Powiadają, że Kutavaggio leżał z rozkrzyżowanymi ramionami, a w otwarte usta dałoby się bez trudu wepchnąć jabłko. Miał na sobie prążkowaną marynarkę i taką też koszulę. Diabli wiedzą, dlaczego właściwie umarł, ale rozbity łeb i krwawy kleks na marmurowej mozaice obok pozwalają wyrobić sobie jakiś osąd w tej materii. Mieszkanie wyglądało, jakby Ruskie przeszły. Rzeczy z szuflad wywalone. Ubrania z szafy na podłodze. Pozrzucane obrazy — szukano sejfu. Nikt nie wie, czy coś zginęło ani kto sprzątnął Kutavaggia, ale teraz ludzie mordują się za buty, stówkę i butelkę, więc mógł to być każdy. Mnie jednak frapuje coś innego. Ciało znalazła córka jego siostry. Umówili się na osiemnastą trzydzieści. Kutavaggio się nie odzywał. Poszła do kantorka ochrony, ochroniarz otworzył, no i go znaleźli. Wiem o tym, trzecią godzinę donoszę wódkę i zakąski. Brzmią głosy żałobników. W Balatonie odbywa się stypa.
Takie imprezy u nas to rzadkość. Najczęściej mają miejsce w ponurych knajpach przycmentarnych, gdzie leją ciepłą harę po trzy pięćdziesiąt, a między nogami urżniętych żałobników krążą ogłupiałe, przerażone pacholęta. Ktoś jednak wymyślił, by Kutavaggia pożegnać w jego ukochanej restauracji. W gruncie rzeczy trochę żal, bo trudno o weselszą balangę od stypy. Żałobnikom puszczają hamulce i mówią chyba wszystkie żarty, jakich nie zdążyli powiedzieć zmarłemu, póki dychał. Faceci kopcą w kiblu i łapią stare baby za cycki. Stypy to kupa radości — wyjąwszy tę. Kutavaggio mógł sobie latać do Wiednia jak do Piaseczna i wystawiać nawet na Księżycu. Co z tego? Przy stoliku siedzi tylko garstka ludzi z nosami na kwintę.
Znajoma już matrona — ta, którą odprowadziłem do renówki — to jego starsza siostra. Siedzi, jakby połknęła drąga, i ledwo moczy usta w koniaku. Nadskakuje jej żylasty brodacz w obcisłym swetrze: pani Janino to, pani Janino tamto, czy coś mogę zrobić dla pani, pani Janino? Cały czas gada tylko o tym, że nie może uwierzyć w tę straszną tragedię. Zbysiu był przecież dla niego jak brat. Wzrok Janiny daje mu do zrozumienia, że nie ma pojęcia, o czym tak naprawdę mówi. Naprzeciw brodacza w swetrze siedzi ten troglodyta, którego widziałem wcześniej w samochodzie. W czarnym garniturze wygląda, jakby utknął na imprezie z okazji trzydziestolecia ukończenia szkoły specjalnej. Włochate łapki rwą się do kieliszków. Wystarczy jedno spojrzenie Janiny, żeby się skulił.
Towarzystwa dopełnia młody ćpun i smutna kobietka po pięćdziesiątce. Ćpun ma podgolone boki głowy. Resztę kudłów spiął w misterny kok. Nosi błękitną marynarkę na wymięty podkoszulek, ma bransoletki na przegubach, a z szyi zwisa mu najprawdziwszy różaniec, jakby bronił się modlitwą przed atakiem serca. Poci się, dyszy i patrzy na boki. Na próbę nawiązania rozmowy reaguje machnięciem ręki, zresztą zagaduje go tylko ta smutna kobietka. Reszta traktuje go jak powietrze. Znam takich. Zaraz poleci do klopa i wróci rumiany, gadatliwy i z każdym będzie się bratał.
Smutna kobieta to inna para kaloszy. Ma trójkątną twarz. Siedzi w delikatnej skórzanej kurtce, a rozmiarom jej kolczyków ustępuje tylko wisior majtający się w piegowatym trójkącie dekoltu. Bez przerwy poprawia okulary i też tęgo pije. Wiem już, że nazywa się Kryśka i jest córką Janiny. To ona znalazła trupa. Trudno się dziwić, że jest jej nieswojo, lecz mnie trapi coś innego. Gdy Kryśka przyszła, Kutavaggio był sztywny od jakichś pięciu godzin. Tak mówią. To oznacza, że zginął zaraz po wyjściu od nas, z Balatonu.
