W niskiej stołówce, głęboko pod ziemią, obiadowa kolejka przesuwała się powoli rzadkimi zrywami. Pomieszczenie było już bardzo zatłoczone, panował w nim ogłuszający hałas. Przez kratę na kontuarze parował gulasz; jego kwaśny, metaliczny aromat przegrywał mimo wszystko z odorem Ginu Zwycięstwa. Po drugiej stronie pomieszczenia znajdował się mały bar, a właściwie zwykła dziura w ścianie; tam można było kupić gin w cenie dziesięciu centów za porcję.
— Akurat cię szukałem! — odezwał się głos za plecami Winstona.
Winston odwrócił się. Był to jego przyjaciel Syme, zatrudniony w Departamencie Badań. „Przyjaciel” to pewnie nie najwłaściwsze słowo, w tych czasach nie miewało się przyjaciół, miewało się towarzyszy; a jednak towarzystwo niektórych było przyjemniejsze od towarzystwa innych. Syme był filologiem, specjalistą od nowomowy. Wchodził w skład ogromnego zespołu ekspertów, opracowującego jedenaste wydanie Słownika nowomowy. Był maleńkim stworzeniem, jeszcze mniejszym od Winstona, z ciemnymi włosami i dużymi, wypukłymi oczami, smutnymi, zarazem jednak szyderczymi; kiedy z kimś rozmawiał, oczy te uważnie badały twarz interlokutora.
— Chciałem zapytać, czy masz może żyletki — powiedział.
— Ani jednej! — odpowiedział Winston pospiesznie, jakby czuł się winny. — Wszędzie próbowałem. Chyba już ich nie robią.
Wszyscy pytali o żyletki. Po prawdzie miał jeszcze dwie nieużywane, które chował na później. Brakowało ich od miesięcy. W każdym momencie jakiegoś podstawowego artykułu brakowało w partyjnych sklepach. Czasem to były guziki, kiedy indziej nici do cerowania albo sznurowadła, obecnie problem dotyczył żyletek. Można je było dostać jedynie, i to nie zawsze, polując mniej lub bardziej skrycie na „wolnym” rynku.
— Używam tej samej od sześciu tygodni — skłamał Winston.
Kolejka drgnęła. Kiedy się zatrzymali, odwrócił się znowu do Syme’a. Obaj sięgnęli po zatłuszczone, metalowe tace, które piętrzyły się na kontuarze.
— Poszedłeś wczoraj na wieszanie jeńców? — spytał Syme.
— Pracowałem — powiedział Winston obojętnie. — Obejrzę sobie potem w kinie.
— To zupełnie nie to samo — zawyrokował Syme.
Jego ironiczne oczy przesuwały się po twarzy Winstona. „Znam cię”, zdawały się mówić. „Przejrzałem cię. Bardzo dobrze wiem, dlaczego nie poszedłeś na wieszanie więźniów”. Intelektualnie Syme był jadowitym ortodoksem. Opowiadanie o nalotach na wioski wroga, procesach i spowiedziach myślozbrodniarzy czy egzekucjach, odbywających się w piwnicach Ministerstwa Miłości, napawało go niezdrową rozkoszą. Rozmawiając z nim, należało odciągać go od tych tematów i kierować uwagę na zawiłości nowomowy, o których mówił fachowo i interesująco. Winston odwrócił nieco twarz, żeby uniknąć badawczego spojrzenia dużych, ciemnych oczu.
— To było dobre wieszanie — powiedział Syme nostalgicznie. — Kiedy im związują stopy, to moim zdaniem wszystko psuje. Lubię widzieć, jak wierzgają. Ale przede wszystkim lubię samą końcówkę, kiedy wywalają języki. I są niebieskie, aż fioletowe. Ten szczegół do mnie przemawia.
— Następny, proszę! — krzyknęła prolka z chochlą, ubrana w biały fartuch.
Podetknęli talerze pod kratę. Na każdym sprawnie wylądował przepisowy obiad — miska różowo-szarego gulaszu, kawałek chleba, kostka sera, kubek Kawy Zwycięstwa bez mleka i tabletka sacharyny.
— Tam jest wolny stół — powiedział Syme — pod teleekranem. Weźmy po drodze gin.
