— Ależ — myślał Eugeniusz, odczytując powtórnie słowa wicehrabiny — pani de Beauséant mówi mi dość wyraźnie, że nie życzy oglądać barona de Nucingen.
Pośpieszył do Delfiny, szczęśliwy, że będzie mógł sprawić jej radość, za którą pewnie otrzyma nagrodę. Pani de Nucingen była w kąpieli. Rastignac czekał w buduarze z niecierpliwością właściwą młodemu człowiekowi, który pragnie jak najprędzej posiąść kochankę, o której marzył przez dwa lata. Są to wzruszenia, co się nie powtarzają dwa razy w życiu młodzieży. Pierwsza ukochana kobieta, która prawdziwie jest kobietą, to jest przedstawia się mężczyźnie w świetnym otoczeniu, jakiego żąda towarzystwo paryskie, może być pewna, że nigdy rywalki mieć nie będzie. Miłość paryska niepodobna jest do żadnej innej miłości. Ani mężczyźni ani kobiety nie dadzą się tu złapać na bogate wystawy oklepanych frazesów, którymi każdy przystraja dla przyzwoitości swoje niby bezinteresowne uczucia. W kraju tym nie dosyć, żeby kobieta zadowoliła serce i zmysły; ma ona jeszcze ważniejsze obowiązki do spełnienia względem tysiącznych odcieni próżności, z których się życie składa. Miłość jest tu dziwnie samochwalcza i bezwstydna, dziwnie rozrzutna, kłamliwa i próżna.
Czegóż chcieć można od reszty ludzkości, skoro wszystkie damy dworu Ludwika XIV zazdrościły pannie de La Valliere namiętności, która sprawiła, iż wielki król zapomniał, że mankiety jego kosztowały dwa tysiące talarów i podarł je, żeby ułatwić księciu de Vermandois wejście na scenę świata? Miejcie młodość, bogactwo, tytuły, miejcie wszystko, co za wami przemawia; im więcej ziarn kadzidła spalicie przed swym bożyszczem, tym bożyszcze łaskawszym dla was będzie. Miłość jest religią, tylko wyznanie jej drożej kosztuje niż wyznanie wszelkiej innej wiary; przechodzi ona szybko, a przechodzi jak ulicznik, który lubi wszystko niszczyć po drodze. Zbytek uczucia jest poezją poddaszy; bez tego w cóż by się tam miłość obróciła? Są wprawdzie wyjątki od tych okrutnych praw kodeksu paryskiego, lecz trzeba ich szukać w samotności, w głębi dusz, co nie zasmakowały jeszcze w doktrynach społecznych i żyją w pobliżu jakiegoś źródła o wodzie jasnej, bieżącej i niewyczerpanej; co zadowalają się zielonym cieniem swej ustroni, przysłuchują się głosowi nieskończoności, który do nich zewsząd przemawia i czekają cierpliwie, aż będą mogły skrzydła rozwinąć, ubolewając na tymi, co do ziemi przyrośli. Lecz Rastignac, podobnie jak wielu młodych ludzi, którzy wcześnie zakosztowali przepychu, chciał wstąpić zbrojnie w szranki świata; zaraził się jego gorączką, czuł w sobie może dość siły, żeby nad nim panować, lecz nie znał ani dróg, ani celu swej ambicji.
W braku miłości czystej i świętej, która życie wypełnia, takie pragnienie potęgi może stać się piękną rzeczą; dość jest odrzucić interes osobisty, a wziąć za cel dobro kraju. Lecz student nie stanął jeszcze na wysokości, z której można śledzić bieg życia i sądzić je. Dotąd nie wyłamał się nawet spod czaru świeżych i miłych pojęć, które, niby liście zielone, otulają młodość dzieci wychowanych na prowincji.
Wahał się jeszcze ciągle, czy ma przejść Rubikon paryski. Pomimo palącej ciekawości, zachował jakieś wspomnienie o życiu szczęśliwym, które wiedzie prawdziwy, szlachcic w swej siedzibie. Wszakże ostatnie jego skrupuły pierzchły w przeddzień dnia tego, gdy wszedł do nowego swego mieszkania. Zaczynając korzystać z materialnych wygód fortuny, tak jak dawno już korzystał z moralnych wygód, jakie daje dobre urodzenie, Rastignac pozbył się swej powłoki prowincjonalnej i wszedł nieznacznie na stanowisko, z którego piękna przyszłość odkrywała się przed nim. Toteż, oczekując przyjścia Delfiny w pięknym buduarze, w którym czuł się prawie tak swobodnym jak u siebie, był już tak niepodobny do owego Rastignaca, który przybył w przeszłym roku do Paryża, że, przyglądając mu się wzrokiem duszy, pytał sam siebie, czy jest jeszcze między nimi jakiekolwiek podobieństwo.
— Pani baronowa jest w swym pokoju — powiedziała Teresa, budząc go z zadumy.
Delfina spoczywała na kanapie w pobliżu kominka. Widząc tę postać świeżą, tonącą w falach białego muślinu, trzeba było mimo woli przyrównać ją do owych pięknych roślin indyjskich, których owoc ukrywa się w kielichu kwiatu.
— A! Jesteś pan przecie — powiedziała ze wzruszeniem.
— Zgadnij pani, co ci przynoszę — powiedział Eugeniusz, siadając przy niej i podnosząc jej rękę do ust.
Pani de Nucingen zdradzała żywą radość czytając zaproszenie wicehrabiny. Zwróciła na Eugeniusza oczy zwilżone łzami i, zarzuciwszy mu ręce na szyję, przyciągnęła go do siebie, upojona próżnym zadowoleniem.
— Więc to pan, (ty — szepnęła mu do ucha — ale Teresa jest w moim gabinecie, bądźmy ostrożni!) — pan dajesz mi takie szczęście? Tak jest, śmiem nazwać to szczęściem. Czyliż zaproszenie to, które panu zawdzięczam, nie jest czymś więcej, niż prostym zadowoleniem miłości własnej? Nikt nie chciał wprowadzić mnie do tego koła wybranego. Może być, że w tej chwili wydaję się panu małą, próżną i lekkomyślną, jak paryżanka prawdziwa, lecz pomyśl, przyjacielu, żem ja dla ciebie wszystko poświęcić gotowa i że teraz pragnę najgoręcej, żeby mnie przyjęto na przedmieściu Saint-Germain, dlatego, że ty tam bywasz.
— Czy pani nie znajduje — rzekł Eugeniusz — że pani de Beauseant daje nam do zrozumienia, iż nie spodziewa się widzieć barona de Nucingen na swym balu.
— Ależ tak — powiedziała baronowa, oddając list Eugeniuszowi. — Te kobiety umieją być genialnie niegrzeczne. Mniejsza o to, ja będę jednak na balu. Siostra moja wybiera się również wiem, że przygotowuje strój przepyszny. Eugeniuszu — ciągnęła dalej zniżonym głosem — Anastazja będzie na balu, żeby rozproszyć straszne podejrzenia. Nie wiesz, jakie pogłoski o niej krążą! Nucingen mówił mi z rana, że wczoraj rozmawiano o tym w klubie bez żadnej ceremonii. Mój Boże! Na czym to spoczywa cześć kobiet i rodzin! Ja sama czuję się podrażniona, dotknięta w osobie biednej mej siostry. Powiadają niektórzy, że pan de Trailles podpisał weksli na sto tysięcy franków, że termin upłynął i kredytorzy mieli go prześladować. Otóż, w takiej ostateczności, siostra moja miała sprzedać jakiemuś Żydowi swoje brylanty, te piękne brylanty, które musiałeś u niej widzieć, a które dostały się jej po matce hrabiego de Restaud. Od paru dni wszyscy o tym mówią, nic więc dziwnego, że Anastazja kazała sobie robić suknię ze złotogłowu, żeby zwrócić na siebie powszechną uwagę, ukazując się na balu u wicehrabiny w całym bogactwie swych brylantów. Ale i ja nie chcę być gorsza od niej. Ona starała się zawsze upokorzyć mnie i nigdy dla mnie dobra nie była, a jam tysiące usług jej wyświadczała, jam zawsze miała dla niej pieniądze, gdy ona była w potrzebie. Lecz dajmy pokój światu; dzisiaj chcę być zupełnie szczęśliwa.
Rastignac przesiedział u pani de Nucingen aż do pierwszej po północy. Przy pożegnaniu, przy tym prawdziwym pożegnaniu kochanków, które zwykła osładzać nadzieja przyszłych radości, pani de Nucingen rzekła z wyrazem tęsknoty:
— Jestem tak bojaźliwa, tak zabobonna — nazwij pan jak chcesz moje przeczucia — iż obawiam się, że będę musiała straszną jakąś katastrofą okupić szczęście obecne.
— Dziecko! — rzekł Eugeniusz.
— A! — zawołała ze śmiechem — dziś ja z kolei dzieckiem zostałam.
Eugeniusz wracał do domu Vauquer z tym przekonaniem, że nazajutrz zupełnie go opuści i oddawał się w drodze tym słodkim marzeniom, którymi upaja się młodzieniec czujący jeszcze smak szczęścia na ustach.
— No cóż? — zapytał ojciec Goriot, gdy Eugeniusz przechodził koło jego mieszkania.
— Jutro opowiem panu wszystko — rzekł Eugeniusz.
— Wszystko, nieprawdaż? — zawołał stary. — Idź pan spać. Od jutra zaczniemy szczęśliwe życie.
Nazajutrz Goriot i Rastignac wyglądali, czy nie pokaże się jaki tragarz, który by pomógł im wynieść się z gospody mieszczańskiej gdy, około południa, powóz jakiś wtoczył się na ulicę Neuve-Sainte-Geneviève i zatrzymał się przed drzwiami domu Vauquer. Po chwili pani de Nucingen wyskoczyła z powozu i zapytała, czy pan Goriot znajduje się jeszcze w gospodzie, a odebrawszy od Sylwii potakującą odpowiedź, wbiegła lekko na schody.
Eugeniusz był w swoim pokoju, choć nikt w domu o tym nie wiedział. Przy śniadaniu student prosił Goriota, żeby zdał jego rzeczy razem ze swoimi, a sam wyszedł na miasto, mówiąc, że o czwartej spotkają się w nowym mieszkaniu przy ulicy d’Artois. Niebawem stary poszedł szukać tragarzy, a Eugeniusz odpowiedział tymczasem na apel szkolny i wrócił śpiesznie do domu, żeby rozliczyć się z panią Vauquer, gdyż obawiał się, że Goriot w przystępie swego fanatyzmu gotów zapłacić za niego z własnej kieszeni. Nie zastawszy gospodyni, która wyszła na miasto, Eugeniusz wstąpił jeszcze do swego mieszkania, chcąc się przekonać, czy przypadkiem czego nie zapomniał; jakoż nie pożałował swej przezorności, bo znalazł w szufladzie od stolika rewers, który napisał był dla Vautrina, a potem, po zapłaceniu należności, wrzucił niedbale do stolika.
Nie mając ognia, chciał podrzeć go na drobne kawałki, gdy wtem usłyszał za ścianą głos Delfiny i stanął bez ruchu, żeby posłyszeć, oo będzie mówiła baronowa, która, jak sądził, nie powinna była mieć dla niego żadnej tajemnicy. Pierwsze wyrazy, które usłyszał obudziły w nim takie zajęcie, że postanowił wysłuchać rozmowy między ojcem a córką.
— Ach, mój ojcze! — mówiła Delfina — postanowiłeś upomnieć się o moją fortunę, lecz daj Boże, żeby nie było za późno i żebyś zdołał jeszcze ochronić mnie od ruiny! Czy mogę mówić?
— Mów, w całym domu nikogo nie ma — wyrzekł ojciec Goriot głosem zmienionym.
— Co ci to, mój ojcze? — zapytała pani de Nucingen.
— Uderzyłaś mnie jak obuchem po głowie — rzekł starzec. — Niech ci Bóg tego nie pamięta, dziecię moje! Ty nie wiesz, jak ja cię kocham; gdybyś wiedziała, nie rzuciłabyś mi tych słów okrutnych bez przygotowania, zwłaszcza jeżeli nie zaszło nic nadzwyczajnego. Cóż cię tak znagliło, żeś przyjechała do mnie aż tutaj, wiedząc, że za chwilę mam być na ulicy d’Artois?
— A, mój ojcze! Czyliż w nieszczęściu można zapanować nad pierwszym poruszeniem? Ja głowę tracę! Adwokat twój wskazał mi dzisiaj nieszczęście, które niebawem pewnie w nas uderzy. Handlowe twoje doświadczenie będzie nam potrzebne; toteż przybiegłam szukać ciebie, jak tonący, co się gałązki chwyta. Pan Derville przekonał się, że Nucingen myśli stawić opór i zagroził mu procesem, mówiąc, że nie trudno będzie otrzymać na to zgodę prezesa trybunału. Nucingen przyszedł dziś do mnie i zapytał, czy ja pragnę jego i swojej ruiny. Odparłam mu, że ja się na tym nic a nic nie znam, że wiem tylko tyle, iż mam fortunę i powinnam z niej korzystać, że zresztą wszystko co się do tego sporu odnosi, należy wyłącznie do mego adwokata, gdyż ja sama nic z tego nie rozumiem i nic w tym względzie powiedzieć nie mogę. Czyż nie tak kazałeś mi powiedzieć, ojcze?
— Dobrześ powiedziała — odrzekł ojciec Goriot.
— Otóż — poczęła znów Delfina — Nucingen przedstawił mi stan swoich interesów. Kapitały jego i moje włożone są w przedsięwzięcia zaledwie rozpoczęte, na które trzeba było wyłożyć z góry wielkie sumy. Jeżeli zażądam obecnie mego posagu, to Nucingen będzie zmuszony ogłosić się bankrutem; jeżeli zaś zaczekam rok jeden, to przysięga mi na honor, że kapitały moje podwoją się, a może i w trójnasób się powiększą, gdyż on będzie robił obroty i tak poprowadzi interesy, że ja zostanę właścicielką dóbr ziemskich. Ojcze mój, on mówił szczerze i ta szczerość jego mnie przeraziła. Przepraszał mnie za swe postępowanie, wrócił mi zupełną swobodę, pozwolił mi postępować, jak mi się podoba, bylebym tylko upoważniła go do prowadzenia interesów w moim imieniu. Na dowód swej uczciwości przyrzekł mi, że ile razy ja zechcę, tyle razy wezwie pana Derville dla osądzenia, czy akta, na mocy których ja zostanę właścicielką ziemską, będą prawnie zredagowane. Jednym słowem, oddał mi się zupełnie na łaskę i niełaskę. Błaga tylko żebym przez dwa lata jeszcze pozwoliła mu dom prowadzić i nie wydawała dla siebie nic nad to, co mi przeznacza. Przekonał mnie, że odprawił swą tancerkę, że zmuszony jest zaprowadzić najsurowszą oszczędność, żeby nie zachwiać swego kredytu, zanim nie ukończy, rozpoczętych spekulacji. Jam była nieubłagana, udawałam, że w nic nie wierzę, żeby przywieźć go do ostateczności i dowiedzieć się całej prawdy: pokazywał mi swe księgi, płakał wreszcie. Nigdy jeszcze nie widziałam człowieka w takim stanie. Stracił zupełnie głowę, mówił, że się zabije, bredził jak w gorączce, aż mnie litość wzięła.
— I ty wierzysz w takie głupstwa? — zawołał ojciec Goriot. — To komediant! Miałem ja do czynienia z Niemcami: są to prawie zawsze ludzie uczciwi i otwarci; lecz gdy który zacznie szachrować pod płaszczykiem szczerości, to pewnie stokroć gorzej od innych cię oszuka. Mąż twój zwodzi ciebie. Widzi, że go przyparto do muru, udaje więc nieżywego i chce zasłonić się twoim imieniem, więcej niż swoim własnym. Chce on skorzystać z tej okoliczności, żeby się zabezpieczyć przed niedającymi się obliczyć z góry rezultatami swoich obrotów handlowych. Kręta z niego sztuka: równie jest chytry jak przewrotny. Ale nic z tego, nie pójdę ja na Pere-La-chaise z tym przekonaniem, że córki moje ze wszystkiego zostały wyzute. Znam się jeszcze trochę na interesach. Powiada, że kapitały jego włożone są w przedsiębiorstwa, dobrze! W takim razie musi posiadać weksle, rewersy, umowy pisemne! Niechże ci je pokaże i niech się z tobą rozliczy. Wtedy wybierzemy najkorzystniejsze spekulacje, poprowadzimy je na swoje ryzyko i będziemy mieli dokumentyna imię Delfiny Goriot małżonki barona de Nucingen, której majątek oddzielony jest od mężowskiego. Nie tacyśmy głupi, jak się jemu zdaje. Czy on sądzi, że ja pogodzę się z tą myślą, że ty możesz zostać bez majątku, bez kawałka chleba? Ja bym jej nie zniósł przez jeden dzień, przez noc jedną, nawet przez dwie godziny! Ja nie mógłbym żyć z tą myślą. Jak to! Jam pracował przez lat czterdzieści, zlewając się potem i dźwigając worki na własnych ramionach, jam sobie wszystkiego w życiu odmawiał dla was, anioły drogie, coście mi dodawały sił do każdej pracy; a dzisiaj mienie moje, życie moje całe miałoby pójść z dymem! O, ja bym umarł szalony rozpaczą! Nie, na wszystko, co jest świętego na ziemi i w niebie! my tę sprawę rozjaśnimy, sprawdzimy wszystkie księgi, kasę, przedsięwzięcia! Nie zasnę, nie położę się do łóżka, jeść nie będę, dopóki się nie przekonam, że fundusz twój jest cały i nienaruszony. Z łaski Boga masz separację majątkową, a pan Derville, adwokat twój, jest na szczęście człowiekiem uczciwym. Na Boga! Będziesz miała swój milionik, swoje pięćdziesiąt tysięcy liwrów dochodu aż do końca życia lub ja podniosę gwałt na cały Paryż. Ach! Ach! Udam się do izb, jeżeli trybunały nie wymierzą nam sprawiedliwości. Dotychczas sądziłem, żeś spokojna, że twój byt materialny zapewniony i myśl ta była mi pociechą w nieszczęściach, osłodą w cierpieniu. Mienie — to życie. Pieniądz wszystko może. Więc cóż ten bałwan nam prawi?... Delfino, nie ustępuj ani pół szeląga temu bydlakowi, który przykuł cię do łańcucha i uczynił nieszczęśliwą. Jeżeli nie będzie mógł obejść się bez ciebie, to przynajmniej wyuczymy go prosto chodzić. Boże! Głowa mi płonie, coś mi czaszkę pali. Moja Delfina w nędzy! Och! Fifinko moja! Sapristi! Gdzież są moje rękawiczki? Dalej, śpieszmy! Idę, zrewiduję wszystko, książki, interesy, kasę, korespondencję, pójdę w tej chwili. Nie uspokoję się, aż póki się nie przekonam, że twój fundusz jest zabezpieczony, aż póki nie zobaczę tego na własne moje oczy.
