciła go w uścisk gwałtowny i ucałowała żywo, ale nie namiętnie.
— Wybawiłeś mnie! — i łzy radości spływały obficie po jej twarzy. — Wszystko ci powiem, mój przyjacielu. Będziesz mi pan przyjacielem, nieprawdaż? Jam bogata, opływam w dostatki, na niczym mi pozornie nie zbywa. A jednak, któż uwierzy, że pan de Nucingen nie daje mi do rąk ani grosza: sam utrzymuje dom, powozy, sam płaci za moje loże w teatrze, a na stroje przeznacza mi sumę nie wystarczającą; człowiek ten każe mi przez wyrachowanie znosić nędzę tajemną. Ja znów jestem zbyt dumna, abym go prosić miała. Byłabym najnędzniejszą istotą, gdybym kupowała jego pieniądze za taką cenę, za jaką chce mi je sprzedawać! Dlaczego ja, com mu wniosła siedemset tysięcy franków posagu, pozwoliłam się tak wyzuć ze wszystkiego? Przez dumę, przez pogardę. Wychodzimy za mąż tak młode jeszcze, tak naiwne! Prośba o pieniądze, z którą trzeba się było zwrócić do męża, nie chciała mi przejść przez usta, nie śmiałam jej wymówić i przeżywałam własne zaoszczędzone pieniądze lub to, co mi dawał biedny mój ojciec; później musiałam się zadłużyć. Małżeństwo stało się dla mnie najokrutniejszym zawodem; ja nawet mówić o nim nie mogę; dość panu wiedzieć, że wyskoczyłabym oknem, gdybym zmuszona była żyć z Nucingenem i nie miała osobnych apartamentów. Trzeba było przyznać się przed nim, że miałam długi, że, jak każda młoda kobieta, wydawałam na klejnoty, na rozmaite zachcianki (biedny ojczysko tak nas przyzwyczaił, żeśmy sobie niczego odmawiać nie umiały); cierpiałam mękę prawdziwą, lecz w końcu znalazłam odwagę wyznać mu wszystko. Alboż nie miałam własnego funduszu? Nucingen uniósł się, powiedział, że go rujnuję, coś okropnego! Wolałabym wtedy być o sto stóp pod ziemią. Zapłacił wprawdzie, bo miał cały mój posag, ale odtąd przeznaczył mi na osobiste wydatki pensyjkę, którą przyjęłam dla świętego spokoju. Później chciałam odpowiedzieć miłości własnej pewnego człowieka, którego i pan znasz także. Zawiodłam się na nim, to prawda, lecz byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie uznała szlachetności jego charakteru. A jednak człowiek ten porzucił mnie niegodnie! Nie należało by opuszczać kobiety, której rzuciło się w potrzebie garść złota. Trzeba by kochać ją wiecznie! Ty, duszo dwudziestoletnia, piękna, młoda i nieskalana, ty mnie spytasz, jak kobieta może przyjmować złoto od mężczyzny? Mój Boże! Czyż to nie jest rzecz naturalna, że się wszystkim dzielimy z istotą, której zawdzięczamy szczęście nasze? Czyliż dając wszystko, można się troszczyć o jakąś drobną cząsteczkę całości? Pieniądze zaczynają nabierać wagi wtedy dopiero, gdy uczucie znika. Czyż dwie kochające się istoty nie są złączone na całe życie? Czyż która z nich myśli o rozdziale, gdy sądzi, że jest szczerze kochaną? Przysięgacie nam miłość wieczną, i jakże chcecie później, żeby interesy nasze nie były wspólne? O, pan nie wiesz, com ja dziś wycierpiała, gdy Nucingen odmówił mi sześciu tysięcy franków, on, co pewnie nie mniej daje miesięcznie kochance swojej, jakiejś dziewczynie z opery. Chciałam się zabić. Szalone myśli przychodziły mi do głowy. Były chwile, żem zazdrościła losu prostej służącej. Czyż mogłam się udać do ojca? Ależ to byłoby szaleństwo! Anastazja i ja zrujnowałyśmy go już do szczętu: biedny mój ojciec sprzedałby siebie samego, gdyby mógł wziąć sześć tysięcy franków za swą osobę. Po cóż było przywodzić go na próżno do rozpaczy? Pan wybawiłeś mnie od wstydu i śmierci, bo pijana byłam boleścią. Ach! Winnam była panu to objaśnienie: dziwnie nierozważnie postąpiłam dziś z panem. Gdyś pan stąd odszedł, gdym cię straciła z oczu, chciałam uciec piechotą... Dokąd? Nie wiem sama. Oto życie większej części kobiet paryskich: na zewnątrz zbytek, a w duszy troski okrutne. Znam biedne istoty jeszcze nieszczęśliwsze ode mnie. Są przecie kobiety, które muszą prosić swych dostawców o przedstawianie fałszywych rachunków. Inne zmuszone są okradać własnych mężów: jedni sądzą, że kaszmir kupiony za sto luidorów kosztuje pięćset franków, drudzy, że kaszmir wartujący pięćset franków płaci się po sto luidorów. Są nawet takie biedne istoty, które muszą głodzić swe dzieci i szachrować w najrozmaitszy sposób, żeby zarobić sobie na suknię. Ja przynajmniej nie splamiłam się żadnym nędznym oszustwem. To była moja ostatnia troska. Niektóre kobiety sprzedają się swym mężom, żeby później panować nad nimi, a ja jestem przynajmniej swobodna! Gdybym chciała, to Nucingen zasypałby mnie złotem, lecz wolę płakać, wsparłszy głowę na sercu człowieka, o którym wiem, że wart jest mego szacunku! Ach, dziś wieczorem de Marsay nie będzie miał prawa patrzeć na mnie, jak na kobietę zapłaconą przez niego!
Ukryła twarz w obu dłoniach, nie chcąc pokazać, że płacze; lecz Eugeniusz odsunął z lekka jej ręce. Jakże wspaniale wyglądała w tej chwili!
— Ach, to coś okropnego mieszać tak pieniądze z uczuciem! Pan nie będziesz mógł mnie kochać! — zawołała.
Eugeniusz wzburzony był tą mieszaniną dobrych uczuć, które tak wysoko mogą podnieść kobietę, z występkami, do których popycha ją dzisiejszy ustrój społeczny. Przemawiał łagodnie i pocieszająco, podziwiając tę piękną istotę, która wydała naiwnie nierozważny krzyk boleści.
— Przyrzecz mi pan, że nie użyjesz tego za broń przeciw mnie samej.
— Ach, pani, nie byłbym zdolny do czegoś podobnego — odparł student.
Pochwyciła jego rękę i przycisnęła ją sobie do piersi ruchem zdradzającym żywą wdzięczność.
— Otom, dzięki panu, swobodna i wesoła. Żyłam pod naciskiem ręki żelaznej. Teraz wieść będę życie skromne, nic nie będę wydawała. Pan przyjmiesz mnie taką, jaką będę, nieprawdaż, przyjacielu drogi? Weź pan to — mówiła dalej — zatrzymując dla siebie tylko sześć biletów bankowych. Sumiennie winnam panu tysiąc talarów, bo wyobrażałam sobie, że gram z panem na spółkę.
Eugeniusz wzbraniał się jak dziewczyna, lecz w końcu musiał przyjąć pieniądze, gdyż baronowa powiedziała:
— Będziesz pan moim wrogiem, jeżeli nie zechcesz być wspólnikiem.
— Zachowam więc te pieniądze, żeby mieć o czym spróbować znów szczęścia w razie potrzeby — rzekł Eugeniusz.
— Obawiałam się tych słów — zawołała Delfina, blednąc. — Jeżeli chcesz pan, żebym była czymkolwiek dla ciebie, to musisz mi przysiąc, że nigdy do gry nie wrócisz. Mój Boże! Jażbym miała cię zgorszyć! Wolałabym raczej umrzeć z boleści.
Zatrzymali się właśnie przed domem baronowej. Rażące to przeciwieństwo nędzy i dostatku zdumiewało studenta, któremu mimowolnie przychodziły na myśl złowrogie słowa Vautrina.
— Spocznij pan tam — rzekła baronowa, wchodząc do swego pokoju i wskazując mu kanapkę stojącą przed kominkiem — ja będę pisała list niezmiernie trudny! Poradź mi pan.
— Nie pisz pani nic — rzekł Eugeniusz — włóż bilety bankowe w kopertę, zaadresuj i odeślij je przez swoją pannę służącą.
— Nieoceniony z pana człowiek! — zawołała. — Oto co znaczy mieć dobre wychowanie. To tchnie prawdziwym Beauséantem — dodała z uśmiechem.
— Jaka ona śliczna! — mówił sobie w duchu Eugeniusz, który czuł się coraz bardziej zakochanym. Zaczął oglądać pokój tchnący rozkoszną elegancją bogatej kurtyzany.
— Jakże się panu podoba? — zapytała baronowa, dzwoniąc na pannę służącą.
— Tereso, zanieś to sama do pana de Marsay i oddaj mu do rąk. Jeżeli go nie zastaniesz, to odniesiesz mi list.