Gin podano im w fajansowych kubkach bez ucha. Przedostali się przez zatłoczone pomieszczenie i postawili tace na metalowym blacie. W jednym rogu ktoś zostawił po sobie kałużę gulaszu, ohydną, przypominającą wymioty. Winston uniósł kubek z ginem, zamarł na moment, zbierając się na odwagę, po czym szybko przełknął smakujący benzyną płyn. Łzy nabiegły mu do oczu, zamrugał. Niespodziewanie odkrył, że jest głodny. Zaczął pochłaniać łyżką gulasz. W mętnej brei trafiały się kostki czegoś gąbczastego, co było chyba jakimś mięsnym preparatem. Nie odezwali się więcej, aż opróżnili miski. Przy stole po lewej, za plecami Winstona, ktoś bez ustanku paplał; nieprzyjemny głos, przypominający kwakanie kaczki, wybijał się ponad panujący w pomieszczeniu gwar.
— Jak idzie praca nad słownikiem? — spytał Winston, podnosząc głos, żeby przekrzyczeć panujący hałas.
— Powoli — odpowiedział Syme. — Siedzę w przymiotnikach. To fascynujące.
Na wzmiankę o nowomowie natychmiast wypogodniał. Odsunął swoją miskę, wziął chleb do jednej delikatnej dłoni, do drugiej kawałek sera i pochylił się nad stołem, żeby móc mówić bez podnoszenia głosu.
— Jedenaste wydanie to wydanie definitywne — powiedział. — Nadajemy językowi ostateczny kształt; ten, który przyjmie, kiedy już nikt nie będzie mówił inaczej. Kiedy skończymy, ludzie tacy jak ty będą musieli nauczyć się wszystkiego od początku. Pewnie ci się wydaje, że nasze zadanie polega na wymyślaniu nowych słów. Nic podobnego! Niszczymy je, całe zasoby, setki wyrazów każdego dnia. Okrawamy język do kości. Jedenaste wydanie będzie zawierało tylko słowa, które pozostaną w użyciu po 2050 roku.
Wgryzł się z apetytem w swój chleb, przełknął kilka razy i perorował dalej ze szczególnym, pedantycznym żarem. Jego szczupła, śniada twarz ożywiła się, oczy straciły ironiczny wyraz i stały się prawie rozmarzone.
— Niszczenie słów to piękna sprawa. Oczywiście największych cięć dokonujemy w czasownikach i przymiotnikach, są jednak również setki rzeczowników, kwalifikujących się do likwidacji. Nie chodzi tylko o synonimy, także o antonimy. W gruncie rzeczy, jakie jest uzasadnienie dla istnienia wyrazu, oznaczającego prostą odwrotność innego? Każdy wyraz zawiera w sobie swoje przeciwieństwo. Na przykład „dobry” — po co nam „zły”? Wyraz „bezdobry” wystarczy, a właściwie jest lepszy, bo to dokładne zaprzeczenie, podczas gdy „zły” nim nie jest. Albo kiedy potrzebujesz mocniejszej wersji „dobrego”, jaki jest sens w tworzeniu całego ciągu nieprecyzyjnych, bezużytecznych określeń, takich jak „świetny”, „wspaniały” i cała reszta? „Plusdobry” załatwia sprawę, a jeśli potrzeba jeszcze mocniej — „plusplusdobry”. Oczywiście już używamy tych słów, ale w ostatecznej formie nowomowy inne po prostu nie będą istniały. W końcu całą tę sprawę dobra i zła da się załatwić sześcioma słowami, a tak naprawdę jednym. Nie widzisz, jakie to piękne, Winstonie? Rzecz jasna, pomysł ten wyszedł od W. B. — dodał po chwili.
Na wzmiankę o Wielkim Bracie na twarzy Winstona pojawiła się nieco przebrzmiała gorliwość. Syme jednak od razu wyczuł brak entuzjazmu.
— Tak naprawdę nie doceniasz nowomowy, Winstonie — powiedział prawie smutno. — Nawet kiedy piszesz po nowemu, nadal myślisz w staromowie. Czytałem niektóre z tych kawałków, które czasem publikujesz w „Timesie”. Są całkiem dobre, ale to przekłady. W głębi serca wolisz mglistą staromowę z tymi wszystkimi zbędnymi odcieniami znaczeń. Nie łapiesz, jaką piękną sprawą jest niszczenie słów. Wiedziałeś, że nowomowa to jedyny język, którego zasób słów co roku się kurczy?
