tłum. Julia Fiedorczuk

7

Jeśli istnieje nadzieja — napisał Winston — to w prolach.

*

Jeśli istniała nadzieja, to wyłącznie w prolach; tylko z tych lekceważonych, rojnych mas, stanowiących 85% populacji Oceanii, mogła wyłonić się siła zdolna do zniszczenia Partii. Obalenie Partii od środka było niemożliwe. Jej wrogowie, o ile istnieli, nie mieli możliwości skontaktowania się ze sobą, nie mogliby się nawet rozpoznać. Nawet jeśli istniało legendarne Bractwo, czego nie dało się wykluczyć, trudno sobie wyobrazić, żeby jego członkowie spotykali się w grupach większych niż dwu- czy trzyosobowe. Wyrazem buntu bywało porozumiewawcze spojrzenie, intonacja głosu lub — bardzo rzadko — jakieś wyszeptane słowo. Ale prole, gdyby tylko uświadomili sobie własną siłę, nie musieliby konspirować. Wystarczyłoby, żeby podnieśli się i otrzepali, jak koń strącający muchy. Gdyby chcieli, mogliby rozsadzić Partię na kawałki już jutro. W końcu chyba musi im to przyjść do głowy. A jednak!

Pewnego razu Winston szedł zatłoczoną ulicą, gdy nagle z bocznego zaułka parę kroków dalej dobiegł go donośny gwar setek głosów — kobiecych głosów. Był to potężny i przerażający krzyk gniewu i rozpaczy, głębokie, głośne „Ooooooo!”, rozbrzmiewające w powietrzu jak bicie dzwonu. Serce Winstona przyspieszyło. „Zaczyna się!”, pomyślał. „Bunt! Prole w końcu powstają!”. Kiedy jednak dotarł na miejsce, ujrzał tłum kobiet, stłoczonych wokół straganów targu ulicznego, o twarzach tak zrozpaczonych, jakby były pasażerkami tonącego statku. Wspólna wściekłość rozpadła się już na wiele pojedynczych kłótni. Okazało się, że na jednym ze straganów ktoś sprzedaje blaszane garnki, marne i zapewne nietrwałe, ale i tak pożądane, bo bardzo trudno było dostać jakiekolwiek sprzęty kuchenne. I akurat teraz sprzedawcy skończyły się zapasy. Kobiety, którym się udało, potrącane i szarpane przez resztę, próbowały wydostać się z tłumu ze swoimi łupami, podczas gdy dziesiątki rozczarowanych atakowały stragan, oskarżając kupca o kumoterstwo i ukrywanie towaru. Znowu rozległy się wrzaski. Dwie grube baby, jedna z rozpuszczonymi włosami, złapały ten sam garnek. Każda ciągnęła w swoją stronę, aż oderwał się uchwyt. Winston obserwował to zajście z niesmakiem. A jednak przez moment ich krzyk, krzyk zaledwie kilkuset gardeł, rozbrzmiewał z przerażającą mocą! Dlaczego nigdy nie krzyczą tak, gdy chodzi o coś naprawdę ważnego?

Zapisał:

O ile nie zostaną uświadomieni, nigdy się nie zbuntują, ale dopóki się nie zbuntują, nie staną się świadomi.

Po namyśle stwierdził, że to zdanie brzmi jak przepisane z któregoś z partyjnych podręczników. Partia twierdziła oczywiście, że wyzwala proli. Przed Rewolucją byli w obrzydliwy sposób gnębieni przez kapitalistów, doświadczali głodu i chłosty, ich kobiety zmuszano do pracy w kopalniach (w istocie kobiety nadal pracowały w kopalniach), a sześcioletnie dzieci sprzedawano do fabryk. Jednocześnie jednak, zgodnie z zasadami dwójmyślenia, Partia głosiła, że prole są z natury gorsi i wymagają podporządkowania za pomocą kilku prostych reguł — jak zwierzęta. Tak naprawdę wiedza o prolach była bardzo ograniczona. Ale nie trzeba było dużo wiedzieć. O ile pracowali i rozmnażali się, nikogo nie obchodziło, co poza tym robią. Zostawieni samym sobie, jak bydło na równinach Argentyny, powrócili do naturalnego dla nich stylu życia, odziedziczonego po przodkach. Rodzili się, dorastali w rynsztoku, w wieku dwunastu lat zaczynali pracować, przechodzili przez krótki okres rozkwitu urody i pożądania seksualnego, żenili się jako dwudziestolatkowie, a w okolicy trzydziestki osiągali wiek średni. Umierali przeważnie koło sześćdziesiątki. Ciężka, fizyczna praca, opieka nad domem i dziećmi, małe sąsiedzkie awantury, filmy, futbol, piwo, a przede wszystkim hazard — te sprawy wyznaczały ich umysłowe horyzonty. Nietrudno było utrzymać ich w ryzach. Kręciło się między nimi paru agentów myślopolicji. Rozpuszczali fałszywe plotki, identyfikowali i usuwali jednostki, co do których podejrzewano, że mogłyby stać się niebezpieczne, jednak nie podejmowano próby zaszczepienia ideologii Partii wśród proli. Silne uczucia polityczne w tej grupie nie były pożądane. Wymagało się od nich jedynie prymitywnego patriotyzmu, do którego można się było odwołać, gdy zachodziła potrzeba wydłużenia godzin pracy lub zmniejszenia racji żywnościowych. Nawet kiedy wyrażali niezadowolenie, co czasem się zdarzało, do niczego to nie prowadziło, bowiem nie posiadając żadnej świadomości politycznej, skupiali się na pojedynczych, nieistotnych dokuczliwościach. Ogólniejsze zło niezmiennie im umykało. Ogromna większość proli nie posiadała nawet teleekranów. Także policja obywatelska rzadko wtrącała się w ich sprawy. Przestępczość w Londynie była ogromna, istniał cały osobny półświatek złodziei, bandytów, prostytutek, handlarzy narkotyków i wszelkiej maści kombinatorów, ponieważ jednak problem ten dotyczył tylko proli, nikogo to nie obchodziło. W kwestii moralności prolom wolno było postępować zgodnie ze swoją naturą. Nie wymagano od nich partyjnego purytanizmu seksualnego. Nie karano rozwiązłości, zezwalano na rozwody. Prawdopodobnie dopuszczono by nawet praktyki religijne, gdyby wyrazili taką potrzebę lub chęć. Byli poza wszelkim podejrzeniem. Jak ujmował to jeden ze sloganów Partii: „Prole i zwierzęta są wolne”.

Winston opuścił rękę i ostrożnie podrapał się po nodze. Owrzodzenie znowu swędziało. Rozmyślając, nieuchronnie wracał do tej samej kwestii: nie dało się ustalić, jak naprawdę wyglądało życie przed Rewolucją. Wyjął z szuflady szkolny podręcznik historii, pożyczony od pani Parsons, i zaczął przepisywać fragment do dziennika:

Dawno temu, przed wielką Rewolucją, Londyn nie był tym pięknym miastem, którym jest dzisiaj. Był miejscem ponurym, brudnym i biednym. Prawie wszyscy chodzili głodni, a setki, tysiące biedaków nie miały butów ani dachu nad głową. Dzieci w waszym wieku już musiały pracować po dwanaście godzin dziennie dla okrutnych panów, którzy okładali je batami, jeśli pracowały zbyt wolno, a karmili wyłącznie okruchami chleba i wodą. Wśród tej straszliwej biedy stało kilka ogromnych, wspaniałych, pięknych domów, w których mieszkali bogacze, posiadający nawet trzydziestu służących. Tych bogaczy nazywano kapitalistami. Byli to tłuści, brzydcy ludzie o złych twarzach — jak ta na następnej stronie. Jak widzicie, mężczyzna ma na sobie długi czarny płaszcz (to surdut) i dziwaczny, błyszczący kapelusz, podobny do rury od pieca (to cylinder). Tak wyglądał mundur kapitalisty i nikt inny nie mógł się w ten sposób ubierać. Kapitaliści posiadali wszystko na całym świecie, a wszyscy inni ludzie byli ich niewolnikami. Posiadali całą ziemię, wszystkie domy, wszystkie fabryki, wszystkie pieniądze. Gdy ktoś im się przeciwstawiał, wtrącali go do więzienia albo odbierali mu pracę i głodzili na śmierć. Jeśli zwykły człowiek zwracał się do kapitalisty, musiał płaszczyć się i kłaniać, zdejmować czapkę i mówić „wielmożny panie”. Szefa wszystkich kapitalistów określano mianem króla i...

Winston znał resztę tego wywodu na pamięć. Występowali w nim biskupi w szatach z batystowymi rękawami, sędziowie w gronostajach, pręgierz, dyby, kieraty, kańczugi, a także bankiety Lorda mayora i całowanie stóp papieża. Istniało też coś o nazwie ius primae noctis, choć zapewne nie wspominano o tym w podręczniku dla dzieci. Tak określano prawo zezwalające kapitaliście na przespanie się z dowolną kobietą pracującą w jego fabryce.

Skąd miał wiedzieć, co z tego było kłamstwem? Możliwe, że los przeciętnej istoty ludzkiej był obecnie lepszy niż przed Rewolucją. Przeczył temu tylko niemy protest własnych trzewi, instynktowna pewność, że warunki, w których się żyło, były nieznośne, wobec czego w jakimś innym momencie musiały być inne. Doszedł do wniosku, że to nie okrucieństwo czy brak poczucia bezpieczeństwa najlepiej opisują współczesne życie, a ubóstwo, bylejakość i apatia. Wystarczyło rozejrzeć się wokół siebie, żeby zobaczyć, że rzeczywistość nie tylko nie przypomina sączących się z teleekranów kłamstw, ale też jest daleka od partyjnych ideałów. Na życie składały się w dużej mierze zajęcia neutralne, apolityczne. Nawet członkowie Partii spędzali dnie, ślęcząc nad nudną pracą, tłocząc się w metrze, cerując dziurawe skarpety, oszczędzając niedopałki albo sępiąc od znajomych tabletki sacharyny. Ideał, do którego dążyła Partia, był potężny, monstrualny i olśniewający: był to świat ze stali i betonu, pełen potwornych maszyn i przerażającej broni, zaludniony przez naród wojowników i fanatyków, maszerujących naprzód w pełnej jedności, identycznie myślących i skandujących te same hasła, stale pracujących, walczących, triumfujących, tropiących zdrajców — trzysta milionów ludzi o tej samej twarzy. Tymczasem rzeczywistość tworzyły nędzne, sypiące się miasta, których ulice przemierzali niedożywieni ludzie w dziurawych butach, lokatorzy odrapanych dziewiętnastowiecznych czynszówek, cuchnących gotowaną kapustą i zatkaną ubikacją. Winston ujrzał w wyobraźni cały Londyn: ogromne, zrujnowane miasto tysiąca śmietników, a z tym obrazem zmieszał się wizerunek pani Parsons, kobiety o pobrużdżonej twarzy i cienkich włosach, bezskutecznie zmagającej się z zapchanym odpływem.

Znowu podrapał się po kostce. Dzień i noc teleekrany raniły uszy statystykami, dowodzącymi, że ludzie mieli dziś więcej jedzenia i ubrań, lepsze domy, lepsze relacje, że dłużej żyli, krócej pracowali, byli więksi, zdrowsi, silniejsi, szczęśliwsi, inteligentniejsi i lepiej wykształceni niż pięćdziesiąt lat temu. Nie dało się dowieść prawdziwości ani fałszu żadnego z tych stwierdzeń. Przykładowo: Partia twierdziła, że obecnie 40% proli umie czytać, podczas gdy przed Rewolucją liczba ta wynosiła zaledwie 15%. Partia twierdziła, że obecnie śmiertelność niemowląt stanowi 160 zgonów na tysiąc urodzeń, podczas gdy przed Rewolucją było to 300 na tysiąc — i tak dalej. Przypominało to równanie z dwiema niewiadomymi. Niewykluczone, że cała treść podręczników do historii, włącznie z bezspornymi faktami, była czystą fantazją. Na jego rozum coś takiego jak ius primae noctis mogło nigdy nie istnieć, tak samo jak kreatura zwana kapitalistą czy nakrycie głowy określane mianem cylindra.

Wszystko rozpływało się we mgle. Przeszłość wymazywano, akt wymazywania szedł w zapomnienie i kłamstwo stawało się prawdą. Winstonowi tylko raz w całym jego życiu zdarzyło się mieć w rękach konkretny, niezaprzeczalny dowód falsyfikacji — po fakcie, a przecież to było kluczowe. Trzymał go w palcach przez jakieś trzydzieści sekund. Musiał był rok 1973, w każdym razie miało to miejsce mniej więcej wtedy, kiedy rozstał się z Katharine. Ale naprawdę kluczowa data była o siedem lub osiem lat wcześniejsza.