Przed odejściem Teresa nie omieszkała zmierzyć Eugeniusza złośliwym spojrzeniem. Poproszono na obiad. Rastignac podał ramię pani de Nucingen, która powiodła go do rozkosznej sali jadalnej, gdzie czekał ich stół zbytkowny, podobny do tego, który student podziwiał niedawno u swej kuzynki.
— Przychodź pan do mnie na obiad za każdym razem, gdy mamy operę włoską. Po obiedzie będziesz mi towarzyszył do teatru.
— Przyzwyczaiłbym się chętnie do tego słodkiego życia, gdyby ono mogło potrwać długo; lecz jam biedny student, który musi jeszcze zdobyć sobie przyszłość na świecie.
— Przyszłość się zdobędzie! — zaśmiała się baronowa. Widzisz pan wszystko jakoś daje się zrobić na świecie: i ja nie spodziewałam się już być tak szczęśliwa.
Leży to w naturze kobiet, że chcą dowieść niepodobieństwa na podstawie rzeczy możliwych, a fakty zastępują przeczuciem. Gdy nam de Nucingen weszła tegoż wieczora do loży swojej w towarzystwie Rastignaca, twarz jej jaśniała wyrazem zadowolenia, który czynił ją tak piękną, że każdy, kto na nią spojrzał, nie mógł się powstrzymać od potwarczych domysłów, przeciw którym kobiety są bezbronne, choć często bywa, że jedynie na mocy takich domysłów ludzie wierzą w występek nieistniejący. Znając Paryż, nie wierzy się temu, co tam mówią, a nie mówi się tego, co tam robią. Eugeniusz trzymał w swej dłoni rękę baronowej, a uścisk mniej lub więcej żywy starczył im za rozmowę, w której wypowiadali wrażenia wywołane muzyką. Był to dla nich wieczór uroczy. Wyszli razem i pani de Nucingen postanowiła odwieźć Eugeniusza swoim powozem aż do Pont-Neuf. Przez całą drogę Rastignac błagał na próżno o jeden z tych pocałunków, których nie skąpiła mu wcale w Palais-Royal i wyrzucał jej taką niekonsekwencję.
— Pierwej — odparła baronowa — był to objaw wdzięczności za poświęcenie się niespodziewane, a teraz byłaby to już obietnica.
— A pani nie chcesz mi żadnej obietnicy uczynić, niewdzięczna? — zawołał Rastignac nadąsany.
Baronowa podała mu wreszcie rękę do pocałowania, ale uczyniła przedtem ruch niecierpliwy, który tak bardzo podoba się zakochanym, a on przyjął dłoń podaną z dąsem, który znowu ją zachwycił.
— Do zobaczenia w poniedziałek na balu — powiedziała Delfina.
Noc była jasna, księżycowa. Wracając piechotą do domu, Eugeniusz zagłębił się w poważne rozmyślania. Był zarazem szczęśliwy i niezadowolony: uszczęśliwiała go dzisiejsza przygoda, wskutek której miał się prawdopodobnie zbliżyć do przedmiotu swych pragnień, do jednej z najpiękniejszych i najbardziej wykwintnych kobiet w Paryżu; smucił się zaś tym, że cały plan, jaki sobie na przyszłość ułożył, musiał ulec zmianie. Teraz dopiero pojął te myśli niejasne, które niedawno snuły mu się po głowie. Niepowodzenie daje nam zazwyczaj poznać siłę naszych pragnień. Im bardziej Eugeniusz poznawał życie paryskie, tym mniej życzył sobie zostać biednym i nieznanym. Gniótł bilet tysiącfrankowy, który miał w kieszeni i próbował przekonać siebie wykrętnym rozumowaniem, że pieniądze te są jego własnością. Tak przybył na ulicę Neuve-Sainte-Geneviève. Wchodząc na schody, zobaczył światło w mieszkaniu Goriota. Stary zostawił drzwi przymknięte i zapalił świecę z obawy, żeby student nie zapomniał przyjść opowiedzieć mu jego córkę, tak się bowiem wyrażał. Eugeniusz nic przed nim nie ukrywał.
— Ależ — zawołał Goriot uniesiony rozpaczą i zazdrością — im się zdaje, żem ja zrujnowany, a ja mam jeszcze tysiąc trzysta liwrów dochodu. Mój Boże! biedna mała, czemuż nie przyszła do mnie? byłbym sprzedał dochody, byłbym kapitał naruszył, a pozostała suma wystarczyłaby mi na dożywocie. Dlaczegóż, dobry sąsiedzie, nie przyszedłeś powiedzieć mi o swym kłopocie? Jak miałeś serce stawić na kartę owe nędzne sto franków? Na myśl o tym serce mi pęka. Oto jacy bywają zięciowie! O! Zdusiłbym ich, gdyby wpadli teraz w moje ręce. Mój Boże, trzebaż to było płakać! Czyż ona płakała!
— Wsparłszy głowę na mojej kamizelce — powiedział Eugeniusz.
— O, dajże mi ją pan! — zawołał ojciec Goriot. — Jak to! więc tu spływały łzy mojej córki, drogiej mojej Delfiny, która nie płakała nigdy będąc mała! O, ja kupię panu drugą kamizelkę, tej nie noś więcej, zostaw mi ją! Według kontraktu Delfina powinna korzystać ze swego majątku. Ach, jutro zaraz pójdę do adwokata Derville’a. Wyrobię to, że kapitał jej zostanie oddany na procent. Znam się ja na prawie; stary ze mnie wilk — potrafię jeszcze zęby pokazać.
— Patrz, ojcze, oto tysiąc franków, które ona chciała mi dać jako pieniądze wygrane na spółkę. Zachowaj ten bilet dla niej w tej oto kamizelce.
Goriot popatrzył na Eugeniusza, pochwycił dłoń jego, a łza stoczyła mu się po twarzy i spadła na rękę młodzieńca.
— Będziesz szczęśliwy w życiu — powiedział starzec. — Bo, widzisz, Bóg jest sprawiedliwy. Znam się ja na uczciwości i mogę zapewnić, że mało jest ludzi podobnych do ciebie. Chcesz więc być także ukochanym moim dziecięciem? No, dosyć, pora spać. Możesz spać spokojnie, bo jeszcze ojcem nie jesteś. Ona płakała i ja się o tym dowiaduję, ja, com zajadał spokojnie jak głupiec, podczas gdy ona tam cierpiała; ja, co zaprzedałbym Ojca, Syna i Ducha Św., żeby im obydwom łzy jednej oszczędzić!
— Daję słowo — myślał Eugeniusz, kładąc się do łóżka — zdaje mi się, że całe życie będę uczciwym człowiekiem. Jak to słodko iść za natchnieniem sumienia!
Zdaje się, że tylko ci, co wierzą w Boga, zdolni są robić dobro w tajemnicy, a Eugeniusz wierzył w Boga. Nazajutrz, przed balem, Rastignac poszedł do pani de Beauséant, która zabrała go z sobą, obiecując przedstawić księżnej de Carigliano. Marszałkowa przyjęła go niezmiernie uprzejmie, a w gronie gości była już pani de Nucingen. Delfina wystroiła się, żeby podobać się wszystkim, a tym samym jeszcze bardziej zachwycić Eugeniusza, na którego spojrzenie czekała niecierpliwie, chociaż zdawało się jej, że swą niecierpliwość doskonale ukrywa. Dla tego, kto umie odgadywać wzruszenia kobiety, chwila taka pełna jest uroku. Któż z nas nie lubi drożyć się z uznaniem, ukrywać zalotnie swe zadowolenie, czytać mimowolne wyznanie w niepokoju, który wywołujemy, wreszcie igrać z obawą, którą możemy rozproszyć jednym uśmiechem? Tego wieczora student nasz zmierzył całą doniosłość swego położenia i pojął, że miano kuzyna pani de Beauséant dawało mu już pewne stanowisko w świecie. Przypisywano mu już wielkie powodzenie u pani de Nucingen, co dodawało mu tyle wagi, że młodzież ścigała go zazdrosnym spojrzeniem; Eugeniusz pojął, że wzbudza zazdrość i pierwszy raz doznał rozkoszy zadowolonej próżności. Przechodząc z salonu do salonu, od jednego kółka gości do drugiego, słyszał, jak wszyscy unosili się nad jego szczęściem. Wszystkie kobiety przepowiadały mu świetne powodzenie. Delfina, przejęta obawą na myśl, że może go utracić, obiecała dać mu wieczorem pocałunek, od którego tak stanowczo wzbraniała się przed paru dniami. Podczas balu Rastignac otrzymał kilka zaproszeń. Kuzynka zaprezentowała go niektórym paniom mającym pretensję do elegancji, których domy uchodziły za najbardziej przyjemne. Ujrzał się naraz rzucony w sfery najpiękniejszego i najbardziej arystokratycznego świata paryskiego, i wieczór ów miał dla niego urok świetnego debiutu, o którym pamięta się do późnej starości, jak dziewczę pamięta o balu, na którym miało wielkie powodzenie. Nazajutrz wobec wszystkich stołowników Eugeniusz opowiadał Goriotowi przy śniadaniu o swych tryumfach. Słuchając go Vautrin uśmiechał się w sposób szatański.
