Czasem pytają mnie, na czym polega życie. Z jakichś przyczyn niektórzy sądzą, że kelner posiada stosowną wiedzę na ten temat. Powinienem do pensji otrzymywać dodatek mądrościowy.
Niektórzy sądzą, że najważniejsze jest gonienie za forsą. Inni wskażą panienki, Pana Boga, pracę albo oddanie niewdzięcznym bachorom, a potem stoją z wywalonymi kieszeniami i dziwią się, dokąd czmychnęło szczęście. Znałem cwaniaków, wojowników i dyplomatów znad kieliszka, znałem silnych i słabych, małych i dużych, znałem wielu, a jednak — mylili się wszyscy. W życiu chodzi o to, żeby się nie wywrócić.
Bądź, kim tam sobie chcesz. Kucharzem jak Baryton. Pijaczyną jak ten cały Emek. Ale stój. Niekoniecznie prosto. Możesz się garbić. Albo ściskać własny gorejący łeb. Tylko się nie wywracaj. Runiesz — natychmiast zadepczą.
Wiem, co mówię, bo opuszczam Konesera, z trudem zachowując pion. Wykonuję niezdarny półobrót, przyciskając do piersi bezcenny czteropak denara, i walę czołem o słup. Mniej więcej o czymś takim mówiłem. Niepotrzebnie dopijałem wódkę w Balatonie. Wódkę po złych ludziach należy zostawić w spokoju.
Na Pradze nigdy nie jest cicho. Właśnie o tym myślę, gdy pogwizdując, maszeruję sobie ku Nieporęckiej. Na Mokotowie na przykład cisza zapada wedle dziesiątej i nie chce puścić do czwartej rano, kiedy to przenosi się na Stare Miasto, gdzie ma dla siebie tylko godzinkę. Ursynów trwa w ciszy przez trzecią część nocy. Podobnie jest z Żoliborzem, Tarchominem oraz Bródnem, a na Białołęce, moi mili, cisza panuje nieprzerwanie, chyba że kierowca autobusu nocnego staranuje dzika.
Tymczasem Praga nie zna ciszy. Za dnia tłucze się łoskotem tramwajów, rykiem silników samochodów dostawczych, wrzaskami rosłych bab spod Tesco i chlupotaniem brei młodzieżowej mowy. Rejwach ten wedle dwudziestej drugiej spłaszcza się w szum. Gasną światła w oknach. Znikają samochody. Garbate cienie suną ciągnięte przez sny. Idę sobie i ja.
W tym szumie brzmi prawdziwy oddech miasta. Jakaś babina drze się na męża pijaczynę. Łoskot, wysoki wrzask — piąchy poszły w ruch. Syczą otwierane puszki, trzaskają zapalniczki, z których uciekł już gaz. Słychać echa rozmów po bramach. Ktoś ryczy, zmyka ktoś — chłopaczyna leci przed siebie, wyciąga kulasy, lecz dojadą go przecież, jeśli nie dziś, to jutro. Nic mnie to nie obchodzi. Skręcam w Nieporęcką, gdzie ciemno i mur, za którym zamarła budowa. Przynajmniej przestali się tłuc.
Te dźwięki są jak cykanie świerszczy, jak rzeki szum — szybko przestaję zwracać na nie uwagę. Gdyby zniknęły, pewno poczułbym się dziwnie. Cisza pluje w mordę. Ciszy nigdy nie powinno być.
O takich rzeczach myślę, gdy wracam do domu.
Choć najczęściej nie myślę nic.
Przed samym wejściem, przy samej kracie, ogarnia mnie pijacki lęk, że zgubiłem telefon. Wolną dłonią przetrząsam kieszenie. Wyjmuję. Jest! Włączam. Przypominam sobie, co Karambol mówił o zdjęciach, i próbuję cyknąć jedno, wciąż przyciskając czteropak do piersi. Nasze Matki Boskie zasługują na uwiecznienie. Mamy bowiem dwie, po obu stronach kapliczki. Jedna jest wesoła, druga smutna. Jedna ładna, druga ufurmaniona po welon. Która opiekuje się mną?
