tłum. Julia Fiedorczuk

3

— Twoja terapia składa się z trzech etapów — powiedział O’Brien. — Najpierw nauka, następnie zrozumienie, wreszcie akceptacja. Czas, żebyś przeszedł do drugiej fazy.

Winston, jak zwykle, leżał płasko na plecach. Od jakiegoś czasu przytrzymujące go pasy były jednak nieco poluzowane. Nadal przytwierdzały ciało do łóżka, teraz jednak mógł lekko zgiąć kolana, pokręcić głową albo unieść przedramię. Dźwignia już go tak nie przerażała. Jeśli wykazał się wystarczającą bystrością, udawało mu się uniknąć bólu; O’Brien przesuwał przełącznik głównie wtedy, kiedy Winston mówił coś głupiego. Zdarzały się całe sesje, podczas których przesłuchujący ani razu nie skorzystał z urządzenia. Winston nie pamiętał, ile ich było. Proces był bardzo rozciągnięty w czasie — mógł obejmować nawet tygodnie — a przerwy między sesjami czasem trwały parę dni, a czasem tylko godzinę lub dwie.

— Leżąc tu — powiedział O’Brien — zastanawiasz się często, pytałeś mnie o to zresztą, dlaczego Ministerstwo Miłości poświęca ci tyle czasu i uwagi. Na wolności intrygowała cię zasadniczo ta sama kwestia. Rozumiałeś zasady funkcjonowania społeczeństwa, w którym żyłeś, ale nie rozumiałeś motywów. Pamiętasz, jak napisałeś w swoim dzienniku: „Rozumiem jak, nie rozumiem dlaczego”? Zastanawiając się „dlaczego”, powątpiewałeś we własne zdrowie psychiczne. Przeczytałeś tę książkę, książkę Goldsteina, a w każdym razie niektóre jej fragmenty. Czy dowiedziałeś się z niej czegokolwiek, czego nie wiedziałeś wcześniej?

— Czytaliście ją? — spytał Winston.

— Napisałem ją. Ściślej rzecz biorąc, uczestniczyłem w jej powstawaniu. Jak dobrze wiesz, każda książka ma wielu autorów.

— Czy to, co w niej napisano, jest prawdą?

— Jako opis, tak. Ale przedstawiony tam program jest absurdalny. Tajemna akumulacja wiedzy, stopniowe rozprzestrzenianie się oświecenia, wreszcie bunt proletariatu i obalenie Partii. Sam przewidziałeś, że właśnie to będzie tam napisane. To czysty nonsens. Proletariat nigdy się nie zbuntuje, ani za tysiąc lat, ani za milion. Nie mogą. Nie muszę tłumaczyć ci dlaczego; sam to rozumiesz. Jeśli miewałeś mrzonki na temat powstania zbrojnego, porzuć je od razu. Nie ma sposobu na obalenie Partii. Partia rządzi na zawsze. Niech to stanie się punktem wyjścia dla twoich rozmyślań.

O’Brien podszedł bliżej do łóżka.

— Partia rządzi na zawsze! — powtórzył. — A teraz powróćmy do pytań o „jak” i „dlaczego”. Wystarczająco dobrze rozumiesz, w jaki sposób Partia utrzymuje się przy władzy. Wyjaśnij mi zatem, dlaczego zależy nam na utrzymaniu władzy. Co nam przyświeca? Dlaczego chcemy rządzić? — Winston nie odpowiedział. — Dalej, mów! — nakazał mu O’Brien.

