tłum. Julia Fiedorczuk

2

Leżał na czymś w rodzaju pryczy — z tym że znacznie wyższym; w dodatku był do niej przymocowany w taki sposób, że nie mógł się poruszyć. Lampa świeciła mu w twarz jeszcze mocniej niż zwykle. Obok, wpatrując się intensywnie w Winstona, stał O’Brien. Po drugiej stronie znajdował się mężczyzna w białym fartuchu ze strzykawką w ręku.

Choć Winston zdołał już otworzyć oczy, powoli przyswajał szczegóły otoczenia. Wydawało mu się, że wpłynął do tego pomieszczenia z jakiegoś innego, podwodnego świata, znajdującego się gdzieś bardzo głęboko. Nie miał pojęcia, jak długo tam przebywał. Od momentu aresztowania nie zarejestrował ani mroku, ani światła dziennego. Poza tym miał luki w pamięci. W niektórych momentach świadomość — nawet tak ograniczona, jaką zachowuje się we śnie — urywała się zupełnie, żeby następnie powrócić po interwale pustki. Ale czy te przerwy trwały dni, tygodnie czy sekundy, tego nie wiedział.

Koszmar zaczął się od pierwszego uderzenia w łokieć. Dopiero później Winston zdał sobie sprawę, że wszystko, co działo się przedtem, było zaledwie wstępem, rutynowym przesłuchaniem, jakiemu poddawano prawie wszystkich więźniów. Istniało szerokie spektrum zbrodni — szpiegostwo, sabotaż i tym podobne — do których wszyscy obowiązkowo musieli się przyznać. Stanowiło to czystą formalność, choć tortury były jak najbardziej rzeczywiste. Nie pamiętał, ile razy był bity ani jak długo to trwało. Przez cały czas pastwiło się nad nim jednocześnie pięciu lub sześciu strażników w czarnych uniformach. Bito go pięściami, pałkami, stalowymi prętami, kopano ciężkimi buciorami. Chwilami pełzał po podłodze, nie odczuwając już nawet wstydu, jak zwierzę, wykręcając ciało w bezcelowej, raz po raz podejmowanej próbie uniknięcia ciosów, czym prowokował kolejne — w żebra, brzuch, łokcie, łydki, pachwiny, jądra, kość ogonową. Czasami bicie ciągnęło się tak długo, że najbardziej okrutne, niegodziwe, niewybaczalne wydawało mu się nie to, że strażnicy nie przestawali go torturować, lecz fakt, iż nie umiał stracić przytomności. Zdarzało się, że kompletnie zawodziły go nerwy i zaczynał błagać o litość, zanim jeszcze bicie się rozpoczęło; wystarczał widok zaciśniętej pięści, a wylewał się z niego potok rzeczywistych i fikcyjnych przewin. Kiedy indziej postanawiał nie przyznawać się do niczego, wówczas każde słowo musieli wydobywać z niego pomiędzy krzykami bólu. Czasem decydował się na nieśmiały kompromis i mówił sobie: „Przyznam się, ale jeszcze nie teraz. Muszę wytrzymać, aż ból stanie się nieznośny. Jeszcze trzy kopniaki, jeszcze dwa, wtedy powiem wszystko, co tylko chcą”. Bywało, że bili go, aż nie mógł ustać na nogach, a wtedy rzucali niczym worek ziemniaków na kamienną podłogę celi i zostawiali na parę godzin, żeby doszedł do siebie. Następnie tortury zaczynały się od nowa. Zdarzały się także dłuższe przerwy. Pamiętał je jak przez mgłę, bo w tych momentach przeważnie zasypiał lub popadał w odrętwienie. Przypominał sobie celę, wyposażoną w pryczę z desek — coś w rodzaju sterczącej ze ściany półki — i blaszaną umywalkę, a także posiłki, składające się z gorącej zupy, chleba, czasem nawet kawy. Pamiętał gburowatego fryzjera, zeskrobującego mu zarost i przycinającego włosy, oraz służbistych, niesympatycznych mężczyzn w białych fartuchach, którzy sprawdzali jego puls i odruchy, zaglądali pod powieki, szorstkimi dłońmi obmacywali całe ciało w poszukiwaniu połamanych kości, wreszcie wbijali igłę w ramię, żeby podać środek nasenny.

