Dziś nie idę do pracy, wskutek czego znajduję moment na rozmyślanie o piekle czasu wolnego. Pierwsza nieśmiała myśl przedziera się przez cierpką magmę papierosowego kaca, gdy przekonuję się do chleba z białym serem i szczypiorkiem naszykowanego przez mamę. Siedzimy w kuchni, a mama zabiera mi kawę sprzed nosa i stawia na parapecie. Najpierw muszę zjeść. Mogę zabijać się, kiedy ona nie patrzy.
Żuję kanapkę i zerkam za okno, gdzie znajduję przykład harmonijnych stosunków między ojcem a synem. Synalek ma może pięćdziesiątkę, grube okulary, a dzięki rozpiętej dziurawej kurtce widzę flanelową koszulę wepchniętą w spodnie podniesione na wysokość splotu słonecznego. Dla odmiany tatko wygląda jak Święty Mikołaj trafiony granatem. Puszcza wózek i garbi się przy chodniku, poszukując niedopałków. Ocenia każdy, obracając w brudnych paluchach, i ładuje do paczki po winstonach. W tym czasie synalek już grzebie w kontenerach, wsadziwszy łapę aż po łokieć. Wręcz kładzie się na kopule. Jedna za drugą wylatują puszki, tatko zaś schyla się po nie, miażdży butem i wsadza do siatki uwieszonej przy wózku. Synalek wywleka kartony, tatuś składa je starannie, układa jedne na drugich i krępuje sznurkiem. Opalają niedopałek na spółkę. Segregację śmieci Praga znała, nim wpadli na nią nasi wspaniali ministrowie.
Mówię to mamie i dumam dalej nad czasem wolnym. Ludziom na łby się rzuciło. Gadają w kółko o urlopach i czekają na piątek, tymczasem tych dwóch z wózkiem będzie zapieprzało nawet w Wigilię i Dzień Podatnika. Szacunek dla was, chłopaki! A wy, skończeni durnie, co zrobicie z czasem wolnym, na który tak czekacie? Urżniecie się z kolegami, którzy was nie lubią i nudzą się jak mopsy. Rano wpełzną wam do łóżek tępe, chciwe niewyskrobki. Wywleczecie się ku tłustym, zrzędliwym żonom, pójdziecie do galerii handlowej, do zoo, do Kopernika, pocąc się wczorajszą wódką, z oddechem brudnym od szlugów, tylko po to by, zakrzyczani, zagłuszeni wysupłać dwie dychy na gówno wartą zabawkę w McDonaldzie. Wieczorem siądziecie przed telewizorem, oglądając jakiś świetny serial ze znanymi aktorami, nakręcony tylko po to, by ostudzić dymiące jeszcze pogorzeliska waszych mózgów. Potem pójdziecie spać. W waszych łbach będzie krążyło mnóstwo myśli, ale żadna mądra. Nie wiecie nawet, że jesteście nieszczęśliwi, w ogóle gówno wiecie. Czas wolny rozmiękcza charakter i niczemu nie służy. Wielki Hannibal, Mozart i Einstein nie mieli czasu wolnego.
Gadam tak, trochę do mamy, trochę sam do siebie, a wszystko dlatego, że nie idę dziś do roboty. Pracuję w systemie zmianowym, po czternaście godzin dziennie, a potem dwa dni laby. Macie tu źródło mego frasunku. Chciałem dłużej, ale usłyszałem o jakichś prawach pracowniczych. Kolejna mądrość tych parszywych czasów. Jedyne prawa, jakie się liczą, to te, które wydrzesz życiu z gardła.
Dni wolne zazwyczaj są okropne. Najlepszym, co mogę, jest spacer do Konesera i czytanie, aż literki się roztańczą. Czasem najmuję się do noszenia bogatych starców. Szmal nie przywróci im nóg, więc mogą na mnie krzyczeć, a potem całować po rękach. Robię drobne remonty. Wyprowadzam psy, choć nie potrzebuję zarobić więcej niż w Balatonie. Mama znów rozpacza, że niczego nie odłożyłem za dobrych lat Kameralnej, więc pytam, co zrobiłbym z tymi pieniędzmi. Kupił mieszkanie. Przecież mam dach nad głową. Gdzie będzie mi lepiej niż u mamy? Matuś zsuwa okulary na koniec nosa. Uważa, że wtedy wygląda mądrzej niż zazwyczaj. Przypomina, że w Kameralnej zarabiałem dziennie i pół dzisiejszej pensji. Co z tym zrobiłem?