Winston wiedział o tym oczywiście. Uśmiechnął się, miał nadzieję, że sympatycznie; nie ufał sobie w tym momencie wystarczająco, żeby cokolwiek powiedzieć. Syme odgryzł kolejny kawałek ciemnego chleba, przeżuł szybko i ciągnął:
— Nie rozumiesz, że zasadniczym celem nowomowy jest ograniczenie pola myślenia? W końcu sprawimy, że myślozbrodnia stanie się dosłownie niemożliwa, ponieważ nie będzie słów, które by ją mogły wyrazić. Każde pojęcie, którego ludzie mogliby kiedykolwiek potrzebować, będzie się dało wyrazić jednym słowem o precyzyjnie określonym znaczeniu, wyczyszczonym ze wszelkich pobocznych sensów, bo te pójdą w niepamięć. W jedenastym wydaniu jesteśmy już bliscy tego celu, ale proces będzie trwał jeszcze długo po mojej i twojej śmierci. Rok po roku zasób słów będzie się kurczyć, a wraz z nim — zakres świadomości. Już teraz żaden powód czy wymówka nie usprawiedliwia myślozbrodni. Prawomyślność jest kwestią samodyscypliny, kontrolowania rzeczywistości. W końcu jednak nawet i to nie będzie potrzebne. Rewolucja dopełni się, kiedy język osiągnie doskonałość. Nowomowa to angsoc, a angsoc to nowomowa — dodał z niemal mistyczną satysfakcją. — Przyszło ci kiedyś do głowy, Winstonie, że najpóźniej do 2050 roku nie będzie wśród żywych nikogo, kto mógłby zrozumieć rozmowę, którą teraz prowadzimy?
— Oprócz... — zaczął Winston niepewnie i urwał.
Miał już dokończyć: „Oprócz proli”, powstrzymał się jednak z obawy, że taka uwaga mogłaby okazać się nieortodoksyjna. Syme domyślił się jednak, co Winston zamierzał powiedzieć.
— Prole to nie ludzie — stwierdził beztrosko. — Do 2050, a zapewne wcześniej, prawdziwa znajomość staromowy zaniknie. Cała istniejąca literatura zostanie zniszczona. Chaucer, Shakespeare, Milton czy Byron będą istnieć tylko w nowomowie, staną się nie tylko czymś innym, ale wręcz przeciwieństwem tego, czym byli. Zmieni się także literatura partyjna. Nawet hasła ulegną modyfikacji. Nie będzie można powiedzieć „wolność to niewola”, kiedy pojęcie wolności zostanie wyeliminowane. Zasadniczy klimat myśli stanie się zupełnie inny. Właściwie nie będzie myśli takiej, jaką znamy dziś. Ortodoksja oznacza niemyślenie, brak potrzeby myślenia. Ortodoksja to nieświadomość.
Któregoś dnia, pomyślał nagle Winston z głębokim przekonaniem, Syme zostanie ewaporowany. Jest zbyt inteligentny. Widzi zbyt jasno i mówi za bardzo wprost. Partia nie lubi takich ludzi. Pewnego dnia zniknie. Ma to wypisane na twarzy.
Winston zjadł swój chleb i ser. Przesunął się odrobinę na krześle i sięgnął po kawę. Przy stole po lewej mężczyzna o ostrym głosie dalej niestrudzenie nadawał. Słuchała go młoda kobieta, pewnie jego sekretarka, siedząca tyłem do Winstona, i zdawała się gorliwie przytakiwać wszystkim jego słowom. Od czasu do czasu do uszu Winstona docierała fraza w rodzaju „Absolutnie się z wami zgadzam” albo „Myślę, że w stu procentach macie rację”, wypowiedziana młodym i raczej głupio brzmiącym, kobiecym głosem. Ale mężczyzna nie pauzował nawet wtedy, kiedy dziewczyna coś wtrącała. Winston znał tego człowieka z widzenia, ale nie wiedział o nim nic ponadto, że tamten pełnił jakąś ważną funkcję w Departamencie Fikcji. Miał może trzydzieści lat, muskularną szyję i duże, ruchliwe usta. Głowę odchylał nieco do tyłu, przez co światło padało na jego okulary pod takim kątem, że Winston dostrzegał tylko dwa ślepe dyski zamiast oczu. Nieco przerażające było to, że z potoku dźwięków, wydobywających się z jego ust, nie dało się zrozumieć prawie żadnego słowa. Tylko raz Winston wyłowił zbitkę — „kompletne i ostateczne wyeliminowanie goldsteinismu” — wytrajkotaną tak szybko, że poszczególne wyrazy łączyły się w jedną całość, jakby to był odlany wers druku. Reszta była tylko hałasem, kwa-kwa-kwakaniem. A jednak, choć właściwie nie dało się usłyszeć, o czym ten człowiek mówi, nie można było mieć żadnych wątpliwości co do zasadniczej treści. Mógł potępiać Goldsteina, żądać surowszych kar dla myślozbrodniarzy i sabotażystów, pieklić się na potworności popełniane przez eurazjatycką armię, wychwalać Wielkiego Brata czy bohaterów frontu malabarskiego — to nie robiło żadnej różnicy. Cokolwiek mówił, można było mieć pewność, że każde zdanie wyrażało czystą ortodoksję, nieskazitelny angsoc. Obserwując pozbawioną oczu, kłapiącą pospiesznie szczękę, Winston miał dziwne wrażenie, że nie patrzy na prawdziwego człowieka, tylko na coś w rodzaju marionetki. To nie mózg tego mężczyzny mówił, mówiła jego krtań. To, co się z niej wydobywało, składało się ze słów, ale nie było mową w prawdziwym znaczeniu: był to hałas, wydobywający się z nieświadomości, jak kwakanie kaczki.
Syme zamilkł na chwilę, trzonkiem swojej łyżki rysował jakieś wzory w kałuży gulaszu. Głos z drugiego stolika kwakał nieustannie, wybijając się ponad gwar stołówki.
— Jest w nowomowie jedno słowo — powiedział Syme. — Nie wiem, czy je znasz: kwaczyć, czyli mówić w sposób przypominający kwakanie kaczki. To jedno z tych interesujących słów o dwóch przeciwstawnych znaczeniach. W odniesieniu do przeciwnika będzie obelgą, skierowane do kogoś, z kim się zgadzasz, stanie się pochwałą.
Syme bez wątpienia zostanie ewaporowany, pomyślał znowu Winston. Myśli tej towarzyszył pewnego rodzaju smutek, chociaż wiedział, że Syme raczej go nie lubi, gardzi nim i bez wahania zadenuncjowałby go jako myślozbrodniarza, gdyby tylko uznał, że istnieją ku temu podstawy. Coś było z Syme’m trochę nie tak. Czegoś mu brakowało: dyskrecji, dystansu, zbawiennej głupoty. Nie dało mu się zarzucić braku ortodoksji. Wierzył w zasady angsocu, wielbił Wielkiego Brata, celebrował zwycięstwa, nienawidził heretyków — nie dość, że szczerze, to jeszcze z pewnego rodzaju nerwową gorliwością. Miał zawsze najświeższe informacje, do których zwykli członkowie Partii nie docierali. A jednak towarzyszyła mu ledwie wyczuwalna aura złej sławy. Mówił rzeczy, których lepiej byłoby nie wypowiadać na głos, przeczytał za dużo książek, bywał w kawiarni Pod Kasztanem, zagłębiu muzyków i malarzy. Nie istniało prawo, nawet niepisane, zabraniające przesiadywania w tym miejscu, a jednak źle to wróżyło. Zbierali się tam starzy, zdyskredytowani partyjniacy tuż przed czystką. Podobno widywano tam nawet samego Goldsteina lata temu. Nietrudno było przewidzieć dalsze losy Syme’a. A jednak faktem było, że gdyby Syme choć na trzy sekundy uzyskał dostęp do sekretnych poglądów Winstona, natychmiast wydałby go myślopolicji. Każdy inny też by to zrobił, ale Syme chętniej niż inni. Tylko że sama gorliwość nie wystarczy. Ortodoksja to nieświadomość.
Syme podniósł wzrok.
— Idzie Parsons — powiedział.
Coś w tonie jego głosu sugerowało, że miał ochotę dodać: „ten pieprzony idiota”. Parsons, sąsiad Winstona z Rezydencji Zwycięstwa, istotnie zbliżał się do nich, klucząc między stolikami. Był przysadzistym mężczyzną średniego wzrostu, o jasnych włosach i żabiej twarzy. W wieku trzydziestu pięciu lat miał już wałki tłuszczu na szyi i wokół pasa, ruszał się jednak żwawo, po chłopięcemu. Wyglądał jak powiększone dziecko, do tego stopnia, że choć miał na sobie przepisowy kombinezon, człowiek odruchowo widział go w granatowych szortach, szarej koszuli i czerwonej chuście Szpiegów. Myśląc o nim, miało się przed oczami dołeczki w kolanach i podwinięte rękawy, odsłaniające pulchne ramiona. Rzeczywiście, Parsons chętnie zakładał krótkie spodenki, kiedy tylko nadarzała się okazja w postaci pieszej wycieczki lub jakiejś innej formy aktywności fizycznej. Przywitał się z nimi radosnym „Cze, cze!” i usiadł, roztaczając intensywny odór potu. Jego różową twarz pokrywały kropelki wilgoci. Miał nadzwyczajną zdolność do pocenia się. Po mokrej rączce rakietki do ping-ponga w Osiedlowym Domu Kultury można było poznać, że chwilę wcześniej z niej korzystał. Syme wyjął pasek papieru zapełniony długą kolumną słów i studiował je teraz z ołówkiem kopiowym w ręku.
— Popatrz, pracuje nawet przy obiedzie! — powiedział Parsons, szturchając Winstona. — To dopiero zapał, co? Co tam masz, stary? Pewnie dla mnie za mądre. Smith, stary, powiem ci, czemu cię ganiam; zapomniałeś o zrzutce.
— O której zrzutce? — zapytał Winston, odruchowo szukając portfela. Mniej więcej jedna czwarta wypłaty szła na dobrowolne zrzutki, tak liczne, że trudno było je spamiętać.
— Na Tydzień Nienawiści. No wiesz, na fundusz społeczny. Jestem skarbnikiem naszego bloku. Zamierzamy ostro się postarać, będzie co podziwiać. Już ja dopilnuję, żeby Rezydencja Zwycięstwa miała najlepszą wystawę flag w okolicy. Obiecałeś mi dwa dolary.
Winston wysupłał dwa pogniecione, brudne banknoty i wręczył je Parsonsowi, co ten ładnym pismem słabo wykształconego człowieka skrupulatnie odnotował w małym notesie.
— À propos, staruszku — powiedział — słyszałem, że ten mój bachor strzelił do ciebie wczoraj z katapulty. Dałem mu za to popalić. Powiedziałem, że mu ją zabiorę, jeśli jeszcze raz to zrobi.
— Chyba był trochę niezadowolony, że nie mógł zobaczyć egzekucji — odrzekł Winston.
— Bywa, ale, jak to się mówi, nastawienie ma dobre, nie? Psotne te moje szczeniaki, jedno i drugie, ale jakie pilne! Myślą tylko o Szpiegach. I o wojnie, oczywiście. Wiecie, co zrobiła ta moja mała w zeszłą sobotę, kiedy jej drużyna poszła na wyprawę w okolice Berkhampstead? Zgarnęła dwie inne smarkule, razem urwały się z wycieczki i spędziły popołudnie, śledząc jakiegoś faceta. Trzymały mu się na ogonie przez dwie godziny, w lesie. A kiedy dotarli do Amersham, nasłały na niego patrol.
— Dlaczego? — spytał Winston, trochę zdezorientowany.
Parsons ciągnął triumfalnie:
— Moja mała upewniła się, że to jakiś wrogi agent; może zrzucili go ze spadochronem, na przykład. Ale nie o to chodzi, staruszku. Jak sądzicie, po czym poznała? Otóż zauważyła, że miał na sobie dziwne buty. Mówi, że nigdy wcześniej nie widziała, żeby ktoś takie nosił. Więc domyśliła się, że to cudzoziemiec. Bystra, jak na siedmioletnią smarkulę, nie?
— Co się stało z tym facetem? — spytał Winston.
— A tego to nie wiem. Ale nie zdziwiłbym się, gdyby... — Parsons udał, że celuje z karabinu, i cmoknął, co miało imitować strzał.
— I dobrze — powiedział Syme mechanicznie, nie odrywając się od kartki.
— Oczywiście, nie można ryzykować — zgodził się Winston potulnie.
— Wojna to wojna, no nie? — powiedział Parsons.
Jakby na potwierdzenie tych słów, z teleekranu tuż nad ich głowami popłynął dźwięk trąbki. Tym razem jednak nie była to informacja o militarnym zwycięstwie, a jedynie ogłoszenie z Ministerstwa Dobrobytu.
— Towarzysze! — wołał z zapałem młodzieńczy głos. — Uwaga, towarzysze! Mamy dla was znakomitą wiadomość. Zwyciężamy na froncie produkcji! Statystyki podaży artykułów konsumpcyjnych pokazują, że standard życia podniósł się w ciągu ostatniego roku co najmniej o 20%. Dziś rano w całej Oceanii odbyły się spontaniczne, masowe demonstracje, pracownicy wylegli z fabryk i biur, aby paradować po ulicach z transparentami, wyrażającymi uznanie dla Wielkiego Brata za nowe, szczęśliwe życie, które zawdzięczamy jego światłemu przywództwu. Oto niektóre liczby. Artykuły spożywcze...
Kilka razy powtórzyła się fraza „nowe, szczęśliwe życie”; Ministerstwo Dobrobytu upodobało ją sobie ostatnimi czasy. Parsons, posłuszny wezwaniu trąbki, siedział zasłuchany z poważną miną i otwartymi ustami; nudził się, ale w sposób uroczysty. Nie nadążał za liczbami, jednak rozumiał, że stanowią powód do zadowolenia. Wyciągnął ogromną, wstrętną fajkę, do połowy wypełnioną zwęglonym tytoniem. Tygodniowy przydział wynosił 100 gramów, rzadko udawało się nabić fajkę do pełna. Winston palił Papierosa Zwycięstwa, pamiętając, żeby trzymać go w poziomie. Kolejny przydział będzie dostępny dopiero jutro, a zostały mu tylko cztery sztuki. Na chwilę odciął się od głosów i gwaru, skupił się na słowach płynących z teleekranu. Wygląda na to, że demonstrowano także, żeby podziękować Wielkiemu Bratu za podniesienie racji czekolady do 20 gramów tygodniowo. A dopiero wczoraj ogłaszano zmniejszenie racji do 20 gramów tygodniowo. Naprawdę mogli przełknąć coś takiego w ciągu zaledwie doby? Oczywiście, że tak. Parsons przełykał z łatwością, był tępy jak zwierzę. Pozbawiona oczu kreatura przy sąsiednim stoliku przełykała fanatycznie, z pasją, z obłąkanym pragnieniem, żeby wytropić, zadenuncjować i ewaporować każdego, kto zasugeruje, że w zeszłym tygodniu racja wynosiła 30 gramów. Nawet Syme — w jakiś bardziej złożony sposób, wykorzystujący dwójmyślenie — łykał to. Czy zatem tylko on — on jeden — posiadał pamięć?
Fantastyczne statystyki nadal płynęły z teleekranu. W porównaniu do zeszłego roku przybyło jedzenia, ubrań, domów, mebli, garnków, opału, statków, helikopterów, książek, dzieci — wszystkiego oprócz chorób, przestępstw i szaleństwa. Rok po roku, minuta po minucie, wszyscy i wszystko pięło się ku coraz większemu dobrobytowi. Jak Syme parę chwil wcześniej, tak teraz Winston zaczął trzonkiem łyżki grzebać w bladym sosie, próbując nadać jakiś kształt długiej odnodze brei, rozlewającej się po blacie. Z obrzydzeniem myślał o fizycznej stronie życia. Czy zawsze tak to wyglądało? Czy jedzenie zawsze tak smakowało? Rozejrzał się po stołówce. Niskie, zatłoczone pomieszczenie, o ścianach powalanych od dotyku niezliczonych ciał, sfatygowane metalowe stoły i krzesła, tak bardzo stłoczone, że siedzący stykali się łokciami, pokrzywione łyżki, powyginane tace, wszystkie powierzchnie zatłuszczone, tłuszcz w każdym zagłębieniu; do tego kwaskowaty zapach złego ginu, złej kawy, metalicznego gulaszu i brudnych ubrań. W trzewiach i w skórze stale odczuwało się bunt, jakby intuicję, że zostało się okradzionym z czegoś, do czego człowiek ma prawo. Fakt, nie pamiętał jakiegoś radykalnie innego świata. We wszystkich jego w miarę wyraźnych wspomnieniach brakowało jedzenia, całych skarpet i bielizny; meble zawsze były poobijane i rozklekotane, pomieszczenia niedogrzane, pociągi metra zatłoczone, domy w ruinie, chleb wyłącznie ciemny. Herbata była rzadkością, kawa — obrzydliwa, papierosów nigdy nie starczało. Wszędzie drożyzna. Brakowało wszystkiego poza syntetycznym ginem. Jasne, wraz ze starzeniem się ciała wszystko zaczyna ciążyć, czy jednak opisane odczucia nie sugerowały, iż nie był to mimo wszystko naturalny porządek rzeczy? Skoro człowiekowi robiło się słabo — od niewygody, brudu, niedostatku, od niekończących się zim, brudnych skarpet, popsutych wind, zimnej wody, szarego mydła, rozsypujących się papierosów, jedzenia smakującego dziwacznie i podle; skoro to było aż tak bardzo nieznośne, czy nie należało wnioskować o istnieniu jakiejś głębokiej pamięci o świecie, w którym sprawy miały się inaczej?
Znowu rozejrzał się dokoła. Prawie wszyscy byli brzydcy. Co więcej, byliby brzydcy nawet, gdyby zdjąć z nich obowiązkowe niebieskie kombinezony i ubrać w coś innego. Po drugiej stronie pomieszczenia samotny mężczyzna, uderzająco podobny do żuka, pił kawę, podejrzliwie łypiąc na boki małymi oczkami. Dopóki człowiek się nie rozejrzy, pomyślał Winston, łatwo uwierzyć, że typ fizyczności uznawany przez Partię za ideał — wysocy, muskularni młodzieńcy i dziewczęta z wyraźnym wcięciem w talii, jasnowłosi, opaleni i beztroscy — nie dość, że istnieje, to wręcz dominuje w populacji. Ale tak naprawdę, na ile mógł się zorientować, ludzie zamieszkujący Pierwszy Pas Powietrzny byli przeważnie mali, ponurzy i szpetni. Żukopodobne typy roiły się w ministerstwach: niscy, przysadziści, krótkonodzy mężczyźni, poruszający się jak insekty, z wyraźną już w młodym wieku skłonnością do tycia, z tłustymi twarzami o maleńkich oczach. Ten typ zdawał się rozkwitać pod panowaniem Partii.
Ponownie rozbrzmiał dźwięk trąbki, kończący ogłoszenie Ministerstwa Dobrobytu. Zaraz potem rozległa się blaszana muzyczka. Parsons, pobudzony przez bombardowanie liczb do nieokreślonego entuzjazmu, wyjął fajkę z ust.
— Ministerstwo Dobrobytu odwaliło w tym roku dobrą robotę — powiedział, kiwając głową jak ekspert. — À propos, Smith, staruszku, nie miałbyś czasem pożyczyć żyletki?
— Ani jednej — powiedział Winston. — Sam od sześciu tygodni używam tej samej.
— Trudno. Wolałem spytać.
— Przykro mi — odparł Winston.
Kwaczący głos, uciszony na czas ogłoszenia ministerstwa, znów się odezwał, tak samo głośno jak wcześniej. Winston zorientował się, że z jakiegoś powodu myśli o pani Parsons, o jej cienkich włosach i kurzu w bruzdach na jej twarzy. Nie miną dwa lata, a te dzieci wydadzą ją myślopolicji. Pani Parsons zostanie ewaporowana. Syme zostanie ewaporowany. Winston zostanie ewaporowany. O’Brien zostanie ewaporowany. Za to Parsons nigdy nie zostanie ewaporowany. Bezoka, kwacząca kreatura nigdy nie zostanie ewaporowana. Żukopodobni mężczyźni, przemykający jakże zwinnie po labiryntowych korytarzach ministerstwa nigdy nie zostaną ewaporowani. Ciemnowłosa dziewczyna z Departamentu Fikcji — ona również nigdy nie zostanie ewaporowana. Wydało mu się, że instynktownie wie, kto przeżyje, a kto zginie, choć niełatwo było stwierdzić, co konkretnie predestynowało człowieka do przetrwania.