Z czasem tortury stały się rzadsze, działały raczej na zasadzie groźby, stale wiszącej nad głową. W każdej chwili Winston mógł zostać odesłany z powrotem do piekła; wystarczyło, że udzielił niezadowalającej odpowiedzi. Nie przesłuchiwali go już drągale w czarnych uniformach, tylko partyjne wykształciuchy, niscy, pękaci mężczyźni o szybkich ruchach i oczach uzbrojonych w połyskujące okulary. Męczyli go na zmianę, każdy dyżur trwał — jak to Winston oceniał, bo nie mógł mieć pewności — od dziesięciu do dwunastu godzin. Ci nowi oprawcy stawiali sobie za cel, żeby stale odczuwał umiarkowany ból, ale to nie on był ich podstawowym narzędziem. Bili go po twarzy, wykręcali uszy, wyrywali włosy, kazali stać na jednej nodze, nie pozwalali oddać moczu, świecili oślepiającym światłem w oczy, aż zaczynały łzawić; celem tych wszystkich zabiegów było upokorzenie go i zniszczenie jego zdolności do argumentowania oraz rozumowania. Ich prawdziwą bronią były bezlitosne, ciągnące się godzinami przesłuchania. Próbowali przyłapać go na sprzecznych zeznaniach, zastawiali pułapki, przekręcali wszystko, co powiedział, na każdym kroku oskarżając o kłamstwa i niespójność, aż zaczynał łkać ze wstydu i wyczerpania nerwowego. Zdarzało mu się płakać kilka razy podczas jednej sesji. Przez większość czasu wrzeszczeli obelgi pod jego adresem, grożąc przy najmniejszym zawahaniu, że ponownie przekażą go strażnikom; jednak od czasu do czasu niespodziewanie zmieniali ton, a wtedy nazywali go towarzyszem i apelowali do jego lojalności wobec angsocu oraz Wielkiego Brata, pytając ze smutkiem, dlaczego nadal nie chce naprawić zła, które wyrządził. Kiedy po wielogodzinnym maglowaniu Winston miał nerwy w strzępach, ten apel wystarczał, aby się kompletnie rozkleił. Ostatecznie dokuczliwe głosy łamały go skuteczniej niż pięści czy buciory strażników. Był już wyłącznie ustami, które wypowiadały, co im nakazano, i dłonią, gotową do podpisania się pod czymkolwiek. Koncentrował się tylko na próbach odgadnięcia, czego od niego chcą, do czego ma się przyznać, po czym natychmiast to robił, licząc na uniknięcie kolejnej rundy tortur. Przyznał się do zamachów na ważnych członków Partii, kolportowania obrazoburczych ulotek, malwersowania publicznych pieniędzy, zdrady tajemnic wojskowych i do różnego rodzaju działań sabotażowych. Wyznał, że od 1968 roku był szpiegiem, opłacanym przez rząd Azji Wschodniej. Potwierdził, że wierzy w Boga, podziwia kapitalizm i jest dewiantem seksualnym. Przyznał się do zamordowania żony, chociaż wiedział — i przesłuchujący także musieli to wiedzieć — że jego żona żyje. Poświadczył, że od lat utrzymuje osobiste kontakty z Goldsteinem i że jest członkiem organizacji podziemnej, do której należeli także prawie wszyscy ludzie, których kiedykolwiek spotkał. Łatwiej było przyznać się do wszystkiego i obciążyć wszystkich. W jakimś sensie było to zresztą prawdą. Rzeczywiście był wrogiem Partii, a w oczach Partii nie było różnicy między myślą a uczynkiem.

Miał jeszcze inne wspomnienia. Wyświetlały się w jego umyśle bez żadnego kontekstu, jako luźne obrazy poprzedzielane mrokiem.

Winston znajdował się w celi, w której mogło być ciemno lub jasno; nie wiedział tego, bo nie widział niczego poza parą oczu. Zaraz obok, powoli i miarowo, tykało jakieś urządzenie. Ślepia stawały się coraz większe i bardziej lśniące. Uniósł się raptownie z miejsca, w którym siedział, zatopił się w tych oczach i został przez nie pochłonięty.

Siedział na krześle, przywiązany do niego pasami, otoczony przez tarcze różnych przyrządów, w strumieniu oślepiającego światła. Mężczyzna w białym fartuchu odczytywał wskazania instrumentów. Na zewnątrz rozległo się tupanie ciężkich buciorów. Szczęknęły otwierane drzwi. Wszedł oficer o woskowej twarzy, a za nim dwaj strażnicy.

— Pokój 101 — powiedział oficer.

Człowiek w białym fartuchu nie odwrócił się w stronę głosu. Nie patrzył też na więźnia, tylko na przyrządy.

Winston turlał się po ogromnym korytarzu, szerokim na kilometr, zalanym cudownym, złotym światłem. Rycząc ze śmiechu, co sił w płucach wykrzykiwał zeznania. Przyznawał się do wszystkiego, nawet do rzeczy, które zdołał przemilczeć, kiedy go torturowano. Opowiadał całe swoje życie publiczności, która już je na wylot znała. Byli z nim strażnicy, oficerowie, ludzie w białych fartuchach, O’Brien, Julia, pan Charrington — i wszyscy razem turlali się po korytarzu, płacząc ze śmiechu. Udało mu się uniknąć jakiejś straszliwej rzeczy, uprzednio nieuchronnie wpisanej w jego przyszłość. Nie wydarzyła się. Teraz już wszystko będzie w porządku, żadnego więcej bólu, każdy szczegół jego biografii został ujawniony, zrozumiany, przebaczony.

Spróbował podnieść się z łóżka, był niemal pewien, że słyszy głos O’Briena. Przez cały czas trwania przesłuchania czuł, że O’Brien znajduje się tuż obok, tylko poza jego polem widzenia. To O’Brien wszystkim kierował. To on przysyłał strażników do Winstona i on powstrzymywał ich przed zabiciem go. To on decydował, kiedy Winston będzie krzyczał z bólu, a kiedy odczuje ulgę, kiedy zostanie nakarmiony, kiedy będzie spał, kiedy podadzą mu środki odurzające. To on zadawał pytania i sugerował odpowiedzi. Był dręczycielem i opiekunem, inkwizytorem i przyjacielem. Raz — Winston nie przypominał sobie, czy miało to miejsce podczas normalnego czy narkotycznego snu albo wręcz na jawie — jakiś głos wyszeptał mu do ucha: „Nie martw się, Winstonie, czuwam nad wszystkim. Obserwuję cię od siedmiu lat. Właśnie nadszedł punkt zwrotny. Teraz cię uratuję, uczynię doskonałym”. Nie był pewien, czy słowa ta wymówił O’Brien, ale był to ten sam głos, który siedem lat wcześniej w jego śnie powiedział: „Spotkamy się tam, gdzie nie ma mroku”.

Nie pamiętał zakończenia przesłuchań. Zupełnie urwał mu się film, aż do momentu, kiedy to pomieszczenie czy może raczej cela, w której się aktualnie znajdował, stopniowo wyłoniła się z niebytu. Leżał prawie całkiem płasko na plecach i nie mógł się poruszyć. Jego ciało w różnych punktach krępowały pasy. Nawet jego głowa była w jakiś sposób przytwierdzona do łóżka. O’Brien patrzył na niego poważnie i z wyraźnym smutkiem. Widziana od dołu, jego twarz wyglądała na zmęczoną i wyniszczoną. Miał worki pod oczami i głębokie bruzdy, ciągnące się od nosa do brody. Był starszy, niż Winston zakładał — mógł mieć czterdzieści osiem lub pięćdziesiąt lat. Trzymał dłoń na przełączniku urządzenia, na którego tarczy widniały jakieś liczby.