Upłynęło jeszcze parę chwil, zanim więzień się odezwał. Ogarnęło go potworne zmęczenie. Entuzjastyczne szaleństwo ponownie zamajaczyło w oczach O’Briena. Z góry było wiadomo, co powie: „Partia nie pragnie władzy dla niej samej, tylko dla dobra większości. Chce władzy, bo większość ludzi to kruche, tchórzliwe istoty, niezdolne do konfrontacji z wolnością czy prawdą. Dlatego lepiej dla nich, jeśli rządzą nimi silniejsi, którzy ich systematycznie oszukują. Człowiek ma wybór: wolność lub szczęście, a dla ogromnej większości ludzi szczęście jest ważniejsze. Partia jest wiekuistą opiekunką słabych; przypomina żarliwą sektę, czyniącą zło, aby wynikło z niego dobro, poświęcającą dla innych własne szczęście”. Najstraszniejsze — myślał Winston — najstraszniejsze jest to, że gdy O’Brien mówi te rzeczy, naprawdę w nie wierzy. Ma to wypisane na twarzy. O’Brien o wszystkim wiedział. Tysiąc razy lepiej od Winstona zdawał sobie sprawę, jak naprawdę wygląda świat, w jakiej nędzy żyje większość ludzi, do jakich kłamstw, do jakiego barbarzyństwa ucieka się Partia, aby ich w tym stanie utrzymać. Wszystko zrozumiał, wszystko rozważył i nie robiło to żadnej różnicy — ostatecznie cel uświęcał środki. Co można zdziałać, zastanawiał się Winston, w obliczu poczynań szaleńca, który jest od ciebie inteligentniejszy i uważnie słucha twoich argumentów, a mimo to nadal trwa w swoim szaleństwie?

— Rządzicie nami dla naszego dobra — zaczął bez przekonania. — Uważacie, że ludzie nie są w stanie sami sobą sterować, więc...

Poderwał się i o mało nie krzyknął. Ból przeszył jego ciało. O’Brien przesunął wskaźnik na trzydzieści pięć.

— To było głupie, Winstonie, bardzo głupie! Powinieneś mieć więcej rozsądku.

Opuścił dźwignię i ciągnął:

— Powiem ci, jak brzmi odpowiedź na moje pytanie. Oto ona: Partia pragnie władzy wyłącznie dla niej samej. Nie interesuje nas dobro innych, interesuje nas tylko panowanie. Nie bogactwo czy luksusy, nie długie życie albo szczęście, tylko władza, czysta władza. Czym ona jest, to zaraz zrozumiesz. Różnimy się od dawnych oligarchii tym, że doskonale wiemy, co robimy. Wszyscy inni, nawet ci z pozoru do nas podobni, byli tchórzami i hipokrytami. Naziści w Niemczech i radzieccy komuniści stosowali metody bardzo podobne do naszych, ale nawet im brakowało odwagi, żeby przyznać się do własnych motywacji. Udawali, a może nawet w to wierzyli, że władzę przejęli przypadkowo i na pewien ograniczony czas, a zaraz za zakrętem czeka świat, w którym istoty ludzkie będą wolne i równe. My tacy nie jesteśmy. Wiemy, że nikt nie sięga po władzę z intencją, żeby ją oddać. Władza nie jest środkiem, jest celem. Nie ustanawia się dyktatury po to, żeby doprowadzić do rewolucji; robi się rewolucję, żeby ustanowić dyktaturę. Celem prześladowania jest prześladowanie. Celem torturowania jest torturowanie. Celem władzy jest władza. Czy zaczyna to do ciebie docierać?

Winstona ponownie uderzył zmęczony wyraz twarzy O’Briena. Było to mocne, nalane, brutalne oblicze, wyrażające inteligencję i pewien rodzaj kontrolowanej pasji, wobec której Winston czuł się bezsilny. A jednak była to także twarz zmęczonego człowieka — worki pod oczami, skóra zwisająca luźno na policzkach. O’Brien pochylił się, celowo przysuwając tę zmęczoną twarz bliżej Winstona.

— Myślisz — powiedział — że mam starą i zmęczoną twarz. Że mówię o władzy nad światem, a nie mogę nawet powstrzymać rozpadu własnego ciała. Naprawdę nie pojmujesz, że jednostka jest tylko komórką? Zmęczenie komórki to witalność całego organizmu. Czy umierasz, kiedy obcinasz sobie paznokcie?

