Przed wyjściem z domu starannie prasuję najlepsze wranglery i koszulkę Benettona oszczędzaną akurat na taką okazję. Stoję pod prysznicem tak długo, aż mama zaczyna pieklić się o zużycie wody. Jej zdaniem, dbając o czystość, rujnuję nie tylko domowy budżet, ale i naszą nieszczęsną planetę. Moim zdaniem Ziemi pomogłaby tylko bomba atomowa. Tę mądrość zostawiam dla siebie. Wylewam resztówkę Old Spice i wyruszam ku sztuce, zaopatrzony w czterdzieści złotych i bilet czterdziestominutowy.
Jeśli ktoś zapyta, czemu ludzie unikają muzeów, chętnie odpowiem. Nie chodzi o sterylność sal, nieznośną nudę malarstwa, ani nawet te babeczki, które pilnują, żeby dzieciaki nie posmarowały Matejki masłem orzechowym, i przypominają skrzyżowanie wampira z otumanionym mopsem. Odpowiedź na pytanie o kryzys muzealnictwa w Polsce mam w tylnej kieszeni spodni. To wejściówka za dwadzieścia złotych. Za dwie dychy można pójść do kina na film o wojnie albo wypić pół litra z jakimś inteligentem. Inteligenci wyróżniają się tym, że trzeba im stawiać. Boleśnie zubożony krążę po piętrach, poszukując śladów Kutavaggia. Jeśli ten fiut mazał po obrazach, zapewne zawędrował do Muzeum Narodowego, gdzie jestem teraz i ja.
Zaczynam od Galerii Sztuki Średniowiecznej, gdyż Kutavaggio również nie należał do najmłodszych. Otaczają mnie pomarszczone madonny, maltretowani święci oraz armia z gimbazy wzięta w jasyr. Ich kurtki składają się z metek. Noszą na głowach po dwie czapki, a jeden ma nawet trzy wciśnięte jedna w drugą. Posyła mi ukradkowe spojrzenia, zresztą wszyscy tutaj na mnie patrzą, łącznie z zaszczutą nauczycielką i sprzątaczką zgrabną niby Godzilla i piękną jak ruski generał. Wyglądam bowiem osobliwie.
Nie wiem, kim byli Winterfeldowie, ale ich dyptyk wprawia mnie w przygnębienie. Doprawdy nie rozumiem, dlaczego namalowali sobie takie rzeczy i gdzie to właściwie wisiało. Dzieło składa się z trzech części powiązanych jedynie mdłą barwą, smutkiem i tematyką religijną. Na pierwszym obserwujemy nagiego świętego, który zerwał się już z łóżka i zakrywa sobie przyrodzenie. Mina jego, jak i mamuśki obok, pozwala sądzić, że nie powojował swym nędznym narządem, a przynajmniej nie dzisiaj. Za to zgromadzenie świętych poniżej narzuca skojarzenia z tłumem bezrobotnych czekających na spóźniający się zasiłek. Prawdziwą atrakcją dzieła jest jednak święta brana w niebiosa przez anioły. Okropnie się z tego cieszy, a i aniołki próbują robić dobrą minę do złej gry, choć muszą się męczyć z tym całym dźwiganiem.
Widywałem już podobne święte w Kameralnej, Balatonie i innych knajpeczkach. Rozpoznaję pogardliwie uniesione usta i oczy znudzonej księżnej. Anioły krążące wokół tamtych miały sygnety na palcach i wypchane portfele. Ich celem, zamiast Królestwa Niebieskiego, był hotel trzygwiazdkowy.
Kontakt z tym arcydziełem zbrukał spokój mej duszy. Znam jednak właściwe lekarstwo. Umykam z Galerii Sztuki Średniowiecznej, zostawiając za sobą znudzoną gimbazę, nieszczęsną nauczycielkę i wściekłą sprzątaczkę. Chowam się za gaśnicą, wypijam duszkiem denarka, gniotę puszkę i wyrzucam do kosza. O czystość trzeba dbać, zwłaszcza w muzeum.
Denarki mam w rękawach, kieszeniach dżinsów i kurtki, wciśnięte za pas i pod koszulę. Razem dwanaście. Dlatego wyglądam jak blaszany drwal albo szaleniec obwiązany dynamitem. Ludzie się gapią i dalej będą. Trudno.