— Powiedziałem ci — odezwał się O’Brien — że jeśli się znowu spotkamy, to tutaj.

— Tak — odrzekł Winston.

Bez żadnego ostrzeżenia fala bólu, wywołana jedynie drobnym poruszeniem dłoni O’Briena, zalała ciało Winstona. Był to przerażające doznanie, bowiem Winston nie widział, co się dzieje, i był przekonany, że oto nadchodzi jego koniec. Nie wiedział, czy to rzeczywistość czy tylko wrażenie, wywołane przez prąd, czuł jednak, jakby jego ciało traciło swój kształt, jakby coś rozrywało mu wszystkie stawy. Ból sprawił, że na czoło Winstona wystąpiły krople potu, ale najgorszy ze wszystkiego był strach, że zaraz trzaśnie mu kręgosłup. Zacisnął zęby i oddychał ciężko przez nos, próbując jak najdłużej powstrzymać się od krzyku.

— Boisz się — stwierdził O’Brien, wpatrując się w jego twarz — że za moment coś ci pęknie. A najbardziej boisz się o kręgosłup. Masz przed oczami plastyczny obraz tego, jak rozdzielają się kręgi i wycieka spomiędzy nich płyn rdzeniowo-kręgowy. O tym myślisz, prawda, Winstonie?

Winston nie odpowiedział. O’Brien ponownie dotknął przełącznika. Fala bólu ustąpiła tak szybko, jak nadeszła.

— To było czterdzieści. Jak widzisz, podziałka na tym urządzeniu kończy się na setce. W każdej chwili mogę zadać ci ból tak silny, jak tylko będę chciał; miej to, proszę, w pamięci podczas naszej rozmowy. Jeśli skłamiesz, jeśli spróbujesz kręcić albo choćby zejdziesz poniżej normalnego poziomu twojej inteligencji, krzykniesz z bólu. Natychmiast. Rozumiesz?

— Tak — powiedział Winston.

Zachowanie O’Briena stało się mniej obcesowe. Bezwiednie poprawił okulary i zrobił kilka kroków tam i z powrotem. Ton jego głosu był teraz łagodny i cierpliwy. Sprawiał wrażenie lekarza, nauczyciela czy może nawet kapłana, któremu zależy raczej na wyjaśnieniu prawdy i na perswazji niż na ukaraniu winnego.

— Męczę się z tobą, Winstonie — powiedział — bo jesteś tego wart. Dobrze wiesz, co jest z tobą nie tak. Wiesz to od lat, choć walczyłeś z tą wiedzą. Jesteś zaburzony psychicznie. Twoja pamięć jest uszkodzona. Nie pamiętasz prawdziwych zdarzeń, za to wmawiasz sobie, że pamiętasz takie, które w rzeczywistości nie miały miejsca. Na szczęście to się da wyleczyć. Tobie się nie udało wydobrzeć, bo wybrałeś inną drogę. Potrzebny był niewielki wysiłek, którego jednak nigdy nie podjąłeś. Zdaję sobie sprawę, że nawet teraz trzymasz się choroby, przekonany, iż jest twoją cnotą. Na przykład: z kim w tej chwili walczy Oceania?

— W chwili mojego aresztowania Oceania walczyła z Azją Wschodnią.

— Tak, z Azją Wschodnią. Oceania zawsze walczyła z Azją Wschodnią, czyż nie?

Winston nabrał powietrza. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, w końcu jednak nie padło z nich żadne słowo. Nie mógł oderwać oczu od podziałki.

— Prawda, Winstonie. Powiedz mi prawdę. Twoją prawdę. Co pamiętasz?

— Pamiętam, że jeszcze tydzień przed moim aresztowaniem wcale nie walczyliśmy z Azją Wschodnią. Byli naszym sojusznikiem. Toczyliśmy wojnę z Eurazją. Ta wojna trwała od lat. Wcześniej...

O’Brien powstrzymał go ruchem dłoni.

— Inny przykład — powiedział. — Jakiś czas temu miałeś naprawdę poważne urojenia. Uwierzyłeś, że trzej mężczyźni dawniej należący do Partii, o nazwiskach Jones, Aaronson i Rutheford, mężczyźni, których po absolutnie wyczerpujących zeznaniach stracono za zdradę i sabotaż, byli w istocie niewinni. Wydawało ci się, że widziałeś niezaprzeczalny dowód tego, iż ich zeznania zostały sfałszowane. Przywidziało ci się zdjęcie. Byłeś przekonany, że naprawdę trzymasz je w ręku. Wyglądało mniej więcej tak.

Między palcami O’Briena pojawił się podłużny skrawek gazety. Winston miał go w polu widzenia przez jakieś pięć sekund. Było to zdjęcie i Winston nie miał żadnych wątpliwości — jakie. O’Brien trzymał w ręku to samo zdjęcie, na które Winston trafił przypadkiem przed jedenastu laty i które od razu zniszczył; fotografia przedstawiała Jonesa, Aaronsona i Rutheforda podczas delegacji partyjnej w Nowym Jorku. Miał ją przed oczami przez moment, potem znikła. Ale widział ją, niezaprzeczalnie ją widział! Z rozpaczliwym, bolesnym wysiłkiem Winston szarpnął górną połową ciała, żeby się uwolnić. Nie mógł jednak poruszyć się ani o centymetr w żadnym kierunku. Na chwilę zapomniał nawet o podziałce. Chciał tylko ponownie trzymać w ręku tamto zdjęcie albo przynajmniej je zobaczyć.

— Ono istnieje! — krzyknął.

— Nie — odparł O’Brien.

Odszedł na drugi koniec pomieszczenia. W ścianie znajdowała się szczelina pamięci. O’Brien uniósł kratkę. Wątły skrawek papieru, porwany przez ciepły strumień powietrza, znikł po chwili w płomieniach, niezauważony przez nikogo. O’Brien odwrócił się.