— I pan sądzisz — zawołał ten logik okrutny — że modny młodzieniec może mieszkać przy ulicy Neuve-Sainte-Geneviève, w domu Vauquer, w tej gospodzie, która, choć wielce szanowna pod każdym względem, nie jest jednak wcale modnym hotelem? Jest to gospoda zamożna, piękna w swym dostatku, a nawet dumna z tego, że stała się chwilowym schronieniem jednego z Rastignaców; lecz z tym wszystkim znajduje się przy ulicy Neuve-Sainte-Geneviève i nie wie nic o zbytku, bo jest na wskroś patriarchalnorama. Młody mój przyjacielu — ciągnął dalej Vautrin tonem na wpół ojcowskim, a na wpół żartobliwym — chcąc znaczyć cośkolwiek w Paryżu, potrzeba mieć trójkę koni, tilbury na rano, a karetę na wieczór, to jest trzeba wydać przynajmniej dziewięć tysięcy franków na powozy. Przy tym, byłbyś pan niegodny swego losu, gdyby krawiec kosztował cię tylko trzy tysiące, a perfumy tylko sześćset franków, gdybyś na szewca i na kapelusznika wydawał tylko po sto talarów rocznie. Oprócz tego i praczka kosztuje przynajmniej tysiąc franków. Modni młodzieńcy muszą dbać bardzo o piękność bielizny, boć przecie na to najwięcej zwraca się uwagi. Miłość i świątynia wymagają pięknych obrusów na swe ołtarze. Narachowaliśmy już tedy czternaście tysięcy. Nie wyliczam tego, co się przegra w karty, co się straci na zakłady i na podarunki; wiem tylko, że na te drobne wydatki nie podobna rachować mniej, jak dwa tysiące franków rocznie. Wiodłem ja życie tego rodzaju i wiem, co to kosztuje. Proszę teraz dodać, do tych wydatków nieodbicie potrzebnych, trzysta luidorów na delikatesy, a tysiąc franków na różne swawole. Cóż, synku, musimy mieć dwadzieścia pięć tysiączków rocznie, lub wpadamy w błoto, wystawiamy się na pośmiewisko i jesteśmy pozbawieni przyszłości, powodzenia, kochanek! Ale, zapomniałem jeszcze o kamerdynerze i groomie! Czy to Krzysztof będzie roznosił pańskie liściki miłosne? Może będziesz je pan pisywał na takim papierze, na jakim obecnie pisujesz? Ależ to byłoby samobójstwo rozmyślne. Chciej pan wierzyć człowiekowi staremu i doświadczonemu! — ciągnął mówca dalej, a gruby głos jego brzmiał rinforzando. Pozostaje panu jedno z dwojga: wygnać się na cnotliwe poddasze i poślubić pracę nieustanną lub obrać sobie inną drogę.
I Vautrin mrugnął, spoglądając na pannę Taillefer, jak gdyby chciał przypomnieć i streścić w tym jednym spojrzeniu wszystkie zasady gorszące, które zasiał w sercu studenta po to, by je zepsuły.
Minęło znów dni kilka, a Rastignac pędził życie niezmiernie lekkomyślne. Obiadował prawie zawsze z panią de Nucingen, a później wszędzie jej towarzyszył. Powracał do siebie o trzeciej lub czwartej po północy, wstawał o południu, ubierał się, po czym jechał znów z Delfiną, jeżeli pogoda sprzyjała. Marnował czas nieoględnie, nie znając jego wartości; a każdą lekcję zbytku, każdą jego ponętę przyjmował z takim upragnieniem, z jakim kielich palmy daktylowej pochłania pyłek zapładniający. Grał ryzykownie, przegrywał i wygrywał wiele, aż w końcu przyzwyczaił się do nieumiarkowanego życia młodzieży paryskiej. Z pierwszych wygranych pieniędzy odesłał tysiąc pięćset franków matce i siostrom, dołączając do tego piękne podarunki dla wszystkich. Zapowiedział był wprawdzie, że opuści dom Vauquer, lecz styczeń dobiegał już do końca, a Eugeniusz nie ruszył się jeszcze z dawnego mieszkania i nie wiedział, jak się z niego wydostanie. Wszyscy prawie młodzieńcy podlegają jednemu prawu, które na pozór zdaje się niewytłumaczone, ale przy bliższym zbadaniu objaśnia się młodością samą i tym szałem, z jakim młodzież rzuca się ku przyjemnościom. Bogaty czy ubogi, młodzieniec nie ma wcale pieniędzy na potrzeby codzienne, ale na zachcianki nigdy mu ich nie zabraknie. Marnotrawi nieoględnie to, co może dostać na kredyt, ale oszczędza skwapliwie wszystkiego, co się kupuje za grosz gotowy; rzekłbyś, że się mści za to, czego nie ma, rozpraszając to wszystko, czego dostać może. Chcąc jasno tę rzecz wyrazić, powiedzmy, że student troszczy się daleko więcej o zaoszczędzenie kapelusza, niż o zachowanie całego odzienia w dobrym stanie. Wielkość zarobku usposabia naturalnie krawca do chętnego poczekania, gdy przeciwnie skromność sumy żądanej sprawia, że kapelusznik jest najbardziej nieprzystępnym ze wszystkich istot, z którymi student musi wchodzić w układy. Gdy w teatrze młodzieniec przyciąga lornetki pięknych pań widokiem prześlicznej kamizelki, to można przypuszczać, że nogi jego obchodzą się bez skarpetek; pończosznik bowiem należy też do molów toczących sakiewkę młodzieży. Rastignac nie stanowił wyjątku. Worek jego, zawsze próżny dla pani Vauquer, zawsze pełny, gdy chodziło o zadowolenie wymagań próżności, doświadczał przeciwności i powodzeń nieprzewidzianych, które rozmijały się zawsze z terminem wypłaty. Chcąc opuścić smrodliwą i nędzną gospodę, w której czuł się ciągle upokorzonym, musiałby zapłacić gospodyni za cały miesiąc i kupić meble do swych apartamentów kawalerskich, a to było dotąd rzeczą niemożliwą. Gdy nie było czym gry rozpocząć, Rastignac zabierał zegarki i łańcuchy złote, które ponabywał przedtem za pieniądze wygrane w karty, i umiał zanieść je do lombardu, do tego smutnego i dyskretnego przyjaciela młodzieży; lecz brakło mu pomysłu i odwagi, gdy potrzebował pieniędzy na stół i mieszkanie lub na kupno narzędzi, bez których nie można się było obejść przy eksploatowaniu życia wykwintnego. Bezsilnym był wobec konieczności powszedniej, wobec długów, które zaciągał dla zaspokojenia potrzeb najpierwszych. Postępował jak większa część ludzi, którzy wiodą takie nierozsądne życie: odwlekał do ostatniej chwili zaspokojenie należności, które w oczach mieszczan uchodzą za dług święty. Czynił tak jak Mirabeau, który nie zwykł był płacić za chleb, aż dopóki tenże nie przedstawił mu się pod groźną postacią wekslu. Około tego czasu Rastignac przegrał dużo i musiał się zadłużyć. Zaczynał pojmować, że niepodobna było żyć dłużej w ten sposób, nie mając stałych dochodów. Jęczał pod dotkliwymi ciosami chwiejnego położenia, lecz nie miał siły wyrzec się rozkoszy takiego życia i pragnął wieść je nadal za jaką bądź cenę. Traf pomyślny, co miał dopomóc mu do zrobienia majątku, stał się prostą mrzonką, a przeszkody rzeczywiste wzrastały z dniem każdym.
Patrząc z bliska naszycie domowe pana i pani de Nucingen, przekonał się, że kto chce zmienić miłość w narzędzie powodzenia, ten musi napić się rozmaitych upokorzeń i zaprzeć się szlachetnych idei, które odkupują błędy miłości. Eugeniusz poślubił to życie świetne na zewnątrz lecz toczone wewnętrznie przez wszystkie taeniae zgryzoty, przeplatane uciechami ulotnymi, za które trzeba drogo płacić ciągłą troską i niepokojem; upodobał je i tarzał się w nim jak Roztrzepaniec La Bruyere’a w brudzie rynsztoka, lecz dotychczas, jak Roztrzepaniec odzienie tylko powalał.
— Czy nie zabiliśmy tylko mandaryna? — zapytał go raz Bianchon, wstając od stołu.
— Nie umarł dotychczas, ale już charczy — odparł Eugeniusz.