Odwrócił się od łóżka i znowu zaczął się przechadzać w tę i z powrotem, z jedną ręką w kieszeni.

— Jesteśmy kapłanami władzy — powiedział. — Bóg jest władzą. Jednak, póki co, władza jest dla ciebie tylko słowem. Czas, żebyś zrozumiał, co ono oznacza. Po pierwsze, musisz pojąć, że panowanie jest kolektywne. Jednostka ma władzę tylko w takim stopniu, w jakim przestaje być jednostką. Znasz ten partyjny slogan: „Wolność to niewola”. Przyszło ci kiedyś do głowy, że można go odwrócić? Niewola to wolność. Samotnie, a zatem wolny, człowiek zawsze przegrywa. Nie może być inaczej, skoro każdy musi umrzeć, a to przecież największa ze wszystkich porażek. Jeśli jednak uda mu się całkowicie, doszczętnie poddać, jeśli ucieknie od własnej tożsamości i zleje się z Partią do tego stopnia, że po prostu będzie Partią, wtedy stanie się wszechmocny i nieśmiertelny. Po drugie, musisz zrozumieć, że władza oznacza władzę nad ludźmi. Nad ich ciałami, oczywiście, ale przede wszystkim nad ich umysłami. Władza nad materią, nad tym, co ty określiłbyś jako rzeczywistość zewnętrzną, nie ma znaczenia. Nasze panowanie nad materią już jest absolutne.

Winston na chwilę zignorował przełącznik. Dokonując ogromnego wysiłku, spróbował usiąść, ale wyszło z tego jedynie bolesne szarpnięcie.

— Jak możecie kontrolować materię? — wybuchnął. — Nie kontrolujecie przecież klimatu czy grawitacji. A są także choroby, ból, śmierć...

O’Brien uciszył go gestem dłoni.

— Kontrolujemy materię, bo kontrolujemy umysł. Rzeczywistość znajduje się w ludzkim mózgu. Stopniowo wszystkiego się nauczysz, Winstonie. Możemy wszystko. Niewidzialność, lewitacja... Wszystko jest w naszym zasięgu. Gdybym chciał, mógłbym unieść się z tej podłogi jak bańka mydlana. Nie chcę, bo Partia tego nie chce. Musisz pozbyć się tych dziewiętnastowiecznych konceptów, dotyczących praw natury. To my tworzymy prawa natury.

— Ależ skąd! Nie jesteście nawet panami tej planety. Co z Eurazją i Azją Wschodnią? Jeszcze ich nie podbiliście.

— To nie ma znaczenia. Podbijemy ich w odpowiednim dla nas momencie. A nawet jeśli nie, co to za różnica? Możemy ich wyeliminować, sprawić, że przestaną istnieć. Oceania jest światem.

— Ależ świat to pyłek kurzu. Człowiek jest maleńki, bezbronny! Od jak dawna żyje nasz gatunek? Przez miliony lat Ziemia istniała bez człowieka.

— Nonsens. Ziemia istnieje, odkąd my tu jesteśmy, nie dłużej. Jak mogłaby być od nas starsza? Nie istnieje nic poza ludzką świadomością.

— Przecież znajduje się w ziemi kości dawno wymarłych zwierząt: mamutów, mastodontów albo ogromnych gadów, które żyły na długo przed człowiekiem.

— Czy kiedykolwiek widziałeś te kości, Winstonie? Oczywiście, że nie. Wymyślili je dziewiętnastowieczni biolodzy. Przed człowiekiem nic nie istniało. Po człowieku, gdyby kiedykolwiek miał nastąpić nasz kres, niczego nie będzie. Nie ma niczego poza człowiekiem.

— Cały kosmos istnieje niezależnie od nas. Popatrzcie na gwiazdy! Niektóre z nich są odległe od Ziemi o miliony lat świetlnych. Nigdy do nich nie dotrzemy.

