tłum. Amelia Bortnowska


Ostatni ten wyraz miał zapewne przypomnieć jakąś scenę, która zaszła między nimi. Eugeniusz uczuł się wzruszony. Wewnętrzną stronę złotej koperty pokrywał emaliowany herb Rastignaców. Od dawna już marzył o takim cacku. Łańcuszek, kluczyk, kształt i deseń, wszystko niezmiernie mu się podobało. Ojciec Goriot był rozpromieniony. Obiecał zapewne córce, że opowie jej wszystkie szczegóły wrażenia, jakiego Eugeniusz dozna na widok jej daru, bo podzielał całym sercem młodzieńcze wzruszenie i wydawał się nie mniej zadowolony od Rastignaca, którego kochał już i za córkę, i za siebie samego.

— Pójdź do niej wieczorem, ona czekać cię będzie. Ten bałwan Alzatczyk ma być na wieczerzy u swojej tancerki. Aha! Zgłupiał jegomość, gdy adwokat mój wypowiedział mu całą prawdę bez ogródek. On twierdzi, że ubóstwia mą córkę! Niech no spróbuje dotknąć się do niej, to go zabiję. Na samą myśl, że moja Delfina... — westchnął — byłbym zdolny zbrodnię popełnić; nie byłoby to nawet mężobójstwem zabić tę istotę, co ma głowę wołu, a kadłub wieprza. Zabierzesz mnie z sobą, nieprawdaż?

— Dobrze, kochany ojcze Goriot, wiesz przecie, że cię kocham.

— O, ja widzę dobrze, że ty się mnie nie wstydzisz! Pozwól, niechże cię uściskam.

I pochwycił go w ramiona.

— Przyrzecz mi, że ją uczynisz szczęśliwą! Pójdziesz dziś do niej, nieprawdaż?

— O, tak! Muszę wyjść dla ważnych spraw, których odłożyć niepodobna.

— Może bym mógł w czym dopomóc?

— A, w rzeczy samej! Ja pójdę do pani de Nucingen, a pan idź do pana Taillefer ojca i poproś go, by mi udzielił wieczorem godzinę posłuchania w sprawie niezmiernej wagi.

— Czyżby to była prawda, młodzieńcze? — zapytał ojciec Goriot, mieniąc się na twarzy; — miałżebyś starać się o jego córkę, jak twierdzą ci głupcy z dołu? Niech cię Bóg strzeże! Nie próbowałeś ręki Goriota. A gdybyś nas oszukiwał, toby się ta sprawa pięścią zakończyła. Och! To być nie może!

— Przysięgam panu, że jedną tylko kobietę kocham na świecie — rzekł student — przekonałem się o tym dopiero przed chwilą.

— Ach! Co za szczęście! — zawołał ojciec Goriot.

— Ale — począł znów student — syn Taillefer’a ma się bić jutro, a ja słyszałem, że go mają zabić.

— Cóż to ciebie obchodzi? — rzekł Goriot.

— Ależ trzeba go uprzedzić, żeby nie pozwolił synowi... — zawołał Eugeniusz.

W tej chwili mowę jego przerwał głos Vautrina, który zaśpiewał tuż koło drzwi:

O Ryszardzie, królu mój!
Cały świat opuszcza cię...
Brum! brum! brum! brum! brum!
Długo błądziłem po szerokim świecie,
I teraz jeszcze aż...
Tra, la, la, la, la...

— Proszę panów — zawołał Krzysztof — zupa podana, wszyscy już siedli do stołu.

— Słuchaj — rzekł Vautrin — pójdź przynieś ode mnie butelkę Bordeaux.

— Jakże ci się zegarek podoba? — mówił Goriot. — Dobry ma gust, prawda?

Vautrin, ojciec Goriot i Rastignac zeszli razem i musieli, wskutek opóźnienia, zasiąść rzędem obok siebie. Podczas obiadu Eugeniusz okazywał wielką oziębłość Vautrinowi. Człowiek ten, uznany już przez panią Vauquer za najmilszego na całym świecie, rozwijał dzisiaj niezwykły zasób dowcipu. Strzelał wciąż świetnymi słówkami i rozruszał wszystkich współbiesiadników. Eugeniusza zdumiewała ta krew zimna, ta niezachwiana pewność siebie.