— Rozważnie tylko, ojcze kochany! Pamiętaj, że zgubiłbyś mnie, gdybyś przystąpił do tego dzieła z najmniejszą chętką zemsty lub gdybyś zdradził zbyt nieprzychylne usposobienie. On cię zna i nie zdziwił się wcale, że pod twoim wpływem ja sama zaczęłam się troszczyć o swój fundusz; lecz przysięgam ci, on wszystko zagarnął w swoje ręce. To nikczemnik! On gotów porzucić nas i uciec ze wszystkimi kapitałami, bo wie dobrze, że ja bym go nie prześladowała, bo nie chciałabym hańbić własnego imienia. Jest on i słaby, i silny zarazem. Jużem ja wszystko dobrze zbadała. Przekonałam się, że, przywodząc go do ostateczności, przyspieszę tylko własną ruinę.
— Ależ to łotr wierutny?
— Ha! tak jest, ojcze — zawołała, rzucając się z płaczem na krzesło — Nie chciałam mówić o tym, żeby ci oszczędzić zmartwienia, żeś mnie wydał za takiego człowieka! Obyczaje i sumienie, ciało i dusza, wszystko się w nim zgadza! To coś okropnego: czuję dla niego pogardę i nienawiść. Tak jest, po tym, co mi ten podły Nucingen powiedział, nie mogę mieć dla niego najmniejszego szacunku. Człowiek, który mógł wdać się w takie spekulacje handlowe, o jakich on mi dziś mówił, nie ma żadnego poczucia delikatności. Obawy moje pochodzą stąd, żem jasno zobaczyła głąb jego duszy. On, mąż mój, powiedział otwarcie, że daje mi zupełną swobodę, wiesz ojcze, co to znaczy? Ale za to ja mam być w razie nieszczęścia narzędziem w jego ręku, mam go zasłonić swoim imieniem.
— Ależ na to są prawa! Mamy przecie plac de Greve dla zięciów tego rodzaju! — zawołał ojciec Goriot. — Ja sam ściąłbym mu głowę, gdyby kata nie było.
— Nie, mój ojcze, na niego prawa nie ma. Powtórzę ci w krótkości jego mowę, odrzucając niepotrzebne dodatki, w które treść samą obwijał: „Musisz pozwolić, bym ukończył rozpoczęte spekulacje, albo wszystko przepadnie i ty sama zostaniesz zrujnowana, bez grosza przy duszy; ja zaś nikogo prócz ciebie nie mogę wziąć za wspólnika”. Czy to dość jasno? On nie przestał jeszcze dbać o mnie. Uczciwość moja jest dla niego dostateczną rękojmią; wie, że mi dosyć własnego funduszu, że się na jego pieniądze nie pokwapię. Jest to spółka nieuczciwa i złodziejska, na którą muszę przystać, bom zagrożona utratą całego funduszu. Nucingen kupuje moje sumienie, a za to pozwala, bym należała do Eugeniusza. „Możesz popełniać błędy, ale w zamian pozwól mi dopuszczać się zbrodni, pozwól mi wydzierać chleb biedakom!” Czy taka mowa jest dość jasna? Wiesz, ojcze, co on nazywa spekulacją handlową? On kupuje na swe imię kawał ziemi, na którym spekulanci podstawieni z jego ramienia zaczynają budować domy. Ludzie ci wchodzą w umowę z rozmaitymi przedsiębiorcami, którym płacą nie gotówką, tylko wekslami z bardzo dalekim terminem wypłaty; następnie mąż mój wypłaca im bardzo niewielką sumę i dostaje za to pokwitowanie, które czyni go właścicielem wszystkich domów; oni zaś ogłaszają się bankrutami, a biedni, oszukani przedsiębiorcy muszą iść z kwitkiem. Firma domu de Nucingen służy do przyciągania tych biedaków. Zrozumiałam i to także, że Nucingen, chcąc dowieść w razie potrzeby, że jest w stanie wypłacać sumy ogromne, posłał znaczne kapitały do Amsterdamu, Londynu, Neapolu i Wiednia. Jakże zdołalibyśmy je pochwycić?
Eugeniusz posłyszał głuchy odgłos: to ojciec Goriot upadł na kolana.
— Boże mój, cóżem ja ci zawinił? Córka moja oddana w ręce nikczemnika, który wymoże na niej wszystko, czego zechce. Przebacz mi, córko! — zawołał starzec.
— Tak, jest w tym i twoja wina, żem ja w taką przepaść wpadła — rzekła Delfina. — Myśmy tak nierozsądne, gdy za mąż wychodzimy! Czyż my znamy wtedy świat, interesy, ludzi, obyczaje? Ojcowie powinni by myśleć za nas. Ojcze drogi, ja ci nic nie wyrzucam, przebacz mi te słowa. W tym razie, wina cała jest po mojej stronie. Nie, nie płacz, tatku — mówiła, całując go w czoło.
— I ty nie płacz, Delfinko moja mała. Pozwól, niech ci pocałunkiem łzy z oczu obetrę. Nie bój się! Niech ja tylko pójdę po rozum do głowy, to jeszcze potrafię rozwikłać pasmo interesów, które twój mąż splątał.
— Nie, ojcze, pozwól mnie działać; ja potrafię wziąć się do niego. On mnie kocha, mam nad nim przewagę, skorzystam więc z tego i wymogę na nim, żeby obrócił niezwłocznie część moich kapitałów na kupno nieruchomości. Może potrafię skłonić go, żeby odkupił na moje imię ziemię Nucingen w Alzacji. Tylko proszę cię, ojcze, przyjdź jutro przejrzeć księgi i zbadać stan jego interesów. Pan Derville nic a nic nie zna się na sprawach handlowych. Nie, lepiej jutro nie przychodź. Nie chcę sobie psuć krwi. Pojutrze będzie bal u pani de Beauséant, muszę więc oszczędzać się, żeby być piękną i świeżą i przynieść chlubę kochanemu memu Eugeniuszowi! Pójdźmy zobaczyć jego pokój.
W tej chwili powóz jakiś zatrzymał się na ulicy Neuve-Sainte-Geneviève, po czym dał się słyszeć na schodach głos pani de Restaud, która zapytywała: „Czy mój ojciec jest w domu?” Okoliczność ta wybawiła szczęśliwie Eugeniusza, który zamierzał już rzucić się na łóżko i udać, że śpi w najlepsze.
— Ach! ojcze, czyś nie słyszał nic o Anastazji? — rzekła Delfina, poznając głos siostry. — Zdaje się, że u niej w domu dzieją się też dziwne rzeczy.
— Co takiego? — zapytał ojciec Goriot — to już chyba przyszła ostatnia moja godzina? Biedna moja głowa nie wytrzyma podwójnego nieszczęścia.
— Dzień dobry, ojcze — rzekła hrabina we drzwiach. — Ach! I tyś tutaj, Delfino.
Pani de Restaud była widocznie niezadowolona ze spotkania z siostrą.
— Dzień dobry, Naściu — rzekła baronowa. — Czy cię moja obecność zadziwia? Ja się co dzień z ojcem widuję.
— Od jakiegoż to czasu?
— Nie potrzebowałabyś pytać, gdybyś również u niego bywała.
— Nie drażnij mnie, Delfino — zawołała hrabina płaczliwie. — Jam taka nieszczęśliwa, jam zgubiona, biedny mój ojcze! O! Tym razem zupełniem już zgubiona!...
— Co ci jest, Naściu? — zawołał ojciec Goriot. — Powiedz nam wszystko, dziecię drogie. — Jak ona zbladła! Delfino, pomóżże jej, bądź dla niej dobrą, a ja będę cię kochał jeszcze więcej, jeżeli tylko potrafię!
— Biedna Naściu — rzekła pani de Nucingen, podając siostrze krzesło — mów proszę. Widzisz w nas dwie jedyne istoty, które kochają cię tak bardzo, że wszystko przebaczyć ci gotowe. Widzisz, miłość rodzinna nigdy nie zawodzi.
Podała jej flakonik z eterem i hrabina przyszła do siebie.
— Ja tego nie przeżyję! — zawołał ojciec Goriot. — Słuchajcie — mówił, poprawiając torf rozpalony w piecu. — Zbliżcie się tu obie. Mnie zimno. Co ci jest, Naściu? Mów prędko, bo mnie zabijasz...
— Ach! — zawołała biedna kobieta — mąż mój wie o wszystkim. Wyobraź sobie, ojcze, że niedawno... Przypominasz sobie ten weksel Maksyma? Niestety! Nie był to już pierwszy, jużem ja przedtem niejeden zapłaciła. W początku stycznia, pan de Trailles wydawał mi się jakoś bardzo zmartwiony. Nic wprawdzie nie mówił; ale to tak łatwo odgadnąć, co się dzieje w sercu istoty ukochanej: dosyć najlżejszej wskazówki; przy tym bywają czasem przeczucia. Był bardziej rozkochany, bardziej czuły niż zwykle, a ja byłam coraz szczęśliwsza. Biedny Maksym! Wyznał później, że w myśli żegnał się ze mną, bo chciał sobie życie odebrać. Ale zaczęłam go dręczyć, błagać, dwie godziny modliłam go na kolanach, aż wyznał, że winien był sto tysięcy franków! Mnie się w głowie przewróciło. Tyś nie miał pieniędzy, bom ci wszystko wydarła...
— Nie — rzekł ojciec Goriot — nie mógłbym zebrać tyle pieniędzy, chyba bym kraść poszedł. Ale ja byłbym poszedł, Naściu! Ja pójdę.
Obie siostry milczały; ostatnie słowo starego brzmiało złowrogo, jak przedśmiertne chrapanie i świadczyło o agonii uczucia ojcowskiego, które stało się już bezsilne. Jakiż egoizm nie zmiękłby na ten krzyk rozpaczy, co niby kamień w przepaść ciśnięty, zdradzał głębokość jej niezmierzoną?
— Uzyskałam te pieniądze, rozporządzając tym, co do mnie nie należało — zawołała hrabina, zalewając się łzami.
Delfina, wzruszona, zapłakała także, tuląc głowę do szyi siostry.
— Więc to wszystko prawda — wyrzekła.
Anastazja spuściła głowę; pani de Nucingen otoczyła jej kibić ramieniem, ucałowała ją czule i przytuliła do piersi.
— Tu znajdziesz zawsze miłość, a nigdy sądzona nie będziesz — powiedziała.
— Aniołki moje — rzekł Goriot słabym głosem — dlaczegóż nieszczęście jest przyczyną waszego połączenia?
— Chcąc ocalić życie Maksyma, chcąc wreszcie ocalić całe moje szczęście — poczęła hrabina ośmielona dowodami uczucia żywego i gorącego — poszłam do znanego ci lichwiarza, do tego piekielnego Gobsecka, którego nic wzruszyć nie może i sprzedałam mu wszystkie brylanty familijne, do których pan de Restaud niezmiernie jest przywiązany. Wszystkie sprzedałam! Rozumiecie? On został wybawiony, ale ja za to umarłam! Restaud o wszystkim się dowiedział.
— Przez kogo? Jak? Ja go zabiję! — krzyknął ojciec Goriot.
— Wczoraj kazał mnie prosić do swego pokoju. Poszłam... „Anastazjo — powiedział takim głosem... (och! dość mi było głos jego usłyszeć, bym się wszystkiego domyśliła) — gdzie są twoje brylanty?” — Mam je u siebie. — „Nie — odparł patrząc mi w oczy — one są tu, na mojej komodzie”. — I pokazał mi szkatułkę, którą przykrył był chustką do nosa. — „Wiesz skąd się tu wzięły?” — zapytał. Upadłam mu do nóg... płakałam, pytałam, jaki rodzaj śmierci wolałby wybrać dla mnie.
— Tyś to wszystko powiedziała? — zawołał ojciec Goriot.— Na święte imię Pańskie! Każdy kto ośmieli się skrzywdzić jedną z was, póki ja żyję, może być pewien, że go na wolnym ogniu spalę! Tak jest, posiekam go, jak...
Ojciec Goriot zamilkł, wyrazy zamierały mu w gardle.
— W końcu, moja droga, objawił takie żądanie, że wolałabym, iżby wydał na mnie wyrok śmierci. Nie daj Boże żadnej kobiecie, żeby miała usłyszeć to, co ja usłyszałam!
— Ja zamorduję tego człowieka — powiedział ojciec Goriot spokojnie. — Ale on ma tylko jedno życie, a mnie dwa winien. Czegóż on chciał? — zapytał, patrząc na Anastazję.
— Oto — poczęła hrabina po chwilowym milczeniu — odezwał się do mnie w te słowa: „Anastazjo, ja pokryję wszystko milczeniem, pozostaniemy nadal razem, mamy dzieci. Nie zastrzelę pana de Trailles, bo mógłbym go chybić, a chcąc się go pozbyć w inny sposób, mógłbym się spotkać ze sprawiedliwością ludzką. Zabić go w twoich objęciach, to znaczyłoby zniesławić dzieci. Chcąc uniknąć zguby twych dzieci, ich ojca i swojej własnej, podaję ci dwa warunki. Odpowiadaj: Czy ja mam choć jedno dziecko?” Odpowiedziałam, że tak. „Które?” — Ernesta, najstarszego. — „Dobrze — powiedział — teraz przysięgnij, że będziesz mi posłuszną w jednym razie”. — Przysięgłam. — Podpiszesz, gdy ja zechcę, akt sprzedaży dóbr swoich”.
— Nie podpisuj — zawołał ojciec Goriot. — Nigdy nie podpisuj tego! Ach! Ach! Panie de Restaud, nie umiesz zapewnić szczęścia kobiecie, ona szuka go gdzie indziej, a ty karzesz ją za swą głupią niedołężność?... Ale hola! Ja tu jestem, znajdzie on mnie na swojej drodze! Bądź spokojna, Naściu! A! Pan hrabia troszczy się o spadkobiercę! Bardzo dobrze. Ja mu pochwycę tego syna, który, do pioruna, jest przecie moim wnukiem! Wolno mi będzie przecie zobaczyć tego bębna. Będę miał o nim staranie, bądź spokojna. Upokorzę ja tego potwora, gdy mu powiem: „Teraz między nami sprawa! Jeżeli chcesz mieć syna, to oddaj mej córce cały fundusz i pozwól jej postępować, jak się jej podoba!”
— Mój ojcze!
— Tak, jam twój ojciec. A! jam ojciec prawdziwy. Niech ten jasny pan nie śmie krzywdzić mych córek. Do pioruna! Nie wiem, co w mych żyłach krąży. Mam krew tygrysią, chciałbym pożreć tych dwóch ludzi. O dzieci! Więc to takie wasze życie? Ach! To śmierć moja. Cóż się z wami stanie, gdy mnie już nie będzie? Rodzice powinni by żyć tak długo jak i dzieci. Mój Boże! Jakże ten świat źle urządzony! A jednak mówią nam, że Ty masz syna. Powinien byś nie dopuścić, żebyśmy w dzieciach naszych cierpieli. Jak to, drogie moje anioły, więc tylko boleści waszej zawdzięczam, żeście tu przyszły? Pokazujecie mi tylko łzy swoje. O tak, wy mnie kochacie, widzę to dobrze. Chodźcie, chodźcie poskarżyć się tutaj! Serce moje jest wielkie, może wszystko zmieścić. Tak jest, na próżno rozrywać je będziecie, bo z każdego kawałka powstanie serce ojcowskie. Chciałbym wziąć na siebie troski wasze i wycierpieć wszystko, co wy cierpicie. Ach, byłyście bardzo szczęśliwe, gdyście były małe...
— Tylko wówczas dobrze nam było — rzekła Delfina. — Gdzież są te czasy, kiedyśmy to zeskakiwały z worków w wielkim spichlerzu?
— Ojcze, to jeszcze nie wszystko — szepnęła Anastazja, pochylając się ku Goriotowi, który aż się cofnął. — Sprzedaż brylantów nie przyniosła mi stu tysięcy franków. Maksyma wciąż ścigają. Pozostaje zapłacić tylko dwanaście tysięcy, a on przyrzekł, że się ustatkuje, że już nadal grać nie będzie. Ja mam tylko tę miłość jego na świecie, a zapłaciłam za nią tak drogo, że umrę, jeżeli utracić ją będę musiała. Poświęciłam jej mienie, sławę, spokój i dzieci. O, niechże przynajmniej Maksym będzie swobodny, szanowany, niech pozostanie w świecie, gdzie sobie stanowisko wyrobić potrafi. Teraz on winien mi nie samo szczęście: mamy dzieci, które zostałyby bez majątku. Wszystko przepadnie, jeżeli go osadzą w Sainte-Pélagie.
— Ja nie mam pieniędzy, Naściu. Nie mam już nic, nic! To skończenie świata. O, świat się zawali, to pewne. Idźcie stąd, uciekajcie prędzej! Ach! Mam jeszcze sprzączki srebrne i sześć nakryć, najpierwszych jakie posiadłem w swym życiu. Wreszcie, pozostało mi już tylko dwanaście tysięcy franków rocznego dochodu.
— A cóżeś zrobił, ojcze, z swoim dożywotnim dochodem?
— Sprzedałem go i zabezpieczyłem sobie tylko szczupłą pensyjkę na własne potrzeby. Potrzebowałem dwunastu tysięcy franków, żeby urządzić Fifince apartament.
— W twoim domu, Delfino? — zapytała pani de Restaud.
— A! To wszystko jedno! — zawołał ojciec Goriot. — Dość, że już nie ma dwunastu tysięcy franków.
— Domyślam się — rzekła hrabina. — To dla pana de Rastignac. Ach, zatrzymaj się, biedna Delfino! Spójrz, dokąd to mnie zaprowadziło.
— Moja droga, pan de Rastignac jest młodym człowiekiem, który z pewnością nie zuboży swej kochanki.
— Dziękuję, Delfino. Spodziewałam się coś lepszego usłyszeć od ciebie w krytycznym moim położeniu; ale tyś mnie nigdy nie kochała.
— Przeciwnie, ona cię kochała, Naściu — zawołał ojciec Goriot — właśnie przed chwilą mi to mówiła. Rozmawialiśmy o tobie i Delfina utrzymywała, że ty jesteś piękna, a ona tylko ładną nazwać się może.
— Ona! — powtórzyła hrabina — ona posiada chłodną piękność.