Student medycyny wziął te słowa za żart, ale Eugeniusz nie myślał żartować. Po długiej przerwie jadł dziś znowu w gospodzie, ale w czasie obiadu dziwnie jakoś był zamyślony Po deserze nie wyszedł jak zwykle, lecz pozostał w sali jadalnej obok panny Taillefer, na którą rzucał od czasu do czasu wyraziste spojrzenia. Niektórzy goście jedli jeszcze orzechy przy stole, inni przechadzali się kończąc rozpoczętą rozmowę. Według przyjętego zwyczaju, każdy odchodził, kiedy mu się podobało, przeciągając pobyt w miarę zajęcia jakie obudzał przedmiot rozmowy, albo stosownie do stopnia ociężałości, jakiej doznawał przy trawieniu. W zimie rzadko się zdarzało, żeby sala jadalna została opróżniona przed ósmą, ale w późniejszych godzinach zostawały zwykle tylko cztery kobiety, wynagradzając sobie przymusowe milczenie, które musiały zachowywać w tym zgromadzeniu męskim. Vautrin spostrzegł zamyślenie Eugeniusza i pozostał w sali jadalnej, choć na razie udawał, że zabiera się do prędkiego wyjścia. Unikał później wzroku Eugeniusza, który musiał sądzić, że go nie ma w sali. Widział, jak wszyscy mieszkańcy gospody porozchodzili się z wolna do swych mieszkań, lecz sam pozostał skrycie na swym stanowisku. Wyczytał, co się działo w duszy studenta, i przeczuwał, że musi już nastąpić jakiś objaw stanowczy. Rastignac ujrzał się rzeczywiście w trudnym położeniu, w jakim znajdował się pewnie niejeden młody człowiek. Pani de Nucingen zakochana, a może zalotna tylko, dała mu poznać wszystkie wzruszenia namiętności prawdziwej, posiłkując się dyplomacją niewieścią, w której paryżanki zwykły celować. Naraziła się na obmowę, byle tylko zatrzymać przy sobie kuzyna pani de Beauséant, a teraz wahała się, czy należało nadać mu rzeczywiście takie prawa, jakie mu powszechnie przypisywano. Drażniąc przez cały miesiąc zmysły Eugeniusza, potrafiła w końcu poruszyć jego serce. W pierwszych dniach zdawało się studentowi, że on będzie rozkazywał; lecz wkrótce pani de Nucingen otrzymała przewagę za pomocą tej taktyki, która obudziła w sercu Eugeniusza wszystkie złe i dobre uczucia dwóch lub trzech ludzi, które śpią w piersi młodego paryżanina. Czy to było wyrachowanie ze strony Delfiny? Nie, kobiety zawsze są prawdziwe, nawet wtedy, gdy postępują najfałszywiej, bo zawsze ulegają jakiemuś uczuciu przyrodzonemu. Być może, że Delfina, która poddała się na razie Eugeniuszowi i pokazała mu zbyt wielką przychylność, ulegała teraz uczuciu godności, które kazało jej cofnąć swe obietnice lub zawiesić je przynajmniej. Paryżanka, którą namiętność unosi, zwykła się wahać w chwili upadku, zwykła wystawiać na próby serce tego, komu ma oddać przyszłość całą. Za pierwszym razem pani de Nucingen zawiodła się we wszystkich nadziejach, a wierność jej dla młodego samoluba została nieuznana. Miała więc prawo być teraz nieufna. Może też raziło ją postępowanie Eugeniusza, który stał się zarozumiały dzięki łatwemu powodzeniu i zdradzał pewne lekceważenie wynikające z dziwnych stosunków, jakie się między nimi zawiązały. Chciała zapewne wydać się wspaniała, imponująca i wielka w oczach młodego człowieka; ona, co tak długo była mała wobec tego, który ją opuścił. Nie chciała uchodzić za łatwą zdobycz w przekonaniu Eugeniusza, a to dlatego właśnie, że on wiedział, iż przedtem należała do de Marsay’a. Wreszcie miłość owego młodzieńca zepsutego, który był istnym potworem, miała w sobie coś tak poniżającego, że Delfina z rozkoszą zagłębiała się teraz w kwiecistą krainę prawdziwej miłości, przyglądała się z zachwytem widokom nieznanym, wsłuchiwała się długo w szmer wietrzyka, który pieścił ją swym nieskalanym powiewem. Prawdziwa miłość wynagradzała za kłamaną. Będzie się to niestety powtarzało zbyt często, dopóki mężczyźni nie pojmą, jak wiele kwiatów łamie się w duszy młodej kobiety pod ciosami pierwszego zawodu. Mniejsza wreszcie o pobudki, dosyć że Delfina igrała sobie z Rastignac’iem i znajdowała w tym przyjemność, może dlatego, że czuła się kochana i wiedziała, iż wszystkie zgryzoty Eugeniusza pierzchną, gdy ona tego najmiłościwiej zachcieć raczy. Eugeniusz zaś nie chciał przez szacunek dla siebie samego, żeby pierwsza walka zakończyła się jego porażką i postanowił wytrwać w pogoni, jak myśliwy, który chce koniecznie zastrzelić kuropatwę na pierwszej uroczystości św. Huberta. Ciągły niepokój, niezadowolenie miłości własnej, napady rozpaczy zmyślonej lub prawdziwej, wszystko to przywiązywało go coraz bardziej do Delfiny. Cały Paryż dawał mu panią de Nucingen, a on nie zbliżył się do niej ani na jotę więcej, jak w pierwszym dniu znajomości. Wpadał w bezsilną wściekłość, bo nie wiedział jeszcze, że kokieteria kobiety zapewnia czasami korzyści, które więcej są warte od całej przyjemności, jaką mogłaby dać jej miłość. Epoka, w której kobieta walczy jeszcze z miłością, przyniosła już Rastignacowi plon najpierwszych swych owoców; miały one smak wyborny, choć były jeszcze zielone i nieco kwaskowate, tylko trzeba było płacić za nie niezmiernie drogo.
Zdarzało się niekiedy, że student nie miał grosza przy duszy i nie widział przed sobą żadnej przyszłości; wtedy starał się stłumić głos sumienia i myślał o ponętnej drodze do fortuny, którą Vautrin ukazał mu w małżeństwie z panną Taillefer. Owóż i teraz była to jedna z takich chwil, w których nędza przemawiała do niego tak natrętnie, że prawie mimowolnie dał się wplątać w intrygę straszliwego sfinksa, którego wzrok trzymał go nieraz pod czarodziejskim zaklęciem. Po odejściu Poireta i panny Michonneau, którzy zabawili najdłużej w sali jadalnej, Rastignac mniemał, że jest sam tylko z panią Vauquer i z panią Couture i spojrzał na pannę Taillefer tak wyraziście, że dziewczę oczy spuściło.
— Czy masz pan jakie zmartwienie, panie Eugeniuszu? — zapytała Wiktoryna po chwilowym milczeniu.
— Któż nie ma zmartwień! — odparł Eugeniusz. — My, młodzi, nie mielibyśmy może trosk żadnych, gdybyśmy wiedzieli, że jest ktoś, co nas kocha szczerze i poświęceniem swoim może zapłacić nam za wszystkie ofiary, któreśmy zawsze ponieść gotowi.
Za całą odpowiedź panna Taillefer rzuciła mu wejrzenie, które nie było wcale dwuznaczne.
— Dziś pani jesteś pewna swego serca; ale czy możesz ręczyć, że się ono nigdy nie zmieni?
Na ustach młodej dziewczyny zaigrał uśmiech, który, niby promień wytryskający z duszy, oblał twarz jej takim blaskiem, że się Eugeniusz przestraszył gwałtownego wybuchu uczucia.
— Jak to! A gdybyś pani miała być jutro bogata i szczęśliwa, gdyby majątek olbrzymi spadł ci z nieba, czyż pomimo to nie przestałabyś kochać biednego młodzieńca, który ci się podobał w dniach niedoli?
Skłoniła wdzięcznie głową.
— Nawet gdyby młodzieniec ten był bardzo nieszczęśliwy?
Nowe skinienie.
— Co to znów za brednie? — zapytała pani Vauquer.
— Proszę nam nie przerywać — rzekł Eugeniusz — my się porozumiewamy.
— Chyba kawaler Eugeniusz de Rastignac zamierza wejść w związki małżeńskie z panną Wiktoryną Taillefer? — ozwał się gruby głos Vautrina, który ukazał się niespodzianie we drzwiach sali jadalnej.
— Ach! Jakżeś mnie pan przestraszył! — zawołały jednocześnie pani Couture i pani Vauquer.
— Mógłbym zrobić gorszy wybór — zaśmiał się Eugeniusz, który nigdy jeszcze nie doznał tak silnego wzruszenia, jak teraz na głos Vautrina.
— Dosyć tych niestosownych żartów, panowie! — zawołała pani Couture. — Pójdźmy stąd, drogie dziecię.
Pani Vauquer poszła za swymi lokatorkami, żeby przepędzić u nich wieczór i zaoszczędzić sobie kawałek świecy i trochę paliwa. Eugeniusz został sam na sam z Vautrinem.
— Wiedziałem dobrze, że pan dojdziesz do tego — rzekł Vautrin z zimną krwią. — Ale słuchaj pan, ja umiem też być delikatnym. Nic pan teraz nie postanawiaj, bo w tej chwili nie jesteś w normalnym usposobieniu. Pan masz długi; chciałbym, żeby nie namiętność, nie rozpacz, lecz zimny rozum przywiódł pana do mnie. Może potrzebujesz kilku tysięcy dukatów? Proszę, weźmiesz pan?
Tu szatan sięgnął do kieszeni i wyjąwszy z pugilaresu trzy bilety bankowe, rozpostarł je przed oczyma studenta. Eugeniusz był w najokropniejszym położeniu. Przegrał markizowi d’Adjuda i hrabiemu de Trailles sto luidorów na słowo. Nie miał pieniędzy i nie śmiał iść wieczorem do pani de Restaud, która zaprosiła go na jeden z tych skromnych wieczorków, na których pije się herbatę z ciastkami i przegrywa się po sześć tysięcy franków w wista.