Nagle jednak coś gwałtownie wyrwało go z zamyślenia. Kobieta przy sąsiednim stoliku zmieniła nieco pozycję i spoglądała teraz na niego. To była ta z ciemnymi włosami. Patrzyła na niego z ukosa, ale dziwnie intensywnie. Kiedy ich oczy się spotkały, odwróciła się.
Pot spłynął po plecach Winstona. Poczuł uderzenie straszliwej trwogi. Zaraz przeszło, ale zostawiło po sobie przewlekły dyskomfort. Czemu mu się przyglądała? Po co go śledziła? Niestety, nie mógł sobie przypomnieć, czy już tam siedziała, kiedy on się zjawił, czy przyszła później. W każdym razie poprzedniego dnia, podczas Dwóch Minut Nienawiści, usiadła tuż za nim, chociaż nie było ku temu żadnego widocznego powodu. Prawdopodobnie miała za zadanie słuchać, czy Winston dość głośno krzyczy.
Wróciła do niego wcześniejsza myśl: pewnie nie była z myślopolicji, ale z drugiej strony to właśnie szpiegów-amatorów należało obawiać się najbardziej. Nie wiedział, jak długo na niego patrzyła, może już od paru minut; w tym czasie jego mimika mogła wymknąć się nieco spod kontroli. Zamyślanie się w miejscu publicznym lub w zasięgu teleekranu było skrajnie niebezpieczne. Można było zdradzić się najdrobniejszym szczegółem. Wystarczył nerwowy tik, nieświadomy wyraz niepokoju, jakieś wymamrotane do samego siebie słowo — cokolwiek, co zawierało w sobie sugestię odstępstwa od normy, czegoś do ukrycia. W każdym razie niewłaściwy wyraz twarzy (dajmy na to, niedowierzanie, kiedy ogłaszano zwycięstwo) sam w sobie stanowił karalne przestępstwo. W nowomowie istniało nawet specjalne określenie na coś takiego: twarzozbrodnia.
Dziewczyna znowu odwróciła się w jego stronę. Może go jednak nie śledziła, może to był przypadek, że dwa dni z rzędu siadała tak blisko niego. Zgasł mu papieros, więc ułożył go uważnie na krawędzi stołu. Jeśli uda się zachować tytoń w środku, skończy go palić po pracy. Możliwe, że osoba przy sąsiednim stoliku to szpieg myślopolicji i że w ciągu trzech dni Winston wyląduje w kazamatach Ministerstwa Miłości. Jednak końcówki papierosa nie wolno było zmarnować. Syme zwinął swój świstek i schował do kieszeni. Parsons znowu zaczął gadać:
— A czy opowiadałem ci, staruszku — mówił, ssąc koniec fajki — jak te moje małolaty podpaliły spódnicę jednej starej handlarce, bo zobaczyły, że zawija kiełbasę w plakat z Wielkim Bratem? Zakradły się od tyłu i podpaliły ją zapałkami. Nieźle się poparzyła. To dopiero urwisy, co? Ale jakie bystre! Dobrze ich trenują w tych Szpiegach, nawet lepiej niż za moich czasów. A jak myślicie, co im ostatnio rozdawali? Trąbki do podsłuchiwania przez dziurkę od klucza! Moja mała przyniosła taką do domu parę dni temu; wypróbowała na drzwiach od naszego pokoju i doszła do wniosku, że słyszy dwa razy lepiej, niż kiedy tylko przyciska ucho do dziurki. Oczywiście to tylko zabawka, ale już ich ustawia jak trzeba, no nie?
W tym momencie z teleekranu dobiegł przenikliwy gwizd. Był to sygnał, że trzeba wracać do pracy. Wszyscy trzej mężczyźni zerwali się na równe nogi, żeby przyłączyć się do walki o miejsce w windzie. Resztka tytoniu wysypała się Winstonowi z papierosa.