— Niech i tak będzie — rzekła Delfina — lecz powiedz, jakżeś ty ze mną postępowała? Tyś się mnie zaparła, tyś zamknęła przede mną drzwi wszystkich domów, w których bywać pragnęłam, jednym słowem, korzystałaś z każdej sposobności, żeby mi przykrość wyrządzić. A ja, czyż przychodziłam za twoim przykładem wydzierać ojcu tysiąc po tysiącu, wyzuwać go z mienia i doprowadzać do stanu, w jakim obecnie się znajduje? Patrz, siostro, to twoje dzieło. Ja widywałam ojca, póki tylko mogłam, jam go za drzwi nie wypchnęła i nie przychodziłam lizać mu rąk, gdy mi był potrzebny. Nie wiedziałam nawet, że wydał dla mnie te dwanaście tysięcy franków. Zresztą, tatko dawał mi podarunki, gdy chciał — jam ich nigdy nie żebrała.
— Bo tobie szczęście sprzyjało. Pan de Marsay był bogaty, zdaje się, że wiesz o tym dobrze. Ale ty byłaś zawsze zimna jak złoto. Żegnam was, nie mam ani siostry, ani...
— Milcz, Naściu! — krzyknął ojciec Goriot.
— Tylko taka siostra jak ty może powtarzać rzeczy, w które już nikt nie wierzy. Tyś istny potwór — mówiła Delfina.
— Dzieci, dzieci, przestańcie, bo się w waszych oczach zabiję.
— Słuchaj, Naściu, przebaczam ci, boś ty nieszczęśliwa — mówiła baronowa dalej. — Ale jam lepsza od ciebie. Jak mogłaś powiedzieć mi coś podobnego i to w takiej chwili, kiedy ja zdolna byłam wszystko dla ciebie uczynić, nawet wejść do pokoju mego męża, czego nie zrobiłabym ani dla siebie, ani dla... To godne wszystkich złych postępków, jakich dopuściłaś się względem mnie od lat dziewięciu.
— Dzieci, dzieci, uściśnijcie się! — mówił ojciec. — Wyście obie dobre jak anioły.
— Nie, proszę mi dać pokój — zawołała hrabina, odpychając ojca, który ją wziął za ramię. — Nawet mąż mój miałby dla mnie więcej litości, niż ona. Można by pomyśleć, że ona jest wzorem cnoty!
— Wolę zawsze, żeby mówiono, żem winna pieniądze panu de Marsay, niż żebym sama miała wyznać, że pan de Trailles kosztuje mnie przeszło dwieście tysięcy franków — odparła pani de Nucingen.
— Delfino! — krzyknęła hrabina i postąpiła ku niej krok jeden.
— Ja mówię prawdę, a ty mnie czernisz — powiedziała chłodno baronowa.
— Delfino! Ty jesteś...
Ojciec Goriot rzucił się ku hrabinie, powstrzymał ją i zakrył jej ręką usta, nie dając reszty domówić.
— Mój Boże! Do czego ty się dotykałeś, ojcze? — zawołała Anastazja.
— Ach, prawda! Moja wina — rzekł biedny ojciec, wycierając ręce o spodnie. — Nie wiedziałem, że przyjdziecie, przygotowywałem się do przenosin.
Szczęśliwy był, że zasłużył na wymówkę, która ściągnęła na niego gniew córki.
— Ach! — począł, rzucając się na krzesło — wyście mi serce rozdarły. Przyszła już moja ostatnia godzina! W głowie mi się coś gotuje, jak gdyby ogień był pod czaszką. Bądźcie już grzeczne, kochajcie jedna drugą! Chyba śmierci mojej chcecie. Delfino, Naściu, wy miałyście słuszność, nie — wy obie nie miałyście słuszności. Słuchaj, Dedelko — mówił dalej, podnosząc na baronową oczy pełne łez — ona potrzebuje dwunastu tysięcy franków, postarajmy się o nie. Nie patrzcie na siebie takim wzrokiem.
Stary ukląkł przed Delfiną.
— Przeproś ją, jeżeli chcesz mi zrobić przyjemność — szepnął z cicha. — Ona jest bardziej nieszczęśliwa.
— Biedna moja Naściu — rzekła Delfina przerażona dzikim i obłąkanym wyrazem, jaki twarz ojca przybrała pod wpływem boleści — jam zawiniła, uściśnij mię...
— Ach! Przykładacie mi balsam do serca — zawołał ojciec Goriot. — Ale skąd tu wziąć dwanaście tysięcy franków? A gdybym ja ofiarował się na zakładnika...
— A, nie, nie, ojcze! — zawołały obie córki, zbliżając się do niego.
— Bóg ciebie za tę myśl wynagrodzi, bo naszego życia na to za mało! Nieprawdaż, Naściu? — mówiła Delfina.
— A zresztą, ojcze, byłoby to kroplą w morzu — zauważyła hrabina.
— Czyż i za cenę krwi nic zrobić nie można? — zawołał starzec z rozpaczą. — Poświęcę się dla tego, kto ciebie, Naściu, wybawi; gdy każe, człowieka dla niego zabiję. Zrobię jak Vautrin, pójdę na galery! Ja...
Zatrzymał się, jak gdyby grom w niego uderzył.
— Nic już nie mam! — zawołał, rwąc sobie włosy. — Gdybym wiedział, gdzie ukraść można; ale i kradzież trudno popełnić. Zresztą, chcąc bank rozbić, potrzeba niemało ludzi i czasu. Cóż, trzeba umierać, nic już innego zrobić nie mogę. Tak jest, na nic się już nie przydam, nie jestem już ojcem, nie! Ona mnie prosi, ona, potrzebuje, a ja, nędzny, nic już nie mam. A! Stary niegodziwcze, zachciało ci się dochodu dożywotniego, a zapomniałeś, że masz córki! Chyba już ich nie kochasz? Zdychaj, zdychaj, psie jakiś! Tak, jam gorszy od psa, żaden pies nie postąpiłby w ten sposób! Och, moja głowa! coś mi ją rozsadza!
— Ależ, ojcze, bądź rozsądny — wołały obie kobiety, zatrzymując Goriota, który uderzał głową o ścianę.
Stary zanosił się od płaczu. Eugeniusz, przerażony tym, co słyszał, pochwycił rewers podpisany dla Vautrina na znacznie większą sumę; poprawił cyfrę i zrobił na imię Goriota rewers regularny na dwanaście tysięcy franków.
— Oto są pieniądze — powiedział, wchodząc do pokoju Goriota i podając papier hrabinie. — Spałem w swoim mieszkaniu, ale obudziła mnie głośna rozmowa i dowiedziałem się, com winien panu Goriotowi. Oto jest mój rewers, możecie go państwo sprzedać, a ja zapłacę go jak najsumienniej.
Hrabina stała jak martwa, trzymając papier w ręku.
— Delfino! — zawołała blada i drżąca z gniewu, wściekłości i szału — przebaczyłam ci wszystko, Bóg mi świadkiem, a tyś tak postąpiła! Jak to! Ten pan był za ścianą, tyś o tym wiedziała i zemściłaś się nikczemnie, pozwalając, bym wydała przed nim swoje tajemnice, życie swoje i swoich dzieci, swój wstyd, swoją sławę! Słuchaj, nie dbam teraz o ciebie, nienawidzę cię, będę ci szkodziła jak tylko potrafię, będę...
W gardle jej zaschło i gniew przeciął jej słowa.
— Ależ to syn mój, to dziecko nasze, to brat twój, twój zbawca — wołał ojciec Goriot.— Uściskaj go, Naściu! Patrz, ja go uściskam — dodał, chwytając Eugeniusza w ramiona z szalonym jakimś zapałem. — O, dziecię moje! Ja będę tobie więcej niż ojcem, będę ci całą rodziną. Chciałbym być Bogiem, żeby ci świat rzucić pod nogi. Ale pocałujże go, Naściu! To nie człowiek, to anioł, prawdziwy anioł.
— Daj jej pokój, ojcze, ona szalona w tej chwili.
— Szalona! Szalona! A ty, jaka jesteś? — zapytała pani de Restaud.
— Dzieci moje, ja umrę, jeżeli tak mówić będziecie — zawołał starzec, padając na łóżko, jak gdyby postrzałem śmiertelnym ugodzony. — One mnie zabijają! — powiedział.
Hrabina spojrzała na Eugeniusza, który stał niemy, ogłuszony gwałtownością tej sceny.
— Panie — wyrzekła, zapytując go ruchem, głosem i spojrzeniem, gdy tymczasem Delfina rozpinała pośpiesznie kamizelkę ojca.
— Pani, zapłacę i będę milczał — odparł, nie czekając zapytania.
— Zabiłaś ojca, Naściu! — rzekła Delfina, pokazując siostrze starca zemdlonego.
Hrabina uciekła z pokoju.
— Przebaczam jej — rzekł stary, otwierając oczy. — Położenie jej jest tak okropne, że obłąkało by nawet lepszą głowę. Pocieszaj ją, Delfino, bądź dla niej łagodna; przyrzecz to biednemu twemu ojcu, który prosi cię o to w ostatniej godzinie — mówił, ściskając rękę Delfiny.
— Ale co ci jest, ojcze? — pytała baronowa przerażona.
— Nic, nic, to przejdzie — odparł ojciec. — Coś mi ściska czoło, to pewnie migrena. Biedna Naścia, co za przyszłość!
Hrabina wróciła w tej chwili do pokoju i rzuciła się do kolan ojca.
— Przebaczenia! — zawołała.
— Przestań, Naściu, bo to mi jeszcze większy ból sprawia — rzekł ojciec Goriot.
— Panie — rzekła hrabina, podnosząc na Rastignaca oczy zalane łzami — boleść uczyniła mnie niesprawiedliwą. Będziesz mi pan bratem? — dodała, wyciągając do niego rękę.
— Naściu — zawołała Delfina, przyciskając siostrę do piersi — zapomnijmy o wszystkim, droga moja Naściu!
— O nie! — odparła tamta. — Ja będę pamiętała.
— Anioły moje — zawołał ojciec Goriot — zdejmujecie zasłonę, która mi spadła na oczy, wasz głos mnie ożywia. Uściskajcie się jeszcze. No cóż, Naściu? Czy cię ten weksel poratuje?
— Mam nadzieję. Ale, tatku, czy ty go nie podpiszesz?
— Patrzcie, tożem dopiero głupi, żem o tym zapomniał! To dlatego, że mi się źle zrobiło, daruj mi, Naściu. Przyślij mnie zawiadomić, żeś się już swojej troski pozbyła. Albo ja sam przyjdę. Ale nie, nie pójdę: nie mogę już widzieć się z twoim mężem, bo zabiłbym go na miejscu. Ale nie bój się, przyjdę, gdy będzie mowa o sprzedaży twych majątków. Śpiesz, moje dziecko, i postaraj się, żeby się Maksym ustatkował.
Eugeniusz stał zdumiony.
— Biedna Naścia była zawsze taka gwałtowna — rzekła pani de Nucingen — ale serce ma najlepsze.
— Ona powróciła po to tylko, by podpis uzyskać — powiedział Eugeniusz, pochylając się do ucha Delfiny.
— Tak sądzisz?
— Chciałbym temu nie wierzyć. Nie ufaj jej — mówił Eugeniusz, wznosząc oczy do góry, jak gdyby pragnął powierzyć Bogu myśli, do wypowiedzenia których brakło mu odwagi.
— A tak, ona miała zawsze skłonność do udawania, a biedny ojciec nie umie się na tym poznać.
— Jakże wam teraz, dobry ojcze Goriot? — zapytał Eugeniusz starego.
— Spać mi się chce.
Eugeniusz pomógł mu położyć się na łóżku i stary usnął po chwili, trzymając córkę za rękę.
— Zobaczymy się wieczorem w teatrze — rzekła Delfina powstając — powiesz mi wtedy, jak się ma mój ojciec. Pan przenosisz się jutro. Chodźmy zobaczyć pański pokój. Ach! Co za okropność! — zawołała, wchodząc do jego mieszkania. — Wszak tu gorzej jeszcze jak u mego ojca. Jakżeś ty dziś pięknie postąpił, Eugeniuszu! Będę cię kochała jeszcze więcej, jeżeli tylko potrafię; ale, dziecko drogie, kto chce dorobić się fortuny, ten nie powinien wyrzucać po dwanaście tysięcy franków za okno. Hrabia de Trailles jest szulerem. Anastazja nie chce tego widzieć. Potrafiłby on zdobyć sobie te dwanaście tysięcy tam, gdzie zwykł wygrywać i przegrywać całe góry złota.
Głuchy jęk przywołał ich do pokoju Goriota. Stary wydawał się uśpiony, lecz za zbliżeniem się dwojga zakochanych, usta jego zaczęły się poruszać:
—One nie są szczęśliwe! — wyszeptał.
Nie wiadomo, czy słowa te zostały wymówione we śnie, czy na jawie, ale dźwięk ich przeniknął tak głęboko serce córki, że zbliżyła się do barłogu, na którym ojciec spoczywał i pocałowała go w czoło. Stary przymknął oczy.
— To Delfina! — powiedział.
— No cóż, jakże ci, ojcze? — zapytała baronowa.
— Dobrze. Bądź spokojna, ja wstanę niebawem. Idźcie, idźcie moje dzieci, bądźcie szczęśliwi.
Eugeniusz przeprowadził Delfinę do domu, ale nie chciał pozostać u niej na obiedzie i pośpieszył do gospody, zaniepokojony stanem Goriota. Stary przyszedł był właśnie do sali jadalnej i zamierzał siąść do stołu. Bianchon obrał sobie takie miejsce, z którego mógł najlepiej obserwować fizjonomię eksfabrykanta. Ojciec Goriot wziął swoim zwyczajem kawałek chleba i zaczął go wąchać, by osądzić z jakiej mąki był wypieczony, ale ruch jego był tak dalece machinalny i pozbawiony tego, co można by nazwać świadomością czynu, że student medycyny potrząsł głową w sposób złowieszczy.
— Zbliż się do mnie, panie asystencie przy szpitalu Cochin — rzekł Eugeniusz.
Bianchon przysiadł się do niego tym chętniej, że zarazem zbliżał się i do Goriota.
— Co jemu jest? — zapytał Rastignac.
— Już po nim! Jeżeli się nie mylę, musiało się z nim stać coś nadzwyczajnego, bo zdaje mi się, że mu grozi lada chwila atak apoplektyczny. Niższa część twarzy jest wprawdzie spokojna, ale patrz, w wyższej części wszystkie rysy ściągają się mimowolnie ku czołu. Przy tym oczy jego przybrały wyraz szczególny, który dowodzi, że woda na mózg naciska. Wyglądają tak, jak gdyby były zasypane drobniuchnym pyłkiem. Jutro rano będę mógł powiedzieć coś pewniejszego.
— Czy na to jest jakie lekarstwo?
— Nie ma żadnego. W najlepszym razie będzie można opóźnić śmierć, jeżeli uda się wywołać reakcję ku kończynom, zwłaszcza ku nogom; lecz jeżeli symptomy nie ustaną do jutrzejszego wieczora, to biedny stary przepadł bez ratunku. Czy nie wiesz, co spowodowało chorobę? Musiał to być jakiś cios gwałtowny, pod którym zachwiała się moralna jego istota.
— Zgadłeś — powiedział Rastignac — przypominając sobie, że obie córki wstrząsały bez przerwy sercem ojcowskim.
— Delfina kocha przynajmniej swego ojca — myślał Eugeniusz.
Wieczorem, w teatrze, zaczął mówić o starym z wielką ostrożnością, żeby nie zaniepokoić pani de Nucingen.
— Bądź spokojny — powiedziała baronowa przy pierwszych jego wyrazach — ojciec, mój jest silny. Tylko zanadtośmy go dzisiaj wzruszyły. Fundusz nasz jest zagrożony, czy pojmujesz całą doniosłość takiego nieszczęścia? Ja bym tego nie przeżyła, gdyby nie miłość twoja, wobec której zbladło nawet to, co dawniej byłoby dla mnie niepokojem śmiertelnym. Dziś drżę tylko przed jednym nieszczęściem, jedną tylko znam obawę, żeby nie utracić tej miłości, przez którą poznałam całą wartość życia. Po za tym uczuciem wszystko mi jest obojętne, nic więcej w świecie nie kocham. Tyś wszystkim dla mnie. Jeżeli cenię bogactwo, to dlatego tylko, żeby się tobie lepiej podobać. Muszę wyznać ze wstydem, że jestem więcej kochanką niż córką. Dlaczego? Nie wiem sama. Całe moje życie jest w tobie. Ojciec dał mi serce, ale tyś mu bić kazał. Niech mnie cały świat potępia, mniejsza o to! Ty nie możesz mieć do mnie żalu, ty musisz usprawiedliwić przestępstwa, na które mnie skazuje uczucie niezwalczone. Sądzisz może, że ze mnie córka wyrodna? O nie! Któż by mógł nie kochać tak dobrego ojca? Ale czyż mogłam zapobiec, żeby nie spostrzegł wreszcie następstw, jakie wynikły z naszych małżeństw opłakanych? Dlaczegóż im nie zapobiegł? Czyż nie powinien był myśleć za nas? Wiem, że dzisiaj cierpi nie mniej od nas, ale cóż miałyśmy zrobić? Pocieszać go? To by się na nic nie zdało. Widok naszej rezygnacji przyczyniłby mu więcej bólu, niż wszystkie nasze wyrzuty i skargi. Bywają chwile, w których wszystko staje się goryczą.
Eugeniusz milczał, wzruszony do głębi naiwnym wyrazem prawdziwego uczucia. Prawda, że paryżanki bywają często przewrotne i próżne, samolubne, zimne i zalotne, lecz i to pewna, że umieją kochać prawdziwie i poświęcać swym namiętnościom więcej uczucia, niż inne kobiety; że stają się wzniosłe, gdy podniosą się nad wszystkie swoje małostki. Zastanawiała też Eugeniusza głębokość i trafność umysłu, z jaką kobieta sądzi uczucia najbardziej naturalne, gdy jaka skłonność silniejsza oddala ją od nich.
— O czymże pan myślisz? — zapytała pani de Nucingen obrażona milczeniem Eugeniusza.
— Wsłuchuję się jeszcze w to, coś mi powiedziała. Sądziłem dotychczas, że ja kocham silniej od ciebie.
Baronowa uśmiechnęła się, ale natychmiast zapanowała nad doznanym zadowoleniem, bo chciała zatrzymać rozmowę w granicach zakreślonych przez formy przyzwoitości. Dotąd nigdy jeszcze nie słyszała przejmujących wyrazów miłości młodzieńczej i szczerej. Jeszcze słów kilka, a nie miałaby już siły zapanować nad sobą.
— Eugeniuszu — powiedziała zmieniając przedmiot rozmowy — czy wiesz, że cały Paryż będzie jutro u pani de Beauséant. Rochefide’owie i markiz d’Adjuda postanowili działać w tajemnicy. Król ma podpisać jutro kontrakt ślubny, a biedna twoja kuzynka nic jeszcze o tym nie wie. Będzie musiała przyjmować jutro masę osób, a markiz nie będzie na jej balu. Powszechnie o tym tylko mówią.
