Mamusia oświadcza, że powinienem znaleźć sobie dobrą kobietę. Obwieszcza to, pałaszując kanapkę z ogórkiem, rzodkiewką, serem topionym i mortadelą. Zamyka wargi na kromce jak ślimak. Normalnie uwielbia królewskie kanapki.
Ze starymi ludźmi właśnie tak jest. Jedzenie to ostatnia przyjemność, jaka im pozostała. Nikt nie pałaszuje z taką pasją jak starcy.
Siedzimy w kuchni naprzeciw siebie. Radio nadaje ściszone modlitwy. Gołębie miotają się na deszczu jak oszalałe anioły, a mamusia wylicza wszystkie znane jej cechy porządnej narzeczonej. Dobra narzeczona umie zrobić zakupy i w życiu nie pójdzie, tak po prostu, do supersamu Pelcowizna. Wie, gdzie sprzedają dobre mięso, a gdzie warzywa. Sprzedawca nigdy nie wciśnie jej zgniłego jabłka Jest cierpliwa. Potrafi sprzątać. Z awanturą zawsze czeka, aż facet wytrzeźwieje i wyleczy kaca. Przyniesie wodę z ogórków i dopiero potem zacznie wrzeszczeć. Tak właśnie mówi moja mamusia z ustami pełnymi chleba razowego.
W takie poranki uśmiech przychodzi jakby trudniej, dźwigam jednak kąciki warg do góry. Ujmuję jej dłoń i mówię, że przecież mam już taką kobietę i jest nią ona sama. Ta wiadomość niezbyt raduje mamusię. Przełyka niedźwiedzi kęs i przypomina, że nie zawsze będzie ze mną. Martwi się moją samotną przyszłością. Odpowiadam: ma zdrowie jak koń, dociągnie setki albo i lepiej. Macha ręką i znów nawija o dobrej dziewczynie. Najlepiej z dzieckiem. Jeśli kobieta ma już dziecko, nie zachce nowego ze mną. I będzie dbała. Znajdzie w sobie radosną wdzięczność. Świat jest pełen porządnych kobiet skrzywdzonych przez niedobrych mężczyzn, słyszę i mam ochotę powiedzieć, że to ja jestem tym niedobrym mężczyzną, niestety.
Mamusia mówi i mówi. Nie chcę tego słuchać i szukam sposobu, żeby jej przerwać. Wyjmuję telefon od Kutavaggia. Zobacz, mamusiu, jakie cuda się dzieją! Co w tej Japonii nawymyślali! Mamusia przejmuje aparat, a do mnie dociera szkodliwa idiotyczność tego pomysłu. Lód spada na kark, lecz jest już za późno. Mamusia trąca ekran raz i drugi. Przegląda zdjęcia. Jej palec zawisa nad telefonem. Moment później kamienieje z otwartymi ustami pełnymi chleba. Drży tylko prawa brew.
Co się stało, mamuś, pytam, choć doskonale wiem. Próbuję zabrać jej telefon. Równie dobrze mógłbym wyrywać miecz z kamienia i tylko deszcz bębni w okna ze zdwojoną siłą. Mamusia wolno podnosi się z krzesła. Sunie do pokoju z telewizorem. Wybałusza oczy przed obrazem Malczewskiego i robi znak krzyża.
Wyrywam telefon, nim praśnie nim o ścianę.
Wieczorny dom wita mnie zapachem kadzideł i głosem modlitwy. Przepracowałem dwanaście godzin na morderczym kacu, marzę tylko o spokojnym wieczorze z czterema denarkami, lecz czeka mnie coś zgoła innego. Już w przedpokoju brzmi pobożne mamrotanie. Odkładam siatkę i mało nie runę przy zdejmowaniu butów, zaplątany we własną kurtkę i syndrom dnia wczorajszego. Pokój z telewizorem rozjaśnia światło świec.
Na stole stoi srebrny krucyfiks, długi na łokieć, wyciągany z szuflady na Wielkanoc, Gwiazdkę, dzień Matki Boskiej Zielnej i liczne pogrzeby. Przed krzyżem na dywanie klęczy moja matuś. Ma zamknięte oczy, delikatnie maca paciorki różańca, lecz głos, którym odmawia zdrowaśkę, mógłby należeć do pijanego sierżanta ryczącego na pluton. Prócz krzyża na stole widzę opłatki i brązową kopertę otoczoną świętymi obrazkami. Mamusia powoli otwiera oczy i wykonuje znaczący ruch głową. Chce, żebym runął na kolana i dołączył do modlitwy. Ani myślę. Co się tutaj wyrabia?
Mamusia opuszcza różaniec, ale nie wstaje z klęczek. Ponawia swoją prośbę. Rodzina powinna się zjednoczyć w tej straszliwej godzinie. Modlitwa jest dobra na wszystko i nie narodził się jeszcze taki diabeł, który nie drżałby przed mocą krzyża. Słucham tego i stoję. Z ust mamy dobiega syk — chce, bym przynajmniej uszanował znakomitego gościa w naszych skromnych progach.