Malarstwo jest jak trepanacja czaszki, jak rwanie wszystkich zębów naraz.
Bez znieczulenia nie zniesiesz.
Docieram na piętro ze sztuką dziewiętnastowieczną i od razu lepiej. Szulerzy przy świecach Pęczarskiego mogliby zdarzyć się i dzisiaj. Trzeba by tylko zmienić świeczki na światła punktowe, monety na karty płatnicze, a dzwonek na komórkę. Mordy są takie same dziś i za czasów zacnego Pęczarskiego. Znam te oczka lśniące od chciwości i uśmiechy jak przecięte gardła. Kutavaggio lubił ten obraz i wcale mu się nie dziwię. Wasze zdrowie, koledzy!
Radość, rozpalona przez miłych szulerów gaśnie, albowiem wyrastają przede mną dzieci. Mowa o potomstwie Jana Matejki w sile trojga, a pędzla tatusia. Stoją sobie, wyniosłe niewyskrobki. Najstarszy, odziany w czerwień, stawia nóżkę tak, jakby deptał nas, dzieci pracy, panienka w środku wygląda na głupszą od cegły, a najmłodsze z tej czeredy z pewnością wyrywa muchom skrzydełka. W sumie nie ich wina, że takie są. Ojciec nie umiał wychować. Wydaje się, że talenta rodzicielskie Kutavaggia rozciągają się na wszystkich artystów, a ja zachodzę w głowę, po co pacykarz w ogóle ma dzieci. Przecież do niczego ich nie potrzebuje. Ale artysta chce mieć babę, baba łaknie potomstwa i nieszczęście gotowe. Wniosek jest prosty. Artyści powinni żyć w celibacie. Jak wam się to podoba, sukinsyny?
W ubikacji opróżniam aż dwa denarki, tłumacząc sobie ten zabieg oszczędnością czasu, i tak chwiejny i rozluźniony kamienieję przed Piaskarzami Gierymskiego. Ten to przynajmniej nie mylił góry z dołem i znał się na robocie. Niemal czuję ból pleców robotników i rezygnację faceta pośrodku, tego, co stoi z pustą łopatą. Nagle krew mnie zalewa, aż ciśnie na pęcherz. No bo jak powstał ten obraz? Wicekról Gierymski klapnął sobie ze sztalugami w cieniu i malował, a robotnicy targali ten piasek przez cały dzień. On pił sobie koniak i lemoniadę, palił cygara i machał pędzelkiem, a ci goście unosili ciężkie łopaty ponad głowy bolące od słońca, pękały im dłonie, piach dostawał się do oczu i wyschniętych ust. Każdy artysta powinien rozładować przynajmniej barkę piachu. Inaczej nici z dyplomu.
O Witoldzie Wojtkiewiczu mogę powiedzieć przynajmniej tyle dobrego, że umarł młodo, a i ja, gdy patrzę na jego Marionetki, czuję się gorzej. Barwy kojarzą mi się z wyglądem naszej ubikacji po tym, gdy Baryton podał gościom nieświeżą wołowinę z niedogotowanymi ziemniakami. Marionetki odsłaniają jednak pewną prawdę o świecie. Król przerasta królową, tancerze są malutcy, zaś dworzanie wyróżniają się średnim wzrostem. A kto jeszcze cieszy się słusznym wzrostem? Kelner na drugim planie!
Okazuje się, że umiem osuszyć puszkę piwa, nie wyjmując jej nawet z rękawa. Liczę, że ta cenna zdolność przysłuży mi się w przyszłości. Czuję się znakomicie, a następny obraz jeszcze poprawia mi humor. Jest nim bowiem Śmierć artysty Malczewskiego. Co ci frajerzy mają w głowach, to ja nie wiem. Na pierwszym planie jakiś dureń całuje śmierdzące giry zgasłego malarza, a cyc modelki zwisa z bezbrzeżnego smutku. Ci ludzie naprawdę myślą, że ktoś po nich zapłacze. Gówno, moi mili. Wszyscy odetchną z ulgą — poza rodziną walczącą o spadek.