— Popiół — powiedział. — Nie da się nawet rozpoznać, co spłonęło. Proch. Zdjęcie nie istnieje. Nigdy nie istniało.

— Ależ istniało! Istnieje! Istnieje w pamięci. Ja pamiętam. Wy też pamiętacie.

— Ja nie pamiętam — odparł O’Brien.

Winstona ogarnęła rozpacz. Oto dwójmyślenie w działaniu. Czuł się całkowicie bezradny. Gdyby miał pewność, że O’Brien kłamie, byłoby to łatwiejsze do zniesienia. Nie można było jednak wykluczyć, że O’Brien rzeczywiście zapomniał już o zdjęciu. A jeśli tak, to zapomniał także, że zaprzeczał, iż je pamięta, i zapomniał również sam proces zapominania. Skąd mieć pewność, że to tylko sztuczki? Może w ludzkim umyśle naprawdę mogło wydarzyć się takie obłąkane przesunięcie — ta myśl go dobiła.

O’Brien przyglądał się Winstonowi uważnie. Teraz jeszcze bardziej przypominał nauczyciela, który podejmuje wysiłek, żeby przekonać upartego, ale obiecującego ucznia.

— Istnieje slogan partyjny, mówiący o kontrolowaniu przeszłości — powiedział. — Przytocz go, proszę.

— Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość, kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość — wyrecytował Winston posłusznie.

— Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość — powtórzył O’Brien, kiwając powoli głową z aprobatą. — Czy według ciebie przeszłość istnieje w sposób niezależny?

Winstona ponownie ogarnęła rozpacz. Zerkał na podziałkę. Nie dość, że nie wiedział, która z odpowiedzi — „tak” czy „nie” — uchroni go przed bólem, to nie miał nawet pewności, w którą z nich wierzy.

O’Brien uśmiechnął się nieznacznie.

— Żaden z ciebie metafizyk, Winstonie — powiedział. — Do tego momentu nigdy nie zastanawiałeś się nad naturą istnienia. Ujmę to bardziej precyzyjnie. Czy przeszłość istnieje w sposób konkretny, w przestrzeni? Może istnieje jakieś inne miejsce, jakiś przedmiotowy świat, w którym nadal wydarza się przeszłość?

— Nie.

— Gdzie zatem istnieje przeszłość, jeśli w ogóle istnieje?

— W dokumentach. Jest zapisana.

— W dokumentach. Gdzie jeszcze?

— W umyśle. W ludzkich wspomnieniach.

— We wspomnieniach. No dobrze. My, Partia, kontrolujemy wszystkie dokumenty i wszystkie wspomnienia. A zatem decydujemy o kształcie przeszłości, tak czy nie?

— A niby jakim cudem moglibyście powstrzymać ludzi przed pamiętaniem przeszłości? — zawołał Winston, znów na moment zapominając o przełączniku. — To proces mimowolny, niepodlegający decyzjom. Jak niby kontrolujecie pamięć? Mojej nie kontrolujecie!

O’Brien znów stał się surowy. Położył rękę na przełączniku.

— Odwrotnie — powiedział. — To ty jej nie kontrolujesz. Dlatego tu się znalazłeś. Zabrakło ci i pokory, i dyscypliny. Nie poddałeś się woli Partii, a właśnie taka jest cena dobrostanu psychicznego. Wolałeś zostać szaleńcem, jednoosobową mniejszością. Tylko umysł zdyscyplinowany postrzega fakty, Winstonie. Wierzysz, że rzeczywistość jest obiektywna, zewnętrzna, że istnieje w sposób niezależny. Wierzysz także, że jej natura jest oczywista. Kiedy wmawiasz sobie, że coś widzisz, zakładasz, że wszyscy widzą to samo co ty. A ja ci mówię, Winstonie, że rzeczywistość nie jest czymś zewnętrznym. Rzeczywistość istnieje w ludzkim umyśle, nigdzie indziej. Nie w pojedynczym umyśle, który jest bardzo omylny i szybko przemija, tylko w umyśle Partii, kolektywnym i nieśmiertelnym. Jeśli Partia uznaje coś za prawdę, to jest prawdą. Nie da się postrzegać rzeczywistości inaczej niż oczami Partii. Tego musisz nauczyć się od nowa, Winstonie. Wymaga to aktu autodestrukcji, wysiłku woli. Musisz ukorzyć się przed Partią, dopiero wtedy wyzdrowiejesz.

Przerwał na chwilę, jakby chciał, żeby to, co powiedział, w pełni dotarło do Winstona.

— Pamiętasz — ciągnął — jak napisałeś w swoim dzienniku, że wolność oznacza możliwość powiedzenia, iż dwa plus dwa to cztery?

— Tak.

O’Brien podniósł lewą rękę, zwracając ją wierzchem dłoni do Winstona i chowając kciuk za pozostałymi czterema palcami.

— Ile to palców?

— Cztery.

— A jeśli Partia powie, że nie cztery, tylko pięć: wtedy ile ich będzie?

— Cztery.

Ostatnie słowo przeszło w krzyk bólu. Wskaźnik na podziałce podskoczył do poziomu 55. Pot oblał całe ciało Winstona. Powietrze wdarło się do jego płuc — wydychał je z głośnym jękiem, niemożliwym do powstrzymania mimo zaciśniętych zębów. O’Brien obserwował go, nadal pokazując cztery palce. Znowu przesunął dźwignię. Tym razem ból tylko trochę zelżał.

— Ile to palców, Winstonie?

— Cztery.

Wskaźnik podskoczył do 60.

— Ile palców, Winstonie?

— Cztery! Cztery! Co innego mógłbym powiedzieć? Cztery!

Wskaźnik chyba ponownie poszedł w górę, ale Winston nie patrzył w jego kierunku. W polu widzenia miał tylko ciężką, surową twarz i cztery wyciągnięte palce, które tkwiły przed jego oczami niczym kolumny. Ogromne, niewyraźne, jakby rozwibrowane — były to jednak niezaprzeczalnie cztery palce.

— Ile palców, Winstonie?