— Mój panie — rzekł Eugeniusz, powstrzymując z trudnością drżenie konwulsyjne — chciej pan zrozumieć, że po tym, coś mi powierzył, ja nie mogę zaciągać żadnych zobowiązań względem pana.
— A tak! Przykro by mi było, gdybyś pan mówił inaczej — zawołał kusiciel. — Piękny z pana młodzieniec, delikatny, dumny jak lew, a łagodny jak dziewczątko. Diabeł miałby piękną zdobycz z pana. Podoba mi się bardzo taki gatunek młodzieży. Jeszcze dwie lub trzy chwile głębokiego zastanowienia, a ujrzysz pan świat takim, jakim jest rzeczywiście. Przekonasz się, że człowiek wyższy dogadza wszystkim swym zachciankom, a niekiedy tylko odgrywa sceny cnoty ku wielkiemu zadowoleniu głupców, którzy mu się przyglądają z parteru. Niezadługo będziesz pan do nas należał. Ach! Mógłbyś wszystko osiągnąć przy mojej pomocy. Nie miałbyś jednego pragnienia, które by nie zostało zaraz spełnione; mógłbyś żądać wszystkiego: dostojeństw, majątku, kobiet. Cała cywilizacja zmieniłaby się dla pana w ambrozję. Byłbyś naszym pieszczoszkiem, naszym Beniaminem, za którego pozwolilibyśmy się wytępić wszyscy. Spłaszczylibyśmy wszystko, co by ci stawało na zawadzie. Chyba masz mnie pan za łotra, jeżeli po tym wszystkim nie możesz się jeszcze pozbyć swych skrupułów. Ale wiedz pan, że de Turenne był to człowiek takiej uczciwości, jaką pan posiadasz jeszcze w swoim przekonaniu, a jednak obrabiał on pewne sprawki z łotrami i nie widział w tym nic uwłaczającego dla siebie. Cóż, nie chcesz mi pan nic zawdzięczać? Niech i tak będzie — począł znów Vautrin z uśmiechem. — Weź pan te papierki i napisz na tym — mówił, dostając z pugilaresu papier stemplowy — ot tu w poprzek: Przyjęto za sumę trzy tysiące pięćset franków, wypłacalną za rok. A teraz postaw pan datę! Procent jest dość wielki, żeby uwolnić pana od wszelkich skrupułów; możesz nazwać mnie żydem i nie czuć się obowiązanym do żadnej wdzięczności. Dziś jeszcze wolno panu mną pogardzać, bom przekonany, że jutro kochać mnie będziesz. Znajdziesz we mnie te otchłanie niezgłębione, te niezmierne uczucia spotęgowane, które głupcy nazywają występkami; lecz nigdy nie ujrzysz mnie podłym i niewdzięcznym. Jednym słowem, synku, nie jestem ja ani pionkiem, ani słoniem tylko wieżą.
— Któż pan jesteś? — zawołał Eugeniusz. — Stworzonyś chyba po to, by mnie dręczyć.
— Ależ nie, jam dobry człowiek, bo chcę się sam zabłocić, byle pana raz na zawsze uchronić od błota. Pytasz pan siebie, skąd się wzięło takie poświęcenie? Dobrze! Powiem ci to kiedyś cichutko do ucha. Zdumiałeś się pan, gdym ci pokazał rozstrój ustroju społecznego i ruch machiny, lecz pierwszy przestrach przeminie i pogodzisz się z myślą, że na ludzi trzeba patrzeć jak na żołnierzy, co postanowili polec w służbie tych, którzy sami namaszczają się na królów. Czasy zmieniły się bardzo. Dawniej mówiono do śmiałka: Oto sto dukatów, zabij mi takiego to jegomościa i zasiadano najspokojniej do wieczerzy, kazawszy sprzątnąć człowieka za jedno tak lub jedno nie. Dziś ja ofiarowuję panu piękną fortunę za jedno skinienie głowy, które pana w niczym nie naraża, a pan się wahasz. Taki to już wiek zniewieściały.
Eugeniusz podpisał weksel i zamienił go na bilety bankowe.
— Słuchaj no pan, pomówmy rozsądnie — zaczął Vautrin znowu. — Chcę pojechać za kilka miesięcy do Ameryki i zająć się uprawą tytoniu. Będę przysyłał panu cygara w dowód przyjaźni. Jeżeli zdołam się wzbogacić, to będę ci pomagał. A jeżeli pozostanę bezdzietnym (co jest rzeczą możliwą, bo nie mam wielkiej ochoty odradzać się w ablegrach), no! to zapiszę ci wszystko. Czy to się nazywa być przyjacielem? Ależ ja cię kocham, panie Eugeniuszu. Mam tę słabość, że lubię namiętnie poświęcać się dla innych i poświęcałem się już w swoim życiu. Widzisz, synku, sfera, w której ja żyję, jest wyższa niż sfera innych ludzi. Ja patrzę zawsze na cel, a czyny uważam za środki. A wiesz czym jest dla mnie człowiek? Ot, czym! — i klasnął paznokciem wielkiego palca, zasunąwszy go między zęby. — Człowiek jest wszystkim lub niczym. Jest mniej niż niczym, gdy się nazywa Poiret; można go rozetrzeć jak pluskwę, płaski jest i śmierdzi. Ale człowiek podobny do pana jest bogiem: to już nie machina powleczona skórą, lecz teatr, w którym poruszają się najpiękniejsze uczucia. Ja żyję uczuciami. Uczucie — czyż to nie świat cały w jednej myśli? Spójrz pan na ojca Goriot: córki stały się dla niego wszechświatem, nicią, którą kieruje się wśród całego stworzenia. Otóż, dla mnie, com zbadał życie do gruntu, istnieje jedno tylko uczucie prawdziwe: przyjaźń dwóch mężczyzn. Piotr i Jaffier, to mój ideał. Umiem VENISE SAUVÉE na pamięć. Czyś pan spotkał takiego chwata co by wysłuchał przyjaciela, który mówi: „Pomóż mi zakopać trupa!” i poszedł z nim w milczeniu, nie nudząc go morałami? A jam to zrobił. Nie wyznałbym tego przed kim innym; lecz pan jesteś człowiek wyższy, panu można wszystko powiedzieć, bo wszystko pojąć potrafisz. Nie będziesz długo brodził po tych bagniskach, w których mieszkają otaczające nas karzełki. No, rzecz skończona. Pan się ożenisz. A teraz do ataku! Moja broń żelazna i nigdy nie mięknie, cha, cha!
Vautrin wyszedł, żeby nie krępować studenta i nie doczekać się przeczącej odpowiedzi. Rzekłbyś, że wiedział o tym słabym oporze, o tej walce, którą ludzie toczą z sobą i za pomocą której usprawiedliwiają później swoje czynności naganne.
— Niech sobie robi co chce, a ja nie myślę żenić się z panną Taillefer! — rzekł Eugeniusz do siebie.
Na razie opanowała go wewnętrzna gorączka na myśl, że zawarł przymierze z człowiekiem, który w nim wstręt wzbudzał, a jednocześnie rósł w jego oczach przez sam cynizm swych zasad i przez odwagę, z jaką deptał społeczność całą; niebawem jednak ochłonął, ubrał się i, zażądawszy fiakra, pojechał do pani de Restaud. Od kilku dni hrabina okazywała szczególne względy młodzieńcowi, którego powodzenie w wyborowym kółku wielkiego świata zapowiadało, że wpływ jego stanie się kiedyś bardzo potężny. Eugeniusz oddał, co był winien panom de Trailles i d’Adjuda, a przepędziwszy część nocy przy wiście, odzyskał wszystko, co stracił był poprzednio. Przesądny, jak większa część ludzi, których przyszłość nie jest jeszcze zapewniona i z których każdy jest mniej więcej fatalistą, widział w swym szczęściu nagrodę nieba za to, że postanowił wytrwać na dobrej drodze.
Następnego poranku pilno mu było zapytać, czy Vautrin ma jeszcze jego weksel. Odebrawszy odpowiedź twierdzącą, oddał mu trzy tysiące franków, zdradzając przy tym dosyć naturalne zadowolenie.
— Wszystko idzie dobrze — powiedział mu Vautrin.
— Lecz ja nie jestem pańskim wspólnikiem — rzekł Eugeniusz.
— Wiem, wiem — przerwał Vautrin. — Dziecinnisz się pan jeszcze. Zatrzymują cię na wstępie rzeczy małej wagi.
W dwa dni później Poiret i panna Michonneau siedzieli wśród ustronnej alei Ogrodu Botanicznego, na ławce oblanej promieniami słońca i prowadzili rozmowę z jegomościem, którego Bianchon nazwał słusznie podejrzaną figurą.
— Nie pojmuję — mówił pan Gondureau — skąd się biorą skrupuły pani. Jego ekscelencja minister policji generalnej państwa...
— Ach, jego ekscelencja minister policji generalnej państwa... — powtórzył Poiret.
— Tak, jego ekscelencja zajmuje się tą sprawą, — rzekł Gondureau.