— Czym są gwiazdy? — rzucił O’Brien obojętnie. — Kulami ognia parę kilometrów stąd. Gdybyśmy chcieli, dotarlibyśmy do nich bez trudu. Moglibyśmy je zgasić. Ziemia to centrum wszechświata. Słońce i gwiazdy krążą wokół Ziemi.

Winston znów drgnął konwulsyjnie. Tym razem nic nie powiedział. O’Brien ciągnął, jakby w odpowiedzi na głośno wyrażony sprzeciw:

— Rzecz jasna, prawdę tę można nieco nagiąć w określonym celu. Gdy pływamy po oceanie albo przewidujemy zaćmienie, niekiedy wygodnie jest założyć, że to Ziemia krąży wokół Słońca, a gwiazdy są od niej oddalone o miliony kilometrów. I co z tego? Myślisz, że nie jesteśmy w stanie stworzyć podwójnego systemu astronomicznego? Gwiazdy mogą znajdować się blisko lub daleko, w zależności od potrzeby. Sądzisz, że nasi matematycy sobie z tym nie radzą? Zapomniałeś o dwójmyśleniu?

Winston opadł na łóżko. Czego by nie powiedział, odpowiedź O’Briena błyskawicznie miażdżyła jego argumenty. A jednak wiedział, wiedział, że ma rację. Musiał istnieć jakiś sposób podważenia poglądu, iż świat istnieje tylko w umyśle. Czyż dawno temu nie wykazano już, że takie myślenie jest błędne? Koncepcja ta miała nawet swoją nazwę, lecz Winston jej nie pamiętał. Lekki uśmiech wykrzywił kąciki ust wpatrującego się w jego twarz O’Briena.

— Powiedziałem ci już, Winstonie, że metafizyka nie jest twoją mocną stroną. Termin, który usiłujesz sobie przypomnieć, to solipsyzm. Mylisz się jednak. Nie mamy tu do czynienia z solipsyzmem. Chyba, że z kolektywnym solipsyzmem. A to coś zupełnie innego, w istocie dokładne przeciwieństwo solipsyzmu. Wszystko to stanowi tylko dygresję — dodał zmienionym tonem. — Prawdziwa władza, ta, o którą musimy walczyć dzień i noc, to nie władza nad rzeczami, tylko nad ludźmi. — Przerwał, po czym po raz kolejny przybrał ton nauczyciela, który egzaminuje dobrze rokującego ucznia. — W jaki sposób człowiek pokazuje, że ma władzę nad innym człowiekiem?

Winston zastanowił się.

— Poprzez zadawanie cierpienia.

— Dokładnie. Poprzez zadawanie cierpienia. Posłuszeństwo nie wystarczy. Jeśli człowiek nie cierpi, skąd możesz wiedzieć, że podlega twojej woli, a nie własnej? Władza polega na zadawaniu bólu i poniżaniu. Na rozbijaniu ludzkich umysłów na kawałki i układaniu tych fragmentów na nowo, zgodnie z własnymi preferencjami. Zaczynasz wreszcie rozumieć, jaki świat budujemy? Jest on dokładnym przeciwieństwem kretyńskich, hedonistycznych utopii, które wyobrażali sobie dawni reformatorzy. To świat przepełniony strachem, zdradą i cierpieniem, w którym ludzie depczą innych i zostają przez nich podeptani, i który w miarę doskonalenia się będzie się stawał nie mniej, a bardziej okrutny. Postęp w naszym świecie oznacza coraz więcej bólu. Dawne cywilizacje deklarowały, że opierają się na miłości czy sprawiedliwości. Nasza bazuje na nienawiści. W naszym świecie nie będzie innych emocji poza strachem, wściekłością, rywalizacją i samoponiżeniem. Wszystko inne zniszczymy, wszystko. Już teraz eliminujemy nawyki myślowe sprzed Rewolucji, które jeszcze przetrwały. Przecięliśmy więź łączącą dziecko z rodzicami, mężczyznę z kobietą, człowieka z człowiekiem. Już nikt nie ma odwagi zaufać żonie, dziecku czy przyjacielowi. A w przyszłości nie będzie żon ani przyjaciół. Dzieci będziemy odbierać matkom zaraz po urodzeniu, tak jak zabiera się jajko od kury. Wykorzenimy popęd seksualny. Prokreacja stanie się odbywaną raz w roku formalnością, taką jak przedłużenie kartek na towary. Zlikwidujemy orgazm. Nasi neurolodzy już nad tym pracują. Nie będzie istniała żadna lojalność, poza lojalnością wobec Partii. Żadna miłość, poza miłością do Wielkiego Brata. Nie będzie śmiechu, poza śmiechem triumfu nad pokonanym wrogiem. Nastąpi koniec sztuki oraz literatury. I nauki. Staniemy się wszechwładni, zatem nie będziemy jej potrzebowali. Zniknie różnica między pięknem i brzydotą. Umrze ciekawość, zginie radość życia. Zlikwidujemy wszelkie istniejące przyjemności. Zawsze jednak, nie zapominaj o tym, zawsze będzie istniało upojenie władzą, coraz większą, coraz bardziej wyrafinowaną. Zawsze, w każdym momencie, będziemy odczuwać rozkoszny dreszcz zwycięstwa, to uczucie, kiedy depcze się pokonanego wroga. Jeśli chcesz wyobrazić sobie przyszłość, wyobraź sobie bucior miażdżący ludzką twarz. Wiecznie!

