Rozdział XVII. Promienny dzień

Birara od dwóch dni nie nocował w chlewie i nie kładł się.

Stał na łące zwrócony głową ku pałacowi i patrzał przed siebie smutnym, nieruchomym wzrokiem.

Chwiał się na zgiętych w kolanach nogach, wzdrygał się chwilami, jak gdyby przeszywał go nagły dreszcz, i wzdychał. Czuł coraz większą, prawie przerażającą słabość i pustkę w sercu. Gdyby mógł rozumować, nie potrafiłby określić, czy czuwał, czy też drzemał przez te długie dnie i noce.

Wiedział, że stanął przed czymś nieuniknionym, co się zbliża równym, stanowczym krokiem.

Nie zamierzał kryć się i bronić przed nadchodzącym... Nie wiedział jeszcze, coby to miało być i czym mu ono groziło?

Czuł ową groźbę w odgłosie kroków czegoś nieznanego i czekał cierpliwie, bez oporu i trwogi.

Birara spełni rozkaz tej tajemniczej istoty również pokornie, jak wykonywał ciche rozkazy Amry...

Minęła jeszcze jedna noc...

Umilkły i ukryły się cykające nietoperze; przebrzmiały dalekie głosy małp witających świt; rozległy się senne głosy budzących się ptaków.

Słońce ozłociło dżunglę rosnącą na szczytach skał, a wkrótce trysnęło promieniami na łąkę ze stojącym na niej słoniem.

Birara nie słyszał trąbki samochodowej, zgrzytu jego kół na żwirze i chrzęstu karabinów żołnierzy prezentujących broń.

Uszy miał nastawione, trąbę podwiniętą, oczy otwarte, lecz pozostawał głuchy i ślepy, znużony śmiertelnie, słaby bezmiernie, niemal bezwładny.

Nie poruszył się nawet na odgłos otwieranej bramy i tupotu nóg biegnących ku niemu chłopaków.

Drgnął i potrząsnął głową dopiero wtedy, gdy ciepłe, delikatne dłonie dotknęły trąby jego, piersi i nóg, a radosne głosiki powtarzały jedno tylko słowo:

— Birara! Birara!

Ciemna zasłona spadła mu z oczu i natychmiast obudziły się w nim zmysły.

Wszystkie one krzyknęły naraz:

— Amra! Amra!

Ileż to razy zwodziły go wymarzone zjawy, więc nie wierzył im teraz.

Przymknął oczy i ostrożnie, lecz głęboko wciągnął powietrze.

Węch targnął całym olbrzymim ciałem, a każda kropla krwi powtórzyła:

— Amra! Amra!

Podniósł uszy i cały zamienił się w słuch.

Do najdalszych zakątków mózgu doszło zrozumienie:

— Amra! Amra!

Wreszcie podniósł znowu powieki i spojrzał bojaźliwie.

Nie wierzył jeszcze, drżał na myśl, że upragniona zjawa rozwieje się jak mgła, pryśnie jak z nagła porwany wiatrem kurz przydrożny.

Nie! Nie! Widzi przecież przytulonych do siebie chłopaków, słyszy ich słodkie głosy, czuje ciepło ich rąk i policzków, przyciśniętych do jego pomarszczonej, steranej i zbolałej skóry.

Wtedy padł na kolana, z cienkim, jak zgrzyt stali po szkle, przenikliwym jękiem, objął Amrę, przycisnął do siebie i jął dąć na niego gorącym, porywczym oddechem.

Długo pieścił swego kornaka, przyglądał mu się, szukał jego wzroku i niemal omdlewał ze szczęścia, słysząc cichy, wzruszony szept:

— Birara! Birara! Biedny, dobry, miły staruszku mój! Co się z tobą dzieje, wierny przyjacielu?

Zwolnił chłopaka i przytulił do piersi Nassura; zajrzawszy mu w oczy, zrozumiał, że królewicz płacze, więc dmuchał na niego, jak gdyby pragnął osuszyć te łzy, płynące z serca.

Siły w sposób cudowny powróciły mu; a wraz z nimi — radość i beztroska.

Birara zabawnie dreptał na miejscu, tupał i, wywijając ogonem i trąbą, i jak gdyby przez mgłę, patrzał na nich, trząsł szerokim łbem i pochrząkiwał radośnie.

Wsadził sobie chłopaków na grzbiet i wesoło trąbiąc, ruszył ku wąwozowi.

Gdy usiedli pod skałą, na dawnym miejscu, Birara stanął naprzeciwko, a z małych jego oczek płynęły łzy bezmiernego szczęścia.