Możecie okłamywać kochankę i kolegów. Bez kłamstwa nie można utrzymać żadnego małżeństwa. Matce winniśmy tylko prawdę. Odsuwam pusty talerz, sięgam po kawę i mówię prawdę najszczerszą: wydałem na taksówki, pierwszoligowe kobiety i markowe alkohole. Dziesięć lat żyłem zgodnie z moim nazwiskiem. Nikt mi tego nie odbierze. Mamusia wyraźnie krzywi się na wspomnienie mego szczęścia. Trapi ją moja przyszłość. Skończyłem już pięćdziesiąt lat.
Całuję ją w czoło i mówię, że wszystko będzie dobrze. Nie kłamię. Mam plan i telefon w kieszeni, a ten dzień wcale nie jest wolny.
Idę z telefonem w umówione miejsce zamiast Barytona.
Przede mną ojciec i syn pchają wózek. Maszerują we wspólnym rytmie. Ich siwe łby owiewa dym. Podporą Polski jest rodzina.
Durnia jak Baryton ze świecą szukać, a ten drugi jest niewiele lepszy. Gdyby zderzyć ich głowami, zadudniłoby jak w tunelu.
Gdy załatwiasz trudne sprawy, ważne sprawy, sprawy paragrafowe, robisz to na widoku. W Balatonie setki razy widziałem paczuszki zmieniające właściciela i koperty krążące pod stołem. Co mnie to? Nikt nie walnie gazrurką przez łeb — kelner patrzy. A ten matoł ustawił się pod przęsłem mostu Poniatowskiego.
Stadion Narodowy przypomina gigantyczny kosz przekupy wywrócony do góry dnem. Z autokaru wysypują się brzdące i lecą przed siebie, wywrzaskując coś o Lewandowskim. Chyba liczą, że gwiazdor piłki kopanej czeka na nich w szatni, jakby nie miał nic innego do roboty. Idę w kierunku rzeki. Znika asfalt. Brnę przez chaszcze, szkło i zużyte kondomy. Komuś nieźle musiało się spieszyć, jak zleciał tutaj na numerek.
Od wody idzie chłód. Buty grzęzną w szarym piachu. Potańcuję dziś z pastą. Prawdziwego mężczyznę poznaje się po butach.
Patrzę na ten kawałek piaszczystego lądu, na czarne badyle, na breję Królowej Polskich Rzek i wierzyć mi się nie chce, że latem przychodzą tutaj ludzie z leżakami, piwerkami i muzyką dla Murzynów, że grzeją się, całują i grają w szachy, jak umieją. Wolałbym już walnąć się na asfalt. Nawet teraz się kręcą. Nad samą wodą zainstalował się wędkarz. Moczy smutnego kija, odkorkowuje półlitrówkę, a co złowi, podrzuci do rybnego na Niekłańskiej. Zeżrecie jeszcze leszcza z Wisły, mówię wam.
Młodzi w puchowych kurtkach rozpijają bronki. Mają może po szesnaście lat i są głupsi od krowy. Wleźli w krzaki, tak bardzo nie chcą, by ktoś ich zobaczył. Mają biedne brody i obrączki wytatuowane na palcach. Zerkam jeszcze za siebie i widzę kolejnego nieszczęśnika. Człapie w białej puchowej kurtce. Głowę schował pod kapturem. Nie za ciepło ci, sukinsynu? Jest i on, dureń patentowy. Stoi pod przęsłem w idiotycznie długim płaszczu i ubłoconych gumofilcach, słowem, wygląda jak zboczeniec z parku albo świadek Jehowy. Zresztą żadna różnica. Idę do niego z uśmiechem na gębie, i to takim, by widziano go z dworca na Powiślu.