Komuż nie wyda się nieprawdopodobne, że Poiret, dawny urzędnik, człowiek pozbawiony zdolności myślenia, lecz zbrojny prawdopodobnie we wszystkie cnoty mieszczańskie, nie przestał słuchać mniemanego kapitalisty z ulicy Buffon, w chwili gdy tenże wymówił słowo policja, ukazując spod maski poczciwca fizjonomią agenta z ulicy de Jerusalem? A jednak to rzecz najnaturalniejsza w świecie. Wielu obserwatorów zrobiło spostrzeżenie, którego jeszcze nie rozpowszechniono, lecz które objaśni lepiej, jakie miejsce Poiret zajmował w wielkiej familii głupców. Jest pewien naród pierzasty, zamknięty w budżecie między pierwszym stopniem szerokości północnej, pod którym leży niby Grenlandia administracyjna, kraj honorariów wynoszących tysiąc dwieście franków, a stopniem trzecim, pod którym zaczyna się strefa cieplejszych honorariów wynoszących od trzech do sześciu tysięcy, strefa umiarkowana, w której gratyfikacja przyjmuje się i kwitnie, pomimo trudności uprawy. Rysem charakterystycznym, który zdradza najlepiej niedołęstwo i tępość umysłu tej rasy służalczej, jest szacunek jakiś mimowolny, machinalny, instynktowy dla tego Dalajlamy wszelkiej władzy, którego urzędnik zna tylko z nieczytelnego podpisu i nazywa jego ekscelencja ministrem. Te trzy słowa znaczą tyle, co Il Bondo Cani kalifa bagdadzkiego i wyobrażają w oczach tej rasy znędzniałej władzę uświęconą, nieodwołalną. Jak papież dla chrześcijan, tak minister w oczach urzędnika jest administracyjnie nieomylny; świetność jego osoby odbija się na jego czynach i słowach oraz na słowach wymówionych w jego imieniu; haft jego munduru okrywa wszystko i uprawnia każdy czyn spełniony z jego rozkazu; tytuł ekscelencja świadczący o czystości jego zamiarów i świątobliwości jego chęci, służy za paszport najdzikszym ideom. Na samo wspomnienie jego ekscelencji, nieboracy owi podejmują się najskwapliwiej tego, czego nie zrobiliby we własnym interesie. Biura mają, tak jak armia, swoje bierne posłuszeństwo: za pomocą tego systematu zagłusza się sumienie, unicestwia człowieka i zmienia go w końcu w śrubę lub muterkę połączoną z machiną rządową.
Pan Gondureau, który musiał znać się na ludziach, pojął od razu, że Poiret jest jednym z takich głupców biurokratycznych. Potrzebował właśnie odsłonić swe baterie i wymówił czarodziejskie słowo jego ekscelencja, by za pomocą tego Deux ex machina olśnić Poiret’a, który zdawał się stworzony dla panny Michonneau, tak jak panna Michoenneau zdawała się stworzoną dla Poireta.
— Skoro tylko jego ekscelencja minister, skoro jego ekscelencja we własnej osobie… A, to zupełnie co innego! — rzekł Poiret.
— Słyszy pani, co mówi jej towarzysz? Pani zdaje się polegać na jego zdaniu — począł znów pseudokapitalista, zwracając się do panny Michonneau. — Otóż, jego ekscelencja minister jest teraz najmocniej przekonany, że tak zwany Vautrin, mieszkający w domu Vauquer, jest zbrodniarzem zbiegłym z galer tulońskich, gdzie go znano pod imieniem Trompe-la-Mort.
— A! Trompe-la Mort! — rzekł Poiret — musi być bardzo szczęśliwym, kiedy zasłużył na takie imię.
— A tak — odparł agent. — Zawdzięcza on swe przezwisko dziwnemu szczęściu, które zasłaniało go przed śmiercią we wszystkich jego zuchwałych przedsięwzięciach. Jest on niebezpieczny, trzeba państwu wiedzieć. Posiada przymioty, które czynią zeń niezwykłego człowieka. Nawet sam wyrok potępiający przyniósł mu w rodzinnych stronach honor niezmierny...
— Więc to jest człowiek honoru? — zapytał Poiret.
— Na swój sposób. Zgodził się on przyjąć na siebie fałszerstwo popełnione przez pewnego młodzieńca, którego kochał niezmiernie. Był to prześliczny Włoch, trochę szuler, który wstąpił później do wojska, gdzie zresztą sprawował się bardzo chwalebnie.
— Jeżeli jego ekscelencja minister policji wie dobrze, że pan Vautrin jest owym Trompe-la-Mort, to do czegóż może mnie potrzebować? — zagadnęła panna Michonneau.
— Ach! tak — rzekł Poiret — jeżeli jego ekscelencja minister, jak oto mieliśmy honor słyszeć od pana, ma w rzeczy samej pewność jakąkolwiek...
— Nie ma tu mowy o pewności, przypuszcza się tylko. Zrozumiecie państwo zaraz, o co idzie. Jakub Collin, przezwany Trompe-la-Mort, posiada zaufanie trzech galer, które zrobiły go swym agentem i bankierem. Zyskuje on wiele na prowadzeniu takich spraw, do których potrzeba człowieka znacznego.
— Ach! ach! Czy pani rozumie ten dwuznacznik? — zapytał Poiret. — Pan Gondureau nazywa go człowiekiem znacznym, dlatego, że go naznaczono.
— Mniemany Vautrin — ciągnął agent dalej — przyjmuje kapitały panów galerników, umieszcza je, przechowuje i oddaje do rozporządzenia zbiegłym więźniom, rodzinom pozostałym po tych, którzy zrobili testament lub kochankom galerników, którzy przekazali im weksle.
— Kochankom galerników! Chcesz pan powiedzieć żonom — zauważył Poiret.
— Nie, panie, galernik miewa zwykle tylko nieprawe małżonki.
— Wszyscy więc oni żyją w związkach nieprawych?
— Oczywiście.
— Ależ — mówił Poiret — to zgroza, której jego ekscelencja minister nie powinien by cierpieć. Pan masz szczęście widywać jego ekscelencję, wypadałoby więc panu, którego zasady są, o ile mogę wnosić, bardzo filantropijne, zwrócić uwagę ministra na niemoralne prowadzenie się tych ludzi, którzy dają bardzo zły przykład całemu społeczeństwu.
— Ależ, mój panie, rząd nie po to ich tam umieszcza, żeby służyli za wzór cnót.
— To prawda. Pozwól pan jednakże...
— Ależ, kochaneczku, nie przerywaj panu — rzekła panna Michonneau.
— Pojmuje pani — począł Gondureau — iż rządowi wiele na tym zależy, żeby odkryć tę kasę nieprawną, która ma być dobrze zaopatrzoną. Trompe-la-Mort obraca znacznym kapitałem; przechowuje bowiem nie tylko pieniądze swych towarzyszy, lecz i fundusze należące do Towarzystwa Dziesięciu tysięcy.
— Dziesięciu tysięcy złodziei! — zawołał Poiret przerażony.
— Nie, do Towarzystwa Dziesięciu tysięcy i jednej spółki złodziei wyższego rzędu, którzy działają na wielką skalę i podejmują się tylko takich spraw, w których można zyskać przynajmniej dziesięć tysięcy franków. W skład tego towarzystwa wchodzą najbardziej dystyngowani ze wszystkich tych ichmościów, którzy idą wprost na ławę sądu kryminalnego. Znają oni kodeks i postępują tak przezornie, że wpadłszy nawet w ręce sprawiedliwości nie mogą być nigdy na śmierć skazani. Collin jest ich powiernikiem, ich doradcą. Dzięki olbrzymim środkom, człowiek ten stworzył całą policję na swe usługi i ponawiązywał rozległe stosunki, które okrywa nieprzeniknioną tajemnicą. Rok mija, jakeśmy go otoczyli szpiegami, a dotychczas jeszcze nie możemy zbadać jego sprawek. Talentami swymi i kasą Collin podsyca ciągle występek, wspomaga zbrodnię i utrzymuje całą armią łotrów, którzy toczą nieustanną wojnę ze społeczeństwem. Ująć Trompe-la-Mort i skonfiskować jego kasę będzie to znaczyło podciąć zło przy samym korzeniu. Sprawa ta stała się ważnym zadaniem państwowym i przyniesie zaszczyt tym, którzy zechcą swoim współdziałaniem przyczynić się do pomyślnego jej ukończenia. Pan sam, na przykład, mógłbyś zostać znów urzędnikiem w administracji, mógłbyś spełniać obowiązek komisarza policyjnego, co bynajmniej nie pozbawiłoby pana emerytury.
— Ale dlaczegóż Trompe-la-Mort nie zemknie wraz ze swą kasą? — zapytała panna Michonneau.
— Och! — odparł agent. — Gdyby okradał kasę galerników, to nie miałby się gdzie podziać, bo w ślad za nim posłano by wszędzie człowieka, co by go zabił. Przy tym okraść kasę to nie tak łatwo, jak wykraść pannę z dobrej familii. A wreszcie Collin to łotr niezdolny do takich czynów, on widziałby w tym ujmę dla swej sławy.
— Masz pan słuszność — rzekł Poiret — byłaby to wielka ujma dla jego sławy.
— Wszystko to nie objaśnia, dlaczego panowie nie chcecie ująć go otwarcie? — rzekła panna Michonneau.