Przerwał, jakby oczekiwał, że Winston coś powie. Ten jednak leżał zupełnie płasko na łóżku. Żadne słowa nie przechodziły mu przez gardło. Miał wrażenie, że jego serce zamarzło. O’Brien ciągnął zatem:

— Pamiętaj, że to jest na zawsze. Zawsze będzie ta twarz do deptania. Zawsze znajdą się heretycy, wrogowie społeczeństwa, których będziemy mogli ciągle od nowa niszczyć i upokarzać. To wszystko, czego doświadczyłeś, odkąd wpadłeś w nasze ręce, będzie trwało; to i gorsze rzeczy. Szpiegostwo, zdrady, aresztowania, tortury, egzekucje czy tajemnicze zniknięcia nigdy się nie skończą. Świat przyszłości to w równej mierze świat terroru co zwycięstwa. W miarę jak Partia umocni swoją władzę, stanie się zdecydowanie mniej tolerancyjna. Im słabsza opozycja, tym duszniejszy despotyzm. Goldstein ze swoimi herezjami przetrwa po wsze czasy. Codziennie, w każdym momencie, będziemy odnosić nad nim zwycięstwo. Zdyskredytujemy go, ośmieszymy, a mimo to przetrwa. Gra, którą toczę z tobą od siedmiu lat, rozegra się nieskończenie wiele razy, pokolenie za pokoleniem przybierając coraz subtelniejsze formy. Zawsze znajdzie się heretyk, zdany na naszą łaskę, krzyczący z bólu, złamany i upokorzony, i w końcu całkowicie nawrócony, uratowany przed samym sobą, wijący się dobrowolnie u naszych stóp. Taki świat budujemy, Winstonie. Świat zwycięstwa za zwycięstwem, w którym triumf goni triumf: wieczne, coraz mocniejsze naciskanie na nerw władzy. Widzę, że zaczynasz rozumieć, jaki ten świat będzie. Wymagamy jednak czegoś więcej niż zrozumienie. Musisz go zaakceptować, musisz go zapragnąć, musisz stać się jego częścią.

Winston doszedł do siebie na tyle, żeby się odezwać.

— Nie zdołacie — powiedział słabo.

— Co masz na myśli, Winstonie?

— Nie zdołacie stworzyć takiego świata, jaki właśnie opisaliście. To mrzonka. To niemożliwe.

— Dlaczego?

— Nie da się oprzeć cywilizacji na strachu, nienawiści i okrucieństwie. Taka cywilizacja nie może przetrwać.

— Dlaczego nie?

— Będzie pozbawiona żywotności. Ulegnie rozpadowi. Popełni samobójstwo.

