Wychodzę od Janiny. Idę przez Walecznych w stronę Międzynarodowej. Próbuję poukładać myśli. Próbuję zrozumieć, w czym nagle się znalazłem. Próbuję się nie wywrócić.
Dziś każdy trąbi o sukcesie i szuka sposobu, jakby ten sukces osiągnąć. Nawet nie wie, co to takiego. Słyszę, że trzeba mieć bogatych rodziców, że pierwszy milion trzeba ukraść, że tylko ciężką pracą da się do czegoś dojść. Z rodzicami są same kłopoty. Od pracy ma się garba, a nie pieniądze. Złodzieje siedzą w więzieniach. To moje zdanie. A fakty są takie, że jednemu się udaje, drugiemu nie. Weźmy takiego Płaczka. Jak znam życie, sadził knoty jak każdy pacykarz. Kumple po fachu klepali biedę, on pływał w forsie. Od czego to zależy? Ja wiem.
Wiem i właśnie dlatego opadają mnie wątpliwości. Aż kamienieję pod Pikanterią, gdzie kiedyś miałem pół zmiany. Wyjmuję telefon kierowany durnym lękiem, że tylko mi się zdawało. Nie zobaczyłem tego, co zobaczyłem. Za moimi plecami grubasy w garniturach kroją kaczkę na drobne kawałki, które wsadzają sobie do wydętych ust. Po prawej mam staroświecki sklep z farbami i budkę, w której sprzedają wódę przez cały boży dzień. Dalej ciągną się garaże i plac parkingowy. Coś kiedyś słyszałem o tej budce i tym placu też.
Próbuję o tym nie myśleć. Patrzę w telefon. Nie oszalałem. Na zdjęciu widzę moją mamę zakrytą kołdrą, a nad nią autoportret Malczewskiego w zbroi. Ale na zdjęciu nie ma obrazu. Tylko coś innego. Przez moment mam ochotę cyknąć fotkę swojej własnej mordy. Widziałem ludzi, którzy robią coś takiego bez przerwy, jakby na całym świecie nie znali nic ciekawszego ponad własne ryje. Nie. Chowam telefon do kieszeni. Kupuję złotego denara w budce na Międzynarodowej. Opieram się o garaże. Piję. Zbieram myśli. Między samochodami kręci się grupka wyrostków. Wyglądają, jakby mieli mniej lat niż wyroków, a ja już pamiętam, co słyszałem o tym miejscu.
Budka działa całą noc, a właściciel ma drugi, czarny interesik. Nie bez powodu te gnojki przyglądają się samochodom. Nigdy nie rozbijają szyby. Używają taśmy. Unikają szkód, a z nimi kłopotów. Capną radio, GPS i do budki, za wódeczkę — to się nazywa wymiana bezgotówkowa. Bawi mnie to odrobinę i już wiem, co powinienem zrobić. Facet z budki nie jest jedynym paserem na Pradze.
Maszeruję Międzynarodową w stronę przystanku, z denarkiem w kieszeni, rozmyślając o innych denarach, a także dolarach, funtach i złotych polskich. Długo czekałem na taką szansę. Ani myślę wypuszczać jej z rąk. Życie polega na oczekiwaniu, a czeka się w ruchu, wyglądając szansy. Należy być w odpowiednim miejscu we właściwym czasie. Nie ma innej recepty na sukces i nigdy nie będzie.
Karambol nie należy do tych, którzy spieszą się z otwieraniem drzwi, a widząc mnie w progu, robi minę, jakbym stawił się w towarzystwie Płaczka dzwoniącego łańcuchami. Potrząsam siatką ze złotymi denarami, sezamie otwórz się, Karambol mięknie i zaprasza do środka. Potykam się o mrowie maleńkich bucików, o piłeczki, o samochodziki. Z wnętrza bije zapach gotowanej kaszy, kremu i ubrań pranych pospiesznie w Dosi czy innym tanim proszku. Siadamy w kuchni przy długim stole nakrytym ceratą. W zlewie piętrzą się naczynia. Na ścianie wisi tania kopia Macierzyństwa Wyspiańskiego (temat ojcostwa jurny malarz pominął). Gdy Karambol otwiera lodówkę, żeby schować resztę puszek, widzę rząd tężejących galaretek w salaterkach. Otwieramy po denarku. Wokoło roją się dzieci Karambola.
