Podczas naszej nieobecności w Uliastaju zaszło dużo wypadków. Opowiadano nam, że gubernator chiński potajemnie posłał jedenastu gońców do Urgi z doniesieniem i z prośbą o instrukcje, lecz żaden z wysłanych ludzi nie powrócił. Wszyscy gubili się w domysłach, co by to mogło znaczyć, w chińskim zaś Jamyniu to zniknięcie gońców wzbudziło trwogę, która od razu znalazła oddźwięk pośród kupców chińskich i „kuli”. (Kuli — chiński najprostszy robotnik. Ta warstwa społeczeństwa wydaje żołnierzy, rewolucjonistów, chunchuzów i zbrodniarzy).
Oddział rosyjski, istniejący potajemnie, obecnie tak wzmógł się liczebnie, że nie mógł już ujść uwagi Chińczyków, którzy patrzyli na niego wrogo i z obawą. W mieście wszyscy chodzili uzbrojeni, nocami stawiano w każdym domu wartę. Gubernator zmobilizował dwustu kuli i rozlokował ich po całym mieście na postrach Mongołom i Rosjanom.
Jednakże ci nowi żołnierze nieregularni, czyli ”gamini”, wzięci od ciężkich robót przy „nogan-choszunach”, czyli ogrodach warzywnych, otrzymawszy broń, podnieśli głowę i wcale nie mieli zamiaru bawić się w dyscyplinę.
Zbierali się nocami na nogan-choszunach, w karczmach chińskich lub w niektórych sklepach i nad czymś radzili. Nocami widzieliśmy, jak znosili skądś karabiny i naboje, widocznie do czegoś się przygotowując. W parę dni potem dowiedzieliśmy się, że gamini zamierzają urządzić pogrom Mongołów i cudzoziemców w celu rabunku. Zachowanie się żołnierzy na ulicy stało się niemożliwie wyzywające i zuchwałe. Wieczorem nie można było wyjść z domu bez obawy zamordowania przez pijanych żołdaków lub w najlepszym razie otrzymania postrzału. Na wszelkie uwagi co do niebezpiecznej sytuacji w mieście gubernator Wan-Dzao-Dziuń dawał nam odpowiedzi wymijające, z czego wywnioskowaliśmy, że nie miałby chyba nic przeciwko krwawej łaźni w Uliastaju.
Wobec tego wszyscy cudzoziemcy zupełnie otwarcie przygotowywali się do obrony i ewentualnie do ucieczki.
Po nocach na rogach ulic i w załamaniach krętych uliczek czaiły się patrole oddziału rosyjskiego, na dziedzińcu byłego konsulatu rosyjskiego stali w pogotowiu uzbrojeni oficerowie i żołnierze; w każdym domu czuwali z bronią w ręku koloniści, na dziedzińcach firm chińskich wystawione były warty, gdyż kupcy byli przekonani, że w razie zwycięstwa tej lub innej strony całość ich składów oraz sklepów będzie poważnie zagrożona ze względu na wojowniczy zapał wrogów. Ulicami przechodziły patrole pijanych gaminów i tylko z rzadka można było zauważyć żołnierzy regularnego oddziału chińskiego, pełniących przyboczną straż przy osobie Wan-Dzao-Dziunia. W górach otaczających Uliastaj grupowali się mongolscy cyryki, których przysłał na pomoc księciu Czułtun-Bejle chan Jassaktu, mianowany głównodowodzącym siłami zbrojnymi Mongolii Zachodniej; na nogan-choszunach w dalszym ciągu odbywały się zbiegowiska i wiece gaminów i głodnych kuli.
Ta naprężona atmosfera stała się jeszcze niebezpieczniejsza, gdy przyszła wiadomość, iż załoga chińska miasta Kobdo pewnej nocy dokonała pogromu w rosyjskiej i mongolskiej dzielnicy, zamordowawszy kilku Rosjan i Mongołów i zrabowawszy wszystkie domy rosyjskie. Mieszkańcy Kobdo, zaskoczeni znienacka w nocy tym napadem, zbiegli w góry, lecz mróz dopomógł napastnikom i wielu Rosjan, szczególnie dzieci, padło ofiarą chłodu.
Gamini i kuli, a po części i urzędnicy chińscy, podburzani i przekupywani przez niektórych kolonistów spełniających rozkazy Sowietów, z którymi się stale komunikowali przy pomocy ciągle przybywających z Irkucka tajnych agentów bolszewickich, poczęli już prawie otwarcie mówić o konieczności krwawego porachunku z Rosjanami za stare krzywdy i z Mongołami za ich zuchwałe dążenia do niepodległości.
Nagle przyszła inna wiadomość, mniej pomyślna dla Chińczyków; ostudziła ona też nieco ich gorące zapały.
Pewnego wieczoru na spienionym koniu wpadł na rynek młody uzbrojony Mongoł. Miał długie, potargane włosy, chudą twarz i barczyste, chociaż wynędzniałe ciało. Był ubrany w rozerwany kożuch, w dobre buty i miał przy pasku rewolwer.
Nie schodząc z konia, zdyszanym, lecz tubalnym i radosnym głosem wykrzyknął:
— Urga wzięta przez nas i „dziandziunia” (dziandziuń — wielki generał-głównodowodzący) barona. Bogdo-gegeni został ogłoszony cesarzem Mongołów! W Urdze wyrzynają Chińczyków i rabują kupców chińskich! Mongołowie, zabijajcie naszych wrogów, Chińczyków, i rozbijajcie sklepy! Dość naszych cierpień! Precz z chińskimi katami!
Odpowiedział mu podburzony pomruk tłumu. Mongołowie otoczyli jeźdźca i zaczęli go wypytywać o szczegóły. Natychmiast zawiadomiono o nim władze, które zbadawszy go, zaczęły robić jakieś przygotowania. Gubernator chiński zażądał aresztowania agitatora, lecz książę Czułtun-Bejle sprzeciwił się temu stanowczo. Wan-Dzao-Dziuń więcej nie nalegał, z czego już można było wywnioskować, że Chińczycy musieli otrzymać wiadomości potwierdzające słowa Mongoła.
Gamini i kuli, jak na sygnał, przycichli i znikli z ulic, a na ich miejsce zjawiły się już otwarcie rosyjskie patrole partyzanckie; na górach zaś coraz częściej poczęli zjawiać się jeźdźcy mongolscy, spoglądający w stronę miasta i nogan-choszunów, gdzie się roiło od wylęknionych Chińczyków. Przestrach Chińczyków jeszcze bardziej się zwiększył, gdy nadeszła wiadomość, że ałtajscy Tatarzy, połączywszy się z Mongołami, zorganizowali pościg za wojskami chińskimi uchodzącymi po pogromie Kobdo i dogoniwszy je, wycięli w pień.
Chińczycy wpadli w nastrój bardzo minorowy. Zdawało się, że wszelkie nasze trwogi się skończyły i że ze strony gaminów i kuli już nic nam grozić nie może. Tymczasem do jednego z kolonistów rosyjskich współczujących bolszewikom przybyło kilku sowieckich agentów z różnymi poleceniami. Wkrótce banda ta zaczęła prowadzić rokowania z Wan-Dzao-Dziuniem i z chińskimi domami handlowymi. Dowiedzieliśmy się, że gubernator chiński dostał znaczną sumę pieniędzy od agentów bolszewickich, a w parę dni później od przyjaznych nam Chińczyków otrzymaliśmy wiadomość, że gamini otrzymali podobno wskazówki z Jamynia, w jaki sposób bezkarnie mogą uczynić pogrom w Uliastaju. Wan-Dzao-Dziuń uczynił wszystko, co było możliwe, aby rozbroić oddział rosyjski, zarządziwszy nagłą rewizję w domach Rosjan i w gmachu konsulatu i rekwirując wszelką broń. Lecz dowódca oddziału był dostatecznie przezorny i arsenał swój ukrył poza miastem, w choszunie jednego z kolonistów.
Wobec nowych wypadków oddział stale był w pogotowiu i zaczęły się ożywione stosunki pomiędzy oficerami a władzami mongolskimi w kwestii wspólnej obrony.
Młody Chińczyk, syn kucharza z domu zamieszkałego przez nas, doniósł, że tego dnia ma się odbyć na jednym z nogan-choszunów decydująca narada gaminów i kuli co do planu i terminu pogromu. Postanowiliśmy osobiście uczynić szczegółowy wywiad; w tym celu, zabrawszy ze sobą młodego Chińczyka jako tłumacza, wspólnie z agronomem oraz jednym z oficerów rosyjskich wyszliśmy z domu, mając przy sobie pod kożuchami schowane rewolwery. Nie udało się nam wyjść za miasto zwykłą drogą, gdyż Uliastaj był już otoczony wartami gaminów. Wtedy prześlizgnęliśmy się przez osadę bezdomnych Mongołów, zrujnowanych przez administrację chińską, i trzymając się brzegów zamarzłej rzeki, ominęliśmy miasto i pełzaliśmy przez równinę, ukrywając się za kupami śniegu i wyrzuconego tu nawozu, aż pod same płoty ogrodów warzywnych, gdzie stały szopy kuli.
Mój zawsze ostrożny przyjaciel agronom pełznął bezpośrednio za Chińczykiem-tłumaczem i aż do nieprzyzwoitości często powtarzał mu sakramentalną obietnicę uduszenia go jak mysz, jeżeli ten będzie usiłował nas zdradzić. Sądząc ze smutnej twarzy Chińczyka, nie czuł się on dobrze w towarzystwie swego olbrzymiego, groźnie patrzącego i sapiącego sąsiada o strasznych, ze względu na ich nieludzką siłę, ogromnych rękach.
Podpełzliśmy pod płot, za którym zgromadzili się kuli i żołnierze i skąd dochodziły nas krzyki i śmiechy. Tu właśnie miał się odbyć wiec. Nasz Chińczyk przez szczeliny płotu przyglądał się zebranym i wymieniał bardziej znane osobistości wśród obecnych na tym zgromadzeniu zbójów.
Wkrótce zauważyłem, że oprócz nas jeszcze jeden człowiek podsłuchuje i przygląda się temu, co się odbywało za płotem.
Zmrok już zapadł, lecz mimo to wyraźnie widziałem sylwetkę nieznajomego, leżącą na śniegu z głową wsuniętą w norę wykopaną przez psy pod płotem; słuchał, wcale się nie poruszając. O kilka kroków od niego, w niewielkim dołku, leżał biały koń z pyskiem ściśniętym rzemieniem i z nogami skrępowanymi. O sto kroków dalej stał drugi koń, przywiązany do płotu.
Tymczasem za płotem gwar się wzmagał. Było tam około dwóch tysięcy ludzi, którzy krzyczeli, śmieli się, wymachiwali rękami i potrząsali karabinami, nożami lub siekierami. Pośród tego tłumu siedzieli gamini, żywo coś tłumacząc, rozkazując i jednocześnie rozdając jakieś papiery i naboje.
Wreszcie na zrębie studni stanął wysoki, barczysty Chińczyk i podnosząc karabin do góry, przeraźliwym głosem rozpoczął mowę.
— On mówi — tłumaczył nasz Chińczyk — że Chińczycy powinni uczynić z Uliastaju to samo, co uczynili gamini z Kobdo, i żądać od Wan-Dzao-Dziunia, aby jego konwój nie przeszkadzał pogromowi. Mówi on, że przedtem jednak władze chińskie muszą zmusić oficerów rosyjskich do oddania całej ilości posiadanej broni. Tylko wtedy — zaznaczył mówca — stanie się zadość zemście Chińczyków za utopienie przez Rosjan trzech tysięcy chińskich kuli w Amurze w 1900 roku.
Mówca zalecił zebranym, aby, nie rozchodząc się, czekali na jego powrót, gdyż on bezzwłocznie chce jechać do gubernatora i przedstawić mu żądania kuli i gaminów.
Powiedziawszy to, wysoki Chińczyk przerzucił karabin przez ramię i skierował się ku bramie. Wówczas spostrzegłem, iż człowiek leżący pod płotem szybko podniósł się z ziemi, rozwiązał białego konia, wskoczył na siodło i odwiązawszy drugiego konia, odprowadził go o paręset kroków w kierunku przeciwnym od miasta. Pozostawiwszy tu wierzchowca, skrył się za rogiem płotu.
Mówca, Chińczyk, wyszedł za bramę i zobaczywszy konia stojącego w polu, skierował się ku niemu. Ledwie minął róg, za którym czaił się jeździec na białym koniu, gdy ten zjawił się nagle, porwał Chińczyka na siodło i na wpół zduszonemu zawiązał usta czerwoną chustką. Po czym bez zbytniego pośpiechu zabrał chińskiego konia i powoli oddalił się w stronę gór.
— Kto to mógł być? — spytałem zdumiony swego przyjaciela.
— Jestem przekonany — odparł bez namysłu — że był to Tuszegun-Lama.
Późno w nocy dowiedzieliśmy się, że na próżno kuli oczekiwali powrotu mówcy-agitatora. W chwili, gdy niecierpliwość zgromadzonych doszła do punktu kulminacyjnego, spoza płotu rzucono do nogan-choszuna głowę mówcy. Z tego zgromadzenia nie powróciło też ośmiu gaminów, których widziano idących do koszar. W kilka dni potem znaleziono ich trupy starannie złożone w dołach, gdzie zwykle przechowywano na zimę ziemniaki.
Wszystkie te wypadki ostatecznie nastraszyły tłuszczę, owe szumowiny wspaniałych, mądrych Chin, z chęcią pozbywających się najgorszych warstw zdemoralizowanego proletariatu.
Nie chcieliśmy jednak pozostawić bez protestu tego wiecu, który odbył się pod auspicjami pana gubernatora, zbyt blisko zaprzyjaźnionego z agentami bolszewickimi. Pojechałem do niego wraz z innym Polakiem, panem St. Błońskim, przedstawicielem dużej firmy amerykańskiej. Zwróciliśmy uwagę młodemu administratorowi na niestosowność jego sympatii dla bolszewików i na bezprawia w jego zarządzeniach. Wan-Dzao-Dziuń i Fu-Siań byli bardzo zmieszani z powodu informacji, jakie posiadaliśmy o ich rokowaniach z agentami sowieckimi i o udziale w opracowaniu planu pogromu. Zapewnili nas solennie, że są pewni posłuszeństwa konwoju, który nie dopuści do walki ulicznej. Nie wątpimy, że konwój złożony ze stu regularnych żołnierzy pod dowództwem poważnego i fachowego oficera nie weźmie udziału w pogromie, lecz czyżby ci żołnierze mogli stawiać opór trzystu gaminom, trzem tysiącom kuli i stu uzbrojonym robotnikom i subiektom firm chińskich?!
Nazajutrz po tej rozmowie otrzymaliśmy wiadomość, że rosyjscy partyzanci „biali” zdobyli Wan-Kure i Dzain-Szabi, że pułkownik Kazagrandi połączył się z baronem Ungernem i że wszystkie linie komunikacyjne pomiędzy Mongolią Zachodnią i Urgą, a zatem i z Chinami, są już w ręku barona i Mongołów.
Wtedy dowódca partyzantów uliastajskich, pułkownik Michajłow, urzędowo objął komendanturę nad miastem, aresztował ajentów bolszewickich, szybko przeprowadził śledztwo i sąd skazał ich na śmierć, jak również zabójców Bobrowów — Kanina i Puzikową.
To wystąpienie Rosjan oburzyło władze chińskie. Atmosfera znowu zaczęła się zagęszczać, gdyż Mongołowie podtrzymali Rosjan. Lada chwila oczekiwaliśmy otwartej walki, której wyniki były dla mnie bardzo mgliste, gdyż absolutnie nie wierzyłem w dyscyplinę oddziału rosyjskiego i w taktowność ich dowódcy. Wtedy wraz z panem Błońskim, przedstawicielem firmy amerykańskiej, poradziliśmy księciu Czułtunowi, by zaproponował zwołanie konferencji mongolsko-chińskiej dla załatwienia sporu bez przelewu krwi drogą rokowań pokojowych. Na tę propozycję zgodziły się władze zarówno mongolskie, jak też i chińskie. W ciągu paru dni zjechali się choszuni, książęta Mongolii Zachodniej, i w Jamyniu rozpoczęły się rokowania. Ze strony Mongołów najczynniejszy udział w nich brali książę Czułtun-Bejle, książę lama Dżap-Gun i książę Nawancyren, a ze strony Chińczyków — Wan-Dzao-Dziuń, Fu-Siań i paru urzędników z komisariatu chińskiego. Ja i pan Błoński byliśmy zaproszeni w roli doradców, lecz faktycznie byłem zmuszony kierować konferencją, gdyż co chwila wynikały spory, kłótnie, wzajemne wymówki i pogróżki, po których niektórzy z przedstawicieli Mongołów, jak na przykład lama Dżap-Gun, grozili nożami i chcieli opuścić Uliastaj, aby z bronią w ręku walczyć z zaborcami. Bolszewicy, dowiedziawszy się o zaproszeniu mnie i pana Błońskiego, użyli wszelkich środków, aby wprowadzić do składu konferencji jednego ze swych przedstawicieli, kolonistę Burdukowa. Potrafiliśmy jednak przekonać go, że podjęcie się przez niego tej misji skończy się albo kulą, albo stryczkiem. Znikł więc i wkrótce ulotnił się zupełnie z Uliastaju, co nie przeszkodziło mu jednak posłać o mnie wyczerpującego raportu sowieckim władzom pogranicznym; miało to wkrótce pewne skutki, co prawda z zakończeniem zupełnie nieoczekiwanym.