— Nonsens. Masz wrażenie, że nienawiść jest bardziej wyczerpująca od miłości. Niby dlaczego? A nawet jeśli tak, co to za różnica? Załóżmy, że decydujemy się skrócić „datę przydatności” człowieka. Przyspieszamy więc tempo życia i ludzie w wieku trzydziestu lat stają się starcami. Co to zmienia? Nie pojmujesz, że śmierć jednostki nie jest kresem? Partia jest nieśmiertelna.

Nie pierwszy raz ten głos wywołał u Winstona poczucie bezradności. Ponadto trząsł się na myśl, że jeśli zbyt długo wytrwa w sprzeciwie, O’Brien ponownie przesunie przełącznik. A mimo to nie mógł milczeć. Słabym głosem, nie mając żadnych argumentów i czerpiąc siłę jedynie z niewysłowionego przerażenia wizją zarysowaną przez O’Briena, powrócił do ataku.

— Nie pojmuję. I nic mnie to nie obchodzi. Tak czy inaczej, przegracie. Coś was pokona. Życie was pokona.

— Kontrolujemy życie, Winstonie, na wszystkich poziomach. Wyobrażasz sobie, że istnieje coś takiego jak natura ludzka, która, rozsierdzona wskutek naszych działań, zwróci się przeciwko nam. Ale to my stwarzamy naturę ludzką. Ludzie są nieskończenie plastyczni. Możliwe, że nadal wierzysz, iż zbuntują się prole albo niewolnicy i nas obalą. Zapomnij o tym. Oni są bezbronni jak zwierzęta. Ludzkość to Partia. Wszyscy inni znajdują się poza systemem, nie liczą się.

— Wszystko jedno. W końcu was pokonają. Wcześniej czy później zobaczą, kim naprawdę jesteście, a wtedy rozerwą was na strzępy.

— Dostrzegasz jakieś sygnały, żeby to się działo? Albo jakąkolwiek przyczynę, dla której miałoby się wydarzyć?

— Nie. Ale wierzę w to. Wiem, że przegracie. Jest we wszechświecie coś, nie wiem... Jakiś duch, jakaś zasada, której nigdy nie pokonacie.

— Wierzysz w Boga, Winstonie?

— Nie.

— Więc czym jest ta zasada, która nas pokona?

— Nie wiem. Ludzką duszą.

— Uważasz się za człowieka?

— Tak.

— Jeśli jesteś człowiekiem, Winstonie, to jesteś ostatnim z ludzi. Twój gatunek już wymarł, my przychodzimy po was. Nie rozumiesz, że jesteś sam? Żyjesz poza historią, nie istniejesz. — Ton głosu uległ zmianie i O’Brien dodał szorstko: — Uważasz, że stoisz moralnie wyżej od nas, od naszych kłamstw i okrucieństwa?

— Tak, uważam się za lepszego.

O’Brien milczał. Rozległy się dwa inne głosy. Po chwili Winston zorientował się, że jeden z nich należy do niego. Było to nagranie rozmowy, którą odbyli z O’Brienem tamtego wieczora, kiedy przystępowali do Bractwa. Winston usłyszał, jak obiecuje kłamać, kraść, fałszować, mordować, zachęcać do zażywania narkotyków i prostytucji, rozprzestrzeniać choroby weneryczne, oblać twarz dziecka kwasem. O’Brien machnął niecierpliwie ręką, jakby uważał, że szkoda czasu, żeby kontynuować to przedstawienie. Przekręcił gałkę i głosy ucichły.

— Wstań! — rozkazał.

Pasy się rozpięły. Winston postawił nogi na ziemi i wyprostował się niepewnie.

— Jesteś ostatnim człowiekiem — powiedział O’Brien. — Jesteś strażnikiem ludzkiej duszy. A teraz poznasz całą prawdę o sobie. Rozbierz się.