Sprawa miała swoje źródła w połowie lat sześćdziesiątych, czyli w okresie wielkich czystek. Wyeliminowano wtedy raz na zawsze faktycznych przywódców Rewolucji. Do 1970 nie ostał się nikt poza Wielkim Bratem, wszystkich innych zdemaskowano jako zdrajców i kontrrewolucjonistów. Goldstein uciekł i ukrywał się; nikt nie miał pojęcia gdzie. Niektórzy zwyczajnie znikli, ale większość stracono po pokazowych procesach, na których przyznali się do popełnionych zbrodni. Pośród ostatnich ocalałych znajdowali się trzej mężczyźni o nazwiskach Jones, Aaronson i Rutheford. Zostali aresztowani chyba w 1965. Jak to często bywało, zniknęli na rok lub nieco dłużej, więc nie było wiadomo, czy żyją czy nie; potem niespodziewanie pojawili się i zgodnie z przyjętą praktyką zostali zmuszeni do złożenia zeznań, które ich samych obciążały. Przyznali się do szpiegowania na rzecz wroga (wtedy także wrogiem była Eurazja), malwersacji finansowych, morderstw różnych zaufanych członków Partii, intryg przeciwko przywództwu Wielkiego Brata, sięgających czasów na długo przed Rewolucją, a także do aktów sabotażu, prowadzących do śmierci setek tysięcy ludzi. Po tej spowiedzi ułaskawiono ich, ponownie wcielono do Partii i przydzielono im z pozoru ważne stanowiska, będące w istocie synekurami. Wszyscy trzej opublikowali w „Timesie” długie, odrażające artykuły, w których analizowali przyczyny swojej zdrady i obiecywali zadośćuczynienie.

Wkrótce po tym, jak ich wypuszczono, Winston widział całą trójkę w kawiarni Pod Kasztanem. Przyglądał im się kątem oka z fascynacją, pomieszaną z lękiem. Byli o wiele starsi od niego, stanowili relikty starego świata. Właściwie już tylko oni pozostali po heroicznych, wczesnych dniach Partii. Nadal otaczał ich, blady już co prawda, blask bohaterów podziemia i wojny domowej. Miał jednak wrażenie — choć już wtedy fakty i daty stopniowo się rozmywały — że znał ich nazwiska o wiele wcześniej niż postać Wielkiego Brata. Jednocześnie jednak byli wyrzutkami, wrogami, pariasami; należało się spodziewać, że w ciągu roku czy dwóch z pewnością zostaną zgładzeni. Nikt, kto raz wpadnie w ręce myślopolicji, nie może uciec. Byli trupami, oczekującymi na złożenie do grobu.

Nikt nie siadał przy sąsiednich stolikach. Samo nawet przebywanie w pobliżu takich ludzi byłoby niemądre. Trwali w milczeniu ze szklankami ginu przyprawionego goździkami — specjalnością lokalu. Z całej trójki największe wrażenie robił na Winstonie Rutheford. Dawniej był słynnym karykaturzystą, jego jadowite rysunki pomagały rozbudzać świadomość mas jeszcze przed Rewolucją. Czasem nadal ukazywały się w „Timesie”, jednak te nowe prace tylko imitowały jego dawny styl, w sposób zaskakująco nieprzekonujący i pozbawiony życia. Ciągle odgrzewały stare tematy — slumsy, głodujące dzieci, walki uliczne, kapitaliści w cylindrach — była to niekończąca się i skazana na porażkę próba powrotu do przeszłości. Rutheford był potężnym mężczyzną, z czupryną pozlepianych, siwych włosów, o nabrzmiałej, pobrużdżonej twarzy i wydatnych ustach. Dawniej musiał być niesamowicie silny; teraz jego wielkie ciało garbiło się, wiotczało, rozlewało i rozłaziło na wszystkie strony. Sprawiał wrażenie, jakby miał się zaraz rozpaść na kawałki, jak skała, dawniej mocna, teraz zwietrzała.

Była piętnasta, cicha godzina. Winston nie pamiętał już, dlaczego znalazł się w kawiarni o takiej porze. Lokal był prawie pusty, blaszana muzyczka sączyła się z teleekranów. Trzej mężczyźni siedzieli w swoim kącie niemal bez ruchu, nie odzywając się ani słowem. Kelner, nieproszony, przyniósł nowe szklanki ginu. Na stoliku obok stała szachownica z rozstawionymi pionkami, ale nikt nie zaczął gry. I wtedy coś dziwnego stało się z teleekranami, całe zajście trwało może pół minuty. Zmienił się utwór i ton muzyki. Dołączyła się — trudno to opisać — jakaś dziwacznie skrzecząca, fałszywa, szydercza nuta, kojarząca się Winstonowi z żółcią. Głos z teleekranu zaśpiewał:

Pod ogromnym kasztanem
Sprzedajemy się wzajem
I trafiamy do grobów,
Cień kasztana dla obu.

Tamci trzej nawet nie drgnęli. Kiedy jednak Winston spojrzał na zniszczoną twarz Rutheforda, zobaczył, że mężczyzna ma łzy w oczach. Dopiero wtedy zauważył — i aż się wzdrygnął, choć jeszcze nie rozumiał dlaczego — że zarówno Aaronson, jak i Rutheford mają złamane nosy.

Wkrótce potem wszystkich trzech ponownie aresztowano. Rzekomo natychmiast po uwolnieniu ponownie zaczęli spiskować. Podczas drugiego procesu jeszcze raz przyznali się do swoich dawnych zbrodni, dodając do nich długą listę nowych przewin. Stracono wszystkich trzech, a ich los został zapisany w partyjnej historii jako ostrzeżenie dla przyszłych pokoleń. Mniej więcej pięć lat później, rozwijając rulon dokumentów, które wypadły z tuby pneumatycznej na biurko, Winston natknął się na skrawek papieru, ewidentnie celowo wetknięty pomiędzy pozostałe i tam zapomniany. Kiedy go rozprostował, od razu zrozumiał jego znaczenie. Była to połowa strony wydarta z „Timesa” — mniej więcej sprzed dekady — górna połowa, więc z datą. Zawierała zdjęcie delegacji na jakieś partyjne wydarzenie w Nowym Jorku. Prominentne miejsce w środku grupy zajmowali Jones, Aaronson i Rutheford. Nie można było pomylić ich z nikim innym, poza tym podpis pod zdjęciem zawierał ich nazwiska.

Tymczasem podczas procesu wszyscy trzej zeznali, iż tego dnia znajdowali się na terenie Eurazji. Z tajnego lotniska w Kanadzie polecieli rzekomo gdzieś na Syberię, gdzie mieli konferować z członkami Sztabu Generalnego Armii Eurazjatyckiej, którym zdradzili ważne tajemnice wojskowe. Data utkwiła Winstonowi w pamięci, bo wypadało wtedy letnie przesilenie; ale te same informacje można było pewnie znaleźć w wielu innych źródłach. Istniała tylko jedna logiczna konkluzja: mężczyźni podczas procesu kłamali.

Samo w sobie nie stanowiło to, rzecz jasna, wielkiego odkrycia. Już wtedy Winston nie wierzył, że ludzie, których pozbywano się podczas czystek, naprawdę byli winni zbrodni, o które ich oskarżano. Ale trzymać w ręku materialny dowód — to jednak co innego. Był to skrawek unicestwionej przeszłości, coś w rodzaju skamieliny, znalezionej w niewłaściwej warstwie skorupy ziemskiej i swoją tam obecnością obalającej obowiązującą teorię geologiczną. Gdyby dało się to w jakiś sposób upublicznić i wyjaśnić światu, to wystarczyłoby, aby zniszczyć Partię.

Nie przerwał pracy. Kiedy tylko zdał sobie sprawę z wagi zdjęcia, ukrył je pod inną kartką. Na szczęście, kiedy rozwijał skrawek papieru przed teleekranem, trzymał go do góry nogami.

Położył notes na kolanie i odsunął krzesło jak najdalej od teleekranu. Zachowanie neutralnego wyrazu twarzy nie było trudne, z pewnym wysiłkiem dało się także kontrolować oddech; nie dało się jednak wpłynąć na rytm serca, a teleekran był wystarczająco czuły, żeby wychwycić każde przyspieszenie. Odczekał mniej więcej dziesięć minut, zamartwiając się przez cały czas, że jakiś przypadek — choćby nagły przeciąg — zdradzi go. Następnie, nie patrząc już więcej na zdjęcie, wrzucił je do szczeliny pamięci, wraz z innymi niepotrzebnymi papierami. Po kolejnej minucie zapewne zamieniło się w popiół.

Miało to miejsce dziesięć, jedenaście lat temu. Dziś prawdopodobnie zachowałby zdjęcie. Dziwne, ale fakt, iż trzymał je w dłoniach, nawet teraz wydawał mu się istotny, choć samo zdjęcie, jak i zdarzenie, które dokumentowało, było jedynie wspomnieniem. Czy władza Partii nad przeszłością słabła pod wpływem dowodu, który co prawda został zniszczony, ale kiedyś wcześniej istniał?

Gdyby jakimś cudem poskładać ją z popiołów, dziś ta fotografia mogłaby już nie stanowić żadnego dowodu. Kiedy dokonał tamtego odkrycia, Oceania nie walczyła z Eurazją, a zatem konieczne było, aby zdrada trzech mężczyzn dotyczyła Azji Wschodniej. Od tamtego czasu miały miejsce kolejne zmiany, trzy albo cztery, dokładnie już nie pamiętał. Możliwe, że zeznania były przepisywane po wielokroć, aż w końcu oryginalne fakty i daty straciły jakiekolwiek znaczenie. Przeszłość nie tylko się zmieniała, ale zmieniała się nieustannie. Winston nie rozumiał, po co dopuszczano się aż tak gigantycznego zakłamania, i to jeszcze bardziej pogrążało go w koszmarze. Natychmiastowe korzyści, płynące z fałszowania przeszłości, były zrozumiałe, jednak zasadniczy motyw pozostawał tajemnicą. Podniósł pióro i napisał:

Rozumiem JAK. Nie rozumiem PO CO.

Zastanawiał się czasem, czy nie jest szalony. Ale może szaleństwo to po prostu przynależność do jednoosobowej mniejszości. Kiedyś szaleństwem było sądzić, że Ziemia krąży wokół Słońca; dziś — że przeszłości nie da się zmienić. Być może tylko on jeden był tego zdania, a jeśli tak, to znaczy, że był szaleńcem. Myśl o szaleństwie nie przerażała go jednak. Przerażała go myśl, iż mógłby nie mieć racji.

Wziął do ręki podręcznik do historii i popatrzył na portret Wielkiego Brata na frontyspisie. Natychmiast przeszyło go spojrzenie hipnotyzujących oczu. Miał wrażenie, że działa na niego potężna siła, która penetruje czaszkę, napiera na mózg i sprawia, iż gotów jest trwożnie porzucić własne poglądy, zaprzeczyć świadectwu zmysłów. W jakimś momencie Partia ogłosi, że dwa plus dwa równa się pięć i trzeba będzie w to uwierzyć. Prędzej czy później właśnie tak zrobią — tak dyktowała ich logika. Ideologia Partii pośrednio negowała nie tylko znaczenie doświadczenia, ale i samo istnienie obiektywnej rzeczywistości. Zdrowy rozsądek stanowił największą z herezji. Najbardziej przerażało nie to, że za odmienny pogląd można było zapłacić życiem. Największym strachem napawało, że mogą mieć rację. No bo skąd właściwie wiemy, że dwa i dwa to cztery? Albo że grawitacja rzeczywiście działa? Albo że nie da się zmienić przeszłości? Jeśli i przeszłość, i cały zewnętrzny świat istnieją tylko w umyśle, a umysł da się kontrolować — co wtedy?

Nie! Nagle w Winstona wstąpiła nowa odwaga. Bez żadnego wyraźnego powodu przypomniała mu się twarz O’Briena. Czuł z większą pewnością niż kiedykolwiek wcześniej, że O’Brien jest po jego stronie. Pisał swój dziennik dla O’Briena — pisał do O’Briena; był to niekończący się list, którego nikt nigdy nie przeczyta, który jednak ma konkretnego adresata i to nadaje mu ton.

Partia nakazywała odrzucenie świadectwa własnych oczu i uszu. Taki był podstawowy i najważniejszy rozkaz. Na myśl o potężnej sile, którą miał przeciwko sobie, ogarnął go smutek. Jeden czy drugi partyjny intelektualista z łatwością pokonałby go w dyskusji za pomocą subtelnych argumentów, których Winston nie umiałby zrozumieć, a tym bardziej nie potrafiłby na nie odpowiedzieć. Jednak to oni byli w błędzie, a Winston miał rację. Należy bronić tego, co oczywiste, ewidentne, prawdziwe. Truizmy nie kłamią — tego trzeba się trzymać! Rzeczywisty świat istnieje, a jego prawa się nie zmieniają. Kamienie są twarde, woda mokra, przedmioty, jeśli nic ich nie trzyma, spadają ku jądru Ziemi. Czując, że zwraca się do O’Briena, a jednocześnie wyraża ważny aksjomat, napisał:

Wolność to wolność stwierdzenia, że dwa plus dwa równa się cztery. Wystarczy, że to jest zagwarantowane, z tego wynika cała reszta.