Jeśli ktoś płacze po Kutavaggiu, to tylko Baryton. Grubas dosłownie zalewa się łzami. Za każdym razem, gdy zachodzę na kuchnię, słyszę, jakie to wielkie nieszczęście, jaka strata niepowetowana. Biedny Baryton nie może nawet patrzeć na opustoszały stolik. Przecież Kutavaggio przychodził do nas codziennie. Łzy jak grochy leją się na sałatkę śledziową, a ja doskonale wiem, o co chodzi. Stówki się skończyły. Już nikt nie będzie płacił ekstra, żeby postać sobie pół godzinki na zapleczu.
W takie dni jestem spluwaczką na cudze emocje. Uczucia są jak papierki po kieszeniach. Nikt ich nie potrzebuje. Każdy ma ich zbyt wiele. Ledwo porzucam Barytona, a już wyrasta przede mną ów młody ćpun, który właśnie opuszcza ubikację. Gęba mu się śmieje, jakby dopiero teraz, stojąc nad pisuarem, uprzytomnił sobie, jakiego ma dużego. Pyta, czy znam tajemnicę jego imienia. Odpowiadam, że to rzeczywiście musi być wielki sekret, skoro nawet nie wiem, jak ma na imię. Gapię się na lśniący nos. Chłopak nazywa się Emanuel, co oznacza „Bóg z nami”. Uważa, że zmarły ojciec zrobił mu tym doskonały dowcip. Uświadamiam go, że nie widzę w tym nic zabawnego, i zostawiam, by zmierzył się z tą myślą w samotności. Ani mu to w głowie. Nim dojdę do stolika, kładzie mi rękę na ramieniu i pozwala mówić do siebie Emek. Strącam tę łapkę. Są inne kłopoty.
Przy stoliku usiłuje usiąść cham w uniformie ochroniarza. Zapewne to on wraz z Kryśką znalazł biednego Kutavaggia. Ma szerokie barki, kwadratową szczękę i idę o zakład, że w swych młodych latach stał dokładnie tam, gdzie ZOMO, teraz jednak się przymila. Opowiada, jakimi to byli z Płaczkiem przyjaciółmi. Rozmawiali o sztuce. Przynosił mu jedzenie. Kryśka najchętniej pozwoliłaby mu usiąść, Emek nawet by polał, ale Janina jest nieubłagana. To impreza tylko dla najbliższych. Zerka w moim kierunku, więc ruszam do czynu. Klaruję prawidła rządzące stypą, ale do takiego chama nie dotrze nic lżejszego od ciosu płytą chodnikową między głęboko osadzone ślepia. W końcu ustępuje. Prowadzę go do wyjścia, popychając przed sobą jak ogłupiałe cielę. Zaczyna się mazać dokładnie w chwili, gdy wystawia łeb na deszcz.
Słyszę, jakim nasz Kutavaggio był miłym człowiekiem. Zawsze pytał o samopoczucie. Ochroniarz nie ma pojęcia, kto mógłby mu zrobić krzywdę, i z żalem zerka przez szybę w stronę zgromadzonych. Uświadamia mi, że mamy ze sobą coś wspólnego. Obaj żyjemy w cieniu wielkich ludzi, takich właśnie jak Kutavaggio. Pomagamy im na co dzień. Trzymamy strzemię, gdy taki dosiada konia. Przyznaję mu rację. Powiedziałbym wszystko, żeby tylko wreszcie sobie poszedł. Ochroniarz klepie mnie w ramię i mówi, że kiedyś musimy się napić. Czuje we mnie bratnią duszę. Mieliśmy wspólnego przyjaciela. Koniecznie, odpowiadam, choć prędzej waliłbym rycynę na wiadra, niż pił z tą mundurową kanalią. Patrzę, jak odchodzi. Wyłuskuję chesterfielda.
