Rozdział XVI. Oczekiwanie

Na łące pomiędzy skałami a ogrodem pałacowym, przechadzał się Birara. Miał dziwny wygląd. Szerokie pasy płócienne okrywały jego boki, obandażowane nogi wydawały się wprost potwornie grube.

W pobliżu sztachet żołnierze postawili kubeł napełniony czerwonymi strączkami dzikiego pieprzu i żółtych, wonnych ziół. Słoń od czasu do czasu podchodził i trąbą brał lekarstwo. Wywijając ogonem i kurcząc wargi, długo żuł, chrapiąc przeraźliwie, a gdy odchodził od swej „apteki”, roztwierał paszczę szeroko, oddychał szybko i głośno.

Mieszkańcy stolicy tłoczyli się na przeciwległym brzegu rzeki i śmiejąc się, patrzyli na Birarę, który zamaszyście maszerował ku wodzie i pił, aby ugasić płomień, palący mu wnętrze.

Każdego ranka na łące zjawiał się Fuzal z pomocnikiem. Szli, niosąc bandaże i słój z maścią. Strzelec starannie obmywał ledwie zabliźnione, nieraz krwawiące jeszcze rany ogromnego pacjenta i nakładał opatrunek. Słoń stał spokojnie, mruczał i trąbą dotykał ostrożnie lekarza. Gdy Fuzal odchodził, Birara szedł za nim i przy bramie obejmował go i dmuchał mu w twarz, spoglądając nań z wdzięcznością.

Zwykle Birara stał w samym środku łąki, niezmiennie zwrócony głową ku pałacowi. Bacznie śledził każdego człowieka, przechodzącego przez plac, i chwilami przechylał łeb na bok, jak gdyby zdumiony.

W południe, stanąwszy przed bramą, trąbił krótko i rozkazująco.

Warta otwierała podwoje. Birara szedł uroczystym krokiem przed pałac.

Zatrzymawszy się przed kolumnadą wejścia, znowu dawał sygnał.

Miał on jednak teraz odmienne brzmienie — wyrażał prośbę i radość.

Po chwili zjawiał się Tasfin, maharadża Satpury, i zbliżał się do przyjaciela.

Birara drepcząc na miejscu, machał ogonem, wachlował uszami i mruczał.

Tasfin klepał słonia po bokach i głowie, a Birara obejmował go i dmuchał, zerkając oczkami, pełnymi radosnych błysków.

Spotkanie to i pieszczoty trwały długo, bo słoń nie chciał rozstawać się z człowiekiem, budzącym w nim tyle drogich, wzruszających wspomnień.

W osobie Tasfina mieściło się teraz całe minione życie Birary.

Nie pamiętał lat ciężkiej pracy, a nieraz i głodu nawet, odpędzał wspomnienia swych przygód po ucieczce, do której popchnęła go tęsknota.

Echa tych przeżyć zagłuszył w swym sercu, bo płonęło w nim gorące przywiązanie do Tasfina, człowieka, który podobnie, jak on — Birara — widział słodkich chłopaków i słyszał ich łagodne, dźwięczne głosy, zawsze brzmiące w duszy słonia.

Powróciwszy w końcu na swoją łąkę, dążył do wąwozu.

Stawał w cieniu skały, zrywał kilka owoców mangowych i szedł do zbudowanego niedawno chlewu, gdzie kładł się na miękkiej podściółce ze słomy, zasypiał bez snów i zmór.

Pewnego razu spostrzegł niezwykły ruch koło pałacu.

Niejasny, lecz ostry niepokój zagnieździł się na nowo w jego sercu.

Słoń przechadzał się koło ogrodzenia i nie spuszczał oczu z tego, co się działo przed siedzibą królewską. Wynoszono stamtąd meble, kobierce, zasłony, trzepano je i wietrzono. Ogrodnicy przekopywali klomby, ozdabiali je nowymi, kwitnącymi roślinami.

Niezawodnie robiono jakieś przygotowania.

Przed innym skrzydłem pałacu wyprowadzano, myto i czesano rumaki i muły, rewidowano powozy i palankiny, wkładane na grzbiety łowczych słoni.

Służba czyściła i odnawiała terlice, popręgi, napierśniki, siodła i inną uprząż.