Winston rozwiązał sznurek, przytrzymujący kombinezon. Zamek błyskawiczny już dawno został wyrwany. Nie pamiętał, czy od chwili aresztowania zdarzyło mu się rozebrać do naga. Pod kombinezonem do jego ciała kleiły się brudne, żółtawe szmaty, w których z trudem dało się rozpoznać resztki bielizny. Kiedy zrzucił je na podłogę, zauważył, że w drugim końcu pomieszczenia znajdowało się trójstronne lustro. Zbliżył się do niego, po czym zamarł. Wydał z siebie niekontrolowany jęk.

— Dalej — rozkazał O’Brien. — Stań między skrzydłami lustra. Musisz obejrzeć się także z boku.

Winston zatrzymał się, zesztywniał z przerażenia. Zbliżał się do niego szary, zgarbiony kościotrup. Już sam wygląd tej kreatury przeraził go; i nie tylko dlatego, że zdawał sobie przecież sprawę, iż odbicie w lustrze jest jego własnym. Podszedł bliżej. Z powodu pochylonej sylwetki twarz sprawiała wrażenie wysuniętej do przodu. Ponure oblicze więźnia, z guzowatym czołem przechodzącym w gołą czaszkę, haczykowatym nosem i potłuczonymi kośćmi jarzmowymi, nad którymi płonęły zawzięte, czujne oczy. Policzki w bliznach, usta zapadnięte. Była to bez wątpienia twarz Winstona, miał jednak wrażenie, że zmieniła się bardziej niż jego wnętrze. Malujące się na niej emocje nie były tymi, które naprawdę odczuwał. Częściowo wyłysiał. Przez chwilę wydawało mu się, że także posiwiał, ale była to tylko szarość starego brudu, który wżarł się w całe jego ciało, poza dłońmi i twarzą. Gdzieniegdzie przez bury kolor przebijały czerwone blizny, a wokół ropiejącego wrzodu nad kostką łuszczyły się płaty skóry. Jednak najbardziej przerażające było wychudzenie ciała — klatka piersiowa wąska jak u kościotrupa, patykowate nogi z kolanami grubszymi niż uda. Winston zrozumiał teraz, dlaczego O’Brien kazał mu obejrzeć się także z boku. Wygięcie kręgosłupa wydawało się wprost niewiarygodne. Chude ramiona wychodziły do przodu, tworząc w miejscu klatki piersiowej głęboką jamę, wiotka szyja niemal zginała się pod ciężarem czaszki. Gdyby miał zgadywać, powiedziałby, że patrzy na śmiertelnie chorego sześćdziesięciolatka.

— Myślałeś sobie czasem — powiedział O’Brien — że moja twarz, twarz członka Partii Wewnętrznej, ma wygląd starej i zmęczonej. A co myślisz o swojej?

Złapał Winstona za ramię i odwrócił go tak, żeby stanąć z nim twarzą w twarz.

— Spójrz, w jakim jesteś stanie! — zawołał. — Popatrz na ten wstrętny, oblepiający cię syf. Popatrz na brud między palcami u stóp. Na ohydną, jątrzącą się ranę na nodze. Zdajesz sobie sprawę, że cuchniesz jak kozioł? Pewnie już tego nawet nie czujesz. Zobacz, jaki jesteś wychudzony. Widzisz? Mogę twój biceps objąć dwoma palcami. Mógłbym złamać ci kark jak gałązkę. Odkąd wpadłeś w nasze ręce, straciłeś dwadzieścia pięć kilo. Włosy wychodzą ci garściami. Tylko popatrz! — Szarpnął Winstona za czuprynę, parę kosmyków zostało mu w ręku. — Otwórz usta. Masz dziewięć, dziesięć, jedenaście zębów. Ile ich było, kiedy cię tu przywieźliśmy? A te, które ci jeszcze zostały, też już prawie wypadają. Popatrz!

Złapał jeden z tkwiących jeszcze w szczęce przednich zębów między swój kciuk i palec wskazujący. Winston poczuł przeszywający ból. O’Brien wyrwał ząb z korzeniami i rzucił go na podłogę celi.