Pięć minut na papierosie okazuje się grubym błędem. Z kuchni zdążył wychynąć Baryton. Jak znam życie, wezwał go urżnięty Emek, poszukując towarzystwa człowieka prostego. Teraz na nim wisi. Janina chwali doskonałą kuchnię, a ja wyciągam nogi, by ratować sprawę, nim będzie za późno. Baryton raduje się z komplementów. Strzela z palców i świszcze swoim falsecikiem, że ukochany nieboszczyk zostawił w restauracji telefon.
Spojrzenia wszystkich prześlizgują się po mnie z jednym tylko wyjątkiem — Kryśka odwróciła głowę i przygląda się butelkom ustawionym nad barem. Baryton ma tyle rozumu, by zmienić temat, ale jest po ptokach. Pytam, czy coś jeszcze podać, donoszę wódeczkę, a gdy próbuję odnieść brudne talerze, czuję wątłą łapkę oplatającą mi przegub. Janina ciężko podnosi się z krzesła. Unosi ostre kąciki ust i pyta, czy to prawda z tym telefonem. Dodaje, że w życiu nie posądziłaby mnie o kradzież. Przecież jestem uczciwym człowiekiem, a każdy uczciwy człowiek jest bardzo zapracowany. Ona, Janina, może to zrozumieć, bo doskonale zna życie. Robiąc zakupy, nieustannie myli dwuzłotówkę z piątką i sprzedawczyni bierze ją za oszustkę. Taki wstyd! Janina zawiesza głos i wlepia we mnie jadowite ślepia. Kładę rękę na telefonie spoczywającym w kieszeni i już chcę go wyjąć, gdy Janina zdobywa się na kolejny uśmiech i mówi coś, co przekreśla wszystko: jeśli teraz oddam telefon, nie będę miał żadnych kłopotów.
No dobra. Tak chcesz się bawić? Mi tam muzyka w tańcu nie przeszkadza. Rozkładam szeroko ramiona i odpowiadam, że nie mam żadnego telefonu. Nie wiem nawet, o co chodzi. Niczego nie znaleziono. Stara cwana morda osuwa się jak piasek z łopaty. Bo co mi zrobisz, co poczniesz, babino, z tak jawną bezczelnością? Wrócisz do domu i będziesz myśleć, jaki ze mnie kawał sukinsyna, choć zapewne nie użyjesz takich słów. Zaciśniesz szare piąstki. Wykonasz kilka rozpaczliwych telefonów, może nawet na policję, ale z tego dzwonienia nie wyniknie absolutnie nic. Wobec jawnego kłamstwa człowiek jest bezradny tak samo jak wobec prawdy. Tak właśnie myślę, gnę się w ukłonie i wracam do obsługiwania gości. Przynoszę butelkę w kuble z lodem i parujący żur. Janina kojarzy mi się teraz z flamingiem, któremu szyję zawiązano na supeł.
Dochodzą mnie strzępki rozmów o zmarłym i chyba rzeczywiście tęskni za nim tylko nieszczęsny Baryton. Janina odzyskała wigor i wygłasza opinię, że Kutavaggio był artystą niewielkiego talentu, lecz ogromnej pracowitości. Zastanawiam się, czy to naprawdę komplement. Brodaty plastyk zgadza się z tym w całej rozciągłości i sadzi przemowę wychwalającą talenty biznesowe denata, których on sam jest boleśnie pozbawiony. Najwyraźniej liczy na jakiś ochłap z pańskiego stołu. Jedna Krystyna zauważa, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale. Kutavaggio był niezwykłym człowiekiem z mnóstwem najzwyczajniejszych wad i jeszcze za nim zatęsknią. Wszyscy przypominają sępy pchające się do truchła. Najmłodszy i najsłabszy wyrywa się przed szereg, najwyraźniej licząc, że coś mu skapnie — Emek pijany w sztok zaczyna się tulić.