— A świat śmieje się z podłości i udział w niej przyjmuje! Czyż nie wiesz, że pani de Beauséant życiem to przypłaci?
— Nie! — odparła Delfina z uśmiechem. — Nie znasz tego rodzaju kobiet. Ale cały Paryż pójdzie do niej i ja tam będę! Tobie jednak zawdzięczam to szczęście.
— Może to tylko jedna z niedorzecznych pogłosek, których tak wiele krąży po Paryżu? — powiedział Rastignac.
— Jutro dowiemy się prawdy.
Eugeniusz nie poszedł do domu Vauquer. Nie mógł wymóc na sobie, żeby nie nacieszyć się nowym mieszkaniem. Ostatnim razem Eugeniusz wyszedł od Delfiny o pierwszej po północy, a teraz znów Delfina pożegnała go koło drugiej. Nazajutrz spał dość długo, a później czekał pani de Nucingen, która przyjechała o południu na śniadanie.
Młodzi ludzie tak są chciwi tych uroczych chwil szczęścia, że Eugeniusz zapomniał prawie zupełnie o ojcu Goriot. Jakże mu błogo było oswajać się z tymi wykwintnymi przedmiotami, które do niego należały. Obecność pani de Nucingen podnosiła jeszcze wartość każdej rzeczy.
Około czwartej, kochankowie przypomnieli sobie ojca Goriot, myśląc o szczęściu, którego nieborak spodziewał się zakosztować w tym domu. Eugeniusz zrobił uwagę, że stary mógł się na dobre rozchorować i że dlatego właśnie należało przenieść go jak najrychlej do nowego mieszkania. Pożegnał więc Delfinę i pośpieszył do domu Vauquer, gdzie wszyscy stołownicy zgromadzeni już byli u stołu. Brakowało tylko Goriota i Bianchona.
— Wiesz — zawołał malarz — ojciec Goriot zupełnie się rozkleił; Bianchon jest tam u niego. Stary widział się z jedną z swych córek, z hrabiną de Restaurama, potem chciał wyjść, ale słabość jego się wzmogła. Społeczeństwo utraci jedną z najpiękniejszych swych ozdób.
Rastignac postąpił szybko ku schodom.
— Panie Eugeniuszu!
— Proszę pana — rzekła wdowa — i ojciec Goriot i pan mieliście opuścić mój dom piętnastego lutego. Tymczasem trzy dni upłynęły już od tej daty. Trzeba będzie zapłacić mi za cały miesiąc, ale ja poprzestanę na słowie pańskim, jeżeli pan zechcesz zaręczyć za ojca Goriot.
— Po co? Czyż mu pani nie ufasz?
— Czy nie ufam! Gdyby nieborak stracił przytomność i umarł, to córki jego nie dałyby mi ani grosza, a to, co po nim pozostanie, nie warte i dziesięciu franków. Nie wiem, po co wyniósł dziś z domu ostatnie swoje sztućce srebrne. Wystroił się jak młodzieniec, a nawet, Boże odpuść, zdaje mi się, że się uróżował, bo był dziwnie jakoś wyświeżony.
— Ja odpowiadam za wszystko — rzekł Eugeniusz i zadrżał z przerażenia przeczuwając nową jakąś katastrofę.
Poszedł co prędzej do Goriota, którego zastał w łóżku. Bianchon siedział tuż przy nim.
— Dzień dobry ojcze —- rzekł Eugeniusz.
Starzec uśmiechnął się łagodnie zwracając na niego szkliste swoje oczy.
— Jakże się ona ma? — zapytał.
— Dobrze. A ty, ojcze?
— Nieźle.
— Nie trzeba go utrudzać — rzekł Bianchon odciągając Eugeniusza w róg pokoju.
— Cóż tu słychać? — zapytał Rastignac.
— Biedak cudem chyba może być zbawiony. Uderzenie na mózg już nastąpiło. Przyłożyłem mu synapizmy, szczęściem odczuwa je, to znak, że działają.
— Czy można go przenieść?
— Niepodobna. Trzeba go pozostawić w spokoju i strzec od wszelkiego wzruszenia fizycznego lub moralnego.
— Kochany Bianchon, my obaj będziemy go pielęgnowali.
— Jużem ja wezwał naczelnego lekarza z mego szpitala.
— No i cóż?
— On zawyrokuje dopiero jutro wieczorem. Przyrzekł mi, że przyjdzie, gdy załatwi swą czynność. Na nieszczęście, ten biedak stary popełnił dziś jakiś krok nierozważny, z którego nie chce się wytłumaczyć. Uparł się jak muł jaki. Gdy mówię do niego, to udaje, że nie słyszy, albo że śpi, a gdy oczy otworzy, to zaczyna stękać, żeby mi tylko nie odpowiadać. Chodził dziś z rana na miasto, nie wiadomo dokąd. Zabrał z sobą, co tylko posiadał z kosztowniejszych rzeczy i musiał zrobić jakąś frymarkę, przy czym resztki sił wyczerpał. Jedna z córek była u niego.
— Hrabina? — zapytał Eugeniusz. — Czy to była brunetka wysmukła o kształtnej nóżce i żywych, pięknych oczach?
— Tak jest.
— Zostaw mnie na chwilę sam na sam ze starym. Ja go wyspowiadam, on mi wszystko powie.
— Pójdę tymczasem na obiad. Tylko staraj się nie wzruszać go zanadto, bośmy jeszcze ostatecznie nadziei nie stracili.
— Bądź spokojny.
— Jutro będą się dobrze bawiły — rzekł ojciec Goriot do Eugeniusza, gdy zostali sami. — Będą na wielkim balu.
— Powiedz, tatku, coś ty dziś robił z rana, że teraz masz się gorzej i musisz leżeć w łóżku?
— Nic.
— Anastazja była u ciebie? — zapytał Rastignac.
— Tak — odparł ojciec Goriot.
— No i cóż? Proszę nic przede mną nie ukrywać. Czegóż ona jeszcze żądała?
— Ach! — począł stary z wysiłkiem — cóż chcesz, moje dziecko, ona była bardzo nieszczęśliwa! Naścia nie ma ani grosza od czasu owej sprawy z brylantami. Kazała sobie robić na bal suknię ze złotogłowu, w której będzie wyglądała jako cacko. Ale szwaczka niegodziwa nie chciała nic robić na kredyt i Naścia musiała wziąć tysiąc franków od pokojówki, żeby zapłacić jej z góry. Biedna, trzebaż jej było dojść do tego! To mi serce rozdarło. Pokojówka zobaczyła tymczasem, że Restaud stracił całe zaufanie do Naści, przelękła się więc o swoje pieniądze i umówiła się ze szwaczką, żeby nie wydawać sukni, aż dopóki pani nie odda jej pożyczonej sumy. Bal ma być jutro, suknia już gotowa. Naścia jest w rozpaczy. Chciała wziąć moje nakrycia stołowe, żeby je zastawić. Mąż jej chce, żeby była na tym balu dla pokazania całemu Paryżowi brylantów, o sprzedaż których wszyscy ją posądzają. Ale czyż ona może powiedzieć temu potworowi: „Winnam tysiąc franków, zapłać je?” Nie, ja to dobrze pojmuję. Delfina będzie miała strój wspaniały, a za cóż Naścia ma być gorszą od młodszej siostry? Biedne dziecko! Ona we łzach tonie. A ja nie miałem wczoraj dwunastu tysięcy franków, to mnie tak upokorzyło, że dla okupienia swojej winy oddałbym chętnie resztki nędznego żywota. Wiesz co? Dotychczas miałem siłę przenieść wszystkie nieszczęścia, ale ostatni brak pieniędzy rozdarł mi serce. Och! och! Nie namyślając się długo sprzedałem za sześćset franków nakrycia stołowe i sprzączki, później ustąpiłem papie Gobseck dochód całoroczny za czterysta franków, które mi wypłacił od razu . Ha! Będę żyć suchym chlebem! Wystarczało mi to, gdy byłem młody, to i teraz może wystarczyć. Ale za to moja Naścia będzie miała piękny wieczór i ubierze się jak lalka. Mam tysiąc franków pod poduszką. Aż mi się cieplej robi, gdy pomyślę, że tu pod głową u mnie leży coś takiego, co sprawi przyjemność biednej mojej Naści. Będzie mogła przynajmniej wypędzić tę szkaradną Wiktorynę. Czy to słychane rzeczy, żeby słudzy nie mieli ufności w swoich panach! Jutro będę zdrowszy. Naścia przyjdzie o dziesiątej. Nie trzeba, żeby one myślały, żem chory, bo żadna nie poszłaby na bal, a obie chciałyby mnie pielęgnować. Naścia uściśnie mnie jutro jak swoje dziecko, a pieszczoty jej zupełnie mnie uzdrowią. Mogłem wydać tysiąc franków na lekarstwo, lecz wolę dać je memu wszechlekarzowi, mojej Naści. Przynajmniej pocieszę ją w nędzy, a to zgładzi mą winę, żem śmiał zapewnić sobie dochód dożywotni. Ona jest na dnie przepaści, a ja nie mam dość siły, żeby ją stamtąd wyciągnąć. O! Ja rozpocznę znów handel. Pojadę do Odessy po zboże, które kosztuje tam trzy razy mniej niż u nas. Przywóz ziarna w naturze jest wprawdzie zabroniony, ale dobrzy ludzie, co tworzą prawa, nie pomyśleli o rozlicznych produktach, które się ze zboża wyrabia. Ho! ho! Myśl ta przyszła mi dziś od rana do głowy! Krochmal może do wielkich rzeczy doprowadzić.
— On zwariował — pomyślał Eugeniusz patrząc na starego. — Dosyć, ojcze, uspokój się, nic nie mów...
Eugeniusz nie poszedł na obiad, aż póki Bianchon nie powrócił. Następnie obaj przepędzili noc przy chorym, doglądając go po kolei, przy czym jeden czytał książki medyczne, a drugi pisał listy do sióstr i do matki. Symptomy, które się objawiły nazajutrz, były, zdaniem Bianchona, dosyć pomyślne; lecz stan chorego wymagał ciągłej pieczołowitości, na którą tylko nasi studenci mogli się zdobyć, a której opis musiałby obrazić wstydliwą frazeologię naszej epoki. Wychudłe ciało starego pokryte zostało pijawkami i kataplazmami; zrobiono mu wannę na nogi i próbowano różnych środków medycznych, do zastosowania których trzeba było całej siły i całego poświęcenia dwóch naszych młodzieńców. Pani de Restaud nie przyszła sama, tylko przysłała posłańca dla zabrania pieniędzy.
— Sądziłem, że sama przyjdzie, ale to i lepiej, że przysłała, bo widok mój mógłby ją zaniepokoić — rzekł ojciec Goriot, którego i ta okoliczność zdawała się uszczęśliwiać.
O siódmej wieczorem Teresa przyniosła list od Delfiny.
„Czym żeś ty zajęty, drogi przyjacielu? Czyż miałbyś mnie zaniedbywać, mnie, którą tak niedawno pokochałeś? Słysząc twoje zwierzenia serdeczne poznałam, że masz piękną duszę i musisz być z liczby tych, co pozostają zawsze wiernymi z pełną świadomością wszystkich odcieni uczucia. Pamiętam, jakeś powiedział słuchając modlitwy Mojżesza: Dla jednych to dźwięk monotonny, dla innych to nieskończoność harmonii! Pamiętaj, że cię czekam, bo mamy jechać razem na bal do pani Beauséant. Kontrakt pana d’Adjuda został dziś rzeczywiście podpisany u dworu; biedna wicehrabina dowiedziała się o tym o drugiej po południu. Cały Paryż pójdzie dziś do niej, jak pospólstwo idzie tłumnie na plac de Greve w dzień egzekucji. Czyż to nie okrucieństwo iść po to tylko, by zobaczyć, czy ta kobieta będzie umiała ukryć swą boleść, czy dobrze umrzeć potrafi? Ja nie poszłabym, to pewna, gdybym przedtem u niej bywała; ale dzisiejsze przyjęcie będzie pewnie ostatnim, nie mogę go więc opuścić, bo wszystkie moje zabiegi byłyby daremne. Położenie moje jest wyjątkowe. Zresztą, chcę być na balu, bo i ty na nim będziesz. Czekam twego przybycia. Jeżeli nie przyjdziesz za dwie godziny, to nie wiem, czy potrafię przebaczyć ci takie wiarołomstwo”.
Rastignac wziął pióro i odpisał co następuje:
„Czekam doktora, który zawyrokuje, czy ojciec twój żyć będzie. Zdaje się, że jest umierający. Przyniosę ci wyrok, lecz boję się, żeby to nie był wyrok śmierci. Zobaczysz jeszcze, czy będziesz mogła być na balu. Przyjm zapewnienia najczulszej miłości”.
Doktór przyszedł o wpół do dziewiątej i stwierdził, że choć chory wyzdrowieć nie może, lecz i śmierć nie tak rychło jeszcze nastąpi. Zapowiedział ciągłe zmiany na lepsze i na gorsze, od których życie i przytomność starego będą zależały.
— Lepiej byłoby dla niego, gdyby prędzej skończył — rzekł doktor na zakończenie.
Eugeniusz powierzył ojca Goriot pieczy Bianchona, a sam poszedł do pani Nucingen ze smutnymi wieściami, które miały zaćmić jej radość. Tak przynajmniej sądził nasz student, którego umysł napojony był jeszcze surowym pojęciem obowiązków rodzinnych.
— Z tym wszystkim, powiedz jej, niech się dobrze bawi — zawołał ojciec Goriot, podnosząc się na posłaniu, na którym leżał dotąd bezwładnie.
Eugeniusz stanął przed Delfina z sercem rozdartym boleścią. Baronowa była już w trzewikach balowych, uczesana, gotowa tak, że tylko suknię włożyć pozostawało. Ale ostatnie te przygotowania, podobne do pociągnięć pędzla, którymi malarze wykończają swoje płótna, wymagały więcej czasu niż samo tło obrazu.
— Jak to, jeszcześ pan nie ubrany? — zapytała pani de Nucingen.
— Ale ojciec pani...
— Jeszcze mój ojciec — zawołała przerywając. — Ależ nie będziesz mnie pan uczył, com winna swemu ojcu. Znam ja ojca od dawna. Ani słowa, Eugeniuszu. Wtedy będę pana słuchała, gdy zobaczę, żeś już ubrany. Teresa przygotowała wszystko w pańskim mieszkaniu, powóz mój gotów, bierz go pan i powracaj. Pomówimy o ojcu jadąc na bal. Trzeba wyjechać wcześnie, bo i tak zatrzyma nas cały szereg powozów i w najlepszym razie chyba o jedenastej wejdziemy na salę.
— Pani!
— Dosyć, ani słowa więcej — zawołała biegnąc do buduaru po naszyjnik.
— Niechże pan jedzie, panie Eugeniuszu, bo się pani rozgniewa — rzekła Teresa popychając studenta, który stał przerażony tym wykwintnym ojcobójstwem.
Eugeniusz wyszedł oddając się najsmutniejszym, najbardziej zniechęcającym rozmyślaniom. Świat wydawał mu się oceanem błota, w którym dość było nogę umoczyć, by wnet ugrzęznąć po szyję.
— Tylko nędzne zbrodnie tu się popełnia! — myślał sobie. — Vautrin jest większy.
Zobaczył już z bliska trzy wielkie wyrazy społeczeństwa: Posłuszeństwo, Walkę i Bunt; Rodzinę, Świat i Vautrina. I nie miał odwagi wybierać. Posłuszeństwo było nudne, Bunt niemożliwy, a Walka niepewna. Myśl jego przeniosła się na łono rodziny. Przypomniał sobie czyste wzruszenia życia spokojnego, przypomniał dni spędzone w gronie istot kochających, które poddawały się prawom przyrodzonym ogniska domowego znajdując przy nim szczęście zupełne, trwałe, niczym nie zmącone. Pomimo tych dobrych myśli, Eugeniusz nie miał odwagi złożyć przed Delfiną wyznania wiary dusz czystych i nakazać jej Cnotę w imię Miłości. Były to pierwsze owoce rozpoczętego niedawno wychowania; młodzieniec zaczynał już kochać samolubnie. Spryt wrodzony pozwolił mu odgadnąć naturę serca Delfiny, przeczuwał, że ta kobieta mogłaby iść na bal po trupie własnego ojca, a nie miał siły wystąpić w roli moralisty, nie miał dość odwagi, by się jej narazić, ani dość cnoty, żeby ją opuścić.
— Nie przebaczyłaby mi nigdy — myślał sobie — gdybym ją przekonał, że nie miała w tym razie słuszności.
Następnie zaczął się zastanawiać nad słowami lekarzy i wmawiać w siebie, że ojciec Goriot nie był wcale tak słaby, jak mu się zdawało; w końcu zdobył się na tysiące niegodnych rozumowań, za pomocą których potrafił usprawiedliwić Delfinę. Ona nie wie, w jakim stanie ojciec się znajduje, a zresztą sam stary odesłałby ją na bal, gdyby poszła do niego. Częstokroć prawo społeczne, nieubłagane w swojej formule, potępia tam, gdzie zbrodnia pozorna jest usprawiedliwiona tysiącem modyfikacji, które wyradza w łonie rodziny różnica charakterów oraz rozmaitość interesów i położeń. Eugeniusz chciał oszukać siebie samego i gotów był zrobić dla kochanki ofiarę z własnego sumienia. Od dwóch dni wszystko się w jego życiu zmieniło. Kobieta zmąciła jego porządek, zaćmiła blask rodziny i wszystko na swoją korzyść zabrała. Rastignac i Delfina spotkali się wśród takich okoliczności, które pozwoliły im odczuć całą słodycz tego spotkania. Namiętność ich dobrze przygotowana wzmogła się przez posiadanie, które zwykło zabijać namiętności.
Posiadając tę kobietę, Eugeniusz przekonał się, że dawniej pragnął jej tylko, a pokochał ją dopiero wtedy, gdy mu szczęście poznać dała. Kto wie, czy miłość nie jest tylko wdzięcznością za przyjemność doznaną? Eugeniusz nie pytał, czy ta kobieta jest nikczemną, czy wzniosłą; ubóstwiał ją za całe szczęście, które jej przyniósł w udziale i którego sam od niej doświadczył. Delfina również kochała go tak, jak Tantal kochałby anioła, który by przyszedł nasycić głód jego lub ugasić palące jego pragnienia.
— Jakże ma się mój ojciec? — zapytała Delfina, gdy stanął przed nią w stroju balowym.
— Niezmiernie źle — odparł student — jeżeli chcesz dać mi dowód swego przywiązania, to wstąpimy do niego.
— Dobrze — powiedziała — ale to po balu. Mój Eugeniuszu, bądźże dobry, nie praw mi morałów. Chodźmy.