— Cztery! Przestańcie, przestańcie! Jak można dalej to ciągnąć? Cztery! Cztery!

— Ile palców, Winstonie?

— Pięć! Pięć! Pięć!

— Nie, Winstonie, to na nic. Kłamiesz. Wciąż myślisz, że to cztery palce. Ile palców, powiedz, proszę!

— Cztery! Pięć! Cztery! Ile chcecie! Tylko przestańcie, przerwijcie ten ból!

I nagle siedział, a O’Brien otaczał go ramieniem. Winston na kilka sekund chyba stracił przytomność. Pasy, przytrzymujące jego ciało, zostały poluzowane. Było mu bardzo zimno, dygotał, szczękał zębami, łzy spływały mu po policzkach. Na moment przylgnął do O’Briena jak dziecko, znajdując jakiś rodzaj ukojenia w podtrzymującym go silnym ramieniu. Wydawało mu się, że O’Brien go chroni, że ból przyszedł z zewnątrz, z jakiegoś innego źródła, i że to właśnie O’Brien mógłby go przed nim ocalić.

— Niezbyt bystry z ciebie uczeń, Winstonie — powiedział O’Brien łagodnie.

— Cóż mogę na to poradzić? — wyszlochał Winston. — Jak mogę nie widzieć czegoś, co mam przed oczami? Dwa i dwa to cztery.

— Czasem tak, Winstonie. Ale czasem dwa i dwa to pięć. Albo trzy. Kiedy indziej wszystkie te odpowiedzi są prawdziwe jednocześnie. Musisz bardziej się postarać. Nie tak łatwo jest wyzdrowieć.

Położył Winstona na łóżku. Pasy zacisnęły się ponownie na jego kończynach, ale ból odpłynął, a dygot ustąpił. Winston czuł się osłabiony i było mu zimno. O’Brien skinieniem głowy przywołał mężczyznę w białym fartuchu, który przez cały czas stał nieruchomo z boku. Człowiek ów schylił się i zajrzał z bliska w oczy Winstona, zbadał puls, przyłożył ucho do piersi, postukał tu i tam; w końcu pokiwał głową, dając sygnał O’Brienowi.

— Jeszcze raz — powiedział O’Brien.

Ból przeszył ciało Winstona. Wskazówka musiała pokazywać siedemdziesiąt, może siedemdziesiąt pięć. Tym razem zamknął oczy. Zdawał sobie sprawę, że O’Brien nadal pokazuje palce — z całą pewnością cztery. Liczyło się tylko to, żeby jakimś cudem przetrwać spazm bólu. Przestał już zauważać, czy krzyczy czy nie. Ponownie ból zelżał. Otworzył oczy. O’Brien opuścił dźwignię.

— Ile palców, Winstonie?

— Cztery. Sądzę, że cztery. Zobaczyłbym pięć, gdybym tylko mógł. Próbuję zobaczyć pięć.

— Co jest twoją intencją: przekonać mnie, że widzisz pięć, czy naprawdę zobaczyć pięć?

— Naprawdę zobaczyć.

— Jeszcze raz — powiedział O’Brien.

Wskazówka mogła tym razem dojść do osiemdziesięciu lub dziewięćdziesięciu. Winston chwilami zapominał, dlaczego czuje ten ból. Pod zaciśniętymi powiekami cały las palców kołysał się w jakimś niesamowitym tańcu — poszczególne z nich to łączyły się, to rozdzielały, jeden chował się za drugim, by za chwilę znów się wyłonić. Próbował je liczyć, ale nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego to robi. Wiedział tylko, że nie da się ich policzyć i że ma to jakiś związek z tajemniczą tożsamością liczb cztery i pięć. Ból ponownie zelżał. Kiedy otworzył oczy, zorientował się, że nadal widzi to samo. Niezliczone palce, podobne do rozkołysanych drzew, dalej tańczyły mu przed oczami, poruszając się w różnych kierunkach, nachodząc na siebie, a następnie rozdzielając się. Ponownie zamknął oczy.

— Ile to palców, Winstonie?

— Nie wiem. Po prostu nie wiem. Jeśli to będzie trwało, zabijecie mnie. Cztery, pięć, sześć... Szczerze mówię, nie wiem.

— Już lepiej — powiedział O’Brien.

Igła wbiła się w ramię Winstona. Niemal w tym samym momencie całe jego ciało ogarnęła fala rozkosznego, kojącego ciepła. Już prawie nie pamiętał bólu. Otworzył oczy i spojrzał na O’Briena z wdzięcznością. Na widok masywnej, pomarszczonej twarzy, tak brzydkiej, a jednocześnie tak inteligentnej, jego nastrój gwałtownie się zmienił i poczuł, że gdyby tylko był w stanie wyciągnąć rękę, położyłby ją ochoczo na ramieniu O’Briena. Jeszcze nigdy nie kochał go tak bardzo jak w tym momencie — nie tylko dlatego, że O’Brien uwolnił go od bólu. Wróciło dawne wrażenie, że w gruncie rzeczy nie ma znaczenia, czy O’Brien jest przyjacielem czy wrogiem. Da się z nim rozmawiać. Być może człowiek najbardziej pragnie nie miłości, lecz zrozumienia. O’Brien poddał go torturom, które niemal doprowadziły Winstona do postradania zmysłów, i z pewnością wkrótce skaże go na śmierć. Ale to nie ma znaczenia. Łączy ich bowiem więź jeszcze głębsza od przyjaźni, bardziej intymna. Zapewne nigdy do tego nie dojdzie, jednak gdyby spotkali się we właściwym miejscu, potrafiliby się porozumieć. O’Brien patrzył na Winstona z wyrazem twarzy sugerującym, iż może myśleć tak samo. Po chwili odezwał się zrelaksowanym tonem, jakby gawędzili sobie niezobowiązująco.

— Czy wiesz, gdzie jesteś, Winstonie?

— Nie wiem. Mogę się domyślać. W Ministerstwie Miłości.