Birara nie rozumiał, co się dzieje. Ruch, panujący wokoło gmachu znużył go. Odszedł, lecz niepokój i niewyraźne jeszcze, lecz słodkie przebłyski nadziei nie opuszczały go.

Co chwila podnosił głowę, słuchał, węszył, czując, jak coraz silniej bije mu serce.

W nocy nawet budził się często, wstawał i szedł ku bramie.

Przecisnąwszy trąbę pomiędzy sztachety, węszył głośno.

Niepokój i przeczucie wielkiego szczęścia wzrastały w nim z dniem każdym.

Witając Fuzala i wpatrując się w oblicze Tasfina, miał w oczach niecierpliwe, niemal żądne pytanie.

Był tak przejęty tym, co nadążało ku niemu z nieznanej, tajemniczej dali, że nie zdawał sobie sprawy ze swego dziwnego stanu.

Tymczasem zachodziły w nim dziwne, zatrważające zmiany.

Budząc się rano, nie mógł zebrać sił, aby się podnieść. Jakiś bezwład trzymał go w swej mocy, w piersi i głowie panowała pustka — ciemna i przerażająca.

Borykał się z tą niemocą tak długo i uporczywie, aż dopóki nie zdobył władzy nad steranym, słabnącym coraz bardziej ciałem.

Podnosił się ze słomy, otrząsał się i wychodził na łąkę, drżąc i słaniając się.

Gdyby nie miał przygotowanego pieprzu i ziółek, zmuszony byłby z pewnością położyć się bez nadziei odzyskania sił i woli.

Do południa chodził chwiejnym krokiem, wzdychał i jęczał.

Fuzal codziennie meldował maharadży, że Birara, mimo iż rany zabliźniły mu się na dobre, słabnie z dniem każdym i chudnie.

— Rób, co chcesz — mówił do niego władca — lecz musisz zachować go przy życiu do przybycia królewicza! Nie ustrzegliśmy jego ulubieńca!...

Naczelnik strzelców królewskich odwiedzał Birarę po kilka razy na dzień, a nawet w nocy zaglądał do jego chlewu, przynosząc mu garść pieprzu i kubeł wody.

Słoń przestał sypiać.

Leżał co prawda, lecz ciągle poruszał uszami i nadsłuchiwał niecierpliwie.

Nie odwiedzał już wąwozu i całymi dniami stał przed bramą, wpatrzony w plac, roztaczający się przed fasadą pałacu.

Wciągał powietrze i mruczał żałośnie.

Zdawało się, że mówił:

— Wiem, już wiem, ale, na miłość Boga, prędzej... prędzej! Mogę się nie doczekać...

Birara tupał nogami, chrapał i dmuchał na głaszczącego go żołnierza z warty pałacowej.

Wkrótce pozostawał przy bramie przez całą noc.

Na schylonych nogach tkwił przed nią jak bryła z kamienia.

Wciąż węszył i słuchał...

Najsłabszy nawet dźwięk dochodzący z daleka zmuszał go podnosić uszy i ostrożnie, czujnie kręcić głową.

Gdy niepokojące go odgłosy milkły, parskał i wzdychał żałośnie.

Żądał teraz po kilka razy na dzień, aby go wpuszczano na plac.

Stawał przed pałacem i trąbił potężnie.

Podbiegał do wychodzącego ku niemu maharadży, dotykał trąbą jego ramienia i jęczał, pytając z utęsknieniem:

— Kiedyż? Kiedyż?

Król rozumiał te namiętne dźwięki i dziwił się, że słoń już wie, iż stolica Satpury wygląda przybycia Nassura — „syna brata słońca”.

Nie domyślał się jednak Tasfin, że serce słonia tęskniło za synem Warory, biednego kaleki-żołnierza, że myśl jego biegła przede wszystkim do Amry, małego kornaka, którego pokochał na całe życie i bez którego to życie stało się dlań męką i źródłem niebezpiecznych, nieznośnych cierpień.

„Amra! Amra!” — to słowo brzmiało w głowie i sercu starego, schorzałego słonia.

Dla tego małego chłopaka żył teraz i odganiał blade widmo śmierci, chwilami zasnuwające mu nieprzeniknioną mgłą cały świat i napełniające mrokiem mózg tęskniącego olbrzyma.