— Którą nogą wstałeś pan dzisiaj z łóżka? — zapytała go pani Vauquer. — Jesteś wesół, jak zięba.

— Jam zawsze wesół, gdy robię dobre interesy.

— Interesy? — zagadnął Eugeniusz.

— A no, tak! dostawiłem transport towarów, za co dostanę dobre porękawiczne. — Panno Michonneau — zawołał, widząc, że stara panna przygląda mu się z uwagą — czy w mej twarzy jest jaki rys, co się pani me podoba, że spoglądasz pani na mnie takim amerykańskim okiem. Proszę powiedzieć! Ja się odmienię, byle tylko przypodobać się pani.

— A co na to powie Poiret? Cóż, nie będziemy się gniewali? — dodał, mrugając na starego urzędnika.

— Słowo daję, pan powinien byś pozować na Herkulesa-Trefnisia! — rzekł malarz do Vautrina.

— Czemu nie? zgoda, jeżeli panna Michonneau zechce pozować na Wenerę z Pere-Lachaise — odparł Vautrin.

— A Poiret? — zagadnął Bianchon.

— O, Poiret będzie pozował na Poireta. To będzie bóg ogrodów! — zawołał Vautrin. — On pochodzi od gruszki...

— Miękkiej! — podchwycił Bianchon. — W takim razie pan będziesz pomiędzy gruszką a serem.

— Wszystko to są brednie — rzekła pani Vauquer. — Ot, wolałbyś pan potraktować nas winem Bordeaux, bo widzę właśnie butelkę, która wysadza swą główkę. Wino będzie nas utrzymywało w dobrym humorze, a przy tym to tak zdrowo na żołondek.

— Panowie — rzekł Vautrin — prezes przywołuje nas do porządku. Pani Couture i panna Wiktoryna nie zgorszą się waszymi swobodnymi żarcikami; ale umiejcież uszanować niewinność ojca Goriot. Proponuję państwu buteleczkoramę wina Bordeaux, któremu imię Lafitte dodaje jeszcze więcej sławy (mówię to bez żadnej aluzji politycznej). — Słuchaj, Chińczyku! — zawołał zwracając się do Krzysztofa, który nie ruszył się z miejsca. — Pójdźże, Krzysztofie! Cóż to, nie słyszałeś swego imienia? Chińczyku, sprowadź trunki!

— Proszę — powiedział Krzysztof, podając mu butelkę.

Vautrin napełnił szklankę Eugeniusza i ojca Goriot, a sobie nalał z wolna kilka kropel i zaczął je kosztować, podczas gdy obaj sąsiedzi wychylali swe szklanki. Skosztowawszy, skrzywił się nagle.

— Tam do licha! wino trąci korkiem. Weź to dla siebie, Krzysztofie, a dla nas pójdź przynieś więcej; znajdziesz tam na prawo, wiesz? Jest nas osób szesnaście, sprowadź więc osiem butelek.

— Skoro pan tak się wysadzasz, to i ja płacę sto kasztanów — rzekł malarz.

— Oho!

— Buuuuh!

— Prrrr!

Wykrzykniki wylatywały ze wszystkich stron niby rakiety.

— Wiecie co, mamo Vauquer? żebyście dali tak ze dwie butelki szampana — zawołał Vautrin.

— A to trafił! Czemu nie zażądać już lepiej całego domu? Dwie butelki szampana! Ależ to kosztuje dwanaście franków! Ja tyle nie zarabiam, nie! Jeżeli pan Eugeniusz zapłaci, to mogę dać nalewki porzeczkowej.

— Ta jej nalewka przeczyszcza żołądek jak manna — rzekł z cicha student medycyny.