— Wiesz, jak długo już tu jesteś?

— Nie. Dni, tygodnie, miesiące... Pewnie od paru miesięcy.

— Jak sądzisz, dlaczego zamykamy tu ludzi?

— Żeby ich nakłonić do wyznania win.

— Nie, nie po to. Spróbuj jeszcze raz.

— Żeby ich ukarać.

— Nie! — wykrzyknął O’Brien. Ton jego głosu zmienił się całkowicie, a twarz stężała i zastygła w gniewnym grymasie. — Nie! Nie tylko po to, żeby wyciągnąć zeznania, nie po to, żeby was karać. Mam ci powiedzieć, dlaczego cię tu trzymamy? Żeby cię wyleczyć! Żebyś oprzytomniał! Zrozum wreszcie, Winstonie, że nikt, kto tu trafił, nie opuszcza tego miejsca, póki nie wyzdrowieje. Nie obchodzą nas twoje śmieszne zbrodnie. Partii nie zajmują zewnętrzne działania, interesują nas wyłącznie myśli. Nie niszczymy naszych wrogów, my ich zmieniamy. Rozumiesz, co do ciebie mówię?

Pochylił się nad Winstonem. Z tak bliskiej odległości i oglądana od dołu, jego twarz zdawała się ogromna i potwornie brzydka. Malował się na niej ponadto jakiś rodzaj egzaltacji — obłąkańcze ożywienie. Winstonowi ponownie serce podeszło do gardła. Gdyby tylko mógł, skuliłby się jeszcze bardziej na łóżku. Był pewien, że O’Brien przesunie zaraz przełącznik z czystej złośliwości. Ale O’Brien odwrócił się i zrobił parę kroków tam i z powrotem. Następnie odezwał się nieco mniej gwałtownym tonem:

— Po pierwsze, musisz zrozumieć, że nie ma tu żadnych męczenników. Czytałeś o religijnych prześladowaniach w dawnych czasach. W średniowieczu istniała inkwizycja. Poniosła klęskę. Jej celem było wykorzenienie herezji, tymczasem osiągnęła skutek odwrotny do zamierzonego. W miejsce każdego spalonego na stosie heretyka pojawiały się setki innych. Dlaczego tak się działo? Ponieważ inkwizycja mordowała swoich wrogów na oczach ludzi, publicznie; zabijała ich, zanim okazali skruchę, a ściślej rzecz biorąc dlatego, że jej nie okazywali. Umierali, bo odmawiali wyrzeczenia się swoich szczerych przekonań. Rzecz jasna, chwała spływała w takiej sytuacji na ofiarę, a wstyd na wykonującego wyrok inkwizytora. Potem, w dwudziestym wieku, pojawiły się tak zwane totalitaryzmy, niemieccy naziści i rosyjscy komuniści. W tropieniu herezji Rosjanie byli o wiele bardziej brutalni niż inkwizycja. Sądzili, że nauczyli się czegoś na błędach przeszłości. Zrozumieli, że nie należy produkować męczenników, toteż przed wystawieniem swoich ofiar na widok publiczny z rozmysłem pozbawiali je godności. Wroga niszczyli torturami i izolacją, aż zamieniał się w godną pogardy, kulącą się ze strachu kreaturę, gotową przyznać się do wszystkiego, co się jej podsunie, lżącą siebie i oskarżającą innych, błagającą o litość. A jednak po paru latach historia powtórzyła się. Pomordowani stali się męczennikami, a o ich upodleniu zapomniano. Dlaczego tak się stało? Po pierwsze, zeznania były w oczywisty sposób wymuszone i nieszczere. My nie popełniamy takich błędów. Wszelkie oświadczenia złożone w tym miejscu są wiarygodne i dobrowolne. A przede wszystkim nie pozwalamy, aby umarli zwracali się przeciwko nam. Musisz porzucić złudzenie, że przyszłość się o ciebie upomni, Winstonie. Przyszłość nigdy o tobie nie usłyszy. Zostaniesz usunięty bez śladu z nurtu historii. Zamienimy cię w gaz i rozpuścimy w stratosferze. Nic po tobie nie zostanie: twoje nazwisko zostanie wymazane z dokumentów, a pamięć o tobie zniknie z ludzkich umysłów. Zostaniesz unicestwiony tak w przeszłości, jak i w przyszłości, jakbyś nigdy nie istniał.

„To po co trudzicie się torturami?” — pomyślał z nagłą goryczą Winston. O’Brien zatrzymał się, zupełnie jakby ta myśl została wypowiedziana na głos. Jego duża, brzydka twarz znów przybliżyła się. Zmrużył nieco oczy.

— Myślisz sobie — powiedział — że skoro zamierzamy kompletnie cię zniszczyć, żadne twoje słowa czy działania nie robią najmniejszej różnicy, a w takim razie po co zawracamy sobie głowę, przesłuchując cię. O tym myślałeś, prawda?

— Tak — przyznał Winston.

Na twarzy O’Briena pojawił się leciutki uśmiech.