No i macie odpowiedź. Szukam migawki i nogi plączą mi się z tego wysiłku. Nim pojmę, co się dzieje, wywijam orła, jakiego świat nie widział, waląc plecami o bruk. Gwiazd jest jakby więcej, a ja widzę, jak na zwolnionym filmie, cztery puszki złotego denara, które obracają się w powietrzu na podobieństwo odłączonych członów rakiety. Nagle wszystko przyspiesza. Spadają obok mnie, bach, bach, w tym jedna tuż obok głowy. Oddycham ciężko. Ściskam telefon. Działa.
Kto pije, ten się nie zabije.
Mamusi chyba trochę odbija na starość. Już na wejściu informuje mnie, że zionę alkoholem i powinienem coś ze sobą zrobić. Ta praca mnie wykończy. Żadna matka nie powinna chować swojego syna, rzecze moja matuś, a właśnie buduję własną trumnę. Trumna będzie z puszek i ramek po fajkach oraz szkodliwego jedzenia. Świat dawno wybrał życie, stwierdza mamuś. Wyrywa się, gdy próbuję ją objąć, i zaraz przestaje.
Opowiadam o tym, co się dzisiaj zdarzyło. Nie wiem dlaczego, ale okropnie lubię mówić o sobie swojej mamie. Zresztą, żałobnicy od Kutavaggia to cudaki kompletne, można by z nimi cyrk założyć. Głośno zastanawiam się, czy wszyscy artyści są tacy oraz czy artyzm infekuje najbliższe otoczenie na podobieństwo cholery albo trądu. Aż muszę przysiąść, żeby się nad tym zastanowić. Stawiam piwko na kuchennym blacie. Popijam małymi łykami.
Przyglądam się kuchni i dochodzę do wniosku, że coś się tutaj nie zgadza. Tylko nie wiem co. Niby wszystko po staremu. Na lodówce pamiętającej rządy Jaruzela jest mnóstwo magnesów, każdy z nazwą innego miasta i jakimś symbolem. Jak Londyn, to dzwon. Jak Kopenhaga, to Mała Syrenka. Polska ma pewno moczymordę wtulonego w zwiędłe cyce, czy coś takiego. Mamusię interesuje jednak zagranica, no i zbiera te magnesy. Każdy, kto gdzieś pojedzie, musi jej taki przywieźć, choć sama była najdalej w Ciechanowie. Na lodówce stoją stara waga i mosiężne odważniki w drewnianej ramie. Brakuje zresztą dwóch. Radio gra Bacha. Nasza kuchenka najpewniej pochodzi z czasów, kiedy tworzył ów wielki kompozytor. Za to piecyk powyżej jest nowy. Mamusia boi się gazu. Bardzo nie chce wylecieć w powietrze.
Matuś siada obok, na stołku bez oparcia. Jej zdaniem tylko w ten sposób można uchronić się przed bólem pleców. Kiedyś doradziłem jej klęcznik i zaraz dostałem ręcznikiem po głowie. Nachyla się ku mnie, marszczy nos i kręci głową — tak trapi ją moja twarz zniszczona i cienie pod oczyma. Taki ładny był ze mnie chłopak. No był, był — mówię — ale mnie w szpitalu, za dzieciaka, zamienili na brzydkiego. Mama najpierw trawi moje słowa, potem się śmieje, a na koniec oznajmia, że jestem głupi. To wiem bez jej opinii. Ale co się zmieniło w naszej kuchni?
Gniotę puszkę i celuję do kosza. Ręka kamienieje w pół ruchu. Już wiem, tylko nie wierzę w to, co widzę. Między zlewem a kuchenką stoi nie jeden, ale trzy śmietniki, do tego każdy wyłożony workiem foliowym. Jeden czerwony, drugi niebieski, a trzeci, psia mać, żółtawy jak kliniarz w promieniach poranka. Mamuś nigdy nie miała oka do kolorów. W jakiś mglisty sposób kojarzy mi się to z kubłami jak kopuły, które od niedawna stoją na naszym podwórku. Najdroższa moja rodzicielka podrywa się ze stołka i tłumaczy nowy porządek rzeczy. Jeden kosz jest na papiery i kartony, w drugim znajdą się wyłącznie resztki jedzenia, do trzeciego ewentualnie mogę wrzucić swoją puszkę, pod warunkiem że ją opłuczę. Nie wiem, jak wyglądam, ale przypuszczalnie wywalam gały jak wół patrzący na pendolino.
