Przez całe życie powtarzałem sobie: żyj zgodnie ze swoim nazwiskiem.
Byłem niezwyciężony i nieśmiertelny. Nigdy nie poniosłem klęski, za to spotkało mnie mnóstwo niepowodzeń. Ich gorycz przeżywałem samotnie, wyprowadzałem kontrę, a potem świętowałem z kumplami. Oko za oko, ząb za ząb. Mało kto mi fiknął, a jak fiknął — żałował.
Naprawdę zawsze można być królem, nawet gdy brakuje królestwa.
W czasach Kameralnej zarabiałem w noc tyle co nauczyciel przez miesiąc. Obsługiwałem Macierewicza i Kwaśniewskiego. Po pracy potrafiłem pojechać taksówką na Okęcie, łapałem samolot i piłem poranny koniak w wiedeńskiej kawiarni. Na weekendy jeździłem do Zakopanego, rwałem dziewuchy jak świeże wiśnie i zjeżdżałem z Nosala nawalony w pestkę. Gdy zamknęli restaurację, wzruszyłem ramionami, bo takie po prostu jest życie. Wiedziałem, że sobie poradzę. Zamieniłem samolot na autobus, koniaczek na denarka i wyglądałem swojej szansy. Jeśliby zapytać kogokolwiek na Pradze, kim jest Irek Król, odpowiedziałby, że facetem, który nie daje sobie w kaszę dmuchać. Inni potonęli, lecz jego okręt płynie dalej i prędko nie pójdzie na dno. Irek Król to jest gość. Irek Król jest nie do zajebania. Dobrze, że teraz nikt nie widzi Irka Króla.
Siedzę na brzegu łóżka ze spuszczoną głową. Przede mną — telefon od Kutavaggia. Na nim zegarek. Za pięć minut muszę wyjść. Co ja najlepszego zrobiłem?
Wiedziałem, że nie można mnie skrzywdzić. Podniosę się z każdej kabały. Pilnowałem, by nikogo do siebie nie dopuścić. Żadnych przyjaciół, żadnej kobiety. Wystarczał taki Karambol i starzejące się klientki Balatonu. Bliskość czyni podatnym na ciosy, więc jej unikałem, co było mądre aż do teraz. Mama była ze mną od zawsze. Zapomniałem o niej. Nie przyszło mi do głowy, że ktoś skrzywdzi staruszkę.
Kiedyś takim ludziom rżnięto policzki rdzawym ostrzem. Teraz chodzą po ulicach.
Mógłbym przeklinać tych skurwysynów, lecz mogę mieć pretensje tylko do siebie. Byłem chciwy. Chciałem za dużo i straciłem rozsądek, choć myślałem, że mam go więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Mogłem wziąć pieniądze od Janiny. Mogłem, kurde bele, nie zabierać telefonu z restauracji, a już na pewno nie powinienem drałować do Emka, żeby podbić stawkę.
Gdybym od razu poszedł na policję, nie stałoby się nic złego.
Emek nie zabił Kutavaggia. Ale wiedział kto.
Gdy mrużę oczy, niemal widzę mamę siedzącą w kuchni nad szklanką herbaty w koszyczku. Mama przy zlewie pucuje naczynia, które jej zdaniem pozmywałem niedokładnie. Mama wyrzuca moje podziurawione skarpetki. Mama walczy o pilota, bo w TV Trwam lecą „Rozmowy niedokończone”. Mama, jak płucze pudełko po jogurcie przed wrzuceniem do śmieci. Mama zapłakana po zgonach księżnej Diany, Perepeczki i Mikulskiego. Ocieram własną łzę. Chowam telefon do kieszeni. Tym razem ten właściwy. Żadnych sztuczek.
Przegrałem. Na własne życzenie.
Przegrałem, lecz zwycięzca wygląda jeszcze gorzej, co stanowi raczej marne pocieszenie.
Kutavaggia znałem przynajmniej od czterech lat. Wcześniej nawet nie próbowałem sobie wyobrażać, jak mieszka.
Przekraczam biały obrys ciała i idę dalej. Z kąta czerwonym oczkiem łypie na mnie kamera.
Jasny korytarz wiedzie do ogromnego pokoju, pośrodku którego stoi wielki blat kreślarski zawalony papierzyskami i elektroniką. Rozpoznaję skaner i coś, co wygląda jak długopis, niemniej jest podpięte do kabla, no i świeci. W drukarce wielkości małego fiata ugrzęzła kartka papieru zadrukowana na kolorowo. Prócz tego widzę mnóstwo pudełek z ekranikami, myszki komputerowe oraz kubeczki po kawie, chyba ze dwadzieścia, zalegające wszędzie, łącznie z podłogą.
Jeden roztrzaskano. Odłamki wciąż leżą na ziemi, każdy oznaczony numerkiem przez policjantów. Ścianę szpeci ciemnobrązowa plama, osobliwie podobna do dłoni z wystawionym środkowym palcem. Pod białym krzesłem leży rozcięty sznur metrowej mniej więcej długości. Wygląda na bardzo mocny. Obok wala się zmięta szmata.