— Jesteś błędem w obowiązującym porządku, Winstonie. Plamą, którą trzeba zetrzeć. Czyż nie powiedziałem ci przed momentem, że różnimy się od prześladowców z przeszłości? Nie zadowala nas negatywne posłuszeństwo ani nawet najbardziej uniżona uległość. Kiedy się w końcu poddasz, zrobisz to z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie niszczymy heretyka dlatego, że się nam sprzeciwia; dopóki stawia opór, nie unicestwiamy go. Musimy go najpierw nawrócić, opanować jego umysł i na nowo go ukształtować. Wypalamy z jego świadomości całe zło, usuwamy wszelkie urojenia, sprawiamy, że przechodzi na naszą stronę, nie tylko pozornie, ale naprawdę, szczerze, w głębi serca. Zanim go zabijemy, musi stać się jednym z nas. W żadnym miejscu na świecie nie tolerujemy istnienia opacznej myśli, choćby tylko ukrytej i niegroźnej. Nie zezwalamy na herezję nawet w chwili śmierci. W dawnych czasach heretyk wchodził na stos, pozostając odstępcą w stanie płomiennej egzaltacji, nadal siejąc herezję. Nawet ofiary czystki stalinowskiej, prowadzone na miejsce rozstrzelania, mogły nieść swój bunt do końca zamknięty w czaszce. My sprawiamy, że ukryty dotąd przed światem umysł staje się doskonały, dopiero wtedy czaszkę roztrzaskuje kula. Przykazanie dawnych despotów brzmiało: „Nie będziesz robić tego i tego”. Władcy totalitarni nakazywali: „Będziesz robić to i to”. My mówimy: „Robisz to i to”. Nikt, kto tu trafia, nigdy więcej nie zwraca się przeciwko nam. Wszystkich daje się oczyścić. Nawet tamtych trzech nieszczęsnych zdrajców, w których niewinność kiedyś wierzyłeś, Jonesa, Aaronsona i Rutheforda, ich też w końcu złamaliśmy. Sam brałem udział w przesłuchaniach. Widziałem, jak powoli tracą siły, zaczynają skamlać, czołgać się, łkać, w końcu już wcale nie z bólu czy strachu, tylko z żalu. Zanim z nimi skończyliśmy, byli ludzkimi wrakami. Nic z nich nie zostało poza smutkiem z powodu tego, co zrobili, i miłością do Wielkiego Brata. Widzieć, jak bardzo go kochają... To naprawdę chwytało za serce. Błagali, aby ich szybko zastrzelić, póki ich umysły pozostają czyste.

Głos O’Briena stał się niemal rozmarzony. Na jego twarzy nadal malowała się egzaltacja i jakiś obłąkany entuzjazm. Winston zdał sobie sprawę, że O’Brien nie udaje, nie jest hipokrytą — wierzy w każde wypowiadane przez siebie słowo. Winstonowi najbardziej dokuczało poczucie własnej intelektualnej niższości. Obserwował ciężką, ale nie pozbawioną wdzięku sylwetkę, przechadzającą się po celi, na przemian pojawiającą się w jego polu widzenia i znikającą poza jego obrębem. O’Brien był pod każdym względem potężniejszy. Wszystko, co kiedykolwiek przyszło Winstonowi do głowy, każda idea, którą mógłby sformułować, została już przez O’Briena przemyślana i odrzucona. Umysł Winstona zawierał się w umyśle O’Briena. Czy w takim razie O’Brien mógł być szaleńcem? Chyba to on, Winston, popadał w obłęd. O’Brien zatrzymał się i ponownie na niego popatrzył. Ton głosu znów stał się surowy.

— Niech ci się nie wydaje, że możesz się uratować, Winstonie, nawet jeśli całkowicie się poddasz. Nie oszczędzamy nikogo, kto raz zbłądził. Nawet jeśli pozwolimy ci dożyć do naturalnej śmierci, i tak nigdy przed nami nie uciekniesz. To, co się tutaj dzieje, odmieni cię na zawsze. Musisz to z zrozumieć zawczasu. Złamiemy cię do tego stopnia, że nie będzie powrotu. Doświadczysz takich rzeczy, po których nie pozbierałbyś się, choćbyś żył jeszcze tysiąc lat. Już nigdy nie będziesz zdolny do zwykłego ludzkiego odczuwania. Będziesz całkowicie martwy w środku. Nie będziesz zdolny do miłości ani przyjaźni, do odczuwania radości życia, do śmiechu, odwagi czy uczciwości. Wypełni cię pustka. Wyciśniemy z ciebie całą zawartość, a potem napełnimy cię odpowiednią treścią.

Przerwał i dał znak mężczyźnie w białym fartuchu. Winston czuł, że wciskają mu pod głowę jakieś masywne urządzenie. O’Brien usiadł obok łóżka, jego twarz znajdowała się teraz niemal na poziomie oczu Winstona.

— Trzy tysiące — powiedział do mężczyzny w białym fartuchu nad głową Winstona.

Dwie miękkie poduszki, w dotyku wilgotne, przylgnęły do skroni Winstona. Zadrżał. Oto nadchodzi ból, nowy rodzaj bólu. O’Brien położył dłoń na dłoni Winstona uspokajającym, niemal przyjaznym gestem.

— Teraz nie będzie bolało — powiedział. — Patrz mi w oczy.

W tym samym momencie nastąpiła jakaś straszliwa eksplozja, a może Winstonowi jedynie tak się wydawało. Nie był pewien, czy faktycznie usłyszał huk, bez wątpienia jednak oślepił go potężny blask. Nie odniósł żadnych obrażeń, tylko jakby miotnęło nim o ziemię — miał takie wrażenie, choć przecież cały czas leżał unieruchomiony. Potężne, bezbolesne uderzenie rozpłaszczyło go. Poza tym coś zaszło w jego głowie. Kiedy odzyskał ostrość widzenia, pamiętał, kim jest i gdzie się znajduje, rozpoznawał także twarz człowieka, który się w niego wpatrywał, niemniej jednak odczuwał pustkę — jakby usunięto mu fragment mózgu.

— To minie — powiedział O’Brien. — Patrz mi w oczy. Z jakim krajem Oceania toczy wojnę?

Winston zastanowił się. Wiedział, do czego odnosi się słowo Oceania, a także, że on sam jest obywatelem tego kraju. Pamiętał również nazwy Eurazja i Azja Wschodnia; ale kto z kim walczy — tego sobie nie przypominał. W istocie nie był nawet świadom, że toczy się jakaś wojna.

— Nie pamiętam.

— Oceania walczy z Azją Wschodnią. Teraz pamiętasz?

— Tak.

— Oceania zawsze walczyła z Azją Wschodnią. Wojna trwa nieprzerwanie, odkąd żyjesz, od początku istnienia Partii, od zarania historii. To wciąż ta sama wojna. Pamiętasz?

— Tak.