Po pokoju kręci się ksiądz Mendoza z parafii Najświętszego Serca Jezusowego. Ma ornat i kropidło, a jego mina świadczy o tym, że również nie chce mu się uczestniczyć w tej całej zabawie. Mruży oczy, jakby patrzył w słońce. Jego krępa sylwetka mogłaby należeć do budowlańca, za to poczciwa gęba nasuwa skojarzenie z członkiem bibliotecznego kółka czytelniczego albo filatelistą pobladłym od ślęczenia nad klaserami. Podchodzę, podaję rękę. Mendoza wzdycha z wdzięcznością.
Moja matka uważa księży za świętych, lecz ja mam inne zdanie. To zwykli ludzie, a każdy z tajemnicą. Na tle koloratkowego towarzystwa Mendoza wypada całkiem dobrze. Zwiemy go tak, bo czasem człapie między bliźnimi, mamrocząc „mendy, mendy” pod czerwonym nosem. Wierzy w Boga, ale chyba go nie lubi. Nie ma baby na boku, unika ministrantów i nie gra na gitarze. Jeździ starym oplem astrą, rżnie w piłkę z chłopakami z poprawczaka, a w każdy piątek leci do Katolickiego Domu Opieki „Samarytanin podmywać” półprzytomnych staruszków. Jego smętna dobroć ma swój początek w dniu, kiedy to nawalony po kolędzie przegrał w karty zawartość kopert, a także parafialną furgonetkę i świetlicowy telewizor.
Mendoza pociąga nosem i wraca do machania kropidłem, pozostawiając mnie całkiem osamotnionego. Zaraz wypadnie mu staw łokciowy. Mamusia, widząc, że po dobroci niewiele wskóra, gwałtownie zmienia front. Mówi, że Bóg postanowił mnie napomnieć przez wzgląd na niemoralne życie, które radośnie sobie wiodę. Wszyscy cierpimy za moje pijaństwo, przekleństwa i pracę w niedzielę. Sprowadziłem diabła do naszego domu. Szatan jest sprytny i zawsze znajdzie drogę do człowieka. Dlatego muszę się pomodlić. Muszę błagać Boga, aby znów zamieszkał w naszych czterech ścianach. Zerkam rozpaczliwie na Mendozę, ale ten obraził się na Stwórcę w dniu, kiedy przestała mu iść karta. Opadam na kolana. Cóż, kilka zdrowasiek nikomu nie zaszkodziło.
Ledwo podnoszę się z klęczek, a mamuś moja już idzie za ciosem. Pyta, czy przyniosłem do domu jakieś piwo, to złoto głupców przełamane jadem. No pewnie, że przyniosłem i nawet dam Mendozie, jeśli tylko ma ochotę. Mamusia gardzi tym żartem i znajduje dla denarków inne przeznaczenie. Mam wylać je do ubikacji na znak nowego życia, dedykowanego trzeźwości i modlitwie. Mina księdza wskazuje, że wcale nie życzy mi takiego losu. Powiedziałbym, co o tym wszystkim sądzę, lecz moją uwagę zaprząta coś innego. Malczewski zniknął ze ściany, pozostawiając po sobie jasny prostokąt w czarnej obramówce.
Już wiem. To nie kadzidła tak pachną. Przecież tu nie ma żadnych kadzideł.
Lecę do łazienki. W naszej maleńkiej wannie leży obraz. Konkretnie zwęglone szczątki w połamanej ramie zalane wodą. Wszystko przepadło. Wszystko stracone. Odruchowo sprawdzam, czy telefon — teraz bezużyteczny — wciąż spoczywa w mojej kieszeni. Mamo, co ci strzeliło do głowy? Matula melduje się w progu łazienki. Różaniec zamieniła na siatkę z denarkami i zmierza wprost do sedesu.
Szarpiemy się trochę. Bronię denarków jak niepodległości. Mamuś wyznaje, że zbyt długo pozwalała mi kroczyć ponurą drogą grzechu. Mogę zmarnować swe życie doczesne, lecz tego wiecznego stracić nie pozwoli. Bóg przeklął nasz obraz. To znak widomy — demon wszedł pod skórę Jacka Malczewskiego. Pytam mamy, czy zdaje sobie sprawę, co tak naprawdę zrobiła. Odpowiada, że wie doskonale.