— Zmiłuj się, nie gadaj, Bianchon — zawołał Rastignac. — Na samo wspomnienie o mannie serce mi... Dobrze, zgoda na szampana, ja płacę — dodał student.

— Sylwio — rzekła pani Vauquer — podaj sucharki i małe ciastka.

— Te małe ciastka są za wielkie. Na sucharki to zgoda.

W jednej chwili obniesiono dokoła butelki Bordeaux, goście ożywili się i wesołość się podwoiła. Wśród szalonego śmiechu wyrywały się głosy naśladujące krzyk rozmaitych zwierząt. Urzędnikowi z Muzeum przyszło do głowy odtworzyć krzyk Paryża, który miał przypominać miauczenie kota zakochanego i wnet osiem głosów ryknęło osiem zdań następujących:

— Ostrzyć noże!

— Siemię dla ptasząt!

— Sztuki, patrzcie panie, sztuki!

— Drutować porcelanę!

— Proszę do łodzi! proszę do łodzi!

— Bić żony, trzepać odzież!

— Stare odzienie, stare galony, stare kapelusze do sprzedania!

— Wiśnie, wiśnie słodkie!

Palmę pierwszeństwa otrzymał Bianchon za akcent nosowy z jakim wywoływał:

— Handlarz parasoli!

Po chwili hałas stał się nieznośny, rozmowa zmieniła się w jakieś brednie bezmyślne, a Vautrin dowodził tym wszystkim, niby dyrygujący operą, przy czym spoglądał niekiedy na Eugeniusza i ojca Goriot, którzy zdawali się już upojeni. Obaj siedzieli wsparci plecami o poręcz krzesła i pili niewiele, patrząc z powagą na nieład panujący dokoła; obaj myśleli o tym, co mieli spełnić wieczorem, lecz żaden nie miał siły powstać z swego miejsca. Vautrin śledził ukradkiem zmianę ich fizjonomii, aż spostrzegł, że błędne oczy zaczynają się przymykać; wtedy pochylił się ku Rastignacowi i szepnął mu do ucha:

— Synku kochany, jeszcześ nie dość przebiegły, by walczyć z tatusiem Vautrinem, który zanadto cię kocha, by pozwolił ci robić głupstwa. Gdy ja postanowię coś zrobić, to tylko Bóg jeden może mi przeszkodzić. Ach! Chcieliśmy ostrzegać ojca Taillefer, chcieliśmy popełniać błazeństwa! Piec gorący, ciasto rozczynione, chleb siedzi już na łopacie; jutro będziemy zajadali z takim apetytem, aż okruchy wyżej głowy wyskakiwać nam będą, a dziś chcieliśmy nie dopuścić, by go w piec wsadzono?... Nie, nie, wszystko się upiecze! Pozostanie nam może trochę zgryzoty, lecz i to się razem przetrawi. Chrapniemy sobie troszeczkę, a tymczasem hrabia Franchessini otworzy nam końcem szpady spadek po Michale Taillefer. Wiktoryna odziedziczy wszystko po bracie i będzie miała piętnaście tysiączków dochodu. Dowiedziałem się również, że spadek po matce dochodzi do trzechkroć tysięcy...

Eugeniusz słuchał i nie mógł nic odpowiedzieć: czuł, że mu język przylega do podniebienia, że ogarnia go senność nieprzezwyciężona; przed oczyma rozścielała mu się jakaś mgła świecąca, przez którą widział niewyraźnie stół i twarze biesiadników. Gwar ucichał z wolna i goście rozchodzili się po jednym. Za stołem pozostała już tylko pani Vauquer, pani Couture z panną Wiktoryna, Vautrin i ojciec Goriot. Rastignac rozmarzony widział jeszcze, jak pani Vauquer zlewała pozostałe wino do jednej butelki.

— A, jacy oni szaleni, jacy młodzi! — mówiła wdowa.

Było to ostatnie zdanie, które Eugeniusz mógł jeszcze zrozumieć.

— Tylko pan Vautrin potrafi wyprawiać takie sztuki — rzekła Sylwia. — Patrzcie państwo, toć to Krzysztof chrapie jak bączek.

