Rozdział XIX. Wierni przyjaciele

Rozpęd, jakiego nabrał sędziwy Birara, jego groźne trąbienie i straszliwy tupot nóg przeraziły tygrysa.

Widząc przed sobą potężnego wroga, który z całą stanowczością mknął do ataku, drapieżnik w ostatniej chwili niemal już wykonywanego skoku nagle zmienił plan.

Już nie zwracał uwagi na chłopaka, przycisnął się jeszcze bardziej do ziemi, wpierając w nią tylne łapy i przygotowując się do skoku wzwyż.

Zamierzał jak kamień spaść słoniowi na łeb, wyszarpać mu oczy, rozedrzeć zwiniętą w kabłąk trąbę i przegryźć tętnicę.

Birara w mig pochwycił te myśli zwierza i wyprostowawszy trąbę, trzymał ją pionowo, naprężywszy wszystkie mięśnie. Tygrys, rzucając się na niego, musiał spotkać tę zagrodę, a w skoku nie mógłby ani pochwycić jej, ani też ominąć.

Nie zwalniając biegu, śledził każdy ruch strasznego przeciwnika, a najmniejszy skurcz jego pręgowanej skóry lub drganie ogona nie uszło jego uwagi.

Nie wątpił, że tygrys skoczy ku niemu, że oczekuje go krwawa rozprawa, i że od jego zwycięstwa zależeć będzie życie Amry i Nassura, stojącego tak nieruchomo, jak gdyby skamieniał w bezmiernym przerażeniu.

Wreszcie Birara zaczął zwalniać bieg. Jeszcze wyżej podniósłszy uszy i rycząc groźnie, szedł naprzód przygotowany do bitwy.

Zaledwie kilka kroków oddzielało go od tygrysa, gdy Amra, ślizgnąwszy się po boku słonia, zeskoczył i stanął tuż przed królewiczem. W ręku małego Hindusa błysnęła „kora” — ostry, krzywy jak sierp nóż.

Nie oglądając się na chłopców, Birara zasłonił ich swym ciałem i wydał krótkie trąbienie, wyzywając wroga na śmiertelny bój.

Słoń i tygrys mierzyli się wzrokiem.

Trwało to jedno mgnienie oka, które wydało się wszystkim wiecznością. Goście, strzelcy i słudzy maharadży nie śmieli ruszyć się z miejsca w obawie, że przyśpieszy to napad drapieżnika.

Rozumiał to też i Birara. Należało zatem uprzedzić skok tygrysa i samemu przejść do ataku.

Podnosząc nogi wysoko, aby móc w każdej chwili przycisnąć wroga do ziemi, słoń ruszył naprzód z przeraźliwym trąbieniem.

Tygrys nie czekał dłużej i skoczył.

Uderzył się piersią o wyprężoną trąbę i o mało nie spadł słoniowi pod nogi, lecz zdążył mu jeszcze wbić pazury w wargę, tuż nad kłem, drugą zaś łapą wczepić mu się w ucho.

Birara otrząsnął się potężnie i szarpnął łbem.

Tygrys runął na ziemię, odrywając wrogowi płat skóry i połowę ucha.

Słoń nadepnął na leżącego, lecz ten wywinął się i z chrapliwym rykiem skoczył znowu.

Tym razem jedną łapą dosięgnął karku olbrzyma, drugą jął szarpać mu skórę nad łopatką.

Birara uczynił nagły zwrot. Napastnik stracił równowagę i obsunął się nieco.

Potężna trąba ruchem błyskawicznym otoczyła go, oderwała i zakręciwszy w powietrzu, z rozmachem cisnęła o ziemię. Słoń niebywale zwinnie i szybko skoczył naprzód i przygniótł oszołomionego tygrysa przednimi nogami.

Nie bacząc na rany zadawane mu pazurami drapieżnika, wpierał w niego ciężkie nogi i kołysał się z boku na bok, wtłaczając go w ziemię.

Na tygrysie pękła skóra i trzeszczały kości, lecz bronił się jeszcze, ryczał, miauczał żałośnie i ponuro.