— Jedenaście lat temu stworzyłeś legendę o trójce mężczyzn, których skazano na śmierć za zdradę. Upierałeś się, że widziałeś skrawek gazety, dowodzący ich niewinności. Taki wycinek nigdy nie istniał. Wymyśliłeś go, a następnie sam uwierzyłeś we własne kłamstwo. Teraz pamiętasz moment, kiedy przyszło ci ono do głowy, prawda?

— Tak, pamiętam.

— Przed chwilą podniosłem dłoń do góry. Widziałeś pięć palców. Pamiętasz?

— Tak.

O’Brien uniósł lewą rękę, chowając kciuk za pozostałymi palcami.

— Podnoszę pięć palców. Czy widzisz pięć palców?

— Tak.

Rzeczywiście je widział przez ułamek sekundy, dopóki coś się nie przestawiło w jego mózgu. Widział pięć palców i nie było to żadne zniekształcenie rzeczywistości. A potem wszystko powróciło do normy, znów pojawiły się strach, nienawiść i dezorientacja. Jednak przez pewien czas — Winston nie miał pewności, jak długo to trwało, może trzydzieści sekund — postrzegał wszystko z całkowitą jasnością. Każda podpowiedź O’Briena wypełniała jakiś fragment pustki i stawała się prawdą absolutną, zatem dwa plus dwa mogło równać się trzy albo pięć, w zależności od potrzeby. To wrażenie minęło, zanim O’Brien opuścił rękę; Winston nie mógł powtórnie go przywołać, ale pamiętał je tak, jak pamięta się jakieś intensywne przeżycie z odległej przeszłości, kiedy było się właściwie inną osobą.

— W każdym razie teraz wiesz — powiedział O’Brien — że to jest możliwe.

— Tak — zgodził się Winston.

O’Brien podniósł się, ewidentnie zadowolony z siebie. Winston zobaczył, jak mężczyzna w białym fartuchu, stojący po lewej stronie łóżka, łamie ampułkę i wciąga zawartość do strzykawki. O’Brien zwrócił się do Winstona z uśmiechem. Poprawił okulary na nosie — niemal tym samym gestem co dawniej.

— Czy pamiętasz, jak napisałeś w dzienniku, że nie ma znaczenia, czy jestem przyjacielem czy wrogiem, skoro cię rozumiem i mógłbyś ze mną porozmawiać? Miałeś rację. Lubię z tobą rozmawiać. Twój umysł mnie fascynuje. Przypomina mój własny, z tą różnicą, że ty jesteś chory. Zanim skończymy na dziś, możesz zadać mi kilka pytań, jeśli masz ochotę.

— Mogę pytać o cokolwiek?

— O cokolwiek. — O’Brien zauważył, że Winston spogląda na przełącznik urządzenia. — Jest wyłączone. Jak brzmi twoje pierwsze pytanie?

— Co zrobiliście Julii? — spytał Winston.

O’Brien ponownie się uśmiechnął.

-– Zdradziła cię, Winstonie. Natychmiast, bez wahania. Rzadko bywam świadkiem tak błyskawicznego przejścia na naszą stronę. Nie rozpoznałbyś jej, gdybyś ją zobaczył. Wypaliliśmy z niej wszelki bunt, krętactwo, skłonność do popełniania głupstw i brudne myśli. Doskonałe nawrócenie, przypadek podręcznikowy.

— Torturowaliście ją.

O’Brien zbył tę uwagę milczeniem.

— Następne pytanie.

— Czy Wielki Brat istnieje?

— Oczywiście, że istnieje. Istnieje Partia. Wielki Brat jest jej ucieleśnieniem.

— Ale czy istnieje w taki sam sposób jak ja?

— Ty nie istniejesz — odparł O’Brien.

Winstona ponownie ogarnęło uczucie bezradności. Znał albo umiał sobie wyobrazić uzasadnienia, dowodzące jego nieistnienia, ale był to nonsens, puste obracanie słowami. Czyż samo zdanie „Ty nie istniejesz” nie zawierało już w sobie logicznego absurdu? Po co to w ogóle mówić? Jego umysł wzdrygnął się na myśl o niemożliwych do zbicia, chorych argumentach, jakich O’Brien użyje, żeby go zniszczyć.

— Myślę, że istnieję — powiedział zmęczonym głosem. — Jestem świadomy własnej tożsamości. Urodziłem się i umrę. Mam ręce i nogi. Znajduję się w określonym miejscu w przestrzeni. Żadne materialne ciało nie może w tym samym czasie zajmować tego samego miejsca. Czy Wielki Brat istnieje w taki sposób?

— To nie ma znaczenia. Istnieje.

— Czy Wielki Brat kiedyś umrze?

— Oczywiście, że nie. Jak mógłby umrzeć? Następne pytanie.

— Czy istnieje Bractwo?

— Tego nigdy się nie dowiesz, Winstonie. Nawet jeśli, gdy już z tobą skończymy, zdecydujemy się puścić cię wolno i choćbyś dożył dziewięćdziesiątki, nadal nie będziesz wiedział, jak brzmi odpowiedź: „tak” czy „nie”. Póki żyjesz, ta kwestia pozostanie nierozstrzygnięta.

Winston leżał w milczeniu. Jego oddech przyspieszył. Wciąż nie zadał pytania, które przyszło mu do głowy jako pierwsze. Musiał to zrobić, ale słowa nie przechodziły mu przez gardło. Na twarzy O’Briena zamajaczyło lekkie rozbawienie. Nawet jego okulary zdawały się pobłyskiwać ironicznie. On wie, pomyślał Winston. Wie, o co chcę zapytać! Ta myśl wycisnęła z niego słowa:

— Co znajduje się w pokoju 101?

Wyraz twarzy O’Briena nie zmienił się. Odpowiedział sucho:

— Dobrze wiesz, Winstonie, co znajduje się w pokoju 101. Wszyscy to wiedzą.

Skinął ręką na człowieka w białym fartuchu. Najwyraźniej sesja dobiegła końca. Igła wbiła się w ramię Winstona. Niemal natychmiast zapadł w głęboki sen.