— Do widzenia, mamuniu — rzekł Vautrin. — Idę na bulwar podziwiać pana Marty w Mont-Sauvage. Jest to wielka sztuka przerobiona z Pustelnika. Jeżelibyś pani życzyła, tobyśmy poszli razem z tymi paniami.

— Ja dziękuję — rzekła pani Couture.

— Jak to, sąsiadko! — zawołała pani Vauquer — nie chcesz widzieć sztuki osnutej na Pustelniku? Wszakże do dzieło Atali de Chateaubriand, któreśmy czytały w przeszłym roku pod lipami, płacząc niby jakie Magdaleny; przy tym jest to utwór moralny, z którego i panna Wiktoryna może skorzystać.

— Nam nie wolno bywać na komedii — odparła Wiktoryna.

— Patrzcie państwo! Ci już zupełnie gotowi — rzekł Vautrin, poruszając w sposób komiczny głowę ojca Goriot i Eugeniusza.

Złożył głowę studenta na krześle, żeby mu było wygodniej i pocałował go serdecznie w czoło śpiewając:

Śpijcie, pieszczotki kochane!
Ja czuwać przy was zostanę.

— Boję się, żeby on nie zachorował — rzekła Wiktoryna.

— W takim razie, niechże go pani pielęgnuje — począł znów Vautrin. — Jest to — szepnął jej do ucha — obowiązek żony uległej...

— Młodzieniec ten ubóstwia panią, a ja przepowiadam, że pani zostaniesz jego żoneczką. — A w końcu — dodał głośno — poważano ich powszechnie, żyli szczęśliwie i mieli dużo dzieci. Oto zakończenie wszystkich historii miłosnych. — Dalejże, mamuniu — zawołał zwracając się do pani Vauquer i chwytając ją w objęcia — proszę włożyć kapelusz, piękną suknię w kwiaty i przepaskę hrabiny. Ja sam pójdę sprowadzić fiakra.

I oddalił się śpiewając:

O słońce, słońce, boskie słońce,
Pod którym tykwy dojrzewają...

— Mój Boże! Wiesz co, pani Couture? Ja zgodziłabym się choć na dachu żyć z takim człowiekiem. — No — rzekła zwracając się do starego fabrykanta — ojciec Goriot już gotów. Temu staremu sknerze nigdy nie przyszło na myśl, żeby mnie gdziekolwiek zaprowadzić. Ale, mój Boże! On spadnie na ziemię. Jak to nieprzyzwoicie, kiedy człowiek niemłody upije się i rozum utraci! Powiecie mi, że trudno stracić to, czego się nie ma. Sylwio, zaciągnijże go na górę.

Sylwia wzięła starego pod ramiona, poprowadziła go popychając przed sobą i rzuciła jak tłumok jakiś w poprzek łóżka.

— Biedny młodzieniec — mówiła pani Couture, odgarniając Eugeniuszowi włosy, które mu aż na oczy opadły — on tak jak dzieweczka nie zna jeszcze, co to jest nadużycie.

— A — rzekła pani Vauquer — mogę śmiało powiedzieć, że od lat trzydziestu, to jest od czasu jak utrzymuję mą gospodę, wielu młodych ludzi przeszło, jak to mówią, przez moje ręce; ale żaden jeszcze nie był tak miły i tak dystyngowany, jak pan Eugeniusz. Jaki on piękny we śnie! Pani Couture! Niechże pani oprze jego głowę na swym ramieniu. Ba! Ona już spadła na ramię panny Wiktoryny: Bóg czuwa nad dziećmi. Jeszcze chwila, a byłby roztrzaskał głowę o poręcz krzesła. Ale z nich obojga byłaby bardzo ładna para.

— Dajcież pokój, sąsiadko, mówicie takie rzeczy...

— To cóż, przecie on nie słyszy — odparła pani Vauquer.

— No, Sylwio, chodźże mnie ubrać. Włożę wysoki gorset.