Pojechali. Eugeniusz nie odzywał się przez czas długi.
— Co tobie? — zapytała Delfina.
— Słyszę chrapanie twego ojca — odparł z nieukontentowaniem.
I zaczął opowiadać z młodzieńczym zapałem o okrutnym postępku, którego pani de Restaud dopuściła się przez próżność, o śmiertelnym niebezpieczeństwie, na jakie ojciec dla niej się naraził, i o tym, jaką ceną okupiona będzie świetna suknia Anastazji. Delfina płakała.
— Łzy mnie oszpecą — pomyślała baronowa, a oczy jej oschły natychmiast. — Pójdę pielęgnować ojca, nie odstąpię od jego łóżka — powiedziała.
— Ach! Teraz jesteś taka, jaką cię widzieć pragnąłem — powiedział Eugeniusz.
Latarnie pięciuset powozów oświecały pojazd pałacu Beauséantów. Żandarmi na koniach znajdowali się po obu stronach drzwi oświetlonych. Wyborowe towarzystwo napływało tak obficie, a każdemu tak pilno było zobaczyć tę wielką kobietę w chwili upadku, że parterowe salony pałacu były już napełnione, gdy pani de Nucingen przybyła z Rastignac’iem.
Od chwili, gdy cały dwór cisnął się do „wielkiej Panny”, której Ludwik XIV wydzierał kochanka, żadne nieszczęście serdeczne nie miało tyle rozgłosu, co przygoda pani de Beauséant. Ale ostatnia córa prawie królewskiego domu burgundzkiego okazała się wyższa od swego nieszczęścia i panowała aż do ostatniej chwili światu, od którego przyjęła próżność tylko dlatego, że ta miała dopomóc do tryumfu jej miłości. Najpiękniejsze kobiety Paryża ożywiały salon świetnością stroju i wdziękiem swych uśmiechów. Dokoła wicehrabiny cisnęli się dworacy najbardziej dystyngowani, znakomitości wszelkiego rodzaju, ambasadorowie i ministrowie obwieszani krzyżami, gwiazdami i wstęgami różnych kolorów. Orkiestra brzmiała pod złocistymi stropami pałacu, który zmienił się dla swej królowej w pustynię bezludną.
Pani de Beauséant stała na środku pierwszego salonu, przyjmując mniemanych swoich przyjaciół. Ubrana biało, bez żadnych ozdób w gładko zaplecionych włosach, wydawała się spokojna i nie zdradzała ani boleści, ani dumy, ani radości kłamanej. Nikt nie mógł wyczytać, co się działo w jej duszy. Rzekłbyś, że to Niobe wyciosana z marmuru. Uśmiech, którym witała najszczerszych przyjaciół przybierał niekiedy odcień szyderstwa; a zresztą była zupełnie taka jak zwykle, tak podobna do owej wicehrabiny, którą szczęście opromieniało swym blaskiem, że najobojętniejsi musieli ją podziwiać, jak młode Rzymianki podziwiały gladiatorów, którzy umieli uśmiechać się konając. Rzekłbyś, że świat przystroił się odświętnie na pożegnanie jednej z władczyń swoich.
— Obawiałam się, że pan nie przyjedziesz — rzekła do Rastignaca.
— Pani — odparł głosem wzruszonym, biorąc jej słowa za wymówkę — przyszedłem i wyjdę ostatni.
— Dobrze — powiedziała biorąc go za rękę. — Pan jesteś tu może jedyną istotą, której mogę zaufać. Przyjacielu, kochaj tylko taką kobietę, którą będziesz mógł kochać wiecznie, a nigdy żadnej nie opuszczaj.
Wsparła się na ramieniu Rastignaca i poprowadziła go do salonu, w którym grano w karty.
— Jedź pan do markiza — rzekła siadając z nim na kanapie. — Jakub, kamerdyner mój pojedzie razem i wręczy ci list do markiza, w którym upominam się o swoją korespondencję. Chcę wierzyć, że odda ci ją w całości. Gdy wrócisz pan z mymi listami, wejdź proszę do mego pokoju; każę, żeby mi znać dano.
Powstała na spotkanie najlepszej swej przyjaciółki, księżny de Langeais. Rastignac pojechał do pałacu Rochefide’ów, gdzie margrabia d’Adjuda miał spędzić wieczór. Jakoż był tam rzeczywiście, lecz dowiedziawszy się, o co chodzi, pojechał ze studentem do swego mieszkania i wręczył mu szkatułkę mówiąc:
— Tu są wszystkie listy.
Zdawało się, że chce coś jeszcze mówić, może pragnął dowiedzieć się szczegółów o balu u wicehrabiny, a może chciał wyznać przed Eugeniuszem, że już zaczyna rozpaczać z powodu swego małżeństwa, co później rzeczywiście miało miejsce, lecz błyskawica dumy zapaliła mu się w oczach i miał smutną odwagę zamilczeć o najszlachetniejszych swych uczuciach.
— Nic jej o mnie nie mów, kochany Eugeniuszu — wyrzekł, ściskając dłoń jego z wyrazem przychylności i smutku; po czym dał mu znak, żeby się oddalił.
Eugeniusz powrócił do pałacu Beauséantów i kazał się zaprowadzić do pokoju wicehrabiny, w którym widać było poczynione przygotowania do podróży. Usiadł przy ogniu, a utkwiwszy wzrok w szkatułkę cedrową, pogrążał się w głęboką i smutną zadumę. Pani de Beauséant przybierała w jego oczach rozmiary bogiń Iliady.
— Ach! przyjacielu — rzekła wicehrabina, wchodząc i opierając rękę na ramieniu Rastignaca.
Stała cała przed nim we łzach, z oczyma wzniesionymi; jedną rękę drżącą wyciągnęła ku niemu, a drugą podniosła ku górze. Pochwyciła nagle szkatułkę, rzuciła ją do ognia i śledziła okiem, aż póki nie spłonęła.
— Tańczą! Wszyscy przyszli punktualnie, tylko śmierć przyjdzie za późno. Cyt! Przyjacielu — zawołała kładąc palec na ustach Rastignaca, który chciał coś powiedzieć. — nigdy już nie zobaczę ani Paryża, ani świata. O piątej z rana odjeżdżam stąd, żeby zagrzebać się w głębi Normandii. Od trzeciej po południu zajęta już jestem przygotowaniem do drogi; musiałam podpisywać akta, wejrzeć w interesy, nie miałam kogo posłać do...
Zatrzymała się.
— Byłam pewna, że można go znaleźć u...
Zatrzymała się znowu przejęta boleścią. W takiej chwili wszystko jest cierpieniem, a niektórych słów wymówić nawet niepodobna.
— Wreszcie — poczęła znowu — liczyłam na pana, że zechcesz mi oddać tę ostatnią przysługę. Chciałabym dać ci jakiś zadatek przyjaźni. Będę myślała często o tobie, boś mi się wydał dobry i szlachetny, młody i czysty wśród tego świata, w którym podobne przymioty tak rzadko się spotykają. Pragnę, żebyś o mnie czasem pomyślał.
Obejrzała się dokoła.
— Oto jest — powiedziała — pudełko, w którym chowałam rękawiczki. Ilekroć otworzyłam go przed wyjazdem na bal lub do teatru, zawsze czułam, żem piękna, bo byłam szczęśliwa i po to tylko do niego się dotykałam, żeby myśl jaką wdzięczną w nim pozostawić: jest w nim wiele mojej istoty, jest cała pani de Beauséant, która już istnieć przestała. Przyjm je pan ode mnie. Postaram się, żeby ją odniesiono do twego mieszkania przy ulicy d’Artois. Pani de Nucingen bardzo pięknie dziś wygląda, kochaj ją szczerze. Jeżeli nie zobaczymy się więcej, to bądź pewien, przyjacielu, który byłeś zawsze dobry dla mnie, że modlić się będę za ciebie. Zejdźmy do salonu; nie chcę, żeby myślano, że ja płaczę. Mam wieczność całą przed sobą, będę sama i nikt nie zażąda rachunku łez moich. Jeszcze jedno tylko spojrzenie na ten pokój.
Wice-hrabina zatrzymała się, przysłoniła ręką oczy, po czym obtarła je, zwilżyła zimną wodą i wsparła się na ramieniu studenta.
— Idźmy — powiedziała.
Nic w życiu nie wzruszyło Rastignaca tak silnie, jak zetknięcie się z tą boleścią szlachetnie stłumioną. Pani de Beauséant obeszła z Eugeniuszem dokoła sali, była to ostatnia uprzejmość tej kobiety, odznaczającej się dziwnym wdziękiem.
Spojrzenie Eugeniusza padło na obie siostry: panią de Restaud i panią de Nucingen. Hrabina wyglądała wspaniale w całym przepychu brylantów, które musiały palić jej ciało, bo po raz ostatni miała je na sobie. Pomimo potężnej dumy i miłości, którą miała w sercu, nie mogła znieść spokojnie wzroku swego męża. Widok ten nie rozjaśnił wcale smutnych myśli Rastignaca. Tak jak pułkownik włoski przypominał mu postać Vautrina, tak również brylanty obu sióstr przywodziły na myśl barłóg, na którym ojciec Goriot spoczywał. Wicehrabina wytłumaczyła sobie opacznie smutek studenta i puściła jego ramię.
— Idź pan — powiedziała — nie chcę zatruwać ci przyjemności.
Delfina przywołała go natychmiast do siebie. Śpieszno jej było rzucić pod stopy studenta hołdy zebrane w tym świecie, do którego spodziewała się być już na zawsze przyjęta.
— Jakże znajdujesz pan Naścię? — zapytała.
— Ona umie korzystać nawet ze śmierci ojca własnego — rzekł Rastignac.
Około czwartej muzyka ucichła i tłumy zaczęły się przerzedzać, aż w końcu księżna de Langeais i Rastignac znaleźli się sami w sali balowej. Po chwili i wicehrabina stanęła na progu, pożegnawszy tylko co pana de Beauséant, który odszedł do swej sypialni powtarzając po kilkakroć:
— Źle robisz, moja droga, że uciekasz od świata w twoim wieku! Pozostań, proszę, z nami.
Pani de Beauséant wydała okrzyk podziwu na widok księżny, spodziewała się bowiem zastać samego Eugeniusza.
— Odgadłam cię, Klaro — rzekła pani de Langeais. — Odjeżdżasz, żeby nigdy już nie wrócić; lecz przed odjazdem musisz mnie wysłuchać, musimy się porozumieć!
Wzięła przyjaciółkę za rękę i wprowadziła ją do sąsiedniego salonu, a tam, popatrzywszy na nią ze łzami w oczach, przycisnęła ją do piersi i ucałowała gorąco.
— Nie chcę rozstawać się z tobą obojętnie, moja droga, to byłby dla mnie zbyt ciężki wyrzut sumienia. Możesz rachować na mnie jak na siebie samą. Byłaś wielka dzisiejszego wieczora, ja poczułam, żem ciebie godna i chcę ci tego dowieść. Zawiniłam względem ciebie, nie zawsze byłam dobra; przebacz mi to, najdroższa, zapieram się wszystkiego, co mogło cię zranić, chciałabym cofnąć moje słowa. Jedna boleść połączyła dusze nasze i nie wiem, która z nas będzie bardziej nieszczęśliwa. Pan de Montriveau nie był dziś tutaj, czy ty to pojmujesz? Kto cię widział, Klaro, podczas tego balu, ten nigdy ciebie nie zapomni. Co do mnie, zrobię jeszcze ostatnie usiłowanie. Jeżeli mi się nie uda, to pójdę do klasztoru! A ty dokąd się udasz?
— Do Normandii, do Courcelles, kochać, modlić się, aż póki Bóg nie powoła mnie z tego świata.
— Chodź pan do nas, panie de Rastignac — rzekła wicehrabina głosem wzruszonym przypominając sobie, że Eugeniusz czeka na nią w salonie.
Student ukląkł przed kuzynką i złożył na jej ręce pocałunek.
— Bądź zdrowa, Antonino! — wyrzekła pani de Beauséant — bądź szczęśliwa! A ty, panie Eugeniuszu — mówiła do studenta — tyś szczęśliwy, boś młody, bo jeszcze wierzyć możesz. Opuszczając ten świat, mam wkoło siebie święte i szczere wzruszenia, jakie towarzyszyły zgonowi wybrańców szczęśliwych!
Rastignac pozostał aż do piątej i odszedł dopiero wtedy, gdy pani de Beauséant przesłała mu z powozu podróżnego ostatnie pożegnanie zroszone łzami. Pożegnanie to świadczyło, że osoby najwyżej położone nie są wyjęte spod praw serca i nie żyją bez troski, jak to wmawiają w naród ludzie goniący za popularnością.
Poranek był chłodny i wilgotny, a Eugeniusz wracał piechotą do domu Vauquer. Tak się uzupełniało jego wychowanie.
— Nie zdołamy ocalić biednego ojca Goriot — rzekł Bianchon, gdy Eugeniusz wszedł do pokoju sąsiada.
— Słuchaj, przyjacielu — powiedział Eugeniusz popatrzywszy na starca uśpionego — nie schodź nigdy ze skromnej drogi życia, która zadowala umiarkowane twoje żądania. Ja jestem w piekle i muszę w nim pozostać. Wierz we wszystko, cokolwiek złego powiedzą ci o świecie! Nie ma takiego Juwenala, co by zdołał opisać całą jego szkaradę okrytą złotem i klejnotami.
Nazajutrz Bianchon obudził Rastignaca około drugiej, prosząc, by go zastąpił przy łóżku Goriota, którego stan pogorszył się bardzo od rana.
— Stary nie przeżyje dwóch dni, a może nawet i sześciu godzin nie wytrzyma — mówił student medycyny — pomimo to musimy jednak walczyć z chorobą do ostatka. Potrzeba będzie użyć środków kosztownych. Będziemy go pielęgnowali, to pewne; ale ja nie mam ani grosza przy duszy. Przewróciłem jego kieszenie, przetrząsłem szafy: zero w ilorazie. Zapytałem go w chwili przytomności, ale powiedział mi, że nie ma ani jednego szeląga. A ty, czy masz cokolwiek?
— Mam tylko dwadzieścia franków, ale postawię na kartę i wygram.
— A jak przegrasz?
— Zwrócę się do jego zięciów i córek z prośbą o pieniądze.
— A jeżeli ci nic nie dadzą? — zapytał znów Bianchon. — Musimy dostać pieniędzy jak najprędzej, bo trzeba okryć starego wrzącymi synapizmami od stóp aż do połowy bioder. Jeżeli zacznie krzyczeć, to możemy mieć nadzieję. Wiesz, jak to się urządza, zresztą Krzysztof ci dopomoże. Ja wstąpię do apteki zaręczyć za wszystkie lekarstwa, jakie tam będziemy brali. Co za nieszczęście, że nie można było przenieść tego biedaka do naszego szpitala, byłoby mu tam nierównie lepiej. No, chodź ze mną do jego pokoju i nie opuszczaj go, aż póki ja nie wrócę.
Weszli obaj do pokoju starego. Eugeniusz przestraszył się zmianą, jaka zaszła na tej twarzy skrzywionej, bladej, wynędzniałej.
— Jak się masz, ojczulku? — zapytał pochylając się nad nędznym posłaniem.
Goriot podniósł na Eugeniusza oczy zagasłe, popatrzył uważnie, ale nie poznał, kto przed nim stoi. Student nie wytrzymał tego widoku, łzy zalały mu oczy.
— Bianchon, czy nie należałoby przysłonić okien firankami?
— Nie, okoliczności atmosferyczne nie wywierają już na niego żadnego wpływu. Byłby to zbyt szczęśliwy objaw, gdyby on poczuł wrażenie ciepła lub chłodu. Z tym wszystkim potrzeba nam ognia, żeby ugotować tyzannę i przyrządzić wiele innych rzeczy. Przyślę ci kilka wiązek gałęzi, które będą musiały wystarczyć, aż póki nie zdobędziemy drzewa. Przez dzień wczorajszy i przez noc spaliłem wszystek torf tego biedaka i cały zapas drzewa, jaki się u ciebie znajdował. Było tak wilgotno, że woda spływała po ścianach. Z wielkim trudem zdołałem osuszyć trochę ten pokój. Krzysztof zamiótł podłogę, bo to była istna stajnia. Wykadziłem tu jałowcem, bo smród był okropny.
— Mój Boże — rzekł Rastignac — a córki jego!
— Słuchaj, jeżeli poprosi pić, to dasz mu tego — rzekł asystent pokazując Rastignacowi wielki garnek biały. — Jeżeli zacznie się skarżyć, a żołądek będzie gorący i twardy, to wezwiesz Krzysztofa do pomocy i dasz mu... wiesz. Gdyby popadł przypadkiem w wielkie rozdrażnienie, gdyby mówił wiele lub dostał trochę obłędu, to nie potrzeba mu przeszkadzać. Będzie to niezły znak. Przyślesz w takim razie Krzysztofa do szpitala Cochin. Lekarz naczelny, kolega mój lub ja, przyjdziemy przypalić mu plecy moksą. Z rana, gdy spałeś jeszcze, zrobiliśmy wielką naradę z jednym uczniem doktora Galla, z naszym doktorem naczelnym i z lekarzem z Hôtel-Dieu. Panowie ci upatrują ciekawe symptomy, mamy więc śledzić przebieg choroby, żeby wyjaśnić kilka kwestii naukowych dosyć wielkiej wagi. Jeden z tych panów utrzymuje, że krew, naciskająca na jeden organ więcej niż na drugi, mogłaby wywołać szczególne objawy. Słuchaj więc dobrze, gdy zacznie mówić, żebyś potrafił określić, jakiego rodzaju wyobrażenia będą przemagały w jego mowie: czy to będą objawy pamięci, przenikliwości lub rozwagi; czy będzie się zajmował rzeczami materialnymi czy uczuciami; czy będzie rozumował lub zwracał się myślą do przeszłości; jednym słowem, uważaj, żebyś mógł zdać nam dokładne sprawozdanie. Może być, że atak będzie silny i jednorazowy, w takim razie, stary pozostanie aż do śmierci w zupełnym osłupieniu. Przebieg podobnych chorób bywa tak dziwaczny! Gdyby nieszczęście tu się skierowało — mówił Bianchon wskazując na tylną część głowy chorego — to bywają przykłady dziwnych zjawisk: mózg odzyskuje niektóre władze i śmierć nie tak rychło następuje. Krew może odstąpić od mózgu i obrać sobie drogi, których kierunek sekcja chyba może wykazać. W szpitalu chorób nieuleczalnych znajduje się pewien starzec idiota, u którego odpływ nastąpił wzdłuż kości pacierzowej; cierpi on straszliwie, ale żyje.
— Czy się one dobrze bawiły? — zapytał ojciec Goriot poznając Eugeniusza.