— Gnijesz — powiedział. — Rozpadasz się na kawałki. Czym jesteś? Workiem obrzydliwości. Teraz odwróć się i ponownie spójrz w lustro. Widzisz tę rzecz, która na ciebie z niego spogląda? Oto ostatni człowiek. Jeśli jesteś człowiekiem, oto ludzkość. A teraz ubierz się.

Winston zaczął ubierać się powolnymi, sztywnymi ruchami. Aż do tego momentu nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo schudł i osłabł. Prześladowała go tylko jedna myśl — musiał tu spędzić o wiele więcej czasu, niż mu się zdawało. Naraz, kiedy owijał się w nędzne łachmany, zrobiło mu się straszliwie żal własnego zrujnowanego ciała. Opadł bezwiednie na stołek przy łóżku i wybuchnął płaczem. Zdawał sobie sprawę, jak okropnie wygląda w ostrym oświetleniu — żałośnie szlochający worek kości, zawinięty w cuchnące szmaty — ale nie mógł przestać łkać. O’Brien, niemal przyjaznym gestem, położył mu rękę na ramieniu.

— To nie będzie trwać wiecznie — powiedział. — Możesz od tego uciec, kiedy tylko zechcesz. Wszystko zależy od ciebie.

— Wy to zrobiliście — szlochał Winston. — Wy doprowadziliście mnie do tego stanu.

— Nie, Winstonie, sam to sobie zrobiłeś. Zdecydowałeś się na to, kiedy zwróciłeś się przeciwko Partii. Wszystko zawierało się w pierwszym akcie nieposłuszeństwa. Nie wydarzyło się nic, czego nie mógłbyś przewidzieć.

Przerwał, a po chwili ciągnął dalej:

— Biliśmy cię, Winstonie. Złamaliśmy cię. Zobaczyłeś, jak wygląda twoje ciało. Twój umysł jest w takim samym stanie. Nie sądzę, żebyś miał jeszcze choć odrobinę godności. Kopano cię, chłostano i lżono, krzyczałeś z bólu, wiłeś się po podłodze we własnych wymiotach i krwi. Błagałeś o litość, wszystkich i wszystko zdradziłeś. Przychodzi ci do głowy choć jedno poniżenie, którego nie doświadczyłeś?

Winston przestał płakać, choć z jego oczu nadal toczyły się łzy. Popatrzył na O’Briena.

— Nie zdradziłem Julii — powiedział.

O’Brien przyjrzał mu się z namysłem.

— Tak — przyznał — to prawda. Nie zdradziłeś Julii.

Niewytłumaczalny szacunek dla O’Briena, którego najwyraźniej nic nie mogło skruszyć, ponownie wypełnił serce Winstona. Jaki mądry, pomyślał, jaki mądry! O’Brien zawsze rozumiał, co się do niego mówi. Każdy inny człowiek odpowiedziałby z miejsca, że owszem, zdradził Julię. Czyż nie wyznał wszystkiego podczas tortur? Powiedział im, co wie o Julii, o jej przyzwyczajeniach, temperamencie i przeszłości, opisał, w najdrobniejszych szczegółach, co robili podczas schadzek, co do niej mówił, co ona mówiła do niego, opowiedział o smakołykach z czarnego rynku, o cudzołóstwie i mętnych knowaniach przeciwko Partii — wyznał wszystko. A jednak, w takim sensie, w jakim rozumiał to słowo, nie zdradził jej. Nie przestał jej kochać, jego uczucia wobec niej pozostały niezmienione. O’Brien od razu zrozumiał, o co chodzi Winstonowi, nie potrzebował dodatkowych wyjaśnień.

— Powiedzcie mi — poprosił Winston — kiedy mnie zastrzelą?

— Prawdopodobnie nieprędko — odparł O’Brien. — Ciężki z ciebie przypadek. Ale nie trać nadziei. Każdego udaje się w końcu wyleczyć. Wcześniej czy później na pewno cię zastrzelimy.