Birara deptał go długo, aż nagle odskoczył i runął na słabnące zwierzę całym ciężarem ogromnego ciała.

Pędzili już, wymachując dzidami i nożami, strzelcy i naganiacze, biegli myśliwi, a na ich czele śpieszył do uratowanego syna — drżący z przerażenia, wzruszony Tasfin.

Dopadł wreszcie Nassura, tulił go do piersi, całował i płakał z radości.

Po chwili objął Amrę i rzekł:

— Będziesz dla mnie drugim synem za to, żeś stanął w obronie królewicza!

Goście nie szczędzili pochwał małemu kornakowi i zachwycali się jego bohaterstwem i wiernością.

Hindusi dobili tygrysa i pomogli wstać Birarze.

Słoń wyglądał strasznie.

Cały bok, niby szkarłatnym płaszczem, miał okryty posoką. Zerwana skóra zwisała mu dwiema grubymi szmatami. Z pyska sączyła mu się krew i mieszała z pianą.

Słoń chwiał się na nogach i oddychał ze świstem.

Walka pochłonęła wszystkie siły jego i wyczerpała go do reszty.

Wkrótce straszliwy, rozdzierający kaszel począł nim wstrząsać, a krew coraz obficiej płynęła z rozdartej wargi i paszczy.

Parskał i dusił się, potrząsając zranionym łbem; po chwili uspokoił się jednak trochę.

Wzrok jego padł na leżącego wroga. Podszedł do niego, ostrożnie obwąchał i nagle silnym uderzeniem nogi zmiażdżył tygrysowi głowę.

Oglądając się na niego, odszedł i podniósłszy łeb, zatrąbił donośnie.

Fuzal naprędce zrobił mu opatrunek.

Naganiacze przynieśli wodę w skórzanych workach; obmyto Birarze rany i zalepiono pajęczyną, aby zatamować krew.

Birara słaniał się i zataczał, gdy prowadzono do domu.

Słabnął szybko, więc musiano wziąć go pomiędzy dwa inne słonie, które podtrzymywały rannego biedaka, przyciskając się do niego bokami.

Długo i powoli odbywał się ten pochód.

Tasfin z gośćmi odjechał naprzód od dawna. Tuż za nim podążyła świta, strzelcy i słudzy pałacowi.

Przed rannym, słabym Birarą szli Amra i Nassur, rozmawiając o wypadkach tego dnia.

— Byłeś mi przyjacielem, teraz jesteś bratem... — rzekł nagle Nassur. — Cały nasz naród będzie uwielbiał ciebie, boś bronił syna ich władcy!

— Królewiczu — odparł cichym głosem Amra — uczyniłbym to samo, gdybyś był synem wieśniaka znad Irawadi, Narbady lub naszej mętnej Tapti!

Birara słyszał głosy chłopaków, chociaż nie widział ich.

Miał opuszczone powieki, lecz, gdy je podnosił, ogarniał wzrokiem te drogie dla niego istoty. W oczach słonia zapalały się gorące ognie przywiązania i radości. Słabym głosem pomrukiwał i znowu zamykał oczy.

Doszli wreszcie do łąki za ogrodem pałacowym.

Odprowadzono słonia do chlewu, gdzie z bolesnym jękiem położył się natychmiast i leżał wyczerpany śmiertelnie.

Wkrótce przyszli do niego Amra z Fuzalem i przyprowadzili ze sobą znachora wprawnego w leczeniu zwierząt.

Amra, przemawiając łagodnie, zmusił słonia, aby wstał.

Odprowadzono go do rzeki, gdzie obmyto starannie i zbadano rany.

Miały straszliwy wygląd.

Oderwane ucho i poszarpana skóra na karku, pysku, boku i nogach ropieć już zaczynała. Dreszcze wstrząsały Birarą, a kaszel dokuczał mu nieustannie i wywoływał krwotok z gardła.

Zadana niegdyś kulą, a zabliźniona już rana otwarła się i krwawiła.

Słoń rzęził i oddychał porywczo, wydając jęki i skamlanie płaczliwe.