— Och! Nie przestaje myśleć o swych córkach — rzekł Bianchon. — W ciągu nocy powtórzył mi ze sto razy: One tańczą! Ona ma swą suknię! Wołał je po imieniu. Płakałem, do licha, słuchając tych wykrzykników: Delfino! Delfino moja! Naściu! Słowo daję — mówił student medycyny — nie można się było od łez powstrzymać.
— Delfina! — zawołał starzec. — Ona jest tu, nieprawdaż? Nie wątpiłem o tym.
I oczy jego zaczęły biegać z szaloną ruchliwością po drzwiach i ścianach.
— Idę powiedzieć Sylwii, żeby przyrządziła synapizmy — zawołał Bianchon — teraz jest najwłaściwsza chwila.
Rastignac pozostał sam przy łożu chorego, zapatrzony w tę głowę, której widok sprawiał wrażenie bolesne i przerażające.
— Pani de Beauséant ucieka, ten umiera — mówił do siebie. — Piękne dusze nie mogą przebywać długo na tym świecie. Bo jakże w rzeczy samej wielkie uczucia mogą się pogodzić ze społeczeństwem nędznym, płytkim i małym?
W myśli jego obudziły się wspomnienia balu, odbijające jaskrawo od łoża śmierci, które miał przed oczyma. Bianchon ukazał się nagle we drzwiach.
— Słuchaj, Eugeniuszu, spotkałem naszego lekarza naczelnego i przybiegam co tchu z powrotem. Jeżeli będą jakie oznaki rozsądku, jeżeli zacznie mówić, to położysz go na długim kawale synapizmu w ten sposób, żeby okryć go musztardą od karku aż do bioder, a potem przyślesz zaraz po nas.
— Drogi Bianchon!
— O! tu chodzi o fakt naukowy — zawołał student medycyny z całym zapałem neofity.
— Jak to — rzekł Eugeniusz — czyżbym ja jeden tylko pielęgnował tego starca przez przyjaźń?
— Nie mówiłbyś tak, gdybyś widział mnie dzisiaj rano — odparł Bianchon nie obrażony przymówką Eugeniusza. — Lekarze praktykujący od dawna widzą tylko chorobę, a ja, mój drogi, widzę jeszcze chorego.
Eugeniusz pozostał znowu sam na sam z chorym, w oczekiwaniu przesilenia, które rzeczywiście dość prędko nastąpiło.
— Ach! To ty, drogie dziecię — rzekł ojciec Goriot, poznając Eugeniusza.
— Czy ci lepiej, ojcze? — zapytał student, biorąc go za rękę.
— A tak, miałem głowę ściśniętą, jak w kleszczach, ale teraz już się wyswobadza. Czy widziałeś moje córki? One przyjdą niezadługo, przybiegną, jak tylko dowiedzą się, żem chory, one mnie tak pielęgnowały, gdyśmy mieszkali przy ulicy de la Jussienne! Boże! Chciałbym, żeby mój pokój był czysty na ich przyjęcie. Był tu jakiś młody człowiek, który wypalił mi cały zapas torfu.
— Słyszę, że Krzysztof przychodzi — rzekł Eugeniusz. — Przynosi on właśnie drzewo, które panu ten młody człowiek przysyła.
— Ba! A czymże zapłacić za drzewo? Ja nie mam ani grosza, mój synu. Wszystko, wszystko oddałem. Jestem w domu przytułku. Czy przynajmniej suknia ze złotogłowu pięknie wyglądała? (Ach! jak ja cierpię!) Dziękuję, Krzysztofie, Bóg ci zapłaci, mój chłopcze, ja nic już nie mam.
— Bądź spokojny, ja zapłacę i tobie, i Sylwii — szepnął mu Eugeniusz do ucha.
— Moje córki mówiły ci, że zaraz przyjdą, nieprawdaż, Krzysztofie? Pójdź do nich raz jeszcze, dam ci za to sto sous. Powiedz, że mi niedobrze, że chciałbym je ucałować, zobaczyć raz jeszcze przed śmiercią. Powiedz tak, tylko uważaj, żebyś ich zbytecznie nie przeraził.
Krzysztof wyszedł na znak Rastignaca.
— Zaraz przyjdą — począł znów starzec. — Już ja je znam. Dobra Delfina! Jak się ona zmartwi, jeżeli ja umrę. I Naścia także. Nie chciałbym umrzeć, żeby one nie płakały. Umrzeć, dobry mój Eugeniuszu, to znaczy nie widzieć ich więcej. Będzie mi nudno tam, gdzie ludzie idą po śmierci. Dla ojca nie mieć dzieci, to znaczy być w piekle, a ja zaprawiałem się już do tego od czasu, jak one wyszły za mąż. Mój raj był przy ulicy de la Jussienne. Powiedz, proszę, wszak poszedłszy do raju, mógłbym powracać na ziemię i być jako duch przy nich. Nieraz o tym słyszałem. Czy to prawda? Zdaje się, że widzę je takimi, jakimi były przy ulicy de la Jussienne. Przychodziły co rano powiedzieć mi: dzień dobry, tatku. Brałem je na kolana, nagabywałem je, robiłem różne figielki. A one pieściły mnie wdzięcznie. Jadaliśmy razem śniadanie i obiad, słowem byłem ojcem, cieszyłem się swymi dziećmi. One jeszcze nie rozumowały, gdyśmy mieszkali przy ulicy de la Jussienne, nie wiedziały jeszcze nic o świecie i kochały mnie szczerze. Mój Boże! Czemuż na zawsze małymi nie zostały! (Och, cierpię, głowa mi pęka!) Ach! ach! darujcie mi, dzieci moje, cierpię okrutnie. Musi to być jakiś ból straszliwy, bom ja wytrwały na cierpienie, wyście mnie dobrze zahartowały. Mój Boże! Nie czułbym wcale tego bólu, gdybym mógł ręce ich trzymać w swojej dłoni. Czy sądzisz, że one przyjdą? Krzysztof taki głupi! Należało mi pójść samemu. On je zobaczy, a ja... Ale ty byłeś wczoraj na balu. Powiedz mi, jak one wyglądały? One nie wiedziały nic o mojej słabości. Biedaczki moje! Nie tańczyłyby pewnie, gdyby wiedziały. O! Nie chcę być dłużej chory. One mnie potrzebują. Mienie ich zagrożone. A jakim mężom one się dostały! Wyleczcie mię! Wyleczcie! (Och, jak ja cierpię! ach! ach! ach!) Widzisz, trzeba mnie wyleczyć, bo one potrzebują pieniędzy, a ja wiem, gdzie ich dostać. Pojadę do Odessy wyrabiać krochmal. Jestem sprytny, dorobię się na tym milionów. (Och! cierpię za wiele!)
Goriot zamilkł na chwilę: zdawało się, że zbiera siły, żeby ból wytrzymać.
— Nie skarżyłbym się, gdyby one tu były — powiedział. — Po cóż się skarżyć?
Po tych słowach nastąpiło lekkie uśpienie, które trwało aż do powrotu Krzysztofa. Rastignac sądził, że ojciec Goriot zasnął na dobre i pozwolił służącemu zdawać głośno sprawę ze swego poselstwa.
— Poszedłem najpierw do pani hrabiny — mówił Krzysztof — ale nie mogłem się z nią widzieć, bo zajęta była wraz z mężem ważnymi jakimiś interesami. Alem ja tak nastawał, że sam pan hrabia wyszedł do mnie i tak mi powiedział: „Pan Goriot umiera, to i dobrze! Nic rozumniejszego nie mógł zrobić. Pani de Restaud jest mi potrzebna, bo musimy pokończyć ważne interesy, pójdzie sobie wtedy, gdy wszystko będzie skończone”. A taki był rozgniewany! Miałem już wychodzić, aż tu pani hrabina wchodzi do przedpokoju jakimiś drzwiami, których pierwej nie widziałem. „Krzysztofie — zawołała — powiedz memu ojcu, że ja się posprzeczałam z mężem i nie mogę go zostawić; chodzi o śmierć lub życie moich dzieci; ale przyjdę natychmiast, gdy wszystko będzie skończone”. Z panią baronową to znów inna historia. Nie widziałem jej wcale, ani mówić z nią nie mogłem. „A! — powiedziała mi pokojówka — pani śpi; wróciła dziś z balu po piątej i gniewałaby się, gdybym ją przed południem obudziła. Gdy zadzwoni na mnie, to wtedy powiem, że jej ojciec ma się gorzej. Ze złą nowiną nie ma się czego śpieszyć, zawsze będzie czas ją powiedzieć”. Daremnie prosiłem! Ach! Prawda! Chciałem się widzieć z panem baronem, ale nie było go w domu.
— Więc żadna z jego córek nie przyjdzie! — zawołał Rastignac. — Napiszę zaraz do obydwóch.
— Żadna — powtórzył starzec, podnosząc się na posłaniu. — Zajęte są, śpią, nie przyjdą. Ja to wiedziałem. Trzeba umrzeć, żeby poznać, czym są dzieci. Ach, przyjacielu! Nie żeń się, pozostań bezdzietny! Dajesz dzieciom życie, a one ci śmierć dają. Wprowadzasz je w świat, a one cię spychają do grobu. Nie — one nie przyjdą. Wiedziałem o tym od lat dziesięciu. Powtarzałem to sobie niekiedy, ale sam wierzyć nie śmiałem.
Łzy zakręciły się w oczach jego otoczonych krwawą obwódką.
— Ach! Gdybym był bogaty, gdybym miał całą fortunę, którą córkom oddałem, to i one byłyby tutaj i lizałyby mi twarz swymi pocałunkami! Mieszkałbym w pałacu w pięknych komnatach, miałbym sługi na zawołanie i ognia pod dostatkiem, a one tonęłyby we łzach, stojąc przy mym łożu z dziećmi i mężami swoimi. Tak, mógłbym mieć to wszystko, a nic nie mam, pieniądz daje wszystko, nawet córki. O, moje pieniądze! Gdzież one? Jakby one mnie pielęgnowały i doglądały, gdybym miał skarby do zostawienia; widziałbym je przy sobie, słyszałbym ich głos. Ach! Dziecię moje, drogie, jedyne, moje dziecię! Wolę ja opuszczenie, wolę nędzę swoją! Gdy nieszczęśliwy jest kochany, to wie przynajmniej, że szczerze go kochają. A jednak chciałbym być bogatym, żeby je zobaczyć. Słowo daję, kto wie? One obie mają serca z głazu. Zanadtom je kochał, żeby one kochać mnie miały. Ojciec powinien być zawsze bogaty, powinien trzymać swe dzieci na wodzy, jak konie narowiste. A ja, nieszczęsny, klękałem przed nimi! Nędznice! Chcą godnie uwieńczyć swoje dziesięcioletnie postępowanie ze mną. Gdybyś wiedział, jak one mi nadskakiwały zaraz po wyjściu za mąż! (Och! cierpię mękę okrutną!) Dałem wtedy każdej z nich do ośmiuset tysięcy franków, więc ani one, ani ich mężowie nie mogli obchodzić się ze mną niegrzecznie. A jak mnie przyjmowano: „Dobry ojcze, proszę tędy; proszę tamtędy, ojcze kochany”. Na stole ich było zawsze jedno nakrycie dla mnie. Obiadowałem z ich mężami, którzy okazywali mi głęboki szacunek. Zdawało się im, że ja mam jeszcze cośkolwiek. A dlaczego? Jam nic nie mówił o swoich interesach. Człowiek, dający swym córkom po osiemset tysięcy franków, wart jest zabiegów. Toteż nadskakiwano nie mnie, tylko moim pieniądzom. Świat nie jest piękny. Jam się o tym przekonał! Wożono mnie do teatru, zapraszano na zebrania, i siedziałem u nich, ile mi się podobało. Wreszcie one nie zapierały się, że są mymi córkami, uznawały mnie za ojca. Cóż chcesz? Jam nie stracił jeszcze przenikliwości, nic nie uszło mojej uwagi. Wszystko trafiało do celu i serce mi raniło. Widziałem doskonale, że wszystko to było udane; ale już rady nie było. Nie byłem u nich tak swobodny, jak tu, przy naszym stole. Nie umiałem nic powiedzieć. Toteż ludzie światowi pytali nieraz, pochylając się do ucha mych zięciów: „Kto jest ten jegomość? — To ojciec z dukatami; bardzo jest bogaty. — Ach! do licha!” — mówiono, patrząc na mnie z szacunkiem, jaki wzbudzało wspomnienie o dukatach. Krępowałem i ich niekiedy, ale płaciłem drogo za swe błędy. A zresztą, któż jest doskonały? (Głowa moja jest jedną raną!) Cierpię w tej chwili tyle, ile trzeba cierpieć, aby umrzeć; a jednak, drogi mój panie Eugeniuszu, to jedno nic wobec boleści, której doznałem, gdy Anastazja dała mi po raz pierwszy poznać spojrzeniem, żem powiedział głupstwo, które ją upokorzyło; wzrok jej otworzył mi wszystkie żyły. Zapragnąłem wszystko umieć, a pojmowałem jedno tylko, żem już zbyteczny na ziemi. Chcąc się pocieszyć, poszedłem nazajutrz do Delfiny i znowu popełniłem tam jakieś głupstwo, które ją rozgniewało. Myślałem, że rozum stracę. Przez cały tydzień nie wiedziałem, co mam z sobą robić. Nie śmiałem iść do nich, obawiając się wymówek. I tak zostałem wygnany od mych córek. O Boże mój! Ty znasz przecie nędzę i cierpienia, których ja wtedy doznałem. Tyś porachował, ile sztyletów przeszyło mnie w owym czasie, który mnie postarzył, zmienił, zabił, i po cóż każesz mi cierpieć jeszcze? Przecież odpokutowałem już za to, żem je kochał zanadto. One zemściły się za mą miłość, szarpały mnie jak katy rozpalonymi kleszczami! I cóż powiesz? Ojcowie są tak głupi! Kochałem je tak bardzo, żem powracał do nich jak szuler do gry. Moje córki, to był mój występek, one mi były kochankami, wszystkim! Zdarzało się, że potrzebowały jakiegoś stroju, jakiejś ozdoby; pokojówki ich donosiły mi wnet o tym, a ja śpieszyłem z podarunkiem żeby zasłużyć na dobre przyjęcie! Pomimo to strofowały mnie po trosze za nieumiejętne moje znalezienie się w świecie. O! Nie odkładały nigdy lekcji do jutra. Obie już zaczynały rumienić się za mnie. Oto co znaczy dać dzieciom dobre wychowanie. A przecie w moim wieku nie mogłem już iść do szkoły. (Cierpię okrutnie! Boże mój! doktorów, doktorów! Cierpiałbym bez porównania mniej, gdyby mi głowę otwierano!) Córki moje, córki! Anastazjo! Delfino! Chcę je widzieć. Poślijcie po nie żandarmów, niech je przyprowadzą przemocą. Sprawiedliwość jest po mojej stronie; natura, kodeks cywilny, wszystko za mną przemawia. Protestuję. Ojczyzna zginie, jeżeli ojców będą potrącać nogami. To jasne przecie. Społeczeństwo, świat cały stoi na ojcostwie, wszystko więc runie, gdy dzieci nie będą ojców kochały. O! Chcę je widzieć, słyszeć, mniejsza o to, co mi powiedzą, bylebym głos ich usłyszał, zwłaszcza głos Delfiny, bo to uśmierzy moje boleści. Ale powiedzcie im, gdy przyjdą, żeby nie patrzyły na mnie ze zwykłą oziębłością. Ach! Panie Eugeniuszu, dobry mój przyjacielu! Nie wiesz, co to znaczy, gdy złoto spojrzenia zmienia się dla nas nagle w ołów szary. Wieczna zima otoczyła mnie od chwili, gdy oczy ich przestały oblewać mnie swymi promieniami, boleść sama była mym udziałem! Żyłem po to, by znosić ciągłe upokorzenia. A kochałem je tak bardzo, że połykałem tysiąc zniewag, byle za tę cenę kupić sobie jaką biedną, ukradkową przyjemność. Ja, ojciec, musiałem widywać swe córki po kryjomu! Dałem im życie, a one nie dadzą mi dziś jednej godziny. Pragnę i łaknę i serce mi się pali, a one nie przyjdą ochłodzić mego zgonu, bo umieram już, czuję to dobrze. Ależ one nie wiedzą chyba, co to znaczy deptać po trupie ojca? Jest Bóg w niebie: On mści się za ojców wbrew ich woli. Och! One przyjdą! Przyjdźcie, moje ukochane, przyjdźcie ucałować mnie raz jeszcze! Dajcie ostatni pocałunek, jak wiatyk waszemu ojcu, który będzie modlić się za was do Boga i bronić was będzie, i powie, żeście były dobrymi córkami! Bo wyście przecie niewinne. One niewinne, przyjacielu! Powiedz to wszystkim, żeby nikt nie miał do nich żalu za mnie. Jam winien wszystkiemu, jam je przyzwyczaił do tego, żeby mnie nogami tratowały. Mnie to przyjemność sprawiało. Cóż komu do tego? Nie należy to ani do ludzkiej, ani do boskiej sprawiedliwości. Bóg byłby chyba niesprawiedliwy, gdyby je za mnie potępił. Ja nie umiałem postępować, byłem tak głupi, żem się zrzekł praw swoich. Ja byłbym się spodlił dla nich! Cóż chcecie? Najpiękniejsza natura, najlepsza dusza zepsułaby się pod wpływem takiej pobłażliwości ojcowskiej. Jam nędznik sprawiedliwie ukarany. Sam popchnąłem córki do złego, sam je zepsułem. Dziś zachciewa się im przyjemności, jak dawniej cukierków się zachciewało. Pozwalałem im zadowalać wszystkie zachcianki dziecinne. W piętnastym roku miały już swój powóz! Nic się im oprzeć nie mogło. Ja jeden zawiniłem, lecz zawiniłem przez miłość. Ich głos otwierał mi serce. Słyszę je, już nadchodzą. O, tak! One przyjdą! Prawo chce, żeby dzieci przychodziły do ojca umierającego. Prawo jest po mojej stronie. Czyż to tak drogo kosztuje przyjechać? Ja sam zapłacę za kabriolet. Napisz im, że ja mam miliony! Słowo honoru! Pojadę do Odessy i będę tam wyrabiał makaron włoski. Wiem, jak się to robi. Mam dobry plan, zdobędę sobie niejeden milionik. Makaron nie zepsuje się w czasie przewozu, jak zboże lub mąka. Ba! ba! A krochmal? I on przyniesie miliony! Nie skłamiesz więc, mówiąc im o milionach. Niech sobie przyjdą przez chciwość, niech mnie oszukają, bylebym je zobaczył. Chcę moich córek! One są moim dziełem! One do mnie należą! — wołał, podnosząc się na posłaniu i ukazując Eugeniuszowi głowę pokrytą siwym, najeżonym włosem, głowę, która groziła wszystkim, co mogło groźbę wyrażać.