— Otóż, objaśnię pani... Ale — szepnął z cicha — powstrzymaj pani swego jegomości, żeby mi nie przerywał, bo nigdy nie dojdziemy do końca. Nie wiem, z jakiego tytułu ten stary każe siebie słuchać. Przybywszy do naszego miasta Trompe-la-Mort wdział skórę poczciwca, przybrał minę porządnego mieszczanina paryskiego i zamieszkał w niepozornej gospodzie. O! Przebiegła to sztuka! Nie da on się złapać na plewy. Tak więc pan Vautrin jest człowiekiem poważnym, zajmującym się ważnymi interesami.
— To się rozumie — rzekł Poiret do siebie.
— Minister nie chce go aresztować z obawy, że to może być jakiś rzeczywisty Vautrin, a w takim razie ujęcie jego oburzyłoby na nas opinią publiczną i cały stan kupiecki. Prefekt policji ma nieprzyjaciół i wisi na włosku. W razie pomyłki, ci, co mu zazdroszczą, nie omieszkaliby skorzystać z powszechnych krzyków liberalnych i wysadziliby go z miejsca. Chodzi o to, żeby działać tak, jak w sprawie Cogniarda, mniemanego hrabiego de Sainte-Hélene; gdyby to był prawdziwy hrabia de Sainte-Hélene, to wina byłaby po naszej stronie. Dlatego to sprawdzić potrzeba!
— I w tym celu potrzebujecie państwo pięknej kobiety? — zagadnęła panna Michonneau z żywością.
— Żadna kobieta nie potrafiłaby zbliżyć się do Trompe-la-Mort — rzekł agent. — Trzeba pani wiedzieć, że on kobiet nie lubi.
— W takim razie nie pojmuję, w jaki sposób mogę się przyczynić do odkrycia prawdy, gdybym nawet zgodziła się podjąć tej sprawy za dwa tysiące franków.
— Nic łatwiejszego — odparł nieznajomy. — Dam pani flakon pewnego płynu, który sprawia uderzenie krwi do głowy. Po przyjęciu pewnej dozy, następuje niby atak apoplektyczny, nie grożący wszelako żadnym niebezpieczeństwem. Płyn ten wlewa się do wina lub do kawy. Gdy atak nastąpi, przenosi się pacjenta na łóżko i zdejmuje się z niego odzienie, żeby się przekonać czy nie umiera. W takiej chwili trzeba, żebyś pani została sama i uderzyła go ręką po ramieniu, paf! A litery wnet wystąpią.
— Ależ to jedno nic — rzekł Poiret.
— No, jakże? Zgadzasz się pani? — zapytał Gondureau zwracając się do starej panny.
— Ale, łaskawy panie, przypuśćmy, że się litery nie pokażą, czy dacie mi pomimo to dwa tysiące franków?
— Nie.
— Jakież więc będzie wynagrodzenie?
— Pięćset franków.
— Czyż to się opłaci popełnić taki czyn za tak małe wynagrodzenie? Wobec sumienia zło jest jednakowe, a ja, proszę pana, mam też sumienie, które trzeba będzie ułagodzić.
— Mogę upewnić pana, że ta pani jest bardzo sumienną, a przy tym bardzo miłą i rozsądną osobą — rzekł Poiret.
— Wiesz pan co? — poczęła znów panna Michonneau — dacie mi trzy tysiące franków, jeżeli to jest Trompe-la-Mort, a nie dacie nic, jeżeli to sobie zwyczajny mieszczanin.
— Idzie — rzekł Gondureau — ale pod tym warunkiem, że cała ta sprawa jutro się załatwi.
— Jeszcze nie, łaskawy panie, ja potrzebuję zasięgnąć rady spowiednika.
— Przebiegła! — rzekł agent powstając. — A więc do jutra. Gdybyś pani uważała za potrzebne rozmówić się ze mną wcześniej, to proszę przyjść na uliczkę Sainte-Anne. Tam, przy końcu podwórza de la Sainte-Chapelle są jedne tylko drzwi pod sklepieniem. Przyszedłszy na miejsce, proszę zapytać o pana Gondureau.
Bianchon przechodził właśnie koło nich, wracając z wykładu Cuviera; do uszu jego doleciało dziwaczne nazwisko Trompe-la-Mort, które tknęło go nie mniej, jak wyraz „idzie” używany przez sławnego szefa policji bezpieczeństwa.
— Czemu pani nie kończysz od razu? Miałabyś trzysta franków dożywotniego dochodu — rzekł Poiret do panny Michonneau.
— Czemu? — powtórzyła. — Ależ trzeba się nad tym zastanowić. A jeżeli pan Vautrin jest rzeczywiście owym Trompe-la-Mort? Kto wie, czy nie korzystniej byłoby wejść z nim w układy. Ale cóż? Chcąc od niego dostać pieniędzy, trzeba by go ostrzec, a on mógłby zemknąć sobie gratis. To dopiero byłby puff szkaradny.
— Cóż mu po tym, gdybyś go pani nawet uprzedziła? Przecie jegomość ów powiedział, że mają go na oku. A pani wszystko byś wówczas straciła.
— Zresztą — pomyślała panna Michonneau — nie lubię ja wcale tego człowieka. Musi zawsze powiedzieć mi coś nieprzyjemnego.
— Ale możesz pani lepiej zrobić — począł znów Poiret. — Przecie i ten jegomość, który jest bardzo przyzwoity, powiedział, że kto uwalnia społeczność od zbrodniarza, choćby zresztą najcnotliwszego, ten wykonuje akt posłuszeństwa dla prawa. Bo kto pił, ten pić będzie. A gdyby mu przyszło do głowy pozabijać nas wszystkich? Toć, u licha, my byśmy byli winni tej zbrodni, pomijając już to, że pierwsi padlibyśmy ofiarą.
Panna Michonneau była tak zajęta, że nie słuchała wcale zdań wypadających z ust Poireta, jak krople wody wymykające się z wodozbioru przez kran źle zakręcony. Zacząwszy raz serię zdań swoich, starzec nie powstrzymywany przez pannę Michonneau, gadał jak maszynka nakręcona. Mówił o czymś, a nawiasem potrącał o przedmioty wręcz przeciwne i plątał je, nie mogąc przyjść do żadnego wniosku. Zbliżając się do domu Vauquer, zaplątał się był w sieć zdań nawiasowych i cytatów przygodnych, z których przeszedł nieznacznie do opowiadania o sprawie jakiegoś pana Ragoulleau i jakiejś pani Morin, w której on, Poiret, występował jako świadek. Wchodząc do mieszkania panna Michonneau spostrzegła Rastignaca i pannę Taillefer, którzy rozmawiali z sobą poufnie. Młoda para tak była zajęta rozmową, że nie zwróciła uwagi na dwoje starych, którzy przeszli przez salę jadalną.
— To się nie mogło skończyć inaczej — rzekła panna Michonneau do Poireta. — Od tygodnia już rzucali na siebie strzeliste wejrzenia.
— Tak — odparł Poiret. — To też sąd ją potępił.
— Kogo?
— Panią Morin.
— Ja mówię o pannie Wiktorynie — rzekła Michonneau — a pan mi prawisz o pani Morin. Cóż to za jedna?
— Ale czymże mogła zawinić panna Wiktoryna? — zapytał Poiret.
— Zawiniła tym, że kocha pana Eugeniusza de Rastignac i idzie ku niemu nie wiedząc, dokąd to ją zaprowadzi — biedne niewiniątko!
Z rana dnia tego pani de Nucingen przywiodła Eugeniusza do rozpaczy. Student czuł w sumieniu, że się już zupełnie oddał Vautrinowi nie chcąc badać pobudek, z których wypływała przyjaźń tego dziwnego człowieka, ani zastanawiać się nad przyszłością podobnego związku. Od godziny już zamieniał z panną Taillefer najsłodsze obietnice i cudem chyba mógł być wybawiony z przepaści, w której stał już jedną nogą. Wiktorynie zdawało się, że słyszy głos anioła, że się niebiosa dla niej otwierają, że dom Vauquer stroi się w barwy tęczowe, którymi dekoratorzy pokrywają pałace teatralne: ona kochała, ona była kochaną, a przynajmniej wierzyła, że nią jest! A jakaż kobieta nie uwierzyłaby tak jak ona, patrząc na Rastignaca i słuchając go przez całą godzinę skradzioną wszystkim Argusom domowym? Eugeniusz walczył z sumieniem, wiedział, że źle czyni i ma świadomość złego, lecz mówił sobie, że szczęściem kobiety okupi ten grzech powszedni i wypiękniał swą rozpaczą, i jaśniał całym blaskiem ognia piekielnego, co w sercu mu rozgorzał. Szczęściem dla niego spełnił się cud pożądany: Vautrin wszedł wesoło i wyczytał, co się działo w duszy młodych ludzi, których połączyły już kombinacje jego szatańskiego geniuszu. Radość młodej pary rozwiała się na dźwięk grubego głosu, który zaśpiewał ironicznie:
Moja Franusia dziwnie jest miłaW swojej prostocie...