Wyłaniają się jakby znikąd i przepadają tak, jak się pojawiły. Blondwłosa szarańcza z wypadającymi zębami. W jednej chwili są wszędzie, by natychmiast zniknąć. Włażą ojcu na kolana. Szarpią mnie za nogawkę. Gonią się i biją. Strzelają z pistolecików na piankowe strzałki i wyrywają sobie telefon komórkowy ze zbitym ekranem. Strącają garnki. Śmieją się i wrzeszczą. Jedno oświadcza, że jestem jego ukochanym wujkiem, i oczekuje prezentu. Gdzieś w czeluściach tego domowego przedszkola dźwięczy telewizor nadający bajkę.
Nie wiem, ile ich jest, pięcioro, siedmioro czy milion. Mają piegowate mordki, zadarte nosy i sprytne oczka, niewątpliwie odziedziczone po tacie. Ich koszulki są zbyt długie lub przykrótkie, kolana odrapane, spodenki poplamione, a Karambol potrafi ciągnąć denara, podając jednocześnie butelkę z kaszą tłustemu oseskowi, którego kołysze na lewym ramieniu. Powtarza swoje pytanie. Czemu zawdzięcza tę wizytę?
Nie bez wahania podaję telefon od Kutavaggia i zagaduję opłotkami, ile może być warte coś takiego. Karambol stoi teraz przed ciężkim wyborem. Musi bowiem zwolnić dłoń. Woła w głąb mieszkania i po chwili w kuchni melduje się umęczona kobiecina przed pięćdziesiątką, w fartuchu po grube łydki, z przetłuszczonymi włosami spiętymi klamerką. Moją obecność kwituje westchnięciem, bierze oseska jak tobołek i znika. W międzyczasie pięcioletni szkrab zdążył zainteresować się telefonem. Karambol wali w stół otwartą dłonią. Szkrab odskakuje o metr, jakby coś go szarpnęło. Nieruchomieje i gapi się na Macierzyństwo.
Karambol deklaruje pięć stów za telefon. Dostrzega mój uśmiech i mówi, że nikt mi nie da więcej, przynajmniej nie od ręki. Mogę spróbować szczęścia w komisie, dodaje. Złości się, że przyszedłem z takim drobiazgiem. Mówię, w czym rzecz. Ani myślę sprzedawać telefonu. Czy widzi w nim coś niezwykłego?
O Karambolu można powiedzieć wiele złego, ale ten facet zna się na czymś jeszcze poza pułapkami naturalnego planowania rodziny. Kilkukrotnie klika w ekran aparatu i marszczy napuchnięty nos. Mówi to, co już wiem. Aparat wyczyszczono z większości popularnych aplikacji. Jak rozumiem, aplikacja to lista kontaktów albo zielony znaczek ze słuchawką służący do dzwonienia. Są za to inne rzeczy, nieznane rozpłodowemu Karambolowi. Klika i klika. Wodzi telefonem na wysokości oczu, a gdy skieruje go na Macierzyństwo, brew mu zaczyna chodzić jak u porażonego prądem. Nie chcę, żeby bawił się zbyt długo tym cudeńkiem. Moja własność przenośna powraca na stół, a spocony Karambol oświadcza, że nigdy nie widział takich dziwów czarownych, choć życie spędził między złodziejami.
Pytam, co mogę z tym zrobić. Karambol oczywiście nie wie. W jego oczach tańcuje chciwość z ciekawością. Chciałby wiedzieć, skąd wytrzasnąłem ten aparat, ale tacy jak on nigdy nie zadają pytań. Nie są też pytani. Deklaruje dobrą pomoc. Instruuje pięciolatka. Malec, karny jak kot w wojsku, potrząsa blond czupryną i znika w ciemnym pokoju, znajdującym się naprzeciwko kuchni. Przez monotonną mowę Karambola przebijają się łoskot i szuranie. Malec powraca z pokrowcem i ładowarką. Karambol kładzie mu na ramieniu ciężką dłoń o sinych paznokciach i prawi komplement: będą z niego ludzie.
Dowiaduję się, że tego rodzaju aparat muszę ładować dwa razy dziennie. Najlepiej, żebym podłączał go do kontaktu przy każdej okazji. Pokrowiec ochroni ekran. Miejsce telefonu jest w wewnętrznej kieszeni kurtki. Na tym kończy się życzliwość Karambola. Dopijamy piwo w milczeniu. Naokoło znów roją się brzdące. Ciągną go do pokoju, gdzie śpią na kupie. Na bajkę. Na walkę poduszkami. Jest zmęczoną gwiazdą, czerwonym olbrzymem otoczonym przez oszalałe komety.