Wkrótce zmusił swych przyjaciół wstać i obejść cały wąwóz, aż do bagienka, gdzie Nassur spotkał się z okularnikiem. Birara z własnej woli jął tupać i tratować ziemię, zerwał parę korzonków, zjadł kilka mango i znowu stanął pod okopconą skałą.

Chłopcy zrozumieli, że słoń przypominał im o dawnych wyprawach do „wąwozu przyjaźni”.

Zdumienie i rzewność ogarnęły ich.

Znowu przytulili się do starego przyjaciela, a Birara dotykał ich trąbą, dął potężnie i mrużąc oczy, mruczał radośnie.

Słoń nie dopuszczał teraz myśli o rozłące.

Powrócili więc razem przed pałac.

Chłopcy weszli do wnętrza, słoń, chrząkając niespokojnie, został przed gmachem i czekał.

Gdy mali przyjaciele wyszli do niego po obiedzie, ruszyli znowu do wąwozu.

Wkrótce jak dawniej płonęło tam ognisko, rozlegały się wesołe głosy chłopaków i radosne pomruki słonia.

Amra i Nassur słyszeli już od maharadży o niektórych przygodach Birary.

Oglądali więc głębokie blizny, które niby bransolety widniały na pęcinach słonia.

Mały kornak kiwał głową i mówił:

— Myślę, że są to ślady pętli. Może panikisi chcieli schwytać Birarę?

Mała, biała plamka, taka drobna i niewinna na pozór, nie pozostawiała wątpliwości.

Był to ślad kuli.

— Któż to ośmielił się strzelać do mego słonia? — pytał, groźnie marszcząc brwi, królewicz.

Nikt w Satpurze nie przyznałby się do tego strzału, więc pozostał na zawsze tajemnicą.

O sprawcy postrzału nie wiedział nawet sam Birara. Pamiętał tylko, że umierał od tej kuli, lecz nie widział człowieka, który wypuścił ją z lufy karabinu.

Chłopaki całowały Birarę w szeroki łeb, gdzie widniał ślad głębokiej rany zadanej spadającym drzewem, i oglądały złamany kieł.

Amra mówił smutnym głosem do Nassura:

— Patrz, królewiczu! Poczciwy Birara żyje bardzo długo, bo dziadek Bauli był jeszcze małym chłopakiem, gdy słoń przeszedł do naszej rodziny... Birara pracował ciężko, a wszakże zachował swoje kły. Dopiero teraz stracił jeden z nich... Jak się to stać mogło?

Pytanie to skierował do słonia, kładąc rękę na pozostałym odłamku kła.

— Opowiedz nam, dobry staruszku, opowiedz, co ci się przydarzyło?

Słoń zrozumiał, czego żądają od niego mali przyjaciele.

Błyski bić zaczęły z jego oczu, podniósł uszy i zadarłszy trąbę, wydawał przeraźliwy ryk, jęczał żałośnie, żalił się ponuro.

Chciał opowiedzieć im wszystko, wszystko...

Nic nie opuścić, przypomnieć każdą chwilę tęsknoty żrącej i beznadziejnego oczekiwania, rozpaczy i wściekłości; pragnął przeżyć raz jeszcze gorycz poniżenia, gdy wolne słonie wzgardziły niewolnikiem: odczuć radość ponurej zemsty nad nimi; włożył w swój ryk skargę na podstępnego tropiciela, zarzucającego mu pęta na nogi, opowiedzieć o ostrym bólu od przeszywającej go kuli, o męczeńskiej włóczędze przez dżunglę, gdzie pozostawił krwawy ślad; o zgrozie, gdy tonął w jeziorze, a potem chory, słaby i zrozpaczony błąkał się po dżungli, dążąc do ludzi...

Ryczał i trąbił z przejęciem aż białe płachty piany spadać poczęły na trawę; wtedy dopiero umilkł, wyczerpany.

Chłopcy nie zrozumieli mowy olbrzyma. Wyczuli w niej jednak ból i tęsknicę, więc tulili się do Birary, głaskali go, całowali i szeptali słowa pieszczotliwe.

Ukojenie i cicha radość wstępowały do serca rozżalonego zwierzęcia, wzburzonego nawałnicą wspomnień.

Powrócili do pałacu. Birara pozostał pod oknami chłopców.

Na rozkaz Nassura żołnierze przynieśli mu paszę, owoce i wodę.

Słoń spał, lecz budząc się, podnosił trąbę i węszył.

Uspokojony, zasypiał znowu — szczęśliwy, pełen cichej, rzewnej radości.