— Połóż się, dobry mój ojcze Goriot — rzekł Eugeniusz. — Ja do nich zaraz napiszę. Czekam tylko Bianchona; pójdę do nich sam, jeżeli tu nie przyjdą.
— Jeżeli nie przyjdą? — powtórzył starzec ze łkaniem. — Ależ ja umrę, umrę tymczasem w przystępie szaleństwa, szaleństwa! Szaleństwo mnie ogarnia! Widzę w tej chwili całe moje życie. Jam głupiec! One mnie nie kochają, one mnie nigdy nie kochały! Przecie to jasne, jeżeli dotąd nie przyszły, to wcale już nie przyjdą. Im dłużej będą zwlekały, tym bardziej nie zechcą sprawić mi tej radości. Znam je; nigdy nie umiały one przeczuwać potrzeb, trosk i boleści moich, toteż i śmierci mej nie przeczują. One nie pojmują nawet mej miłości. Tak, widzę teraz, że wszystko, co dla nich robiłem, wydawało im się rzeczą małej wagi, bo wiedziały, żem ja gotów dla nich wnętrzności sobie otworzyć! Gdyby zapragnęły wyłupić mi oczy, to ja bym powiedział: „Wyłapcie je!” Zanadtom głupi. A im się zdaje, że wszyscy mają takich ojców jak one. Trzeba zawsze kazać siebie cenić. Dzieci ich pomszczą się za mnie. Ależ własny interes każe im przyjść do mnie. Ostrzeż je, proszę, że nie chcąc uszanować moich chwil ostatnich, przygotowują sobie zgon niedobry. W tej jednej zbrodni popełniają wszystkie inne. Idźże do nich, powiedz im prędzej, że nieobecnością swoją ojcobójstwo popełniają! Dość ich i bez tego popełniły. Krzyczże, krzycz tak jak ja: „Hej! Naściu! hej! Delfino! pójdźcie do ojca, który był dla was tak dobry, a teraz cierpi okrutnie!” Nic z tego, nikt nie przychodzi. Mamże umrzeć, jak pies jaki? Więc opuszczenie jest moją nagrodą! Ależ to są nikczemnice, zbrodniarki! Przeklinam je! Brzydzę się nimi! Podniosę się w nocy z trumny, żeby je przekląć raz jeszcze, bo, powiedzcież przyjaciele, czy ja nie mam słuszności? Wszak one bardzo źle postępują, nieprawdaż? Co ja mówię? Powiedzieliście mi przecie, że Delfina przyszła. Ona jest lepsza od tamtej. Tyś synem moim, Eugeniusza! Kochaj ją, bądź dla niej ojcem. Druga jest bardzo nieszczęśliwa! A ich fortuna! Ach! Boże mój! Umieram, cierpię za wiele: oderżnijcie mi głowę, zostawcie tylko serce.
— Krzysztofie, biegnij po Bianchona i sprowadź mi kabriolet! — zawołał Eugeniusz przerażony gwałtownością skarg i krzyków starego.
— Pojadę po córki twoje, dobry ojcze Goriot, i przywiozę je tutaj.
— Przemocą! Przemocą! Wezwij na pomoc straż, armię, wszystko, wszystko! — zawołał, rzucając na Eugeniusza ostatnie spojrzenie, w którym zaświeciła jeszcze iskra rozumu. — Udaj się do władz, do prokuratora królewskiego, powiedz, żeby mi je tutaj przyprowadzili, bo ja tego żądam!
— Ależ przeklinałeś je, ojcze.
— Któż to powiedział? — zawołał starzec zdumiony. — Wiesz przecie, że je kocham, ubóstwiam! Ozdrowieję natychmiast, gdy je zobaczę... Idź, dobry sąsiedzie, idź, drogie moje dziecię; jesteś taki dobry, chciałbym ci podziękować, ale nic ci dać nie mogę oprócz błogosławieństwa umierającego. Ach, chciałbym widzieć choć Delfinę! Powiedziałbym jej, żeby ci za mnie zapłaciła. Choć tę mi przyprowadź, jeżeli druga przyjść nie może. Powiedz, że przestaniesz ją kochać, jeżeli przyjść nie zechce. Ona cię tak kocha, że przyjdzie niezawodnie. Pić! Wnętrzności mi płoną! Przyłóżcie mi cokolwiek do głowy. Dajcie tu rękę mej córki, to mnie zbawi, czuję... Mój Boże! Któż im powróci dobrobyt, gdy ja umrę? Chcę pojechać dla nich do Odessy! Do Odessy robić makaron włoski.
— Napij się, ojcze — rzekł Eugeniusz, podnosząc chorego.
Objął go lewem ramieniem, a drugą ręką podniósł mu do ust filiżankę pełną tyzanny.
— O, ty musisz kochać ojca swego i matkę swoją! — mówił starzec, ściskając słabnącymi rękami dłoń Eugeniusza. — Czy ty pojmujesz, że ja umrę, nie zobaczywszy mych córek? Życie moje było od lat dziesięciu ciągłym, nieugaszonym pragnieniem... Zięciowie zabili mi córki. Tak jest, nie miałem już córek od czasu, jakem je za mąż powydawał. Ojcowie, powiedzcie izbom, że potrzeba nowego prawa o małżeństwie! Albo nie wydawajcie córek za mąż, jeżeli je kochacie. Zięć — to nikczemnik, który psuje nam córkę. Dosyć małżeństw! One wydzierają nam dzieci i nie mamy ich później przy sobie w ostatniej godzinie. Wydajcie prawo o śmierci ojców. To rzecz okropna! Zemsty! Zięciowie nie puszczają mych córek do mnie. Zabijcie ich! Na śmierć Restauda, na śmierć Alzatczyka, to są moi mordercy! Dajcie mi śmierć lub córki! Ach! Już po wszystkim, umieram bez nich! Naściu! Fifinko! Prędzej, chodźcie! Tatko wasz umiera...
— Uspokój się, dobry ojcze Goriot, nie wzruszaj się, nie myśl.
— Nie widzieć ich — to śmierć moja!
— Zaraz je zobaczysz.
— Doprawdy! — zawołał starzec obłąkany. — O! Zobaczyć je! Ja je zobaczę, posłyszę ich głos. Umrę szczęśliwy. A tak, nie proszę o dłuższe życie, nie dbałem już o nie, bo troski moje rosły z dniem każdym. Ale zobaczyć je, dotknąć się ich sukien, ach, tylko sukien, to tak niewiele; lecz dość, bym wziął w ręce jaki przedmiot, który do nich należy. Pozwólcie mi wziąć włosy... sy...
Upadł na poduszkę, jak gdyby powalony uderzeniem maczugi. Ręce jego zaczęły coś chwytać po kołdrze; widocznie szukał włosów swych córek.
— Błogosławię je — wyrzekł z wysiłkiem — błogosławię...
I osłabł raptownie. Bianchon ukazał się w tej chwili we drzwiach.
— Spotkałem Krzysztofa, zaraz ci fiakra sprowadzi — powiedział.
Popatrzył na chorego, podniósł mu przemocą powieki i obaj studenci ujrzeli oko, w którym już ani blasku, ani ciepła nie było.
— Zdaje mi się, że to już nie przejdzie — rzekł Bianchon. Wziął starego za puls, następnie przyłożył mu rękę do serca.
— Maszyna jeszcze iść nie przestała; ale w takim stanie, w jakim on się znajduje, jest to prawdziwe nieszczęście. Lepiej byłoby, gdyby umarł.
— To prawda — rzekł Rastignac.
— Co tobie? Jesteś blady jak śmierć.
— Ach, przyjacielu, słuchałem wciąż skarg i krzyków. Jest Bóg! O, tak! Jest Bóg i jest świat lepszy, który On dla nas przygotował, bo inaczej ziemia nasza byłaby nonsensem. Tonąłbym we łzach, gdyby to było mniej tragiczne, ale coś mi okropnie ściska serce i żołądek.
— Słuchaj, trzeba będzie wiele rzeczy; skądże weźmiemy pieniędzy?
Rastignac wyciągnął zegarek.
— Masz, zastaw to prędko. Ja nie mogę zatrzymać się po drodze, bo każda chwila jest droga, a teraz czekam Krzysztofa. Nie mam ani szeląga; trzeba będzie zapłacić woźnicy, gdy odwiezie mnie z powrotem.
Rastignac zbiegł pędem po schodach i pojechał na ulicę du Helder, do pani de Restaud. W drodze, wyobraźnia uderzona straszliwym obrazem, na który patrzył przed chwilą, podniecała coraz bardziej jego oburzenie. Na zapytanie, czy może się widzieć z panią hrabiną, odpowiedziano mu, że pani nie przyjmuje nikogo.
— Ależ — powiedział Eugeniusz do kamerdynera — ja przychodzę od ojca pani hrabiny, który jest umierający.
— Pan hrabia zakazał nam najsurowiej.
— Jeżeli pan de Restaud jest w domu, to proszę powiedzieć mu, w jakich okolicznościach znajduje się teść jego oraz oświadczyć, że ja potrzebuję koniecznie rozmówić się z nim w tej chwili.
Eugeniusz czekał długo, nie mogąc pozbyć się myśli straszliwej, że stary może umrzeć tymczasem.
Kamerdyner wprowadził go do pierwszego salonu, gdzie pan de Restaud stał przed wygasłym kominkiem. Hrabia przywitał studenta ozięble i nie prosił go siadać.
— Panie hrabio — powiedział Rastignac — teść pański kona w tej chwili w nędznej dziurze i nie ma szeląga jednego na drzewo. Pragnie widzieć się z córką, bo ostatnia jego godzina się zbliża...
— Mój panie — odparł ozięble hrabia de Restaud — mogłeś pan zauważyć, że ja nie mam zbyt wiele sympatii dla pana Goriot. Naraził mi się przez swoje postępowanie z panią de Restaud, zakłócił szczęście mego życia, jednym słowem, widzę w nim nieprzyjaciela mojego spokoju. Może sobie umierać lub żyć, wszystko mi to jedno. Oto jakie są moje uczucia dla niego. Świat może mnie ganić, ja gardzę opinią. Mam w tej chwili zbyt ważne rzeczy do spełnienia, żeby zajmować się tym, co pomyślą o mnie głupcy lub obojętni. Pani de Restaud nie jest w stanie wyjść z domu. Zresztą, ja nie chcę, żeby się teraz oddalała. Proszę oświadczyć jej ojcu, że przyjdzie do niego wtedy, gdy spełni swe obowiązki względem mnie i względem mego dziecka. Jeżeli kocha ojca, to może być swobodna za chwilę...
— Panie hrabio, nie do mnie należy sądzić postępowanie pańskie, jesteś panem swej żony; lecz mogę rachować na pańską uczciwość i proszę, żebyś mi przyrzekł jedno tylko, że powiesz hrabinie, iż ojciec jej nie przeżyje dnia dzisiejszego i przeklął już ją za to, że nie przyszła czuwać u jego wezgłowia!
— Powiedz jej pan to osobiście — rzekł hrabia, tknięty wyrazem oburzenia, które dźwięczało w głosie Eugeniusza.
Rastignac wszedł z nim do salonu, w którym hrabina zwykle przebywała, znalazł ją zalaną łzami i zagłębioną w fotelu z takim jakimś wyrazem przygnębienia, jak gdyby śmierci już tylko wyglądała. Żal mu się jej zrobiło, gdy podniosła na męża wzrok bojaźliwy, w którym malował się zupełny upadek sił wyczerpanych tyranią moralną i fizyczną. Hrabia skinął głową, znak ten ośmielił ją do mówienia.
— Słyszałam wszystko — wyrzekła. — Powiedz pan ojcu, że przebaczyłby mi, gdyby wiedział, w jakim położeniu ja się znajduję. Nie spodziewałam się tej męczarni, przechodzi ona moje siły, lecz pomimo to wytrwam do końca — mówiła zwracając się do męża. — Matką jestem. Powiedz pan memu ojcu, żem nie zasłużyła na jego wyrzuty, chociaż pozory mnie potępiają — wykrzyknęła z rozpaczą.
Eugeniusz złożył ukłon i cofnął się zdumiony, odgadując, jak straszliwie hrabina cierpiała w tej chwili. Z mowy pana de Restaud pojął, że usiłowanie jego było daremne i że Anastazja nie była już swobodna. Pośpieszył z kolei do pani de Nucingen, którą znalazł w łóżku.
— Jestem cierpiąca, biedny mój przyjacielu — powiedziała Delfina. — Zaziębiłam się przy wyjściu z balu i obawiam się, czy nie dostałam kataru płuc. Czekam doktora...
— Choćbyś pani stała jedną nogą w grobie, to i tak powinna byś zawlec się do ojca. On woła ciebie, pani! Zapomniałabyś pewnie o swym cierpieniu, gdybyś mogła słyszeć najsłabszy krzyk jego.
— Eugeniuszu, ojciec mój nie jest może tak chory, jak ty mówisz; ale chcę być w twych oczach bez zarzutu i postąpię według twej woli. Wiem, że ojciec umarłby sam ze zmartwienia, gdybym ja, wyszedłszy z domu, naraziła się na śmiertelną chorobę. Pomimo to pójdę, tylko muszę zobaczyć się wpierw z doktorem. Ach! Dlaczegóż to nie masz zegarka? — zapytała — widząc, że na piersi Eugeniusza nie ma złotego łańcuszka.
Eugeniusz się zarumienił.
— Eugeniuszu! Eugeniuszu! Jeżeliś go już sprzedał lub zgubił... o! To byłoby bardzo niedobrze.
Student pochylił się nad łóżkiem Delfiny i szepnął jej do ucha:
— Chcesz wiedzieć? dobrze więc, słuchaj! Ojciec twój nie ma za co kupić sobie całunu, w który go dziś jeszcze uwiną. Zastawiłem twój zegarek, bom nie miał już nic więcej.
Delfina wyskoczyła nagle z łóżka i pobiegła do biurka.
— Jadę, jadę natychmiast, Eugeniuszu — zawołała podając mu sakiewkę, którą z biurka wyjęła.
Zadzwoniła.
— Pozwól mi się ubrać; byłabym chyba potworem, gdybym nie pojechała! Idź, ja cię uprzedzę! Tereso — zawołała na pokojową — powiedz panu de Nucingen, żeby przyszedł natychmiast rozmówić się ze mną.
Eugeniusz był tak uszczęśliwiony dobrą nowiną, którą miał zwiastować umierającemu, że powrócił prawie wesół na ulicę Neuve-Sainte-Geneviève. Stanąwszy przed domem, sięgnął co prędzej do sakiewki, żeby zapłacić woźnicy. Niestety! Sakiewka bogatej i eleganckiej baronowej zawierała tylko sześćdziesiąt sześć franków. Eugeniusz wbiegł szybko na schody i stanął przy łóżku Goriota. Bianchon podtrzymywał w tej chwili chorego, a felczer szpitalny przypalał mu plecy moksą według wskazówki lekarza. Ostatni ten środek, na jaki nauka mogła się zdobyć, nie wywierał już żadnego skutku.
— Czy pan czujesz palenie? — pytał lekarz.
Ojciec Goriot spostrzegł w tej chwili studenta i powiedział:
— Przyjdą, nieprawdaż?
— Kiedy mówi, to jeszcze nadzieja nie stracona — rzekł felczer.
— Tak — odparł Eugeniusz — Delfina wnet przyjdzie.
— Ba! — rzekł Bianchon — on mówił o swych córkach, których pragnie, jak człowiek wbity na pal pragnie wody...
— Przestań — rzekł lekarz do felczera — to próżna robota, nic mu już nie pomoże.
Bianchon i felczer złożyli znów chorego na wstrętnym barłogu.
— Należałoby jednak zmienić mu bieliznę — rzekł lekarz. — Nie ma już wprawdzie żadnej nadziei, ale trzeba uszanować w nim ludzką naturę. Powrócę tu jeszcze — rzekł do Bianchona. — Jeżeli zacznie znów narzekać, to przyłóż mu pan kompres z opium.
Po tych słowach lekarz wyszedł z felczerem.
— No, synu, odwagi! — rzekł Bianchon do Rastignaca gdy pozostali sami — trzeba mu włożyć czystą koszulę i pościel odmienić. Powiedz Sylwii, niech weźmie czyste prześcieradła i przyjdzie nam dopomóc.
Eugeniusz zeszedł na dół i zastał panią Vauquer, i Sylwię zajęte nakrywaniem stołu. Przy pierwszych słowach Rastignaca, wdowa zbliżyła się do niego ze słodkokwaskowatą miną podejrzliwej kupcowej, która nie chciałaby ani stracić pieniędzy, ani obrazić kupującego.
— Kochany panie Eugeniuszu — wyrzekła — wiesz pan równie dobrze jak ja, że ojciec Goriot nie ma już ani grosza. Jak ja dam prześcieradło człowiekowi, który już oczy zawraca, to mogę być pewna, że nic za nic nie dostanę, a przecie i tak trzeba będzie poświęcić jedno z nich na całun. Winniście mi już panowie sto czterdzieści cztery franki; proszę teraz dodać czterdzieści franków za prześcieradła, za różne drobiazgi i za świecę, którą Sylwia da panom, wszystko to wyniesie przynajmniej dwieście franków, których ja, biedna wdowa, wyrzec się nie mogę. Chciej pan być sprawiedliwy, panie Eugeniuszu, dość już ja straciłam od czasu, jak nieszczęścia zagościły w mym domu. Dałabym z chęcią dziesięć talarów, żeby tylko ten stary wyniósł się był ode mnie wówczas, kiedyście to panowie projektowali zmienić mieszkanie. To przeraża wszystkich moich stołowników. Kazałabym go przewieźć do szpitala za bardzo niewielkie wynagrodzenie. Wreszcie, chciej pan wejść w moje położenie. Ja muszę się troszczyć przede wszystkim o swój zakład, bo to jest życie moje.
Eugeniusz pobiegł szybko na górę do Goriota.
— Bianchon, gdzie są pieniądze, któreś wziął za zegarek?
— Na stole. Po zapłaceniu wszystkiego, cośmy byli winni, pozostało jeszcze trzysta sześćdziesiąt kilka franków. Pokwitowanie z lombardu leży pod pieniędzmi.
— Możemy załatwić rachunki — rzekł Eugeniusz zbiegłszy ze schodów z uczuciem wstrętu. — Pan Goriot niedługo już pozostanie u pani, a ja...
— A tak, nieborak wyjdzie nogami naprzód — mówiła pani Vauquer — rachując pieniądze z wyrazem na wpół smętnym, a na wpół wesołym.
— Kończmy teraz — rzekł Rastignac.
— Sylwio, daj prześcieradła i idź pomóc tym panom.