Żegnamy się. Telefon chowam tak, jak kazał. Moja dłoń niknie w jego łapie. Karambol wyraża jeszcze nadzieję, że będę uważał na siebie, i znika ciągnięty przez brzdące. W korytarzu miga mi jeszcze zwalista kobieta w fartuchu. Ludzie myślą, że to jego żona. Ludzie zawsze się mylą. To starsza siostra, chętna do pomocy. Żona Karambola kwartał temu skoczyła na zakupy do Tesco i skacze do dziś. Nikt nie wie gdzie. Może i lepiej. Przecież jak Karambol ją spotka, to zabije albo pokocha na nowo. Trudno orzec, co gorsze. Takie właśnie jest życie.
Opuszczam blok Karambola, ten długi betonowy kloc maźnięty u góry na fioletowo, jakby tam, od szóstego piętra, nigdy nie kończył się adwent. Wygrzebuję chesterfielda i wspominam dobre czasy, kiedy nie musiałem kupować sobie papierosów. Nieszczęsny Kutavaggio. Morderca musiał go znać. Ten cwany szczur nigdy nie otworzyłby drzwi obcemu.
Orientuję się, jak niewiele wiem. Nie mam pojęcia, kto zamordował Kutavaggia, ale przeczuwam, że matula mogła mieć trochę racji i istnieje związek pomiędzy tą śmiercią a telefonem. Wizyta u Karambola nic nie pomogła. Przypuszczam, że z komórką pomógłby ktoś młody, jeden z tych, którym nosy poprzyrastały do ekranów.
Czy zrobiłem błąd? Może powinienem wziąć pieniądze od Janiny? Jak tak dalej pójdzie, skończy się na pięciu stówkach od Karambola. Tak się głowię, ćmiąc szluga, i nagle dzieją się dwie rzeczy naraz. Nokia mi się rozbrzęczała. Nieznany numer. Odczekuję do czwartego sygnału, odbieram. Słychać kobiecy głos, którego nie umiem rozpoznać. Babeczka pyta, czy ją pamiętam. Trudno mi odpowiedzieć, bo moją uwagę zaprząta coś innego. Rzucam niedopałek i przecinam Białostocką.
Kobieta przedstawia się i powtarza swoje pytanie. To Kryśka, córka Janiny. Pamiętam ją ze stypy. Udaje zakłopotaną, chwali obsługę, przymila się i wreszcie wyłuszcza, w czym rzecz. Chciałaby się spotkać na niezobowiązujące pogaduchy. Kawa czy coś. Odpowiadam, że kawę pija się w domu, ale zapraszam na kielicha. Podaję czas i miejsce. Kryśka cały czas się śmieje. Słyszę, że jestem prawdziwym facetem. Szybko podejmuję decyzje. Niczego się nie boję. Może to prawda, droga Krysiu, ale muszę kończyć.
Muszę kończyć, bo po drugiej stronie Białostockiej stoi zakapturzony gość w białej kurtce puchowej, którego wcześniej widziałem nad Wisłą. Szpieg z niego jak z dupy armata. Na mój widok zaczyna się cofać, uderza zadkiem o fiata, odwraca się i daje w długą. Ja za nim. Leci Białostocką. Roztrąca przechodniów, przeskakuje przez smycz i odprowadzany przez ujadanie yorka wpada w Markowską. Wyciągając kulasy, docieram do zakrętu. Matko jedyna, ależ spierdala! Widać tylko białą kropkę cwałującą chodnikiem. Jaśnieje w blasku stacji paliwowej. Gnam co sił i dystans między nami powoli się zmniejsza. Powinienem dopaść go gdzieś na Ząbkowskiej. Skręca w prawo, więc chce dotrzeć do Targowej. I świetnie. Tam światła, tramwaje, przejścia podziemne. Jest mój.
Na Ząbkowskiej zmniejszam dystans do kilkunastu metrów. Sukinsyn leci na rezerwie. Rozrzuca nogi na boki. Wpada na dziewuchę z kebabem. Dziewucha krzyczy. Mało, a pośliznąłbym się na baraninie w cieście. Jest prawie mój, myślę, i następuje coś niespodziewanego, czyli ciemność. Klękam, kaszlę. Płuca jak osmalony jeż. Nie mogę się podnieść. Przez załzawione oczy widzę białą kropkę znikającą za zakrętem na Targowej.
Mija dobrych pięć minut, dochodzę do siebie. Ocieram twarz brzegiem koszuli.
Zejdę do paczki dziennie, przysięgam. Kelnerzy są dobrzy w biegach, zwłaszcza na krótkie dystanse. Śmiertelnie niebezpieczni, ale na krótkich dystansach. Póki co powtórka z biegu mi nie grozi, więc kolejnego chesterfielda dopalam akurat pod blokiem na Białostockiej. Tym razem Karambol ani trochę nie cieszy się na mój widok. Ja nie cieszę się na jego.
Nienawidzę proszenia o przysługę.