— A tak! Wysoki gorset po obiedzie — zawołała Sylwia. — Niechże pani szuka sobie kogo innego do sznurowania, ja nie chcę być zabójczynią. Pani może życiem przypłacić taką nierozwagę.

— Mniejsza o to, trzeba wystąpić tak, żeby się pan Vautrin nie powstydził.

— To pani musi bardzo kochać swoich spadkobierców?

— No, Sylwio, dość już tego gadania — zawołała wdowa odchodząc.

— I to w takim wieku! — rzekła kucharka do Wiktoryny, wskazując na oddalającą się panią.

W sali jadalnej została tylko pani Couture i wychowanka jej, podtrzymująca na swym ramieniu głowę śpiącego Eugeniusza. Chrapanie Krzysztofa rozlegało się wśród cichego domu, przez co sen Eugeniusza, który spał cicho jak dziecię, nabierał jeszcze więcej wdzięku. Wiktoryna uszczęśliwiona była, że może spełnić jeden z tych aktów miłości bliźniego, w których wylewają się wszystkie uczucia kobiety, że może bez grzechu czuć przy swym sercu uderzenie serca młodzieńczego. Na twarzy jej rozlał się jakiś wyraz macierzyńsko-opiekuńczy, który czynił ją dumną prawie. Wśród tysiącznych myśli, powstających w jej głowie, budziło się natrętne uczucie rozkoszy, wywołane zamianą czystego, młodzieńczego ciepła.

— Biedne, drogie dziecię! — rzekła pani Couture, ściskając jej rękę.

Stara kobieta wpatrywała się z zachwytem w tę twarz nieskalaną i smętną, którą otoczyła w tej chwili aureola szczęścia. Wiktoryna przypomniała jedno z tych naiwnych średniowiecznych malowideł, na których artysta odrabiał wszystkie akcesoria niedbale, ale za to całą potęgę spokojnego i silnego pędzla skupiał na twarzy o żółtym odcieniu, w której niebo zdawało się odbijać z całym bogactwem złotych swoich blasków.

— Jednak, mateczko, on wypił nie więcej jak dwie szklanki — mówiła Wiktoryna, zatapiając palce we włosach Eugeniusza.

— Ależ, drogie dziecię, nie szkodziłoby mu wino, gdyby przyzwyczajony był do nadużycia. Właśnie chwali mu się to, że się upił.

Turkot powozu dał się słyszeć na ulicy.

— Mateczko — rzekło dziewczę — pan Vautrin przyjechał. Proszę wziąć ode mnie pana Eugeniusza. Nie chciałabym, żeby widział go przy mnie; umie on niekiedy przemawiać w taki sposób, że wyrazy jego kalają jego duszę, a gdy spojrzy przy tym, to kobiecie robi się tak przykro, jak gdyby z niej suknię zdzierano.

— Nie — rzekła pani Couture — ty się mylisz! Pan Vautrin, to człowiek uczciwy, trochę niby w rodzaju nieboszczyka pana Couture; prawda, że raptus, ale dobry; jednym słowem jest to gbur dobroduszny.

W tej chwili Vautrin wszedł po cichu i spojrzał na obraz ułożony z tych dwojga dzieci, których światło lampy zdawało się głaskać pieszczotliwie.