— Nie zapomnij pan o Sylwii — szepnęła pani Vauquer do ucha Eugeniuszowi — ona czuwała dwie noce.
Widząc, że Eugeniusz zwraca się ku schodom, stara podbiegła co prędzej do kucharki i szepnęła:
— Weź prześcieradła przeszywane, numer siódmy. Na Boga! Przecie to aż nadto dobre dla nieboszczyka.
Eugeniusz wbiegł już na schody i nie mógł słyszeć słów gospodyni.
— Zmieńmy mu koszulę — rzekł Bianchon — Trzymaj go prosto.
Rastignac stanął u wezgłowia i podniósł chorego, a Bianchon zdjął z niego koszulę. Stary zrobił ruch, jak gdyby chciał przycisnąć coś do piersi, wydając przy tym żałosne jakieś i niewyraźne okrzyki, przypominające głos zwierząt, które chcą boleść wielką wyrazić.
— Och! och! — zawołał Bianchon — on szuka łańcuszka z włosów i medalionu, któreśmy mu zdjęli przed chwilą, gdy felczer mu plecy przypalał. Biedny człowiek! Trzeba mu je oddać. Leżą tam na kominku.
Eugeniusz wziął w ręce łańcuszek wypleciony z włosów złocistopopielatych; były to zapewne włosy pani Goriot. Z jednej strony medalionu wyryte było imię Anastazja, z drugiej — Delfina. Tak więc człowiek ten nosił zawsze na piersi wierny obraz serca swojego. Włosy zamknięte w medalionie były tak cienkie, że musiały należeć do młodziuchnych główek dziecinnych. Przy dotknięciu medalionu, z piersi starca wyrwało się westchnienie przeciągłe, świadczące o głębokim zadowoleniu. W westchnieniu tym był ostatni oddźwięk uczucia, które zdawało się cofać do owego środka nieznanego, z którego wychodzą i ku któremu zwracają się nasze sympatie. Twarz jego konwulsyjnie skrzywiona, przybrała wyraz radości chorobliwej. Ten wybuch potężnego uczucia, które przetrwało nawet myśl samą, wzruszył do głębi obu studentów; z oczu ich popłynęły łzy gorące i spadły na umierającego, który wydał przeraźliwy okrzyk zadowolenia.
— Naściu! Fifinko! — zawołał.
— Żyje jeszcze — rzekł Bianchon.
— Do czego mu się to zdało? — zapytała Sylwia.
— Żeby cierpieć — odparł Rastignac.
Bianchon ukląkł po jednej stronie łóżka i wziął chorego pod kolana, a Rastignac ukląkł z drugiej strony i podsunął mu ręce pod plecy. Obaj unieśli go w górę, a Sylwia ściągnęła brudne prześcieradła i zastąpiła je czystymi. Goriot, zwiedziony zapewne łzami studentów, zebrał resztki sił i wyciągnął ręce, a napotkawszy dwie głowy po obu stronach łóżka, schwycił je gwałtownie za włosy, przy czym usta jego wyszeptały słabo:
— Ach! Moje anioły!
Były-to niby słowa, niby szmer jakiś, z którym i dusza razem uleciała.
— Biedny, kochany człowiek — zawołała Sylwia, wzruszona tym wykrzyknikiem, w którym malowało się najwyższe uczucie, obudzone po raz ostatni kłamstwem najstraszliwszym i najniewinniejszym zarazem.
Ostatnie westchnienie tego ojca miało być westchnieniem radości. Było w nim streszczenie życia całego; człowiek ten mylił się jeszcze, mylił się po raz ostatni. Studenci złożyli go ze czcią na posłaniu. Od tej chwili twarz jego wyrażała wciąż walkę bolesną między życiem a śmiercią, która toczyła się w machinie pozbawionej już tego rodzaju samowiedzy mózgowej, z której wynika dla istoty ludzkiej wrażenie przyjemności i bólu. Zniszczenie zupełne było już tylko kwestią czasu.
— Pozostanie tak kilka godzin, nie będzie nawet chrapał i skona nieznacznie. Mózg musi być zupełnie zaatakowany.
W tej chwili dały się słyszeć szybkie kroki młodej kobiety.
— Za późno przychodzi — rzekł Rastignac.
Zamiast Delfiny ukazała się we drzwiach pokojówka jej, Teresa.
— Panie Eugeniuszu — wyrzekła zdyszana — wynikła u nas gwałtowna scena między panem i panią z powodu pieniędzy, których biedna moja pani żądała dla swego ojca. Pani zemdlała, sprowadzono doktora, trzeba było krew jej puszczać, a ona ciągle krzyczała: „Ojciec mój umiera, chcę go zobaczyć!” Serce pękało słuchając tych krzyków.
— Dosyć, Tereso. Pani nie miałaby już po co przychodzić, bo pan Goriot stracił przytomność.
— Biedny, kochany pan! Czyż on już taki słaby! — rzekła Teresa.
— Ja tu nie potrzebna, pójdę lepiej doglądać obiadu, bo już pół do piątej — powiedziała Sylwia zwracając się ku schodom, gdzie omal nie potrąciła pani de Restaud.
Hrabina ukazała się jak zjawisko pełne grozy i powagi. Zwróciła oczy na łoże śmierci, oświetlone niepewnym blaskiem jednej świecy i zalała się łzami na widok zmienionej twarzy ojca, po której przechodziły jeszcze ostatnie dreszcze życia. Bianchon wycofał się dyskretnie.
— Nie wymknęłam się dość wcześnie — rzekła hrabina do Rastignaca.
Student odpowiedział jej pełnym smutku skinieniem. Pani de Restaud ujęła rękę ojca i przycisnęła ją do ust.
— Przebacz mi, ojcze! Mówiłeś, że głos mój wywołałby cię z grobu; wróć więc, wróć na chwilę do życia, by pobłogosławić twą córkę skruszoną. Usłysz mnie! To coś okropnego! Twoje błogosławieństwo jest jedynym, jakie ja mogę otrzymać tu na ziemi. Wszyscy mnie nienawidzą, ty jeden mnie kochasz. Nawet dzieci własne nienawidzić mnie będą. Uprowadź mnie z sobą, ojcze, ja cię otoczę miłością i staraniem. On już nie słyszy, jam szalona!
Upadła na kolana i patrzyła nań nieprzytomnie.
— Niczego nie brak do mego nieszczęścia — mówiła zwracając się do Eugeniusza. — Pan de Trailles odjechał pozostawiając tu długi ogromne, a ja dopiero teraz się przekonałam, że mnie oszukiwał. Mąż trzyma w ręku cały mój fundusz i nie przebaczy mi nigdy mego postępowania. Pierzchły wszystkie moje złudzenia. Niestety! Dla kogóż zdradziłam jedyne serce — wskazała na ojca — które mnie ubóstwiało! Zapomniałam go, odepchnęłam, wyrządzałam mu krzywd tysiące, o ja niegodziwa!
— On wiedział o tym — wyrzekł Rastignac.
W tej chwili ojciec Goriot otworzył oczy wskutek drgnienia konwulsyjnego. Poruszenie, którym hrabina zdradziła budzącą się nadzieję, sprawiało nie mniej okropne wrażenie, jak wyraz umierającego.
— Miałżeby mnie usłyszeć? — krzyknęła.— Ale nie! — wyrzekła po chwili siadając przy łóżku.
Eugeniusz zostawił panią de Restaud przy ojcu, a sam zbiegł na dół, żeby się trochę posilić. Stołownicy byli już zgromadzeni.
— No, cóż? — rzekł malarz — będziemy mieli podobno małą śmiercioramę tam na górze?
— Karolu — zawołał Eugeniusz — zdaje mi się, że mógłbyś obrać sobie mniej posępny przedmiot do żartów.
— Czy już tu nie wolno będzie się zaśmiać? — zapytał malarz. — Cóż to szkodzi? przecie Bianchon powiada, że stary jest nieprzytomny.
— W takim razie — podchwycił urzędnik z Muzeum — nieborak umrze tak, jak żył.
— Mój ojciec umarł! — krzyknęła hrabina.
Na ten krzyk straszliwy, Sylwia, Rastignac i Bianchon rzucili się na górę. Hrabina leżała zemdlona. Zaczęto ją cucić i przeniesiono do fiakra, który czekał u drzwi gospody. Eugeniusz powierzył hrabinę pieczy Teresy, zalecając, by ją odwiozła do pani de Nucingen.
— O! Teraz już umarł rzeczywiście — rzekł Bianchon schodząc na dół.
— Panowie, siadajmy do stołu, bo zupa ostygnie — zawołała pani Vauquer.
Dwaj studenci siedli obok siebie.
— Cóż teraz zrobimy? — rzekł Eugeniusz do Bianchona.
— A cóż? Zamknąłem mu oczy i położyłem go jak się należy. Pójdziemy teraz do ratusza, donieść o jego śmierci, dostaniemy poświadczenie lekarza, po czym zaszyją trupa w całun i pogrzebią. A cóż z nim więcej robić?
— Nie będzie już wąchał chleba w ten sposób — rzekł jeden ze stołowników, naśladując grymas starego.
— Do licha, panowie —- zawołał korepetytor — dajcież pokój ojcu Goriot i nie traktujcie nas ciągle tym samym; dość go już mamy, bo od dwóch godzin o niczym więcej nie mówicie. Jest to jeden z przywilejów dobrego miasta Paryża, że można się w nim urodzić, żyć i umrzeć nie zwracając niczyjej uwagi. Korzystajmyż z wygód cywilizacji. Sześćdziesiąt osób umarło dziś w mieście, czyż będziecie się rozczulali nad tymi hekatombami paryskimi? Ojciec Goriot przeniósł się na tamten świat, tym lepiej dla niego! Jeżeli go ubóstwiacie, to siedźcie sobie przy nim, a nam pozwólcie jeść spokojnie.
— O tak! — rzekła wdowa — lepiej mu, że umarł. Zdaje się, że nieborak miał w swym życiu wiele nieprzyjemności.
Była to jedyna mowa pogrzebowa nad zwłokami istoty, która była dla Eugeniusza uosobieniem ojcostwa. Piętnastu stołowników zaczęło rozmawiać zwykłym trybem. Skończywszy jeść, Eugeniusz i Bianchon nie mogli znieść panującej wrzawy; brzęk widelców i łyżek, rozmowa przeplatana śmiechem, wesołość biesiadujących, wszystko to przejmowało zgrozą naszych studentów. Wstali obaj od stołu i poszli po księdza, który miał czuwać i modlić się w nocy przy umarłym. Musieli stosować ostatnią posługę, którą mieli oddać staremu, do niewielkiego zapasu pieniędzy. Około dziewiątej wieczorem położono ciało na ramie od łóżka, między dwiema świecami, w pustym pokoju, w którym tylko ksiądz pozostał przy nieboszczyku. Przed odejściem na spoczynek, Rastignac zapytał duchownego, ile będzie kosztowało nabożeństwo i pogrzeb, po czym napisał parę słów do barona de Nucingen i do hrabiego de Restaud, prosząc, by zechcieli przysłać swych pełnomocników, dla zaspokojenia wszystkich kosztów pogrzebu. Posłał listy przez Krzysztofa, a sam położył się i usnął prędko po całodziennym znużeniu. Nazajutrz rano Rastignac i Bianchon musieli pójść sami zawiadomić o śmierci, którą zaświadczono około południa. Czekali następnie dwie godziny, lecz zięciowie nie przysyłali ani pieniędzy, ani pełnomocnika upoważnionego do działania w ich imieniu i Rastignac musiał zapłacić księdzu z własnej kieszeni. Sylwia podejmowała się zaszyć nieboszczyka w całun za dziesięć franków, lecz Eugeniusz i Bianchon zmiarkowali, że i bez tego trudno im będzie podołać kosztom, jeżeli krewni nieboszczyka umyją ręce od wszystkiego. Student medycyny postanowił w końcu, że sam złoży nieboszczyka do trumny żebraczej, którą kupił w swym szpitalu za tanie pieniądze.
— Wypłataj tym łotrom figla — mówił do Eugeniusza. — Kup na Père-Lachaise kawałek ziemi na pięć lat i zamów obrządek pogrzebowy trzeciej klasy. Jeżeli zięciowie i córki nie zechcą ci kosztów powrócić, to każ wyryć na grobie: „Tu spoczywa pan Goriot, ojciec hrabiny de Restaud i baronowej de Nucingen, pochowany kosztem dwóch studentów”.
Eugeniusz nie chciał pójść za radą przyjaciela, póki nie spróbował udać się nadaremnie do państwa de Nucingen i państwa de Restaud. Nie chciano go za próg wpuścić; odźwierni mieli surowe rozkazy.
— Państwo nie przyjmują nikogo — powiadali — stracili ojca i pogrążeni są w najgłębszej boleści.
Eugeniusz znał już tak dobrze świat paryski, że pojął, iż nie było po co dłużej nastawać. Serce ścisnęło mu się boleśnie, gdy zobaczył, że nie ma sposobu dostać się do Delfiny.
„Sprzedaj pani jaki klejnot — pisał do niej w mieszkaniu odźwiernego — żeby ojciec twój mógł być przyzwoicie odprowadzony na miejsce wiecznego spoczynku”.
Zapieczętował kartkę prosząc odźwiernego, żeby oddał ją Teresie dla wręczenia pani baronowej; lecz odźwierny odniósł ją do samego barona, który po przeczytaniu wrzucił ją do ognia.
Spełniwszy wszystko, co było potrzeba, Eugeniusz wrócił do domu około trzeciej po południu i uronił łzę na widok trumny zaledwie przykrytej czarnym suknem, którą postawiono przy drzwiach, wśród pustej ulicy. Przy trumnie w miedzianym posrebrzanym półmisku znajdowała się woda święcona, a w niej mizerne kropidełko, którego nikt jeszcze nie poruszył. Nawet drzwi kirem nie pokryto. Była to śmierć biedaków nie znająca ani wystawy, ani orszaku, pozbawiona przyjaciół i krewnych! Bianchon musiał odejść do szpitala i zostawił tylko parę słów do Eugeniusza, donosząc mu, że był w kościele i dowiedział się, że zakupienie mszy przechodziło ich środki, trzeba więc było poprzestać na mniej kosztownym nabożeństwie nieszpornym. Donosił mu też, że przed wyjściem posłał Krzysztofa do Bractwa Pogrzebowego. Skończywszy czytać bazgraninę Bianchona, Eugeniusz spostrzegł w ręku pani Vauquer medalion oprawny w złoto, w którym były włosy córek Goriota.
— Jak pani mogłaś wziąć ten medalion? — zawołał.
— Masz tobie! — rzekła Sylwia — alboż mieliśmy go z tym pochować? Przecie to złoto.
— Naturalnie! — odparł Eugeniusz z oburzeniem — niech zabierze z sobą choć to jedno, co może przypomnieć jego córki.
Gdy karawan zajechał, Eugeniusz kazał wnieść trumnę na powrót do mieszkania, odbił wieko i złożył ze czcią na piersi starego pamiątkę z owych czasów, kiedy Anastazja i Delfina były młodymi, niewinnymi dziewicami i nie rozumowały jeszcze, jak to powiedział ojciec w przedśmiertnej godzinie. Oprócz dwóch żałobników, tylko Eugeniusz i Krzysztof odprowadzili trumnę biedaka do kościoła Saint-Etienne-du-Mont, położonego w pobliżu ulicy Neuye-Sainte-Genevieve. Wniesiono ciało do niskiej i ciemnej kapliczki, w której oczy Eugeniusza szukały na próżno córek lub zięciów Goriota. Nie było nikogo, prócz Krzysztofa, który uważał za obowiązek oddać ostatnią posługę zmarłemu, może dlatego, że z jego łaski otrzymał nieraz suty tryngielt. Czekając przyjścia księży, chłopaka z chóru i posługacza kościelnego, Eugeniusz wzruszony uścisnął w milczeniu dłoń Krzysztofa.
— Tak, panie Eugeniuszu — powiedział Sabaudczyk — był to człowiek dobry i poczciwy, który nigdy słowa za głośno nie powiedział, nic złego nie zrobił i nikomu nie zaszkodził.
Dwaj księża, chłopak z chóru i posługacz kościelny przyszli, by dać wszystko, co można mieć za siedemdziesiąt franków w epoce, kiedy religia nie jest dość bogata, by modlić się darmo. Odśpiewano psalm Libera i De profundis. Nabożeństwo trwało dwadzieścia minut. Był tylko jeden powóz żałobny dla księdza i chłopaka z chóru, którzy zgodzili się zabrać z sobą Eugeniusza i Krzysztofa.
— Nie ma żadnego orszaku — rzekł ksiądz — pojedziemy prędzej, żeby się nie spóźnić, bo już jest pół do szóstej.
W chwili jednak, gdy trumna stanęła na karawanie, dwa próżne powozy przyłączyły się do orszaku pogrzebowego i odprowadziły go aż do Père-Lachaise. Na jednym powozie był herb hrabiego de Restaud, na drugim — barona de Nucingen. O szóstej wieczorem ciało ojca Goriot zostało spuszczone do dołu w obecności sług Anastazji i Delfiny, którzy odeszli za księdzem zaraz po odmówieniu krótkiej modlitewki, jaka się należała staremu za pieniądze studenta. Dwaj grabarze rzucili trochę ziemi na trumnę i przyszli do Rastignaca, prosząc, by im dał na piwo. Eugeniusz sięgnął do kieszeni, lecz nic w niej nie znalazł i musiał pożyczyć dwadzieścia soldów u Krzysztofa. Drobna ta okoliczność obudziła w sercu studenta uczucie głębokiej żałości. Zmrok zapadał, powietrze wilgotne rozstrajało nerwy; Eugeniusz zwrócił oczy na grób świeży i pogrzebał w nim ostatnią łzę młodzieńczą, wywołaną świętym wzruszeniem serca niepokalanego, jedną z tych łez, co upadłszy na ziemię wytryskują z niej aż ku niebiosom. Krzysztof odszedł z wolna pozostawiając studenta w głębokiej zadumie, z rękoma skrzyżowanymi i wzrokiem wzniesionym ku górze.
Rastignac postąpił kilka kroków ku brzegom cmentarza, skąd odkrywał się Paryż rozłożony nierówno po obu stronach Sekwany. Światła połyskiwały już gdzieniegdzie. Oczy studenta zatrzymały się chciwie pomiędzy kolumną placu Vendôme a kopułą Inwalidów, w miejscu, gdzie żyło towarzystwo wykwintne, do którego on dostać się usiłował. Zmierzył ten ul brzęczący spojrzeniem, które zdawało się od razu wszystek miód z niego wysysać, i wyrzekł te wielkie słowa:
— Teraz my się spróbujemy!
Rzuciwszy światu takie wyzwanie, Rastignac poszedł na obiad do pani de Nucingen.