Nałożono mu jakieś leki z ziół, dano do wypicia cały kubeł gorzkiego wywaru zaprawionego solą i czerwonym proszkiem pieprzu, zmieszanego z imbirem.

Po obandażowaniu odprowadzono go do chlewa, gdzie słoń położył się na świeżej trawie, mając w pobliżu wodę i duży kosz bananów.

Pięć dni leżał Birara w gorączce, cierpiał i borykał się ze śmiercią.

Czuł, że siły z dniem każdym go opuszczają, lecz nie czuł lęku ani tęsknoty. Serce jego biło radośnie, bo widział przy sobie Amrę i Nassura, a nawet sam maharadża kilka razy odwiedził chorego słonia.

Patrząc na niego ze współczuciem Tasfin kazał Fuzalowi, aby nałożył mu na zdrowy kieł złote kółko z napisem:

Słoniowi Birarze za wierną przyjaźń od maharadży Satpury

Słoń długo chorował, lecz znachor nie tracił nadziei i leczył go starannie, mając obiecaną sutą nagrodę z kancelarii pałacowej.

Znał się on na rzeczy i zaleczył rany Birary.

Nie mógł tylko dać sobie rady z upadkiem sił starego słonia.

Sędziwy olbrzym leżał całymi dniami i zaledwie na krótko wychodził na łąkę, aby wygrzać się na słońcu lub użyć kąpieli w rzece.

Minął miesiąc prawie, zanim Birara mógł chodzić po łące, a nawet zaglądać do „wąwozu przyjaźni”, gdzie chłopcy po dawnemu palili ognisko i gwarzyli bez krępującej etykiety dworskiej.

Długie wystawanie na jednym miejscu nużyło Birarę, więc kładł się przed ogniskiem i cicho mrucząc, łagodnymi oczami przyglądał się chłopakom.

Był słaby i bezradny, lecz w sercu czuł niegasnącą radość i szczęście ciche i spokojne niby pogodny zachód słońca.

Pewnego razu uderzyło go coś w wyglądzie Amry i w dźwięku jego głosu, gdy chłopak mówił do Nassura:

— Teraz Birara jest zdrowszy i silniejszy, mogę odwiedzić rodziców. Jutro pojadę do Suratu, bo czekają tam na mnie od dawna...

— Nie pozostawaj tam długo, bracie... — rzekł królewicz.

— Jadę do ojca i matki, królewiczu! Wyglądają mnie małe siostrzyczki! — szepnął z wyrzutem Amra. — Jestem ich synem i bratem...

Nassur spuścił oczy i westchnął.

— No, tak... prawda... — odparł cicho — zapomniałem!

Leżący Birara podniósł się nagle i z głośnym jękiem stanął.

Zajrzał w oczy chłopakom i drgnął.

Przesunęło się przed nim jemu tylko znane widmo rozłąki.

Zaczął tupać i chrząkać trwożnie.

— Co ci jest, staruszku? — spytał Amra.

Słoń objął go trąbą, chuchnął na niego i posadził sobie na kark.

— Cóż dalej? — zaśmiał się chłopak, ze zdumieniem patrząc na Nassura.

Birara podstawił mu trąbę i kolano, aby zszedł na ziemię, a sam postąpił kilka kroków naprzód i powrócił, bacznie przyglądając się kornakowi.

— Ach! — zawołał Amra. — Zdaje mi się, że stary zrozumiał, iż odjeżdżam i chce nam powiedzieć, że może mnie zawieźć do domu... Czy pozwolisz królewiczu, abym zabrał go ze sobą? W domu wszyscy będą się z tego cieszyli... Tyle lat żyliśmy razem z Birarą!

Nassur natychmiast się zgodził i rzekł:

— A weź też ze sobą wierzchowca! Wsiądziesz na niego, gdy Birara się znuży.

— Dziękuję! — zawołał Amra. — Jutro wyruszę, królewiczu!

Uścisnęli sobie dłonie i poszli do pałacu.

Uspokojony nagle Birara szedł za nimi, pomrukując łagodnie.

Zdawało się, że nuci jakąś piosenkę...