Chałupa przypomina mieszkanie wariata zakręconego na punkcie nowych technologii, a nie plastyka po siedemdziesiątce. Półkę zapełniają aparaty fotograficzne. Obiektyw jednego jest gruby i długi jak fiut Murzyna. Nogi plączą mi się w kable. Zamiast obrazów na ścianach wiszą ekrany. Niektóre malutkie, inne wielkie niby prześcieradło. Dostrzegam inne kamery. Przypuszczam, że Kutavaggio obserwował samego siebie na tych ekranach. Tak strasznie siebie kochał, a teraz jest martwy. Ja siebie nienawidzę. Czy to znaczy, że będę żył długo? Gdzie mama? Co się z nią stało? Emek nie kwapi się z udzieleniem odpowiedzi. Tylko stoi i się trzęsie. Wygląda jeszcze gorzej niż przy ostatniej okazji. Ma koszulkę z różą i pistoletem, workowate spodnie i skarpetki w barwną kratę. Nie śmie na mnie spojrzeć. Obejmuje się, jakby było mu zimno. Mam ochotę mu przywalić, wiem jednak, że ktoś jeszcze bierze udział w tej grze.
Emek przeprasza. Przysięga, że nie chciał tego wszystkiego, ale za bardzo drążyłem i musiał coś zrobić. Pytam więc, czy to moja wina. Kuli się chłopaczek, zaprzecza ruchem głowy i zaczyna siebie przeklinać. Nic nie umie, do niczego się nie nadaje. Jest głupim ćpunem, który zniszczył sobie życie. Udusi się własnymi rękami. Zrozumie, jeśli zabiję go na miejscu. Z nosa zwisa mu szmaragdowy śpik. Popycham go lekko, żeby nie runął. Kości jak z papieru, skóra sucha, pytam: gdzie, do kurwy nędzy, jest moja matka?
Śpik odrywa się od czerwonego kinola i ląduje między kablami. Emek wycofuje się, spoglądając za siebie. Pcham go przez pokój. Kątem oka widzę sypialnię z łóżkiem zakrytym jedwabiami czy innym szajsem. Powyżej migoczą ekrany. Dziwne, że ten stary cap nie pozawieszał ich jeszcze na oknach. Emek chrząka przepraszająco. Kładzie dłoń na klamce drzwi prowadzących zapewne do łazienki. Wyraźnie się waha, czy je otworzyć, więc podejmuję decyzję za niego. Doprawdy, chłopak ocenił się nazbyt surowo.
Na taran nadaje się doskonale.
Emek wstaje z kafelków i krztusząc się, dziękuje, że potraktowałem go tak litościwie. Przysięgam, zaraz urwę mu głowę, bo w wannie leży moja mamusia. Ma związane ręce i nogi oraz knebel w ustach. Na mój widok zaczyna machać głową. Próbuje coś powiedzieć. Idę o zakład, że przeklina.
Chcę lecieć w jej kierunku, gdy coś podcina mi nogi, a świat wywraca się do góry kołami. Walę gębą o kafelki, jak Emek ciut wcześniej, lecz mam więcej sił od niego. Próbuję wstać i niech to krew zaleje — jakby ktoś mnie podpalił. Płomyki biegną od źródła ognia, ulokowanego w miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. I jeszcze raz! Chrystusie brodaty! Znam to aż za dobrze z czasów, kiedy często zbierałem manto na komendzie.
Tylko jeden człowiek z tej bandy popaprańców ma łatwy dostęp do paralizatora. Przed moją twarzą wyrastają wojskowe buty. Wyrastają na twarzy, jeśli chodzi o ścisłość. Jak mogłem nie wziąć tej mendy pod uwagę? Ochroniarz po raz trzeci traktuje mnie paralizatorem i mówi, żebym wstawał, nie widząc sprzeczności między jednym a drugim. Przysięgam, że go zabiję. Mogę sobie przysięgać, bo teraz on jest u władzy, zwalisty, wielki i tępy jak troll spod mostu, w uniformie służbowym, z pałką w jednej i paralizatorem w drugiej dłoni. Aż mlaszcze z tego tryumfu. Wstaję. Trąca mnie paralizatorem i mówi, żebyśmy wracali do pokoju. Emek zostanie tutaj. Przypilnuje mamy, która przestała już się rzucać i tkwi nieruchomo w wannie. W jej oczach próżno szukać smutku, rozpaczy i troski. Jest wyłącznie wściekłość. Przegryzłaby gardła tym dwóm, gdyby tylko mogła.
Na razie czerwona, tłusta grdyka tego bydlaka jest bezpieczna. Paralizatorem popycha mnie do pokoju, każe usiąść pod ścianą, schować ręce za siebie i podać sobie telefon. Pytam, jak u diabła mam pogodzić jedno z drugim. Próbuję zacząć rozmowę. Zamiast ochroniarza gada paralizator. Wyjmuję ten pieprzony telefon i podaję na wyciągniętej dłoni. Ochroniarz wpycha pałkę do kabury. Sięga. Telefon zaczyna piszczeć.
Ekrany uruchomiają się jednocześnie. Wyświetlają widok z kamery na przedpokój. Minie chwila, nim połapię się, w czym rzecz. Nie ma jeszcze obrysu trupa.
Nagranie zrobiono wcześniej.