O Witkacym to nawet sporo słyszałem. Wąchał klej czy coś takiego. Wąchał, a potem malował. Nic dziwnego, że kiedy patrzę na Kompozycję fantastyczną, zaczyna kręcić mi się w głowie. Co to ma być, te głowy, diabły, czarodzieje? Na co taka sztuka? Prawdziwy mężczyzna nie wącha kleju, nie bierze żadnych narkotyków, tylko pije alkohole niskoprocentowe. Nagle doznaję olśnienia! Przecież to obraz z perspektywy pijaka leżącego na podłodze. Przechodnie się nad nim pochylają, a on trochę śpi, trochę chce uciekać i nie wie, co jest grane. Dlatego tak dziwnie wyglądają. Szacunek, panie Witkacy, nie był pan wcale taki głupi!
Bez tylu denarków po kieszeniach zwiedza się o wiele przyjemniej. Na ekspozycję poświęconą sztuce współczesnej wpadam gnany niczym nieuzasadnionym optymizmem, który natychmiast gasi Leon Chwistek swoim Miastem fabrycznym. Źle oceniam odległość i niewiele brakuje, bym zarył nosem w to arcydzieło. Nie wiem, czy facet kiedykolwiek był w mieście lub widział jakąkolwiek fabrykę, bo te esy floresy kojarzą mi się najwyżej z jajecznicą rozlaną na silnik diesla albo pornolem dla Terminatora. Jakoś niedobrze mi od tego wszystkiego. Może przez tę żółć. Opieram się o ścianę. Przykładam denarka do czoła. Wciąż chłodny. Wypada więc wypić. Puszka wylatuje mi z dłoni i toczy się po posadzce. Czołgam się za nią. Obrazy mają swoją cenę, lecz dobre wychowanie takowej nie posiada.
Pionuję się akurat przed gołą babą. Problem w tym, że jest okropnie brzydka. Obraz nosi tytuł Akt z kotem, a Czyżewski, który go namalował, chyba nie miał ręki do kobiet albo lubił właśnie takie enerdowskie pływaczki, z dupą jak szafa trzydrzwiowa i cycem niby pięść. Każdemu co jego, tylko mi jakoś ten obraz się nie klei. Czemu noga sterczy tak dziwnie? Gdzie się podziały dłonie? Czemu łeb tej panienki jest, lekko licząc, jakiś metr od reszty? Przymykam jedno oko i dalej nie wiem — Czyżewski trzasnął knota czy mi denarki za bardzo namieszały w głowie? Oto prawdziwe trudności w percepcji sztuki.
Do tych trudności dochodzą i inne, mianowicie utrzymanie pionu, w czym nie pomaga ostatnia już puszka. Piję bez obciachu, gapiąc się na najstraszniejszy bohomaz na świecie, czyli W poczekalni u dentysty Samuela Cyglera. Stoją ci obolali ludzie, czekając na jeszcze większe cierpienie. Przypominam sobie, jak drań konował wstawiał mi jedynki po tym, jak sprali mnie koledzy Karambola. Wolałbym zebrać drugi taki łomot, naprawdę.
Filozofowie, księża i artyści spierają się o istnienie Boga, tymczasem sprawa jest jasna. Ból zęba przesądza. Miłosierny Stwórca nie zafundowałby nam czegoś takiego. Jesteśmy sami na świecie.
Myślę więc o Bogu, o Kutavaggiu i o tym, że postawa pionowa jest stanowczo przereklamowana. Jeszcze trochę i mnie tutaj pochowają. Potrzebuję odpoczynku. Osuwam się przy ścianie, podkurczam nogi, przysięgając sobie, że zdrzemnę się tylko pięć minut. Gdy ktoś mnie trąca, jest już ciemno. To znajoma już sprzątaczka, córka Godzilli i marszałka Żukowa. Mówi, że mam wstawać, bo zamykają. Spoglądam po sobie. Leżę na podłodze. Obok pusta puszka. Z kieszeni wyleciały papierosy. Kac zaraz odgryzie mi głowę.
Stanowczo, choć grzecznie proszę, by dała mi spokój. Muszę tutaj zostać. Należę do ekspozycji.
Jestem dziełem sztuki.