— Oto scena — rzekł, zakładając ręce — z której poczciwy Bernardin de Saint-Pierre, autor Pawła i Wirginii, mógłby zaczerpnąć natchnienie do niejednej pięknej stronicy. Jaka to młodość piękna, pani Couture! Śpij, biedne dziecię — mówił, wpatrując się w Eugeniusza — czasami szczęście spływa na nas we śnie. Wiem — ciągnął dalej, zwracając się do wdowy — że piękność duszy tego chłopaka odpowiada piękności jego twarzy, a ta harmonia wzrusza mnie i przywiązuje do niego. Patrz pani, czyż to nie jest cherubin spoczywający na ramieniu anioła? O, takiego warto kochać! Gdybym był kobietą, chciałbym umrzeć (nie, nie głupim!), chciałbym żyć dla niego. Gdy patrzę tak na oboje, szepnął pochylając się do ucha wdowy, to nie mogę powstrzymać się od myśli, że Bóg stworzył ich po to, żeby wzajemnie do siebie należeli. Opatrzność przenika serca ludzkie, a drogi jej są dla nas zakryte — zawołał głośno. — Widząc was, dzieci moje, w tej chwili, gdyście złączeni z sobą nieskazitelnością dusz waszych i wszystkimi uczuciami ludzkimi, myślę sobie, że niepodobna jest, abyście kiedyś w przyszłości mieli być rozłączeni. Bóg jest sprawiedliwy. Zdaje mi się — rzekł do Wiktoryny — że widziałem na ręku pani linie zapowiadające przyszłość szczęśliwą. Proszę mi pokazać rękę, panno Wiktoryn, znam się ja na chiromancji i nieraz już wróżyłem. No, nie bójże się pani. Oho, cóż — to ja widzę! Ręczę pani słowem uczciwego człowieka, że zostaniesz wkrótce jedną z najbogatszych dzieweczek w Paryżu i uszczęśliwisz tego, który cię kocha. Ojciec weźmie panią do siebie. Poślubisz człowieka z tytułem, młodego i pięknego, który już teraz cię ubóstwia.

W tej chwili ciężkie stąpanie zalotnej wdowy przerwało wróżby Vautrina.

— Oto mamma Vauquerrr, piękna jak gwiazzzda, wysznurowana jak marrrchew. Czy nie dusimy się troszeczkę, mammuniu? — zapytał, przykładając rękę do brykli od gorsetu. — Jeżeli się rozpłaczemy, to może być eksplozja; ale ja pozbieram szczątki z troskliwością antykwariusza.

— Ten człowiek zna mowę galanterii francuskiej — szepnęła wdowa, pochylając się do ucha pani Couture.

— Do widzenia, dzieci — rzekł Vautrin do Eugeniusza i Wiktoryny. — Błogosławię was — dodał, wyciągając ręce nad ich głowami. — Wierz mi pani, życzenia uczciwego człowieka mają swoje wartość, bo idą do Boga i muszą szczęście sprowadzić.

— Do zobaczenia, przyjaciółko droga — rzekła pani Vauquer do swej lokatorki. — Jak sądzicie —- dodała po cichu — czy pan Vautrin ma jakie plany dotyczące mojej osoby?

— Hm! hm!

— A, matko droga — zawołała Wiktoryna, zostawszy sam na sam z panią Couture — gdyby to mogło być prawdą, co mówił dobry pan Vautrin! — i popatrzyła z westchnieniem na swe ręce.

— Nie trzeba nic więcej, tylko żeby ten potwór, brat twój, zleciał z konia — rzekła stara kobieta.

— Ach, mateczko!

— Mój Boże, może to i grzech życzyć źle nieprzyjacielowi — poczęła znów wdowa. — W takim razie gotowam za to odpokutować. Ale prawdziwie, bardzo by mi było przyjemnie zanieść kwiaty na grób jego. Niedobry! Nie ma odwagi przemówić za swą matką, a spadek po niej zabrał wykrętnie i używa go z twoją krzywdą. Kuzynka moja miała piękną fortunę, tylko, nieszczęściem dla ciebie, w intercyzie nie było mowy o jej wniosku.

— Szczęście byłoby mi ciężkie do zniesienia, gdyby ktoś musiał je życiem okupić — rzekła Wiktoryna. — A gdybym miała być szczęśliwa pod tym warunkiem, że brat mój zginie; to wolałabym na zawsze pozostać tu, gdzie jestem.

— Mój Boże — poczęła znowu pani Couture — dobrze mówi pan Vautrin, widzisz, jaki on religijny; przekonałam się teraz z radością, że nie jest pozbawiony wiary, jak inni, co to mówią o Bogu z mniejszym szacunkiem niż sam diabeł. Nikt z nas nie może wiedzieć, jakimi drogami Opatrzność raczy nas prowadzić.

Obie kobiety wezwały wreszcie Sylwię do pomocy i przeniosły Eugeniusza do jego pokoju. Złożywszy go na łóżku, kucharka porozpinała na nim odzienie, żeby mógł spać wygodniej. Przed odejściem, Wiktoryna skorzystała z tego, że opiekunka zwróciła się do niej plecami i złożyła pocałunek na czole Eugeniusza. A jakże była szczęśliwa, popełniając tę kradzież występną! Rozejrzała się jeszcze po jego pokoju, zebrała, że tak powiem, w jedną myśl wszystkie błogie wypadki dnia tego, usnuła z nich obraz, w który wpatrywała się długo i zasnęła jako najszczęśliwsza w całym Paryżu istota.

Bankiet, przy którym Vautrin upoił Eugeniusza i Goriota winem usypiającym, stał się hasłem własnej jego zguby. Bianchon, wpół pijany, zapomniał spytać panny Michonneau, co miał znaczyć dziwny wyraz Trompe-la-Mort. Imię to byłoby pewnie obudziło ostrożność Vautrina, czyli (nazwijmy go właściwym imieniem) Jakuba Collin, jednego z najsławniejszych galerników. Wreszcie panna Michonneau, obrażona przezwiskiem Wenery z Pere-Lachaise, postanowiła wydać Collina w takiej chwili właśnie, kiedy, znęcona jego wspaniałomyślnością, wahała się, czy nie lepiej byłoby przestrzec go, żeby mógł zemknąć w nocy.

Po obiedzie udała się w towarzystwie Poireta na uliczkę Sainte-Anne dla widzenia się ze sławnym szefem policji bezpieczeństwa, którego znała pod nazwiskiem wyższego urzędnika Gondureau. Dyrektor policji sądowej przyjął ją bardzo uprzejmie. Ułożono wszystkie warunki, po czym panna Michonneau zażądała napoju, za pomocą którego miała się przekonać o istnieniu piętna. Wielki człowiek z małej uliczki Sainte-Anne otworzył szufladę od biurka i zaczął szukać flakonika, zdradzając przy tym tak żywe zadowolenie, że panna Michonneau wpadła na myśl, iż tu musi chodzie o coś więcej, jak o ujęcie prostego galernika. Zaczęła łamać sobie głowę aż doszła do przekonania, że policja ma pewne wskazówki od zdrajców z galer i spodziewa się znaleźć w tym czasie znaczne kapitały u Collina. Wyjawiła swe domysły, ale słuchający jej lis zaczął się uśmiechać, usiłując odwrócić podejrzenia starej panny.

— Mylisz się pani — powiedział. — Collin, to taka niebezpieczna sorbona, jaka nigdy jeszcze nie znajdowała się po stronie złoczyńców. Oto i wszystko. Łotry umieją go cenić; on jest ich sztandarem, ich podporą, ich Bonapartym wreszcie, a oni go za to kochają. Niegodziwiec ten nie zostawi nam nigdy swego kloca na placu de Greve.

Panna Michonneau nie zrozumiała i Gondureau musiał objaśnić znaczenie słów wymówionych przed chwilą.

Sorbonakloc są to dwa wyrazy wzięte z żargonu złodziei, którzy najpierwsi uznali potrzebę zapatrywania się na głowę ludzką z dwóch punktów odrębnych. Sorbona — to głowa człowieka żyjącego, to doradca i źródło myśli. Kloc — to wyraz pogardliwy, określający całą nicość głowy odciętej od ciała.

— Collin kpi z nas — ciągnął Gondureau dalej. — Spotkawszy takich ludzi, twardych jak sztaba hartownej stali, zabijamy ich, korzystając z najmniejszej chęci oporu, jaką okazują przy aresztowaniu. Spodziewamy się, że Collin będzie też stawiał opór jutro rano i że będziemy mogli go zabić. W takim razie unika się procesu, kosztów na utrzymanie, na pokarm i wyświadcza się przysługę społeczności. Procedura sądowa, wezwanie świadków do sądu, wynagrodzenie ich, egzekucja, jednym słowem wszystko, przez co legalnie pozbywamy się takich łotrów, kosztuje więcej niż tysiąc talarów, które pani masz dostać. Przy tym i czas się oszczędza. Zadając silne pchnięcie bagnetem w brzuch Trompe-la-Mort, powstrzymamy sto zbrodni i unikniemy zepsucia pięćdziesięciu łotrów, którzy będą ostrożnie postępować w pobliżu policji poprawczej. Oto jest policja dobrze urządzona. Według zdania prawdziwych filantropów, postępując w taki sposób, zapobiega się spełnieniu zbrodni.

— I wyświadcza się usługę krajowi — dorzucił Poiret.

— A tak! — odparł szef — pan mówisz dzisiaj bardzo rozsądnie. Tak, zapewne, my służymy krajowi. Z tym wszystkim świat jest względem nas bardzo niesprawiedliwy. Wyświadczamy społeczeństwu wielkie, choć nieuznane posługi. Ale człowiek wyższy powinien wznieść się ponad przesądy, a chrześcijanin powinien przyjąć nieszczęścia, które nawet dobro pociąga za sobą, jeżeli nie jest spełnione według przyjętych powszechnie wyobrażeń. Paryż jest Paryżem, widzicie państwo. Słowo to objaśnia moje życie. Żegnam panią. Będę jutro z mymi ludźmi w Jardin du Roi. Proszę przysłać Krzysztofa na ulicę Buffona, do pana Gondureau, do domu, w którym byłem poprzednio. Sługa uniżony pana dobrodzieja. Gdyby pana kiedykolwiek okradziono, to proszę wezwać mojej pomocy, jam zawsze gotów na usługi.

— Bywają jednak głupcy — mówił Poiret do panny Michonneau — którzy z siebie wychodzą na samo wspomnienie policji. A przecie ten pan taki miły, a to, czego żąda od pani, jest proste jak dzień dobry.

Następny dzień miał się zapisać jako jedna z najdonioślejszych dat w domu Vauquer. Dotychczas, na tle spokojnego życia, najwybitniejszym wypadkiem było przelotne pojawienie się mniemanej hrabiny de l’Ambermesnil. Ale wszystko miało zblednąć wobec gwałtownych wypadków dnia tego, o którym pani Vauquer miała wspominać w rozmowie do końca swego życia. Najpierw Goriot i Eugeniusz de Rastignac spali aż do jedenastej. Pani Vauquer wróciła z teatru około północy i przeleżała w łóżku do pół do jedenastej z rana. Długi sen Krzysztofa, który wypił wino ofiarowane przez Vautrina, sprawił, że cały porządek domowy został opóźniony. Poiret i panna Michonneau nie narzekali, że śniadania nie podano o zwyczajnej porze. I Wiktoryna z panią Couture zaspały dnia tego bardzo długo. Vautrin wyszedł przed ósmą, a powrócił w chwili, kiedy właśnie podawano śniadanie. Nikt więc nie protestował, gdy po jedenastej już Sylwia i Krzysztof poszli stukać do wszystkich drzwi, donosząc, że śniadanie gotowe. Panna Michonneau zeszła najpierwsza i skorzystała z nieobecności Sylwii i służącego, żeby wlać płyn z flakonu do srebrnego kubka Vautrina. Kubek ten, napełniony śmietanką, wstawiano zawsze do wanienki z gorącą wodą, razem ze wszystkimi garnuszkami, w których grzała się śmietanka do kawy. Panna Michonneau wiedziała o tym zwyczaju i rachowała, że on jej dopomoże do spełnienia zamierzonego czynu. Nie bez trudności udało się wreszcie zgromadzić wszystkich siedmiu lokatorów.

W chwili gdy Eugeniusz schodził ostatni, przeciągając się leniwie, posłaniec wręczył mu list od pani de Nucingen. List ten zawierał, co następuje: