Rozdział XII. Spotkanie z człowiekiem

— Coby to mogło być? — spytał siebie na głos, stając jak wryty i podnosząc głowę stary panikis — Guarra, z przyzwyczajenia tropiciela wałęsający się po dżungli.

Nikt mu nie odpowiedział, bo Guarra samotnie kluczył po kniei, chociaż czas łowów nie nastał jeszcze.

Tropiciel znał dżunglę na sto mil wzdłuż i wszerz, więc wiedział, że ani jeden z tych drobnych, najgorszych słoni, które się pasły na moczarach, nie był w stanie wydobyć z piersi tak potężnego trąbienia.

Nie namyślając się długo, wślizgnął się do gąszczu i nadsłuchując co chwila, skradał się, biegł, czołgał się, wbiwszy w ziemię swoje spostrzegawcze źrenice.

Szedł długo, nie odnajdując żadnych śladów. A tymczasem słyszał chwilami — bliżej lub dalej — ten sam przeciągły, jękliwy, ponuro natarczywy ryk.

Guarra, okrążywszy głęboką kotlinę, zarośniętą bambusami, przystanął nagle i pochylił się aż do samej ziemi.

Nie tyle wzrok, ile węch podszepnął mu, iż jest bliski celu.

Nozdrza Hindusa rozdęły się szeroko i pochwyciły dobrze znany łowcy zapach.

Obejrzał ziemię.

Spostrzegł od razu stratowane krzaki, a na małej polanie głębokie doły, wybite nogami biegnących słoni.

Guarra naliczył sto dwadzieścia śladów. Trzydzieści słoni! Zbadał trop dokładnie, mierząc go małą, ciemną dłonią.

Tak — niezawodnie! Musiały tędy przebiec niedawno niskorosłe, słabe, „mierga” — najgorszy, najdrobniejszy, gatunek słoni. Cóż to spłoszyło je? Dlaczego uciekły bezładnie i rozpierzchły się po dżungli?

W tym miejscu nawet małe odbiegły od samic i miotały się widocznie, szukając matek!...

Tylko jeden słoń trąbi gdzieś na moczarach, lecz inne nie odpowiadają mu.

Przecież muszą słyszeć, bo ryk jego rozbrzmiewa chyba aż pod stromymi skałami Pelli?

Wydobył z worka mocny rzemień i zadzierzgnąwszy dwa węzły, zrobił pęta.

Położywszy się na ziemi, wślizgnął się w chaszcze i czołgał się dalej jak wąż wśród zwalonych drzew i głazów okrytych zaroślami paproci.

Ryk — przeciągły niby szloch, zbliżał się.

Guarra zaczaił się za zwałem kamieni i czekał.

Słyszał trzask suchych gałęzi i krzaków, odgłosy ciężko stąpających nóg.

Łowca zamienił się w słuch i wzrok.

Zagadka została wkrótce rozwiązana.

Człowiek ujrzał nagle olbrzymiego słonia, jakich od dawna nie widziano w środkowym Hindostanie.

Szedł, słaniając się i trzęsąc głową. Zarzuciwszy trąbę na łeb otwierał paszczę i wydawał przeraźliwy ryk.

Guarra myślał, że widzi przed sobą ciężko ranne zwierzę.

Jednak, gdy słoń przeszedł w pobliżu, łowca nie dojrzał na trawie ani kropli posoki.

Olbrzym szedł jak ślepy, uderzając się bokami i łbem o drzewa i potykając się o leżące kłody.

Hindus już śmielej podążył za nim i dogonił go w chwili, gdy ślizgając się na okrągłych kamieniach, słoń usiłował przebrnąć przez suche łożysko potoku.

Ruchem pantery śmignął łowca i dopadł słonia. Kilka błyskawicznych, nieuchwytnych ruchów rąk — i pęta ścisnęły tylne nogi zwierza.

Słoń nie poczuł tego nawet. Uczynił krok naprzód, potknął się i upadł, głucho uderzając bokiem o kamienie.

Guarra nie kryjąc się więcej, zbliżył się do niego i przyglądał mu się uważnie.

Olbrzymie zwierzę zamierzało powstać, lecz pęta zaciskały się coraz silniej i sprawiały mu ból. Miotała mu się ogromna głowa, trąba kurczowo czepiała się ziemi, przednie nogi kopały i rozrzucały kamienie.

Hindus spostrzegł odciski na jego kolanach i pręgi na bokach, karku i piersiach.

Guarra gwizdnął cicho. Domyślił się, że schwytał słonia Birarę, o którego wypytywali wszędzie gońcy maharadży.

Był bardzo uradowany, bo oczekiwał sutej nagrody.

Usiadł pod urwistym brzegiem i nie patrząc na swego jeńca, marzył.

Znużyło go to, więc zdrzemnął się trochę.

Nie znał Birary stary tropiciel, bo gdyby znał, nie usnąłby tak lekkomyślnie o sto kroków od leżącego i wierzgającego słonia, kierowanego niegdyś przez małego kornaka — Amrę.

Birara, przekonawszy się, że nie uda mu się zerwać pęt, ani też podnieść się z ziemi, nagle jak gdyby się uspokoił.

Przestał sapać i szamotać się.

Podkurczył tylne nogi, jak mógł najbliżej do piersi, i udało mu się wreszcie końcem trąby dotknąć pęcin. Namacał pętlę, zgarnął łączący je rzemień i szarpnął.

Uczuł ostry ból, bo twardy rzemień wpił mu się w skórę.

Nie powstrzymało go to bynajmniej. Szarpał i targał więzy raz po raz, aż nie wytrzymały i z głośnym klapnięciem pękły.

Birara podniósł się prawie bez hałasu i pozostawiając za sobą krwawy ślad, skradał się do śpiącego spokojnie człowieka.

Runął wreszcie na niego, porwał i zakręciwszy młynkiem nad głową, cisnął go o ziemię.

Podbiegł potem do leżącego i już podniósł potworną, podobną do grubego słupa nogę, aby zmiażdżyć mu głowę, zdruzgotać kości, a następnie wgnieść, wtłoczyć, wbić w ziemię, gdy...

W tej samej chwili przyszło mu na myśl, że to człowiek przecież leży przed nim! Nigdy dotąd nie zaznał nic złego od człowieka...

Opuścił nogę i obwąchał łowcę.

Guarra stracił przytomność czy może udawał nieżywego, bo nie oddychał, leżał z zamkniętymi oczami i nie ruszał się.

Birara potrącił go nogą, odszedł kilka kroków i obejrzał się nieufnie.

Podszedł raz jeszcze i znowu obwąchiwał go, cicho mrucząc.

Nie oglądając się już — oddalił się szybkim krokiem i zniknął za pagórkami.

Nie widział już, że łowca wstał, jęcząc rozcierał sobie ramiona i nogi, a potem kulejąc, ruszył w przeciwną stronę.

Birara szedł długo bez celu.

Obudziło się w nim coś z dzikiego mieszkańca dżungli assamskiej.

Nie węsząc i nie rozglądając się po okolicy, wiedział, dokąd ma iść.

Szukał teraz samotności, pragnąc znaleźć miejsce, gdzie nic nie przypominałoby mu dawnego życia, gdy nosił na karku małego, kochanego Amrę.

Szukał dziewiczej, nietkniętej stopą ludzką dżungli.

Chciał być tam, gdzie nigdy nie rozlegał się stuk siekier drwali, nie padały okrzyki poganiaczy i nie skrzypiały koła ciężkich wozów, naładowanych mahoniowymi klocami lub złomami kamieni.

Wolałby już nawet nie słyszeć głuchych głosów małp, świergotu i skrzeku ptactwa.

Instynkt zwierzęcy kierował nim.

Przedzierał się przez dżunglę, dwa razy już przepływał rzeki i przekroczył nagi grzbiet górski.

Znowu ogarnęła, pochłonęła go dżungla. Głucha cisza panowała tu.

Znikły nawet małpy, bo i one przeważnie wolą trzymać się w pobliżu pól, na które robią zuchwałe wyprawy.

Zatrzymał się tu i wypoczywał przez cały dzień.

Miejscowość była wymarzona i obfitowała w niezbędny pokarm. Potok przecinał knieję. Nic nie zakłócało spokoju i ciszy.

Birara wypoczywał i wchłaniał w siebie powiewy wolności.

Jadł dużo, kąpał się i spał.

Pewnej nocy przyśnił mu się Amra.

Mały kornak szedł przez dżunglę i wołał:

— Chodź tu, staruszku! Biegnij do mnie, dobry, miły Birara!

Słoń obudził się nagle i cały wstrząśnięty zjawą nocną, pobiegł.

Uderzył się łbem o zwisającą gałąź, której nie dostrzegł w mroku. Zamroczyło go, więc zawrócił w inną stronę i znowu biegł, obijając się o pnie, zdzierając sobie skórę z boków i kalecząc nogi.

Wówczas dopiero oprzytomniał i znowu porwała go wściekłość niepohamowana.

Nawet tu, nawet w tym ustronnym, dzikim ostępie, nie pozostawiają go w spokoju ludzie; nawet w tej samotni niemej dręczą go wspomnienia minionych przeżyć!

Znowu ryczał przeciągle i cienko, łamał zwisające gałęzie, tratował krzaki i wbijał kły w pnie drzew. Nie czuł, że złamał sobie jeden kieł, nie widział, że krew mu spływa po głowie, a piana spada na trawę białymi płatami.

W tym samym czasie z pobliskich gór wychodziła na żer plamista pantera, kurcząc okrągły pysk i drapiąc ziemię pazurami.

Usłyszawszy jękliwe trąbienie słonia, całym ciałem przywarła do ziemi i słuchała.

Czymś tak ponurym i strasznym rozbrzmiewał ten ryk, że drapieżny kot stulił uszy, ogon zwiesił lękliwie i umknął do legowiska.

Słońce, zajrzawszy do dżungli, jak gdyby z podziwem spoczęło na olbrzymim, szarym cielsku słonia. Wsparty łbem o pion drzewa, siedział na zgiętych tylnych nogach, zbryzgany pianą, skrwawiony, dyszący ciężko.

Zwalił się wreszcie na bok i pozostał nieruchomy, śmiertelnie wyczerpany.

Zdawało się, że już nie żył, lecz chude, o wystających żebrach boki wznosiły się i opadały, a rozdęta gardziel z rzężeniem wciągała powietrze.

Do chaszczy zajrzała hiena. Kręciła krótkim, złym pyskiem i zerkała żółtymi, chciwymi ślepiami.

Cofnęła się jednak i odbiegłszy daleko, zachichotała ponuro i zuchwale.