Na czole i policzkach wykwitły mu czerwone plamy. Nos lśni. Oczy płoną. Emek ma mnie za dobrego kumpla i wyraża nadzieję, że się dogadamy. Doskonale rozumie, dlaczego nie rozmawiałem z Janiną. To harpia. Kucharka przebrana za księżną. Gdybym oddał jej telefon, skrzywdziłbym wszystkich, a najbardziej siebie, mówi i grzebie po kieszeniach w poszukiwaniu banknotów. Składa pomięte stówki, opowiadając coś o zaliczce. Jutro przyniesie resztę, jak tylko skołuje. Pół teraz, pół potem. Cała Polska na tym stoi. Słucham tej paplaniny, popychając delikatnie Emka z powrotem w stronę stołu. Zwala się na krzesło, wbija wzrok w obrus. Nawet nie rozumie, że mu odmówiłem.
Rozchodzą się przed dziesiątą. Pierwszy podnosi się brodaty artysta. Przez szybę widzę, jak stawia sobie kołnierz i markotny maszeruje w stronę przystanku. Emek, panisko, decyduje się na taksówkę, do której by nie dotarł bez pomocy Krystyny. Ta już nie wraca. Czeka na matkę, paląc cienkiego papierosa. Janina zbiera się ostatnia i płaci cały rachunek, a gdyby spojrzenie mogło zabić, siedziałbym już z Płaczkiem na łonie Abrahama. Troglodyta ujmuje ją pod rękę i zaraz puszcza, żeby otworzyć drzwi.
Siadam przy stole, zachodząc w głowę, co właściwie się wydarzyło. W tych rozmyślaniach pomaga niedopita butelka. Emek fruwa wśród różowych słoni, ale Janina jest cwana i rozsądna. Dlaczego tak jej zależało na telefonie? Po co komu aparat, który nawet nie dzwoni? Pojawia się myśl, że powinienem był wziąć te stówki od Emka. Lepiej mieć, niż nie mieć. No, ale mleko się rozlało. Muszę posprzątać. Muszę wrócić do domu. Obładowany zachodzę do kuchni, gdzie zastaję Barytona z łapą w kieszeni mojej kurtki.
Lanie grubasów zawsze sprawiało mi kłopot. Chudy to co innego. Pacniesz raz i się składa, grubas zaś stoi, macha łapami, a pięści grzęzną w tłuszczu. Innymi słowy, grubego tylko w mordę. Na szczęście z Barytonem nie mam nawet tego kłopotu. Odpada od kurtki, unosi łapki i przeprasza, gnąc się niby smark na wietrze. Nie wie, co w niego wstąpiło. Podchodzę. Sprzedaję mu plaskacza na otrzeźwienie. Po zaczerwienionym policzku sunie wielka łza. Mógłbym mu wtłuc, ale wówczas baran doszedłby do wniosku, że wszystko jest w porządku. Próbował mnie okraść. Zebrał łomot. Jeden do jeden, rachunki wyrównane. Nie ma mowy, sukinsynu.
Chwytam drania za wszarz i targam przez kuchnię niczym wielki zasmarkany tobół. Brzęczą spadające sztućce, poleciały kieliszki, talerz się roztrzaskał. Przyciskam Barytona do ściany. Głowa ucieka mu w głąb podbródka. Przeklina własną chciwość. Doprawdy, nie wie, co go podpuściło. Przecież jest moim przyjacielem. Tylko go namówili. Oszołomili forsą i dlatego grzebał w mojej kieszeni za telefonem. Dwa tysiące złotych? On, Baryton, tak niewiele zarabia. Ma rodzinę na utrzymaniu. Ma kredyt, długi, chorobę wieńcową i nadciśnienie. Słucham tej litanii nieszczęść. Zadaję oczywiste pytania. Kto chciał płacić? Jak się umówili? Baryton chlipie i mówi. Ustawili się jutro, w samo południe, pod przęsłem mostu Poniatowskiego od strony Pragi, czyli naszej. Baryton zalewa się łzami, błaga o wybaczenie i deklaruje przyjaźń dozgonną. Puszczony, natychmiast pada na kolana, jakby szukał szkieł kontaktowych.
Nie zleję go, bo mi go szkoda. Jak sepleniącego dziecka. Jak psa z wydłubanym okiem. Upokarzam go, bo litość jest gorsza od łomotu. Poza tym Baryton się myli. Nie jest moim przyjacielem. Nigdy nie był.
Frajerzy mają przyjaciół. Ale nie ja.