Dopiero po kilku dniach udało mi się wraz z panem Błońskim przekonać Wan-Dzao-Dziunia, że rząd pekiński uprawia w Mongolii politykę niezgodną z traktatami uznanymi przez Chiny i że dla dobrych stosunków sąsiedzkich pomiędzy obydwoma narodami, Mongołowie powinni z honorami przepuścić gubernatora, jego urzędników i konwój przez Mongolię na południe do granicy Chin, zapewniając im nietykalność i opiekę. Chińczycy zaś mają dobrowolnie rozpuścić gaminów i kuli, rozbroić ich oraz oddać władzę w ręce starego saita — księcia Czułtuna. Komisariat chiński zaczął natychmiast po podpisaniu traktatu uliastajskiego przygotowywać się do opuszczenia miasta i nazajutrz miał odjechać. Przed odjazdem gubernator chiński wydał mi list polecający do wszystkich władz chińskich, który bardzo dopomógł mi później do otrzymania pozwolenia na przejście granicy chińskiej.
Naraz gruchnęła wieść, że cały rządowy chiński tabun koni i wielbłądów ciężarowych nocą został skradziony i popędzony w niewiadomym kierunku. Jednocześnie Mongołowie donieśli, że w pobliżu niektórych urtonów (stacji pocztowych) wykryto ciała zamordowanych gońców wysłanych przez Wan-Dzao-Dziunia do Urgi.
Zdumienie powszechne było bezgraniczne. Lecz wyjaśnienie nastąpiło bardzo szybko. Mój przyjaciel Dżełyb-Dżamsrap-hutuhtu pchnął z klasztoru Narabanczi do księcia Czułtuna gońca z doniesieniem, że jakiś nieznany oddział rosyjski, pod dowództwem pułkownika kozackiego Domożyrowa, podszedł do klasztoru Narabanczi i żąda żywności, jurt, koni i srebra; nadto ten sam oddział, w którym znajduje się książę Bałdon-Hun, słynny zdobywca Kobdo, zamierza przeprowadzić mobilizację Mongołów w chanacie Jassaktu, nie mając na to upoważnienia od rządu mongolskiego i działając na mocy ustnego rozkazu barona Ungern von Sternberga. Hutuhtu prosił o pomoc, gdyż obawiał się zrabowania klasztoru przez Mongołów Bałdon-Huna i kozaków Domożyrowa.
Pułkownik kozacki Domożyrow przysłał rozkaz do rosyjskiego komendanta Uliastaju, aby wyrżnąć chińską załogę, zrabować bank chiński i zaaresztować chińskich urzędników, których zamierzał sądzić osobiście. Z wielkim trudem udało się mnie i saitowi przekonać komendanta, pułkownika Michajłowa, iż należy uszanować umowę mongolsko-chińską i nie naśladować Sowietów w ich gwałceniu wszelkich praw i zobowiązań oraz nie mieszać się do spraw państw obcych, jakimi są Hałha i Chiny.
Książę Czułtun-Bejle postanowił osobiście jechać dla zbadania sytuacji do Narabanczi-Kure, zabrawszy z sobą starostów rosyjskiego i chińskiego. Po jego odjeździe w ciągu kilku dni nie było od saita żadnych wiadomości. Mongołowie zaczęli się niepokoić i książę lama Dżap-Gun prosił mnie, żebym pojechał na pomoc Czułtunowi i hutuhcie Narabanczi. W towarzystwie oficera, danego mi przez pułkownika Michajłowa, i młodego kolonisty w roli tłumacza, wyruszyłem o świcie znaną mi już drogą do gościnnego Narabanczi-Kure, w kierunku którego widniały na śniegu ślady powozu Czułtuna i koni konwojujących go jeźdźców.