Postawiony pomiędzy piwem a oddaniem się Chrystusowi dobrze wiem, co robić. Próbuję odebrać siatkę. Znajduję nieoczekiwanego sojusznika w księdzu Mendozie, który wyrósł w łazience uzbrojony w kropidło. Jego zdaniem diabeł jest jeszcze sprytniejszy, niż ludzie sądzą. Działa właśnie teraz, w tej chwili. Dwoje kochających się ludzi stoi naprzeciw siebie i krzyczy. Prosi, byśmy usiedli i porozmawiali. Inaczej Szatan już zwyciężył. Oczy księdza Mendozy, te dwie szare plamki, świadczą o tym, że jego zdaniem diabelskie zwycięstwo dokonało się już dawno i nic z tym nie zrobimy.
Mama odkłada siatkę na kupkę gazet obok klozetu. Zgadza się z księdzem Mendozą. Co też ten diabeł wyrabia z ludźmi!
Poza tym przed nami jeszcze jedno zadanie.
Mamusia wskazuje szary pakunek oparty o wersalkę, znów pada na klęczki i zaczyna się modlić. Dudnią zdrowaśki. Biorę się za pakunek, a gdy widzę jego zawartość, nie jestem ani trochę zaskoczony. Ksiądz Mendoza schyla się po kropidło. Zawieszam obraz na oczekującym gwoździu, robię dwa kroki w tył i mam ochotę cmoknąć ze złości i zachwytu. Malczewski, dokładnie taki sam jak poprzednio, wisi na starym miejscu. Nawet rozmiar się zgadza. Mamusia odkupiła.
Mogę sobie klapnąć, tymczasem ksiądz Mendoza rusza do dzieła. Woda święcona uświęca Malczewskiego, mama modli się głośniej i szybciej, a ja czekam, aż to wszystko się skończy i będę mógł zapalić. Idę o zakład, że i ksiądz Mendoza ściągnąłby macha, gdyby nie przybył tutaj w sprawie służbowej.
Siadamy przy stole, na którym wciąż stoi krucyfiks. Zniknęły za to święte obrazki. Mamusia przynosi herbatę, co boleśnie oddala perspektywę ulgi oczekującą w reklamówce. Mendoza wypytuje o nasze życia. Chce wiedzieć, jak sobie radzimy w tych ciężkich czasach. Ujawnia się rozdźwięk w opiniach. Uważam, jest całkiem dobrze, mamusia, że źle. Opowiada o strasznej drożyźnie, o dyktaturze aptek, banków i właścicieli nieruchomości. Jej paplanina w jedno ucho wpada, drugim wypada. Ciągle gapię się na obraz. Mówię w końcu, że czasy mamy takie jak zawsze, a ja zawsze sobie poradzę. Nikt mnie nie zmiażdży. Nikt nie pokona. Tak gadam, nie odrywając wzroku od Malczewskiego.
Mendoza zdążył poluzować koloratkę i niemal dławi się herbatą, tak bardzo chce stąd uciec. Ciekawi mnie, dokąd tak się spieszy. Ja czekam, aż się napiję, lecz on? Co go woła na deszcz? Przecież nie baba ani Bóg, ani butelka. Czyta, gra na komputerze? Rozkłada starą talię kart? Czasem chciałbym wiedzieć, dokąd uciekają ludzie, bo mi samemu ucieczka nawet nie zaświta w głowie. Mam jednak wrażenie, że Mendoza daje dyla w pustkę, przynajmniej kiedy ściskam jego mokrą, zmęczoną dłoń.
Mamusia odprowadza księdza dobrodzieja aż do drzwi. Sięgam po aparat, chcę zrobić zdjęcie, lecz nawet nie muszę.
Opuszczam telefon. Obraz jak obraz. Podnoszę. Znów te potworności. Przyglądam się im przez chwilę, zapominając o bożym świecie. Z tym, co wyrabia się na ekranie, Bóg raczej nie miał nic wspólnego. Mamusia dostałaby zawału na ten widok, lecz na szczęście, pożegnawszy Mendozę, zniknęła w łazience.
Zaczynam rozumieć.
Telefon jest jak filtr. To nakładka na rzeczywistość. Jak przez niego się gapię albo robię zdjęcie, czasem widzę coś innego. Mamusia się myliła. Obraz nie był przeklęty. Ten nowy, widziany przez aparacik Kutavaggia, zmienia się dokładnie tak samo. Omiatam cały pokój. Wszystko po staremu. Wracam do obrazu — znowu potworności. Autoportret Malczewskiego w zbroi znają wszyscy, nawet za dobrze. Kutavaggio wziął obraz za wzór, zmienił. Macie rozwiązanie tajemnicy. Tylko czemu tak się namęczył? I co jeszcze przerobił? Teraz już rozumiem, dlaczego wszyscy wyskakiwali z forsy, żeby mieć telefon.
Pytania harcują w głowie, więc trzeba je potopić. Przynajmniej ten dzień zyska szczęśliwe zakończenie. Ruszam po moje denarki. Otwieram drzwi łazienki, akurat by zobaczyć, jak mamusia wylewa zawartość ostatniej puszki do klozetu.