To nie koniec maminej przemowy. Słyszę, że każdy worek musi trafić do stosownego pojemnika. Tylko w ten sposób uratujemy naszą planetę przed globalnym ociepleniem. Cóż, wizja Irka i Ryszardy Królów zbawiających świat za pomocą trzech kubłów i torebek w różnych kolorach ma swój urok, lecz dla mnie to chyba nazbyt wielki ciężar. Poza tym kto słyszał o czystych śmieciach? Śmieci powinny być brudne, do ciężkiej cholery! Zdaniem mamusi myślę tylko o sobie. Podpaliłbym świat tylko po to, by zakurzyć papierosa. Nic mnie nie obchodzi. Słucham o topniejących lodowcach i głodzie w Afryce. Co o mnie powiedziałby Ojciec Święty? Czy przyszło mi do głowy, jak szkodliwy jest kotlet serwowany w Balatonie? No, wypraszam sobie, w życiu nie zamówiłbym u nas spaghetti bolognese, lecz schaboszczaka mamy całkiem do rzeczy. Nie w tym rzecz, odpowiada moja mama. Krowy emitują masę gazów cieplarnianych. Każdy kawałek mięsa sprawia, że podnoszą się oceany. Słucham tego wszystkiego z otwartymi ustami, a mama wyjmuje mi puszkę z ręki i wrzuca do odpowiedniego kosza.
Mamusia niewiele sypia. Uważa, że wypocznie w grobie. Dochodzi pierwsza, mam mocno w czubie, pewno przez tę wódkę, którą dopiłem w Balatonie. Niejasno rozumiem, że jutro rano obudzę się w świecie, gdzie śmieci muszą być czyste, a każdy mięsożerca to doktor Mengele. Sprawczyni tego zamętu leży już w łóżku zapięta pod szyję i czyta Dzienniczek siostry Faustyny.
Pokazuję mamusi ten telefon. Proszę, żeby się uśmiechnęła, to zrobię jej zdjęcie. W odpowiedzi zasłania twarz. Twierdzi, że jest za stara, za brzydka. Prosi, bym schował ten szajs. Matuś kochana, nie mów w ten sposób! Wiesz, ile za to płacili? Na to mama wyciąga przed siebie rękę jak wampir osłaniający się przed światłem słonecznym. Jej zdaniem telefony komórkowe powodują raka. Im większy, tym bardziej rakotwórczy, a musicie wiedzieć, że w moje posiadanie wszedł aparat gigantycznych rozmiarów. Nowotwór szaleje w moim pustym łbie. Pałaszuje zwoje. Cykam zdjęcie za zdjęciem. Mamusia jak mała dziewczynka naciąga kołdrę na twarz. Mówi, że fotografie robi się tylko ładnym dziewczynom. Wystawia oczy dopiero, gdy odkładam aparat na blat, daleko od niej.
Indianie wierzyli, że każde zdjęcie zabiera cząstkę duszy. Mówię o tym mojej mamie i zapytuję, czy to dobry Manitu kazał jej segregować śmieci. Mama tymczasem pyta, co zamierzam zrobić z telefonem, skoro tak mądrze odrzuciłem wszystkie szanse jego upłynnienia. Akurat na handlu zna się nieźle, bo przestała pół wieku w szczęce pod Pekinem i dopiero potem wzięła się za naprawianie świata. Prosi, żebym nie żartował, i wyraża przekonanie, że ludzie umierają jakby częściej, od kiedy wynaleziono telefony komórkowe. Nagle poważnieje i prosi, bym zadzwonił do Janiny i oddał jej własność.
Piwo natychmiast zaczyna szybciej wchodzić. Jak to oddać? W jakim celu? Groziła mi nawet, cwana rura. Mamusia przypomina, że to nie mój telefon. Jasne, tych ludzi też nie. Należał do Kutavaggia, Kutavaggio poszedł w piach, więc można mnie nazwać nieoczekiwanym spadkobiercą. Beneficjentem okoliczności towarzyszących zejściu, tak mówię, a mama puka się w głowę. Prosi, bym go oddał, bo inaczej umrzemy. Wściekłaś się, mamuś? Z tym rakiem to bzdura.
A ona bierze mnie za rękę, patrzy w oczy, jak tylko matka umie, i pyta, czy przypadkiem Zbigniew Płaczek nie zginął przez ten telefon.