Wiktoryna wymknęła się, unosząc z sobą tyle radości, ile dotychczas było niedoli w jej życiu. Biedne dziewczę! Jedno uściśnienie ręki, lekkie dotknięcie włosów Rastignaca, które musnęły ją po twarzy, słowo wymówione tak blisko, że poczuła gorące tchnienie mówiącego, uścisk drżącego ramienia, pocałunek złożony na jej szyi, oto i wszystkie zadatki uczucia, które, dzięki sąsiedztwu grubej Sylwii mogącej wejść lada chwila do salonu, stały się gorętsze, żywsze i bardziej ponętne od najpiękniejszych dowodów przywiązania, o których czytamy w sławnych romansach. Te drobne hołdy, jak je dawniej pięknie nazywano, były występkiem w oczach pobożnego dziewczęcia, które się co dwa tygodnie spowiadało. W tej jednej godzinie wylała się z jej duszy taka moc skarbów, że już w późniejszym życiu nie znalazłaby ich tyle, gdyby nawet, bogata i szczęśliwa, chciała się oddać komuś niepodzielnie.
— Sprawa załatwiona — rzekł Vautrin do Eugeniusza. — Nasi chłopcy już się poczubili. Wszystko odbyło się przyzwoicie. Wynikła sprzeczka. Gołąbek nasz obraził mego sokoła. A zatem do jutra w reducie de Clignancourt. Jutro o pół do dziewiątej panna Taillefer odziedziczy miłość i mienie swego ojca, w chwili gdy nie wiedząc o niczym będzie sobie maczała kromkę chleba w kawie. Czyż to nie śmieszne? Ten mały Taillefer umie dobrze obejść się ze szpadą, a zarozumiały jest jak prawdziwy gracz: ale z tym wszystkim przeciwnik upuści mu krwi za pomocą pewnego cięcia mojego pomysłu, które na tym polega, żeby zręcznie podnieść szpadę i pchnąć w samo czoło. Nauczę pana tego pchnięcia, które może być niezmiernie przydatne.
Rastignac słuchał go osłupiały, niezdolny słowa wymówić. W tej chwili ojciec Goriot, Bianchon i kilku innych stołowników weszło do sali.
— Otoś pan wreszcie taki, jakim cię widzieć pragnąłem — mówił Vautrin do Eugeniusza. — Świadomy jesteś tego, co robisz. Dobrze, młode moje orlę! Będziesz rządził ludźmi; jesteś silny, barczysty, obrośnięty; zasługujesz na mój szacunek.
Chciał ująć go za rękę; Rastignac cofnął żywo dłoń swoje i zbladłszy nagle, upadł na krzesło; wydało mu się w tej chwili, że widzi kałużę krwi przed sobą.
— Ach! Jeszcze nie opadły z nas wszystkie poplamione pieluszki cnoty — rzekł Vautrin z cicha. — Papa d’Oliban ma trzy miliony, znam ja jego fortunę. Posag uczyni cię nawet we własnych oczach białym, jak szata panny młodej.
Rastignac już się nie wahał. Postanowił uprzedzić wieczorem panów Taillefer ojca i syna. Vautrin oddalił się, a w tejże chwili Goriot szepnął studentowi do ucha:
— Smutny jesteś, moje dziecię! Ale ja cię rozweselę. Pójdź ze mną!
Mówiąc to stary fabrykant zapalał swój stoczek koło jednej z lamp. Eugeniusz poszedł za nim, przejęty ciekawością.
— Wejdźmy do pana — rzekł stary, który wziął od Sylwii klucz studenta. — Myślałeś pan rano, że ona cię nie kocha, co? — począł po chwili. — Odprawiła cię przemocą i wyszedłeś od niej zagniewany, zrozpaczony. Niewiniątko! Ona czekała na mnie. Pojmujesz pan? Mieliśmy pójść razem zająć się ostatecznym przygotowaniem mieszkanka, do którego pan się przeprowadzisz za trzy dni. Tylko nie wydaj mnie, proszę. Ona chce, żeby to była niespodzianka, ale ja nie mogę dłużej dochować tajemnicy. Będziesz pan mieszkał po książęcemu na ulicy d’Artois, o dwa kroki od ulicy Saint-Lazare. Wybieraliśmy meble jak dla panny młodej. Od miesiąca zrobiliśmy wiele rzeczy w tajemnicy przed panem. Adwokat mój wziął się już do dzieła; Delfina będzie miała trzydzieści sześć tysięcy franków rocznie, jako procent od swego posagu.
Eugeniusz milczący przechadzał się z założonymi rękoma po biednej swej izdebce, w której nieład panował. Ojciec Goriot dobrał chwilę, w której student zwrócony był do niego plecami i położył na kominku czerwone safianowe pudełko, na którym wyzłocony był herb Rastignaca.
— Drogie moje dziecię — mówił biedny starowina — nie wyobrazisz sobie, com się ja przy tym wszystkim napracował. Bo to widzisz, egoizm mną powodował, twoje przenosiny dotyczą mnie osobiście. Będę cię o coś prosił, nie odmówisz mi, wszak prawda?
— Czegóż pan żądasz?
— Do twego mieszkania należy pokoik położony wyżej, na piątym piętrze. Ja w nim zamieszkam, nieprawdaż? Starzeję się już; zdaje mi się, żem zanadto oddalony od mych córek. Nie będę ci w niczym przeszkadzał. Będę sobie siedział spokojnie. Co wieczór przyjdziesz pomówić ze mną o niej; powiedz, wszak ci to nie sprawi przykrości? Gdy będziesz powracał do domu, ja posłyszę twe kroki i pomyślę sobie, leżąc w łóżku: „On widział moją Delfinkę, był z nią na balu, ona mu szczęście zawdzięcza. Gdybym był chory, to bym znajdował balsam na swe cierpienia słuchając, jak ty powracasz do domu, jak przechadzasz się po swoim mieszkaniu. W twej obecności będę czuł jakby obecność mej córki. Dosyć mi będzie zrobić dwa kroki, żeby się znaleźć na Polach Elizejskich, gdzie one dni całe spędzają, i będę mógł ciągle je widzieć; a teraz często się zdarza, że już za późno przychodzę. A przy tym, może i ona przyjdzie do ciebie! Ja posłyszę jej głos, zobaczę ją, gdy owinięta w watowy szlafroczek, będzie się przechadzała zręcznie jak koteczka. Od miesiąca widzę ją znów wesołą i strojną, jak za dawnych panieńskich czasów. Dusza jej odzyskuje zdrowie, a ty jesteś tego szczęścia przyczyną. O! Nie ma tego, czego bym ja dla ciebie nie zrobił. Przed chwilą powiedziała mi wracając do domu: „Tatku, ja jestem bardzo szczęśliwa”. Zimno mi się robi, gdy córki mówią do mnie ceremonialnie: mój ojcze, lecz gdy nazwą mnie tatkiem, to zdaje mi się, że widzę je znowu małymi dzieweczkami i wszystkie wspomnienia budzą się w mym sercu. Czuję wówczas lepiej, że jestem ich ojcem i zdaje mi się, że one do nikogo jeszcze nie należą.
Stary ocierał oczy zapłakane.
— Tak dawno już nie słyszałem tego wyrazu, tak dawno ona nie chodziła wsparta na mym ramieniu. O, tak! Pewnie już ze sześć lat nie chodziłem obok żadnej z mych córek. Jak to choć ocierać się o jej suknię, stosować się do jej kroku, jej ciepłem się rozgrzewać! Jednym słowem, jam dziś wszędzie towarzyszył Delfinie. Wchodziłem z nią do wszystkich sklepów i odprowadziłem ją do domu. O, pozwól mi pozostać przy sobie! Czasem będziesz potrzebował jakiej usługi, to ja będę na zawołanie. O! Gdyby ten bałwan Alzatczyk umarł, gdyby podagra jego miała rozum i przeszła mu do żołądka, toż dopiero córka moja byłaby szczęśliwa! Ty byłbyś mym zięciem, zostałbyś otwarcie jej mężem. Ona biedna tak mało zaznała rozkoszy tego świata, że ja jej wszystko przebaczam. Pan Bóg musi być po stronie ojców, którzy kochają gorąco.
— Jak ona cię kocha! — rzekł podnosząc głowę po chwilowym milczeniu. — W drodze ciągle mówiła o tobie: „Jaki on ładny! nieprawdaż, ojcze? A jakie dobre ma serce! Czy on często mówi o mnie?” Ba, można by całe tomy zapisać tym, co ona mówiła o tobie, idąc z ulicy d’Artois, aż do pasażu des Panoramas! W końcu wylała całe swe serce przede mną. Dzisiejszego poranku zapomniałem o starości, zdawało mi się, żem lekki jak piórko. Powiedziałem jej, żeś mi oddał owe tysiąc franków. O, pieszczotka droga! Do łez była wzruszona tym postępkiem! — Ale cóż to masz na kominku? — zagadnął wreszcie ojciec Goriot, który umierał z niecierpliwości, widząc, że Rastignac nie myśli ruszyć się z miejsca.
Student odurzony patrzył bezmyślnie na sąsiada. Pojedynek, zapowiedziany na jutro przez Vautrina, stanowił tak rażącą sprzeczność ze spełnieniem najdroższych jego nadziei, że zaczynał prawie wierzyć, iż jest pod wrażeniem snu strasznego. Zbliżył się do kominka, a spostrzegłszy pudełeczko kwadratowe, wziął je w ręce i otworzył. Wewnątrz znajdował się zegarek Bregueta przykryty ćwiartką papieru, na której były słowa: