tłum. Amelia Bortnowska


— Tak, co się to stało? — zawołał Eugeniusz i wpadł do sali jadalnej, mnąc w ręku list niedokończony. — Która teraz godzina?

— Pół do dwunastej — odparł Vautrin wrzucając cukier do kawy.

Zbiegły galernik zmierzył Eugeniusza wzrokiem zimnym a obezwładniającym, wzrokiem, który spotyka się tylko u ludzi obdarzonych wielką siłą magnetyczną, a który, jak mówią, poskramia obłęd szaleńców zamkniętych w szpitalu. Eugeniusz zadrżał na całym ciele. Turkot powozu dał się słyszeć na ulicy, po czym do sali jadalnej wpadł służący w liberii pana Taillefer. Couture poznała go natychmiast, choć na twarzy jego malował się wyraz przerażenia.

— Jaśnie wielmożny pan wzywa panienkę do siebie — zawołał. — Stało się wielkie nieszczęście. Pan Fryderyk pojedynkował się i został pchnięty szpadą w czoło; doktorzy nie robią nadziei; pani zaledwie zdąży go pożegnać, bo już utracił przytomność.

— Biedny młodzieniec! — zawołał Vautrin. — Jak to można kłócić się mając trzydzieści tysięcy liwrów dochodu? To fakt, że młodzież nie umie postępować rozsądnie.

— Panie! — krzyknął Eugeniusz.

— No, cóż? Wielkie dziecko! — zagadnął Vautrin, wypijając najspokojniej resztki swej kawy. — Czyż pojedynki nie są w Paryżu rzeczą powszednią?

Panna Michonneau śledziła z takim zajęciem najmniejszy ruch Vautrina, że nie wzruszyła się wcale wieścią o wypadku, który wszystkich przeraził.

— Ja jadę z tobą Wiktoryno — mówiła pani Couture.

I obie kobiety wybiegły bez okryć i bez kapeluszy. Przed wyjściem Wiktoryna zalana łzami rzuciła na Eugeniusza wejrzenie, które zdawało się mówić: Nie sądziłam, że szczęście nasze tylu łzami okupić będę musiała!

— Ależ pan jesteś prorokiem, panie Vautrin! — rzekła pani Vauquer.

— Ja wszystkim jestem — odparł Jakub Collin.

— To jednak dziwne! — ciągnęła dalej pani Vauquer, wysnuwając z tego wypadku cały szereg zdań nieznaczących. — Śmierć zabiera nas bez pytania. Młodzi poprzedzają nieraz starych. My, kobiety, szczęśliweśmy z tego względu, że nie podlegamy pojedynkowi; ale za to podlegamy innym chorobom, których nie znają mężczyźni. Musimy wydawać dzieci na świat i przebywać długie słabości. Co to za los dla Wiktoryny! Teraz ojciec musi ją przyznać.

— To dopiero! — rzekł Vautrin patrząc na Eugeniusza — wczoraj nie miała złamanego szeląga, a dziś ma kilka milionów.

— No, panie Eugeniuszu, wiedziałeś pan, gdzie raki zimują — zawołała pani Vauquer.

Przy tych słowach Goriot podniósł oczy na studenta i spostrzegł w jego ręku list zgnieciony.

— Nie skończyłeś pan listu! — zawołał — Cóż to znaczy? Czyż byłbyś nie lepszy od innych?

— Ja nie ożenię się nigdy z panną Wiktoryna — powiedział Eugeniusz do pani Vauquer, a w głosie jego było tyle zgrozy i wstrętu, że się wszyscy obecni zdumieli.

Ojciec Goriot uścisnął rękę studenta. Zdawało się, że chcę ją ucałować.

— Och, och! — zawołał Vautrin. — Dobrze mówią Włosi: col tempo!

— Czekam na odpowiedź — rzekł do Rastignaca posłaniec pani de Nucingen.

— Powiedzcie, że przyjdę.

Posłaniec wyszedł. Eugeniusz znajdował się w stanie okrutnego rozdrażnienia, który pozbawiał go zimnej rozwagi.

— Co robić? — pytał siebie głośno. — Dowodów nie ma!

Vautrin uśmiechnął się. W tej chwili płyn połknięty z kawą zaczął wywierać swe działanie. Galernik był jednak tak silny, że wstał jeszcze z miejsca, popatrzył na Eugeniusza i rzekł głucho:

— Młodzieńcze, szczęście spływa na nas we śnie.

I upadł bez życia.

— Jest więc sprawiedliwość boska! — zawołał Eugeniusz.

— Ach! Cóż mu się stało, temu biednemu, kochanemu panu Vautrin?

— To apopleksja — krzyknęła panna Michonneau.

— Sylwio, śpiesz, najdroższa, sprowadź doktora — mówiła wdowa. — Ach! panie Rastignac, biegnijże pan prędko do pana Bianchon; może Sylwia nie znajdzie naszego lekarza pana Grimprel.

Rastignac wybiegł pośpiesznie, szczęśliwy, że może pod jakimkolwiek pozorem wyrwać się z tej okropnej jaskini.

— Dalejże, Krzysztofie, skocz do apteki i poproś, żeby dali cokolwiek od apopleksji.

Krzysztof wyszedł.

— Ojcze Goriot, pomóżcie przenieść go na górę, do jego mieszkania.

Pochwycono wnet Vautrina na ręce, przeniesiono go przez schody i położono na łóżko.

— Ja się państwu na nic nie przydam — rzekł Goriot — pójdę do mojej córki.

— Stary samolub! — zawołała pani Vauquer. — Idź, życzę ci, żebyś zdechł jak pies.

— Niechże pani zobaczy, czy nie ma gdzie eteru — rzekła panna Michonneau, która rozpinała z Poiretem odzienie Vautrina.

Pani Vauquer zeszła na dół i panna Michonneau została wreszcie panią placu.

— Dalejże, zdejm mu pan koszulę i przewróć go prędko. Róbże pan coś przecie, oszczędź mi przynajmniej widoku nagości, a to stoisz jak pień — mówiła panna Michonneau do Poireta.

Poiret przewrócił chorego, a panna Michonneau uderzyła go silnie po ramieniu i wnet dwie złowrogie białe litery wystąpiły na tle czerwonym.

— No, zarobiłaś pani łatwo trzy tysiące franków — zawołał Poiret podtrzymując Vautrina, któremu panna Michonneau wkładała koszulę. — Och! jaki on ciężki — powiedział kładąc go na łóżko.

— Cicho. A gdyby tu była kasa? — mówiła żywo stara panna, której oczy badały z chciwością każdy sprzęt w pokoju i zdawały się mury przenikać. — Gdyby to można pod jakimkolwiek pozorem otworzyć to biurko.

— Może by to źle było — zarzucił Poiret.

— Nie, pieniądze skradzione należały do wszystkich, a tym samym nie należą wyłącznie do nikogo — odparła panna Michonneau. — Ale czasu już za mało. Słyszę, że Vauquerowa nadchodzi.

— Oto eter — rzekła pani Vauquer. — Toż dopiero dzisiaj dzień feralny. Boże! Człowiek ten nie może być chory, bo jest biały jak kurczak.

— Jak kurczak? — powtórzył Poiret.

— Serce bije mu równo — mówiła wdowa, przykładając rękę do piersi chorego.

— Równo? — zawołał Poiret ze zdziwieniem.

— On zdrów zupełnie.

— Pani sądzi? — zapytał Poiret.

— Naprawdę! On tak wygląda, jak gdyby spał. Sylwia poszła po doktora. Uważasz pani — sapie, gdy mu eter podaję. Ach to se-passe (spazm). Puls jest dobry. Ależ bo on silny jak Turek. Patrz pani tylko, jaki u niego znak na żołądku; o! człowiek ten sto lat żyć będzie! Jednak peruka jego dobrze się trzyma. Cóż to, przyklejona? To on dlatego nosi fałszywe włosy, że jest ryży. Powiadają, że wszyscy ludzie z rudymi włosami muszą być albo dobrzy, albo źli. To on jest chyba dobry?

— Tak dobry, że dawno już powinien by wisieć — rzekł Poiret.

— U szyi pięknej kobiety, chciałeś pan powiedzieć — dorzuciła żywo panna Michonneau. — Idź już pan sobie, panie Poiret. Nasza to rzecz pielęgnować was, gdyście chorzy. Pan powinien byś pójść teraz na przechadzkę — dodała. — Pani Vauquer i ja dopilnujemy dobrze kochanego pana Vautrin.

Poiret wyszedł pokornie i bez szemrania jak pies, którego pan kopnął nogą.

Rastignac potrzebował przejść się, odetchnąć świeżym powietrzem, bo zdawało mu się, że się zadusi. Poprzedniego dnia chciał przeszkodzić spełnieniu morderstwa, którego miano dokonać o naznaczonej godzinie. Co się z nim później stało? Drżał z obawy, czy nie jest wspólnikiem zbrodni. W tej chwili jeszcze przerażało go wspomnienie zimnej krwi Vautrina.

— A jeżeli Vautrin umrze, nie powiedziawszy nic przed śmiercią? — myślał Rastignac i szedł po alei ogrodu Luksemburskiego, jak gdyby sfora psów gnała się za nim, jak gdyby słyszał zajadłe ich szczekanie.

— Słuchaj — zawołał na niego Bianchon — czytałeś »Pilota«?

»Pilot«, była to gazeta radykalna wydawana pod kierownictwem Tissota. Wychodziła ona w kilka godzin po gazetach porannych i zawierała najświeższe wiadomości, które dochodziły na prowincję o dwadzieścia cztery godziny wcześniej niż wiadomości podawane w innych pismach.

— Jest tam sławna historia —- mówił asystent przy szpitalu Cochin. — Młody Taillefer pojedynkował się z niejakim hrabią Franchessinim ze starej gwardii, który wpakował mu w czoło dwa cale żelaza. Wskutek tego Wiktoryna jest jedną z najbogatszych partii w Paryżu. Ha! Gdyby to można było przewidzieć! Śmierć to istna gra w trente-et-quarante. Czy to prawda, że Wiktoryna nieobojętnie na ciebie spogląda?

— Przestań, Bianchon, ja się z nią żenić nie myślę. Kocham prześliczną kobietę, która odpłaca mi wzajemnością, i...

— Mówisz to w taki sposób, jak gdyby dochowanie wierności wiele cię kosztowało. Pokaż mi kobietę, dla której warto byłoby poświęcić fortunę pana Taillefer.

— Czyż wszyscy diabli uwzięli się mnie prześladować? — zawołał Rastignac.

— Czyś ty zwariował? Daj no mi rękę. — rzekł Bianchon, ja ci puls pomacam. Masz gorączkę.

— Idź tylko do matki Vauquer — odparł Eugeniusz. — Ten łotr Vautrin padł przed chwilą jak nieżywy.

— A! — zawołał Bianchon odchodząc. — To potwierdza moje podejrzenia, o słuszności których muszę się teraz przekonać.

Długa przechadzka Eugeniusza miała w sobie coś uroczystego. Student prawa robił rachunek swego sumienia. Badał siebie, zgłębiał, wahał się, aż po skończeniu tego surowego i ścisłego przeglądu, uczciwość jego wyszła wypróbowana, jak sztaba żelazna, która się już pod żadnym ciosem nie zegnie. Przypomniał sobie wczorajsze zwierzenia Goriota; przyszło mu na myśl, że Delfina wybrała dla niego mieszkanie przy ulicy d’Artois; wyjął jej list z kieszeni i, odczytawszy go na nowo, złożył na nim pocałunek.

— Taka miłość jest dla mnie kotwicą zbawienia — powiedział. — Biedny Goriot zniósł tyle cierpień serdecznych! Nie mówi nic o swych zgryzotach, lecz któż by ich nie odgadł! Teraz ja pielęgnować go będę jak własnego ojca, ja mu dam tysiąc pociech. Jeżeli ona mnie kocha, to nieraz przyjdzie do mnie i przepędzi z nim dzień cały. Ta wielka hrabina de Restaud jest niegodziwa; gdyby mogła, to zrobiłaby ojca odźwiernym w swym domu. Droga Delfina! ona jest lepsza dla staruszka i zasługuje na to, żeby być kochaną! Ach! dziś wieczorem będę szczęśliwy!

Wyjął zegarek i zaczął mu się przyglądać.

— Wszystko mi się udało! Kochając się szczerze, można sobie dopomagać: czemuż więc nie miałbym przyjąć tego od niej? Zresztą jam przekonany, że się dorobię fortuny i będę mógł kiedyś oddać stokroć więcej, niż biorę. W związku tym nie ma zbrodni, ani nic takiego, coby mogło oburzyć najsurowszą cnotę. Iluż to ludzi uczciwych wchodzi w związki podobne? Nie okłamujemy nikogo, a tylko kłamstwo poniża. Kłamać to znaczy zrzekać się swej godności. Ona rozłączyła się już dawno z mężem. Zresztą powiem temu Alzatczykowi, żeby mi odstąpił kobietę, której nie umie uszczęśliwić.

Walka Rastignaca trwała długo. Zwycięstwo miało pozostać po stronie cnót młodzieńczych, a jednak o wpół do piątej, kiedy zmrok poczynał zapadać, nieprzezwyciężona ciekawość popchnęła go do domu Vauquer, który poprzysiągł sobie opuścić na zawsze. Chciał się przekonać, czy Vautrin nie żyje. Bianchon wpadł był na myśl, żeby dać choremu na wymioty, po czym substancje wyrzucone kazał odnieść do szpitala, gdzie miano je poddać analizie chemicznej. Panna Michonneau odradzała tak usilnie, żeby tego nie czynić, że podejrzenia Bianchona jeszcze bardziej się wzmocniły. Vautrin wrócił nadzwyczaj prędko do stanu normalnego, co również kazało się domyślać jakiegoś spisku przeciw wesołemu trefnisiowi gospody. W chwili gdy Rastignac powrócił, Vautrin stał już przy piecu w sali jadalnej. Wszyscy stołownicy z wyjątkiem ojca Goriot zebrali się dziś wcześniej niż zwykle, zwabieni wieścią o pojedynku młodego Taillefera. Wszyscy ciekawi byli szczegółów wypadku oraz pragnęli dowiedzieć się, jaki wpływ pojedynek ten wywrze na los Wiktoryny. Przy wejściu oczy Eugeniusza spotkały wzrok Vautrina, który tak głęboko wniknął mu do serca i tak silnie poruszył w nim jakieś struny niedobre, że młodzieniec zadrżał mimowolnie.

— No cóż, drogie dziecię — rzekł zbiegły galernik — zdaje się, że płaskonosa jejmość nie prędko sobie ze mną poradzi. Panie tu powiadają, żem zniósł bez szwanku takie uderzenie krwi, które by mogło byka zabić.

— A! Mógłbyś pan powiedzieć bawoła — zawołała wdowa Vauquer.

— Czybyś pan nierad był, że ja żyję? — szepnął Vautrin pochylając się ku Rastignacowi, którego myśli zdawał się przenikać. — To by zakrawało na diable silnego człowieka.

— Ach, prawda! — zawołał Bianchon, panna Michonneau mówiła onegdaj o jakimś panu przezwanym Trompe-la-Mort; dla pana to imię byłoby bardzo stosowne.

Wyraz ten uderzył niby grom w Vautrina. Biedny galernik zbladł i zachwiał się, a magnetyczne jego spojrzenie padło jak promień słońca na pannę Michonneau, której kolana ugięły się pod tym prądem silnej woli. Stara panna osunęła się bezwładnie na krzesło, a Poiret stanął spiesznie pomiędzy nią a Vautrinem, pojmując, że jej niebezpieczeństwo zagraża. Galernik zrzucił maskę dobroduszności, pod którą ukrywał prawdziwą swą naturę, a twarz jego stała się naraz dziko wyrazista. Obecni patrzyli ze zdumieniem na niepojęty dla nich dramat. W tej chwili dało się słyszeć stąpanie kilku ludzi i szczęk karabinów, które żołnierze na bruk opuścili. Collin zaczął machinalnie szukać wyjścia, mierząc spojrzeniem okna i ściany, gdy wtem czterech ludzi ukazało się we drzwiach salonu. Był to szef policji w towarzystwie trzech oficerów bezpieczeństwa.

— W imię prawa i króla — zaczął jeden z oficerów; ale mowę jego zagłuszył szmer podziwu.

Po chwili milczenie zapanowało w sali jadalnej, obecni rozstąpili się przed trzema oficerami, którzy zbliżali się z ręką w bocznej kieszeni, gdzie każdy z nich miał pistolet nabity. Dwaj żandarmi weszli w ślad za agentami i stanęli we drzwiach salonu, a dwaj inni ukazali się jednocześnie we drzwiach prowadzących na schody. Szczęk broni i kroki kilku żołnierzy dały się słyszeć na bruku przed fasadą domu. Wszelka nadzieja ucieczki zgasła dla Collina, na którym zatrzymało się spojrzenie wszystkich obecnych. Szef podszedł wprost ku niemu i wymierzył mu tak silne uderzenie w głowę, że peruka zleciała, ukazując fizjonomię Collina w całej okropności. Rzekłbyś, że wszystkie ognie piekielne oświeciły swym blaskiem tę twarz i głowę pokrytą krótkimi, ceglastoczerwonymi włosami, które nadawały jej przerażający wyraz siły zmieszanej z przebiegłością. Głowa taka odpowiadała biustowi; patrząc na nią każdy pojął dopiero całego Vautrina, jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, jego zasady niewzruszone, jego wyznanie woli absolutnej, władzę, jaką mu nadawał cynizm myśli i czynów oraz siła organizacji mogącej wszystko znieść. Krew uderzyła mu do twarzy, oczy zaiskrzyły się jak u dzikiego kota. Podskoczył na miejscu z dziką energią i zaryczał tak, że wszyscy stołownicy wydali okrzyk przerażenia. Na ten lwi podskok agenci, poparci ogólnym okrzykiem, wyciągnęli pistolety z kieszeni. Widząc błyszczące kurki u pistoletów, Collin pojął grożące mu niebezpieczeństwo i w jednej chwili dał dowód najwyższej potęgi ludzkiej.

Był to obraz straszliwy i wspaniały! na twarzy jego ukazało się zjawisko przypominające proces, jaki się odbywa w kotle przepełnionym parą, która by góry mogła rozsadzić, a którą rozprasza w oka mgnieniu kropla zimnej wody. Chwila rozwagi, szybka jak błyskawica, była kroplą wody, co ochłodziła wściekłość galernika. Spojrzał na swą perukę i począł się uśmiechać.

— Nie bardzoś dziś grzeczny — powiedział do szefa policji i wyciągnął ręce, wzywając żandarmów skinieniem głowy. — Panowie żandarmi, proszę mi włożyć kajdany na ręce lub na palce. Biorę wszystkich obecnych za świadków, że się nie opieram.

W sali rozległ się szmer podziwu, wywołany szybkością, z jaką ogień i lawa wybuchły z tego wulkanu człowieczego i na powrót się w nim ukryły.

— To ci się nie podoba, panie gwałtowniku — dodał galernik spoglądając na sławnego dyrektora policji sądowej.

— Prędzej, rozbierać się! — powiedział pogardliwie jegomość z uliczki Sainte-Anne.

— Po co? — odparł Collin — tu są damy. Ja się bynajmniej nie zapieram i oddaję się dobrowolnie.

Zatrzymał się i powiódł okiem po zgromadzeniu, jak mówca, który ma powiedzieć coś zadziwiającego.

— Piszcie, ojcze Lachapelle — powiedział do małego, siwiuteńkiego staruszka, który usiadł na rogu stołu i wyjął z teki protokół. — Przyznaję, że jestem Jakub Collin, zwany Trompe-la-Mort, którego skazano na dwadzieścia lat więzienia. Przed chwilą dowiodłem, żem nie skradł mego przydomka — mówił do mieszkańców gospody — bo dość mi było podnieść rękę, żeby te szpiegi rozleli wszystek mój sok na domowy deptak mamy Vauquer. Te szelmy umieją przygotowywać zasadzki!

Pani Vauquer omal nie zemdlała słysząc te słowa.

— Mój Boże! — rzekła do Sylwii — wszak to można się rozchorować. Trzebaż mi było jeszcze iść z nim wczoraj do teatru!

— Trochę filozofii, mamuniu — zawołał Collin. — Alboż to takie nieszczęście, żeście byli wczoraj w mojej loży w teatrze? Albożeście to lepsi od nas? Na naszym ramieniu mniej jest hańby, niż w waszym sercu, niedołężne członki zgangrenowanego towarzystwa: najlepszy z was nie mógł mi się oprzeć.

Spojrzał na Rastignaca z wdzięcznym uśmiechem, który dziwnie odbijał przy surowym wyrazie twarzy.

— Nasza umowa nie zerwana, aniołku, ma się rozumieć jeżeli ty zechcesz! Wiesz? I zaśpiewał:

Moja Franusia dziwnie jest miła
W swojej prostocie...

— Nie masz się o co troszczyć — począł znowu — ja umiem odbierać to, co mi się należy. Ludzie zanadto mnie się obawiają, żeby ktokolwiek śmiał mnie okpiwać!

W słowach tego człowieka malowały się całe galery, z właściwymi sobie obyczajami i językiem, z gwałtownymi przeskokami od śmieszności do zgrozy, z przerażającą wielkością, z całą rubasznością i całym upodleniem. Nie był to już człowiek zwyczajny, ale typ całego narodu wyrodnego, całego ludu dzikiego a logicznego, nieokrzesanego, a giętkiego. W jednej chwili Collin stał się poematem piekielnym, w którym malowały się wszystkie uczucia ludzkie, z wyjątkiem jednej tylko skruchy. Spojrzenie jego było spojrzeniem upadłego archanioła, który wiecznie wojny pragnie. Rastignac spuścił oczy, przyjmując to zbrodnicze kuzynostwo, jako karę należną za wszystkie złe myśli, którym się oddawał.

— Kto mnie zdradził? — zapytał Collin, wodząc straszliwym swym wzrokiem po całym zgromadzeniu. To ty, stara świętoszko — powiedział wpatrując się w pannę Michonneau — tyś wywołała moją fałszywą apopleksję, ciekawe! Gdybym chciał powiedzieć dwa słowa, to by ci za tydzień głowę ścięto. Lecz przebaczam ci, jam chrześcijanin. Zresztą, to nie ty mnie zaprzedałaś. Ale kto mógł to zrobić? Ach! ach! Szukacie tam na górze — zawołał, słysząc, że agenci policji sądowej otwierają jego szafy i przetrząsają odzienie. — Nie ma ptaków w gnieździe, wczoraj już odleciały i nic się nie dowiecie. Moje księgi handlowe są tutaj — mówił uderzając się w czoło. — Teraz już wiem, kto mnie zaprzedał. Z pewnością nie kto inny, tylko ten podły Fil-de-Soie. Wszak prawda, ojcze łapaczu? — rzekł zwracając się do szefa policji. — Zgadza się to jakoś bardzo z pobytem naszych biletów bankowych tam na górze. Więcej nic nie ma, kochane szpiegi. Fil-de-Soie zniknie z oblicza ziemi w przeciągu dwóch tygodni, choćby go strzegła cała wasza żandarmeria. Coście wy dali tej Michonnecie? — zapytał policjantów. — Jakieś kilka tysięcy talarów! Jam wart był więcej, ty Ninon zgniła, ty Pompadour w łachmanach, ty Wenero z Pere-Lachaise! Trzeba było mnie przestrzec, to bym ci dał sześć tysięcy franków. A! Nie spodziewałaś się tego, stara nikczemnico; gdybyś mogła przewidzieć, to pewnie wolałabyś mieć ze mną do czynienia. Tak jest, byłbym dał sześć tysięcy, żeby uniknąć podróży, która wypada mi nie pomyśli i naraża mnie na stratę pieniężną — mówił Collin, podczas gdy mu kajdany wkładano. — Ci ludzie będą umyślnie wlec się ze mną całe wieki. Gdyby mnie zaraz posłali na galery, to bym niebawem powrócił do swych zajęć na złość wszystkim gawronom z nadbrzeża des Orfevres. Tam, na galerach, wszyscy wyłazić będą ze skóry, żeby oswobodzić jak najprędzej dobrego swego generała Trompe-la-Mort. Czyż jest między wami choć jeden, co by mógł, tak jak ja, poszczycić się dziesięciotysięcznym zastępem braci, którzy wszystko dla mnie zrobić gotowi? — zapytał z dumą. Jest tu nie mało dobrego — mówił uderzając się w piersi; jam nigdy nikogo nie zdradził! Spójrz na tych ludzi, świętoszko — mówił do starej panny. — Na mnie patrzą oni ze strachem, a na ciebie spoglądają z najwyższym obrzydzeniem. Zbieraj teraz, coś posiała.

Zatrzymał się i powiódł okiem po zgromadzonych.

— Jacyście wy wszyscy głupi! Czyście nie widzieli nigdy galernika? Galernik w rodzaju obecnego tutaj Collina jest człowiekiem mniej nikczemnym od innych, człowiekiem, który protestuje przeciw kłamstwu ustaw społecznych, jak mówi Jan Jakub, którego uczniem mam zaszczyt się nazywać. Wreszcie ja występuję sam przeciw rządowi, który ma za sobą całą kupę trybunałów, żandarmów i budżetów.

— Do licha! — zawołał malarz — Warto by go odmalować w tej chwili.

— Powiedz mi, przewodniku imć pana kata, naczelniku WDOWY (jest to imię pełne straszliwej poezji, które galernicy nadają gilotynie), bądź dobrym dzieckiem, powiedz, czy to Fil-de-Soie mnie zaprzedał! — mówił Collin do szefa policji. — Nie chciałbym, żeby on pokutował za drugiego, to byłoby niesprawiedliwie.

Agenci policyjni, którzy przetrzęśli i opisali wszystko, co się znajdowało w jego mieszkaniu, zeszli w tej chwili na dół i mówili coś z cicha do naczelnika wyprawy. Protokół był skończony.

— Za chwilę już mnie stąd uprowadzą — rzekł Collin do wszystkich mieszkańców domu. — Byliście państwo dla mnie bardzo uprzejmi przez cały ciąg naszej znajomości; nigdy wam tego nie zapomnę. Teraz żegnam was. Pozwólcie, że wam przyślę fig prowansalskich.

Postąpił kilka kroków i zatrzymał się, żeby popatrzeć na Rastignaca.

— Bywaj zdrów, Eugeniuszu — powiedział głosem smutnym i łagodnym, który dziwnie jakoś odbijał od szorstkiego tonu słów poprzednich. — Gdybyś był kiedy w potrzebie, to pamiętaj, żem ci zostawił szczerego przyjaciela.

Pomimo kajdan zrobił ruch, jak gdyby zasłaniał się szpadą, przy czym zakomenderował głosem fechmistrza: raz, dwa! I zadał pchnięcie.

— W razie nieszczęścia możesz się tam udać. Osoba jego i pieniądze, wszystko na twe usługi.

Dziwny ten człowiek wymówił ostatnie słowa tak żartobliwie, że tylko Rastignac i on sam mogli pojąć ich znaczenie. Po chwili żandarmi, żołnierze i agenci policyjni opuścili gospodę. Sylwia nacierała octem skronie swej pani i spoglądała po obecnych, którzy nie mogli wyjść z podziwu.

— No proszę! — powiedziała — A jednak był to dobry człowiek.

Słowa te rozwiały urok wywołany dziwną sceną, która obudziła w sercach obecnych tłum uczuć różnorodnych. Zgromadzeni spojrzeli po sobie i zatrzymali wzrok na pannie Michonneau. Stara panna stała pod piecem, sucha i chłodna jak mumia, z oczyma spuszczonymi, jak gdyby z obawy, że cień daszka nie zdoła ukryć wyrazu malującego się w jej wzroku. Wszyscy pojęli, dlaczego ta twarz wydawała się zawsze tak niemiłą. Jednozgodny szmer rozległ się po sali, świadcząc o wstręcie powszechnym. Panna Michonneau słyszała szemranie, lecz nie ruszyła się z miejsca. Bianchon pochylił się najpierwszy do swego sąsiada.

— Ja się stąd wynoszę, jeżeli ta panna myśli zasiadać z nami do stołu — wyrzekł półgłosem.

W mgnieniu oka wszyscy, z wyjątkiem Poireta, zgodzili się ze zdaniem medyka, który, poparty zgodą ogólną, przystąpił do Poireta.

— Pan jesteś w najlepszych stosunkach z panną Michonneau — powiedział — zechciejże pomówić z nią i dać jej do zrozumienia, że powinna wynieść się stąd natychmiast.

— Natychmiast? — powtórzył Poiret z podziwem. Zbliżył się potem do starej panny i szepnął jej coś do ucha.

— Jam zapłaciła komorne i mieszkam tu za pieniądze, tak jak i wszyscy — odparła panna Michonneau, rzucając na zgromadzonych wzrok jaszczurki.

— To nic nie znaczy, my się złożymy i oddamy pani pieniądze — rzekł Rastignac.

— Pan trzyma stronę Collina — odparła panna Michonneau mierząc go spojrzeniem zjadliwym i badawczym — i nie trudno zgadnąć dlaczego.

Na te słowa Rastignac podskoczył, jak gdyby chciał rzucić się na starą pannę i udusić ją własnymi rękoma. Spojrzenie jej pełne fałszu rozjaśniło straszliwym światłem głąb jego duszy.

— Dajże jej pan pokój! — zawołali obecni.

Eugeniusz skrzyżował ręce i nie rzekł ani słowa.

— Skończmy raz przecie z tym Judaszem rodzaju żeńskiego — rzekł malarz do pani Vauquer. — Jeżeli pani nie wypędzisz Miszonówny, to my opuścimy natychmiast tę szopę i wszędzie rozgłaszać będziemy, że to jest przytułek szpiegów i galerników. W razie przeciwnym nie powiemy nikomu o tym wypadku, bo, co prawda, to samo może się wydarzyć w najlepszym towarzystwie; dopóki nie zaczną piętnować galerników na czole, nie zabronią im przebierać się za mieszczan paryskich i zgrywać głupią rolę trefnisia, do której oni mają jakiś pociąg szczególny.

Na tę mowę pani Vauquer odzyskała cudownie zdrowie, wyprostowała się, skrzyżowała ręce i otworzyła oczy jasne, w których ani śladu łez nie było.

— Ależ, mój drogi panie, chyba pan pragniesz ruiny mego domu? Oto już pan Vautrin... O, mój Boże! — zawołała przerywając sobie — nie mogę powstrzymać się, żeby nie nazywać go tym uczciwym nazwiskiem. Oto — ciągnęła dalej — jedno mieszkanie już próżne, a pan chcesz, żebym miała jeszcze dwa do wynajęcia w takiej porze, kiedy wszyscy siedzą na miejscu.

— Panowie, bierzmy kapelusze i idźmy na obiad do Flicoteaux, na placu Sorbonne — powiedział Bianchon.

Pani Vauquer obrachowała w jednej chwili, po której stronie jest większa korzyść i potoczyła się ku pannie Michonneau.

— No cóż, moja piękna panienko, nie pragniesz przecież zguby mojego zakładu? Widzisz, do jakiej ostateczności ci panowie mnie doprowadzają; zechciejże przepędzić dzisiejszy wieczór w swoim pokoju.

— O nie, nie — zawołali wszyscy stołownicy — żądamy, żeby wynosiła się stąd natychmiast.

— Ależ biedna panna nie jadła jeszcze obiadu — rzekł Poiret z wyrazem litości.

— Niech sobie idzie jeść, gdzie się jej tylko podoba — zawołało kilka głosów.

— Precz ze szpiegiem!

— Precz ze szpiegami!

— Panowie! — zawołał Poiret, uzbrajając się nagle w odwagę, której miłość nawet baranom udziela — chciejcież płeć uszanować.

— Szpiegi do żadnej płci nie należą — powiedział malarz.

— Wyborna płciorama.

— Precz za drzwiorama.

— Moi panowie, to jest nieprzyzwoicie. Gdy się kogo wyprawia, to należy grzeczniej postępować. Myśmy zapłacili i zostajemy — powiedział Poiret i włożył czapkę na głowę, siadając obok panny Michonneau, którą gospodyni domu starała się skłonić do odwrotu.

— Oj, figlarz, figlarz z pana! — powiedział malarz żartobliwie.

— No, jeżeli państwo nie idziecie, to my sobie pójdziemy — zawołał Bianchon.

I wszyscy stołownicy posunęli się zgodnie ku salonowi.

— Moja panno, cóż to znaczy? — zawołała pani Vauquer. — Jam zrujnowana. Nie możesz pani pozostać, bo oni gotowi zrobić tu awanturę.

Panna Michonneau wstała.

— Wyjdzie! — Nie wyjdzie! — Wyjdzie! — Nie wyjdzie! — wołano po kolei. Słowa te wraz z nieprzyjaznym usposobieniem obecnych, które zaczęło się coraz wyraźniej objawiać, zmusiły pannę Michonneau do odwrotu. Przed wyjściem zawierała po cichu jakieś układy z gospodynią.

— Idę do pani Buneaud — powiedziała groźnie.

— Możesz pani iść, gdzie się podoba — odparła pani Vauquer, widząc dla siebie krwawą obelgę w wyborze gospody Buneaud, która z nią wiecznie rywalizowała, a tym samym była jej nienawistna. — Idź panna do Buneaudowej, będą cię tam poić kwaśnym winem i karmić potrawami kupionymi od przekupniów.

Nie mówiąc nic, stołownicy uszykowali się w dwa rzędy. Poiret spoglądał tak czule na pannę Michonneau i tak naiwnie wahał się, czy ma iść za nią, czy pozostać, że stołownicy, uszczęśliwieni z pozbycia się starej panny, nie mogli wstrzymać się od śmiechu.

— Ksi, ksi, ksi, Poiret — zawołał malarz. — Dalej, hopla, hop!

Urzędnik z muzeum zaczął wyśpiewywać w sposób komiczny początek znanej piosenki:

Partant pour la Syrie,
Le jeune et beau Dunois...

— Idźże pan, nie zadawaj sobie przymusu; trahit sua quemque voluntas — rzekł Bianchon.

— Każdy idzie za swą niebogą, wolny przekład z Wirgiliusza — dodał korepetytor.

Panna Michonneau spojrzała na Poireta, przy czym zrobiła takie poruszenie, jak gdyby chciała wesprzeć się na jego ramieniu. Nieborak nie mógł się oprzeć temu wezwaniu i stanął przy boku starej panny. Śmiech głośny i oklaski rozległy się po sali. Brawo! Poiret! Stary Poiret! — Apollo-Poiret! — Mars-Poiret! — Dzielny Poiret!

W tej chwili posłaniec wszedł do pokoju i podał list pani Vauquer. Wdowa przebiegła go oczyma i upadła bezwładnie na krzesło.

— Pozostaje chyba spalić mój dom, piorun weń uderzył. Młody Taillefer umarł o trzeciej. To kara za to, żem pragnęła szczęścia tych kobiet z krzywdą biednego młodzieńca. Pani Couture i Wiktoryna żądają, bym oddała ich rzeczy, gdyż od dzisiejszego dnia obie mają mieszkać u starego Taillefera, Ojciec Wiktoryny zgadza się, żeby wdowa Couture została przy niej, jako dama do towarzystwa. Cztery mieszkania nie zajęte, brak pięciu stołowników!

Usiadła strapiona i bliska płaczu.

— Nieszczęście weszło do mego domu! — zawołała.

Turkot zajeżdżającego powozu dał się słyszeć na ulicy.

— Jeszcze coś nowego — rzekła Sylwia.

Goriot ukazał się nagle we drzwiach z twarzą zarumienioną i jaśniejącą wyrazem takiego szczęścia, iż rzekłbyś, że się odrodził na nowo.

— Goriot przyjechał fiakrem! — zawołali stołownicy — ależ to chyba koniec świata.

Stary poszedł prosto do Eugeniusza, który stał w kącie zadumany:

— Chodź pan — powiedział wesoło biorąc go za ramię.

— Pan nie wiesz, co się stało? — zapytał Eugeniusz. — Vautrin był galernikiem i policja ujęła go przed chwilą, a młody Taillefer już nie żyje.

— Mniejsza o to, co to nas obchodzi? — odparł ojciec Goriot. — Będę dziś jadł obiad z moją córką u pana, słyszysz pan? Ona cię czeka; chodź prędzej!

Porwał go silnie za ramię i uprowadził prawie przemocą, jak gdyby to była jego kochanka.

— Jedzmy obiad — zawołał malarz.

Wszyscy przysunęli sobie krzesła i usiedli przy stole.

— Masz tobie! — rzekła gruba Sylwia. — Dziś już same nieszczęścia, przypaliła mi się potrawa z baraniny z rzepą. No! cóż robić, musicie panowie zjeść przypaloną.

Pani Vauquer nie miała odwagi odezwać się, widząc tylko dziesięć osób u stołu, lecz wszyscy obecni usiłowali pocieszyć i rozweselić niebogę. Z początku rozmawiano o Vautrinie i o wypadkach dnia ubiegłego, lecz rozmowa ślizgająca się biegiem wężowym nie zatrzymała się długo na tym przedmiocie. Zaczęto mówić o pojedynkach, o galerach, o sprawiedliwości, o prawach potrzebujących reformy, o więzieniach i wkrótce rozmawiający zostawili o sto mil za sobą Jakoba Collin i Wiktorynę z bratem. Dziesięciu stołowników krzyczało za dwudziestu i rzekłbyś, że dnia tego grono ich było liczniejsze niż zwykle, to była jedyna różnica między tym obiadem, a obiadem dnia poprzedniego. Wzruszenie prędko ustąpiło przed zwykłą obojętnością tych ludzi samolubnych, którzy spodziewali się znaleźć nazajutrz nową pastwę dla siebie w codziennych wypadkach Paryża; nawet pani Vauquer uspokoiła się nadzieją, która przemawiała do niej przez usta grubej Sylwii.

Cały ten dzień miał być dziwną jakąś fantasmagorią dla Eugeniusza. Pomimo wielkiej trzeźwości umysłu i siły charakteru, student nie mógł zebrać myśli, gdy znalazł się w powozie, obok Goriota. Po całodziennych wzruszeniach, mowa starego, zdradzająca radość niezwykłą, dźwięczała mu w uszach, jak wyrazy przez sen słyszane.

— Skończyliśmy dziś wszystko. Mamy jeść obiad razem, razem, czy ty to pojmujesz? Cztery lata minęło, jakem nie jadł obiadu z Delfiną, z kochaną mą Delfinką. Będę ją miał przez cały wieczór przy sobie. Byliśmy w twym mieszkaniu od samego rana. Ja pracowałem w pocie czoła jak wyrobnik. Pomagałem przenosić sprzęty. Ach! Nie wiesz, jaka ona uprzejma u stołu, jak ona będzie się mną zajmowała. „Tatku, zjedz kawałek, to takie dobre.” A ja wówczas jeść nie mogę. O! Dawno już nie byliśmy z nią tacy spokojni, jak dziś będziemy!

— Ależ dziś chyba cały świat się przewrócił? — rzekł Eugeniusz.

— Czy się przewrócił? Ależ nigdy jeszcze nie było tak dobrze na świecie. Na ulicach spotykam dziś same wesołe twarze; widzę, jak przechodnie podają sobie dłonie i ściskają się serdecznie, a wszyscy wyglądają tak uszczęśliwieni, jak gdyby każdy z nich szedł do swej córki uraczyć się takim obiadem, jaki Delfina obstalowała przy mnie w kawiarni angielskiej. Ale, ba! przy niej piołun wydałby się miodem najsłodszym.

— Zdaje mi się, że powracam do życia — rzekł Eugeniusz.

— Poganiajże, woźnico — zawołał ojciec Goriot, otwierając przednie okno od powozu. Jedź prędzej, dam ci sto su na piwo, jeżeli za dziesięć minut staniemy na miejscu.

Usłyszawszy tę obietnicę, woźnica popędził przez ulice Paryża z szybkością błyskawicy.

— Ten woźnica jedzie żółwim krokiem — mówił ojciec Goriot.

— Dokąd mnie pan wieziesz? — zapytał Rastignac.

— Do twego mieszkania — rzekł ojciec Goriot.

Powóz zatrzymał się na ulicy d’Artois. Stary wyskoczył najpierwszy i rzucił woźnicy dziesięć franków z rozrzutnością wdowca, który o nic nie dba w paroksyzmie dobrego humoru.

— Dalejże, chodźmy — mówił prowadząc Rastignaca przez dziedziniec. Zatrzymali się na trzecim piętrze, u drzwi mieszkania położonego w tylnej części nowego i bardzo ładnego domu.

Ojciec Goriot nie potrzebował dzwonić. Teresa, pokojówka pani de Nucingen, otworzyła im drzwi. Eugeniusz znalazł się w prześlicznym kawalerskim mieszkaniu, które składało się z przedpokoju, niewielkiego saloniku, sypialni i gabinetu z oknem wychodzącym na ogród. Wszystkie sprzęty i ozdoby w saloniku odznaczały się wdziękiem niezrównanym. Delfina siedziała na kanapce przy kominie, na którym palił się ogień; spostrzegłszy Eugeniusza, odrzuciła ekran i wstała na jego spotkanie.

— Trzeba było posyłać po pana — rzekła głosem wzruszonym — bo sam nie chcesz nic zrozumieć.

Teresa wyszła. Student pochwycił Delfinę w objęcia, uścisnął ją żywo i zapłakał z radości. To, co teraz widział, odbijało tak silnie od tłumu wrażeń, które przez cały dzień szarpały mu serce i głowę, że nie mógł zapanować w tej chwili nad rozdrażnieniem nerwowym.

— Już ja wiedziałem, że on cię kocha — szepnął ojciec Goriot, zbliżając się do córki, gdy tymczasem Eugeniusz osunął się bezwładnie na kanapę, niezdolny przemówić, ani pojąć, w jaki sposób odbyło się to ostatnie skinienie łaski czarnoksięskiej.

— Chodźże pan zobaczyć — mówiła Delfina, biorąc go za rękę i wprowadzając do pokoju, w którym dywany, sprzęty i najdrobniejsze szczegóły naśladowały, tylko w mniejszych rozmiarach, wszystko to, co się znajdowało w pokoju Delfiny.

— Brak tutaj łóżka — rzekł Rastignac.

— Tak jest — powiedziała rumieniąc się i ściskając go za rękę.

Eugeniusz spojrzał na nią i pojął, choć tak młody, ile to wstydliwości niekłamanej ukrywa się w sercu kochającej kobiety.

— Należysz do tych istot, które zawsze ubóstwiać potrzeba — szepnęła mu do ucha. — Tak jest, my się tak dobrze rozumiemy, że ośmielam się powiedzieć, co myślę: im bardziej miłość jest gorąca i szczera, tym więcej powinna być ukrywana i osłonięta. Niech żaden człowiek żywy nie wie o naszej tajemnicy.

— O, ja przecie nie będę tym człowiekiem — rzekł ojciec Goriot z wymówką.

— Wiesz przecie, ojcze, że ty znaczysz tyle, co my...

— Ach! Tego tylko pragnąłem. Nie będziecie zwracali na mnie uwagi, nieprawdaż? Ja będę przychodził i wychodził, niby jaki duch dobroczynny, którego nie widzimy, choć jest tuż przy nas. No cóż? Delfineczko, Nineczko, Dedelko! czy nie miałem słuszności, gdym ci mówił: „Jest piękne mieszkanie przy ulicy d’Artois, urządźmy je dla niego.” Tyś nie chciała. Ach! jam ci dał radość tak, jak dałem życie. Ojciec musi zawsze dawać, żeby być szczęśliwym. Dawać zawsze, to znaczy być ojcem.

— Jak to? — zapytał Eugeniusz.

— A tak, ona nie chciała, bała się plotek, jak gdyby dla świata warto było szczęścia się wyrzekać! Zresztą wszystkie kobiety marzą tylko o tYm, żeby postępować tak, jak ona postępuje...

Nikt nie słuchał ojca Goriot; pani de Nucingen wprowadziła Eugeniusza do gabinetu, w którym rozległ się szmer leciuchnego pocałunku. Pokój ten harmonizował z wykwintnością całego mieszkania, w którym nie zbywało na niczym.

— Cóż, czy trafiono panu do gustu? — zapytała Delfina, wracając do salonu, gdzie już stół był nakryty.

— O, najzupełniej — odpowiedział. — Niestety! Oceniam ten przepych, to spełnienie snów najpiękniejszych, całą tę poezję życia młodego i wykwintnego, oceniam ją tak dobrze, że przez to samo już na nią zasługuję; lecz od pani tego przyjąć nie mogę, a sam jestem jeszcze zbyt biedny, żeby...

— Ach, ach! Już mi się pan opierasz — wyrzekła z komiczną powagą, robiąc przy tym piękną minkę, którą kobiety przybierają, gdy potrzeba jakiś skrupuł w żart obrócić, aby później rozproszyć go z większą łatwością.

Eugeniusz zadał dziś sobie tyle pytań uroczystych, a przygoda Vautrina, odkrywająca całą głąb przepaści, w którą się omal nie stoczył, wzmocniła w nim tak bardzo dobre i szlachetne uczucia, że słowa Delfiny nie zdołały ich obalić. Ogarnął go tylko smutek głęboki.

— Jak to! — zawołała pani de Nucingen — miałżebyś pan odmówić? A wiesz, co taka odmowa znaczy? Wątpisz pan o przyszłości i dlatego nie śmiesz zbliżyć się do mnie. A więc obawiasz się, że zdradzisz moje uczucie? Jeżeli pan mnie kochasz, jeżeli ja... kocham ciebie, to dlaczegóż obawiasz się tak małego zobowiązania. Gdybyś wiedział, z jaką przyjemnością urządzałam ci to kawalerskie mieszkanko, to przepraszałbyś mnie za swoje wahanie. Miałam w ręku pieniądze należące do ciebie i zrobiłam z nich dobry użytek, oto i wszystko. Zdaje ci się, żeś wielki, a w rzeczy samej jesteś mały. Żądasz nieskończenie więcej... (A! — wyrzekła, pochwyciwszy wyraz namiętności we wzroku Eugeniusza), a drożysz się o lada głupstwo. Jeżeli mnie nie kochasz, o! w takim razie nie powinieneś przyjmować. Jedno słowo los mój rozstrzyga. Mów pan! Mój ojcze, choć ty postaraj się go przekonać — dodała po chwili, zwracając się do ojca. Czy on sądzi, że ja jestem mniej drażliwa od niego, gdy chodzi o nasz honor?

Ojciec Goriot słuchał tej wdzięcznej sprzeczki z posągowym uśmiechem.

— Dziecko! — poczęła znowu chwytając dłoń Eugeniusza — spotykasz na progu życia zaporę, której wielu ludzi przebyć nie może, i cofasz się, gdy ręka kobiety chce ci ją otworzyć! Ale ty będziesz szczęśliwy w życiu, masz świetną przyszłość przed sobą, powodzenie wyryte jest na twym pięknym czole. Czyż wówczas nie będziesz mógł oddać mi tego, co ci dziś pożyczam? Wszak za dawnych czasów dama dawała swemu rycerzowi zbroję, miecz, hełm, kolczugę i konia, żeby rycerz mógł iść na turnieje walczyć w jej imieniu. Otóż, Eugeniuszu, to co ja ci daję, jest bronią naszej epoki, narzędziem, bez którego nie obejdzie się człowiek pragnący stać się czymkolwiek na świecie. Wyobrażam sobie, że stodoła, w której mieszkasz obecnie, musi być piękna, bo pewnie przypomina pokój mego ojca. No cóż, nie będziemy dziś jedli obiadu? Czy pragniesz mnie zasmucić? Odpowiedz przecie — mówiła wstrząsając go za rękę. — Mój Boże! Przekonaj go, tatku, albo pójdę stąd i nigdy już nie będę się z nim widziała.

— Ja cię przekonam — rzekł ojciec Goriot, budząc się z zachwycenia. Powiedz mi, kochany panie Eugeniuszu, wszak będziesz pożyczał pieniądze u żydów?

— Zmuszony jestem — powiedział student.

— Dobrze, trzymam za słowo — począł stary, wyjmując z kieszeni pugilares wytarty i zniszczony. Ja stałem się żydem i zapłaciłem wszystkim dostawcom. Nie winieneś ani grosza za wszystko, co się tutaj znajduje. Nie tak wielka to suma, najwyżej pięć tysięcy franków. Otóż, pożyczam ci te pieniądze. Nie odmówisz mi, jam przecie nie kobieta. Napiszesz rewers na jakim świstku, a z czasem uiścisz mi się z długu.

Łzy zakręciły się w oczach Eugeniusza i Delfiny; oboje spojrzeli po sobie ze zdumieniem, po czym student pochwycił dłoń starego i ścisnął ją gorąco.

— No cóż! Czy nie jesteście mymi dziećmi? — rzekł ojciec Goriot.

— Biedny mój ojcze, jak żeś ty to zrobił? — zapytała pani de Nucingen.

— Gdym cię nakłonił, byś go tu sprowadziła, gdym zobaczył, że kupujesz rzeczy piękne jak dla panny młodej, wtedy pomyślałem sobie: „Nabawi się ona kłopotu!” Adwokat powiada, że proces, którym mamy zmusić twego męża, by ci oddał twe mienie, będzie trwał przeszło pół roku. Otóż ja sprzedałem tymczasem tysiąc trzysta pięćdziesiąt liwrów dożywotniego dochodu; wziąwszy piętnaście tysięcy franków, zapewniłem sobie na dobrej hipotece tysiąc dwieście franków dochodu, a pozostałymi pieniędzmi zaspokoiłem waszych dostawców, drogie dzieci. Za pięćdziesiąt talarów będę miał pokój tu na górze, w którym mogę żyć jak książę nie wydając nawet czterdziestu su na dzień. Odzienia prawie wcale nie potrzebuję, bo nie niszczę tego, co mam. Już od dwóch tygodni śmieję się potajemnie i myślę sobie: „Toż dopiero będą szczęśliwi!” No cóż, alboż nie jesteście szczęśliwi?

— O! tatku, tatku! — zawołała pani de Nucingen rzucając się ku ojcu, który wziął ją na kolana. Przytuliła do niego swą głowę złotowłosą, okrywając pocałunkiem i łzami twarz starca pomarszczoną, na której malował się w tej chwili wyraz błogiego zadowolenia.

— Ojcze drogi, ty jesteś prawdziwym ojcem! Nie, drugiego takiego ojca nie ma pod słońcem. Eugeniusz kochał cię już przedtem, a cóż to teraz będzie?

— Dzieci moje — mówił ojciec Goriot, który po dziesięciu latach pierwszy raz przyciskał swą córkę do piersi — Delfinko, chcesz chyba, żebym ja umarł z radości! Biedne moje serce rozerwać się gotowe. Patrz, panie Eugeniuszu, jam za wszystko wynagrodzony, już mi się nic od ciebie nie należy!

I starzec uścisnął córkę tak dziko i szalenie, że Delfina zawołała: „Ach, mnie boli!”

— Jam ci ból sprawił! — wyrzekł Goriot blednąc z przerażenia i spojrzał na nią z wyrazem nadludzkiej boleści. Chcąc dobrze odmalować oblicze tego ideału ojcostwa, trzeba by szukać wzoru w postaciach, które mistrze pędzla stworzyli dla oddania męki Zbawiciela, cierpiącego za świat cały. Ojciec Goriot ucałował Delfinę z największą ostrożnością.

— Nie, nie, jam ci bólu nie sprawił — począł znów zapytując ją uśmiechem — tyś mi raczej sprawiła ból swoim wykrzyknikiem. To drożej kosztuje — szepnął pochylając się do ucha Delfiny i całując je ostrożnie — ale musiałem go podejść, żeby się nie gniewał.

Eugeniusz zdumiał się na widok tego przywiązania bez granic i patrzył na Goriota z tym naiwnym zachwytem, który w wieku młodzieńczym nazywamy wiarą.

— Ja potrafię być godnym tego wszystkiego! — zawołał.

— O mój Eugeniuszu, jakże to piękne, coś ty teraz powiedział — i pani de Nucingen złożyła pocałunek na czole studenta.

— On wyrzekł się dla ciebie panny Taillefer i jej milionów — rzekł ojciec Goriot. — Tak jest, panie Eugeniuszu, ta mała kochała cię dawno, a teraz, po śmierci brata, stała się bogata jak Krezus.

— O! Po cóż o tym mówić? — zawołał Rastignac.

— Eugeniuszu — szepnęła mu Delfina do ucha — to, co słyszę, zasępia mi dzisiejszy wieczór. A! Ja będę cię kochała szczerze i na zawsze!

— Tak pięknego dnia nie miałem jeszcze od czasu, jakeście za mąż powychodziły — zawołał ojciec Goriot, — Niech Bóg zsyła na mnie wszystkie cierpienia, byle tylko nie kazał mi cierpieć przez was, a ja sobie powiem: w lutym tego roku doznałem w jednej chwili tyle szczęścia, ile ludzie przez całe życie doznać nie mogą. Spójrz na mnie, Delfinko! — powiedział do córki. — Jaka ona piękna, nieprawdaż? Proszę mi powiedzieć, czy wiele jest kobiet na świecie, co by miały takie prześliczne kolory i takie dołeczki w policzkach? Nie, prawda? I ta pieszczotka jest moim dzieckiem! Teraz, gdy będzie szczęśliwa przy tobie, stanie się jeszcze tysiąc razy piękniejsza. Ja mogę iść do piekła, kochany sąsiedzie — mówił do Eugeniusza — ustąpię ci moje miejsce w raju, jeżeli ci go potrzeba. Jedzmy, jedzmy — ciągnął dalej, nie wiedząc sam co mówi, wszystko to do nas należy.

— Biedny ojciec!

— Gdybyś ty wiedziała drogie dziecię — mówił idąc do niej i całując ją w głowę owiniętą jasnymi warkoczami — gdybyś wiedziała, jak łatwo możesz uczynić mnie szczęśliwym! Przyjdź czasem do mnie, ja będę tam na górze, o kilka kroków. Przyrzecz mi, powiedz!

— Dobrze, ojcze kochany.

— Powiedz jeszcze.

— Dobrze, drogi mój ojcze.

— Przestań już, kazałbym ci sto razy powtarzać, gdybyś mnie słuchała. Jedzmy obiad.

Cały wieczór zszedł na takich dzieciństwach, a ojciec Goriot nie ustępował placu dwojgu młodym. Padał przed córką, żeby ucałować jej nogi, wpatrywał się w jej oczy, przyciskał głowę do jej sukni, jednym słowem popełniał szaleństwa, na jakie mógłby się zdobyć chyba bardzo młody i czuły kochanek.

— Widzisz pan? — rzekła Delfina do Eugeniusza — gdy ojciec jest z nami, to trzeba wyłącznie jemu się poświęcać. To będzie nas bardzo krępować.

Eugeniusz doznał już kilka razy uczucia zazdrości, nie mógł więc zganić słów Delfiny, w których był zarodek najgłębszej niewdzięczności.

— Kiedyż mieszkanie będzie gotowe? — zapytał Eugeniusz, rozglądając się po pokoju. — Jak widzę, dziś trzeba będzie się rozstać.

— Tak, ale jutro będziesz pan u mnie na obiedzie — rzekła Delfina z minką figlarną. — Jutro mamy operę włoską.

— To i ja pójdę na parter — powiedział ojciec Goriot.

Była północ. Powóz pani de Nucingen czekał u bramy. Ojciec Goriot i student skierowali się ku domowi Vauquer, rozmawiając o Delfinie ze wzrastającym uniesieniem, które wywołało ciekawą walkę między tymi dwiema gwałtownymi namiętnościami. Eugeniusz nie mógł ukryć przed sobą, że miłość ojca, której nie splamił żaden wzgląd osobisty, zaćmiewała jego uczucie swoją wytrwałością i potęgą. W oczach ojca przedmiot miłości był zawsze piękny i nieskalany, a miłość sama potęgowała się przeszłością i przyszłością całą.

Gdy przyszli do domu, stara gospodyni siedziała pod piecem w towarzystwie Sylwii i Krzysztofa. Wyglądała nieboga jak Mariusz na ruinach Kartaginy, a gruba Sylwia podzielała jej żałość, oczekując powrotu dwóch wiernych mieszkańców, którzy pozostali im z całego grona. Niczym są rzewne skargi, które lord Byron włożył w usta Tassa, wobec głębokiej prawdy, jaką tchnęły w tej chwili żale pani Vauquer.

— Sylwio, wszak jutro tylko trzy filiżanki kawy nalać trzeba będzie. Ach, serce mi pęknie, dom mój opustoszał! Czymże będzie życie moje, gdy w domu mieszkańców zabraknie? Niczym. Dom mój wyprzątnięty teraz z ludzi. Życie całe jest w meblach. Cóżem zawiniła niebu, że zesłało na mnie nieszczęść tyle? Zapas fasoli i kartofli zrobiony na osób dwadzieścia. Policja była w mym domu! Chyba samymi kartoflami żyć będziemy! Wypadnie chyba odprawić Krzysztofa.

Sabaudczyk spał sobie spokojnie, lecz przy ostatnich wyrazach obudził się nagle i zapytał:

— Co, proszę pani?

— Biedny chłopak! Wierny był jak pies — rzekła Sylwia.

— Teraz czas niewłaściwy, nikt mieszkań nie zmienia. Skądże mi spadną lokatorowie? Ja głowę stracę. A jeszcze ta sybilla Michonneau porywa mi Poireta! Jak to ona zrobiła, że ten człowiek jak piesek za nią chodzi?

— A! Do licha! —- rzekła Sylwia wstrząsając głową — już to stare panny znają się na takich sztukach.

— Albo ten biedny Vautrin, którego zrobili galernikiem — poczęła znów wdowa — wiesz Sylwio, to przechodzi moje siły, ja nie mogę jeszcze uwierzyć. To był człowiek taki wesoły, przy tym płacił mi piętnaście franków na miesiąc za kawę z wódką, a zawsze oddawał wszystko co do grosza!

— A jaki był hojny! — dodał Krzysztof.

— To musi być jakaś omyłka — rzekła Sylwia.

— Ale nie, przecie on się przyznał — mówiła pani Vauquer. — Kto by dał wiarę, że wszystko to stało się w moim domu, w tej dzielnicy, gdzie nawet kot rzadko się zabłąka! Słowo uczciwej kobiety, ja śnię chyba. Bo to widzisz, za mej pamięci zdarzył się wypadek z Ludwikiem XVI, później byłam świadkiem upadku cesarza, widziałam, jak powrócił i upadł powtórnie, a wszystko to było w porządku rzeczy możliwych. Ale gospodom mieszczańskim to już zdaje się nic grozić nie powinno: bez króla żyć można, a bez jedzenia nikt się nie obejdzie; a gdy do tego uczciwa kobieta z domu Conflans daje na obiad najlepsze potrawy, to chyba musi być koniec świata, skoro... Bo też tak i jest, przyszedł już koniec świata.

— I to trzeba wiedzieć, że panna Michonneau, która nawarzyła pani tej kaszy, będzie miała, jak mówią, tysiąc talarów rocznego dochodu — zawołała Sylwia.

— Nie mów mi o niej, to zbrodniarka! — rzekła pani Vauquer. — W dodatku przenosi się jeszcze do Buneaudowej! Ale ona do wszystkiego jest zdolna, ona musiała okropieństwa popełniać, musiała zabijać i okradać w swoim czasie. Ją to trzeba było posłać na galery zamiast tego biednego, kochanego człowieka...

W tej chwili Goriot z Eugeniuszem zadzwonili.

— Ach, to moi dwaj wierni — rzekła wdowa z westchnieniem.

Dwaj wierni zapomnieli już prawie zupełnie o nieszczęściach, które spadły dnia tego na gospodę i oświadczyli gospodyni bez ogródek, że mają zamiar przeprowadzić się na Chaussée-d’Antin.

— Ach! Sylwio! — krzyknęła wdowa — już teraz po wszystkim. Panowie zadaliście mi cios śmiertelny! Coś mnie tu ścisnęło w żołądku. Dzień dzisiejszy zwalił mi dziesięć lat na głowę. Słowo daję, ja rozum stracę! Co teraz robić z fasolą? A, dobrze! ponieważ ja sama zostaję w całym domu, to ty możesz sobie odejść od jutra, Krzysztofie. Żegnam was, panowie, dobrej nocy.

— Co jej jest? — rzekł Eugeniusz do Sylwii.

— A cóż! wszyscy ją opuścili wskutek interesów. To jej zmysły pomieszało. Cicho! słyszę, że płacze. Niech się wybeczy, to jej ulgę sprawi. Przez cały czas mojej służby ani razu jeszcze nie wypróżniała sobie oczu.

Nazajutrz pani Vauquer upamiętała się w swojej żałości, że użyjemy jej własnego wyrażenia. Była wprawdzie strapiona, jak przystało na gospodynię, którą los wytrącił ze zwykłej kolei życia, zabierając jej od razu wszystkich lokatorów; lecz odzyskała już zupełny spokój umysłu i przedstawiała obraz boleści szczerej i głębokiej, boleści sprawionej poniesioną stratą i odmianą przyzwyczajeń. To pewne, że spojrzenie, którym kochanek żegna miejsce pobytu swej kochanki, nie może być smutniejsze niż spojrzenie, którym pani Vauquer ogarnęła stół swój opuszczony. Eugeniusz pocieszał wdowę, że na swoje miejsce zostawi jej pewnie Bianchona, którego kontrakt kończy się za dni kilka, a na miejscu pani Couture zamieszka prawdopodobnie urzędnik z Muzeum, który nieraz oświadczał, że rad by mieć lokal podobny; jednym słowem przekonywał gospodynię, że nie trudno jej będzie zebrać nowy personel.

— Oby cię Bóg wysłuchał, łaskawy panie! Ale nieszczęście zagościło w mym domu. Zobaczysz pan, że najwyżej za dziesięć dni śmierć tu przyjdzie — mówiła rzucając złowrogie spojrzenie po sali jadalnej. — Kogo też ona zabierze?

— Dobrze, że my się stąd wynosimy — szepnął Eugeniusz do ojca Goriot.

— Proszę pani — zawołała Sylwia, wbiegając z miną przerażoną — od trzech dni już nie widzę naszego Mistigrisa.

— Ach! Jeżeli mój kot zdechł, jeżeli nas opuścił, to ja...

Biedna wdowa nie dokończyła, złożyła ręce i pochyliła się na poręcz fotela pod ciosem tej straszliwej przepowiedni.

Około południa, to jest w porze, kiedy posłańcy pocztowi przybywają do dzielnicy du Panthéon, wręczono Eugeniuszowi list w eleganckiej kopercie, na której była pieczęć z herbem Beauséantów. Był to bilet wicehrabiny zapraszający pana i panią de Nucingen na wielki bal, o którym mówiono już od miesiąca w Paryżu.

Przy bilecie była kartka do Eugeniusza.