Troglodyta spodziewał się Barytona i minę ma taką, jakby zobaczył diabła, który przyszedł unurzać ogon w rzece. Przewyższa mnie o półtorej głowy i ma szerokie bary opadające ku przodowi. Wysuwa prawą nogę. Lekko ugina kolana, ale potężny korpus tkwi nieruchomo niby znak drogowy. Tak z trzech metrów pytam, czemu próbował mnie okraść. Robi głupią minę, więc powtarzam pytanie. Wykonuje szeroki zamach, tak że czasu mam dosyć. Łapię go za przedramię, szarpię i troglodyta wykonuje niezdarny półobrót wokół własnej osi, a jego zdziwiona morda znajduje się dokładnie tam, gdzie powinna — tuż przed pięścią. Walę gnoja w kły, odpowiada kontrą. No dobra, jednak ma cios, aż żebro trzasnęło, tylko dureń znów stoi, jakby na coś czekał. Tym razem nie zrobię błędu. Uderzam w podbródek, poprawiam w gardło otwartą dłonią, a ten wielki cymbał robi się miękki jak budyń. Leży na piachu. Próbuje złapać oddech. Z krzaków czmycha gówniarzeria.
Co teraz, sukinsynu?
Zaczynam od prostego pytania o imię. Może wkroczyłem właśnie na drogę nowej przyjaźni? Troglodyta ze zdziwieniem patrzy na krew schnącą na swetrze, krwią też spluwa i informuje mnie, gdzie mogę sobie wsadzić to, jak się nazywa. Klękam nad nim. Mówię, że możemy dogadać się jak ludzie, ale jeśli chce, to pogramy ostro. Parę strzałów w pysk i już wzywa pomocy. Sam chciałeś się tu spotkać, koczkodanie jeden.
Siedzę na nim, dociskając mu obojczyk. Wije się i wciąż wrzeszczy. Wędkarz, słysząc skargę maltretowanego, reaguje prawidłowo. Starannie składa siedzisko, wędkę i podbierak. Zdaje się, że jego westchnienie dochodzi aż tutaj. Sycę wzrok widokiem jego człapiącej, przygiętej do ziemi sylwetki — ten człowiek zna już swoje miejsce i wie, że nie zawojuje świata. Tylko gość w białej puchówce przygląda się nam z bezpiecznej odległości. Niech się gapi, co mi tam. Za to ryki troglodyty robią się jakieś takie bardziej rozpaczliwe.
Walę go w mordę i pytam: jak się nazywasz? Milczy, to walę znowu. Jest zbyt głupi, by działać samodzielnie. Kto cię tu przysłał? Cisza. Gapi się tylko tymi oczyma skrzywdzonego zwierzęcia. Leję ponownie, mocnej. Kto cię przysłał, powtarzam. Dlaczego tak zależy wam na tym telefonie?
Leję go i leję. Ma już czerwone policzki, rozwaloną wargę i podbite oko, którym ciągle łypie. To spojrzenie mogłoby należeć do wyjątkowo tłustej sarenki. Wyobraźcie sobie sarnę spuchniętą od GMO, jak czeka na śmierć we wnykach. Umiem wydusić z niego prawdę. Mógłbym wykręcić mu jaja. Zawlec i wsadzić ten durny łeb do Wisły, ale po prostu nie potrafię. Wlazł w zbroję tępego oporu, zasznurował żałosnym spojrzeniem i uczynił mnie bezbronnym. Co teraz?
Przecież nie wybiję mu zębów kamieniem. Nie wyjmę oka. A puścić nie mogę.
Stoję nad tym bęcwałem, tą tłustą sarną o tępych, łagodnych oczach, i nie wiem, co robić. Jak pójdę, to wygra.
Dzwoni telefon. Najpierw myślę, że to moja nokia, bo dzwonek jest identyczny. Nie. Coś wibruje w kieszeni troglodyty. Próbuje się bronić. Macha łapkami i się pluje. Dziś twój szczęśliwy dzień, gnoju. Cyrk przyjechał. Sięgam po aparacik, zachodząc w głowę, jak ten baran obsługuje go swoimi paluszkami. Odchodzę parę kroków. Troglodyta próbuje się pozbierać i mam wrażenie, że zaraz się rozbeczy.
Odbieram. Wypowiadam swoje imię. Janina wcale nie jest zdziwiona.