Rozdział III. W dżungli

Wyrąb lasu skończył się.

Drwale, kornakowie i inni robotnicy zostali zwolnieni.

Amra powrócił do Suratu. Nie znalazł tam żadnej pracy, więc podążył do domu.

W ciągu paru dni zorał wraz z Birarą oba pola, nazwoził drzewa dla matki.

Miał niepokój w duszy.

Musiał zarabiać na rodzinę. Tymczasem wszelkie jego zabiegi o pracę spełzły na niczym.

Okręty w okresie długo trwających ulew nie zawijały do portu.

Biali ludzie w tej porze przerywali roboty leśne.

„Źle! — myślał Amra, stojąc pewnego razu przy słoniu na placyku Suratu. — Coby tu takiego wymyślić?”

Lecz, widać, ktoś inny — Miłosierny i Dobry — myślał o pracowitym, poczciwym chłopaku.

Przez placyk przechodziło właśnie kilku białych sahibów.

Jeden z nich przystanął nagle i przyjrzał się bacznie Birarze.

— Patrzcie! — zawołał. — Co za wspaniały okaz słonia! Gotów jestem zapłacić 100 rupii, jeżeli nie należy on do najszlachetniejszej rasy kumiria!

— Kapitan ma zupełną słuszność! — zauważył komisarz policji portowej. — Jest to Birara, najlepszy słoń z całego wybrzeża.

Rozmawiając, zbliżyli się do chłopaka, opartego o nogę słonia.

— Gdzie jest kornak tego zwierzęcia? — spytał nieznajomy Anglik.

Amra, milcząc, dotknął palcem piersi.

— Ty?

Chłopak pochylił głowę.

— Jak możesz sobie poradzić z takim olbrzymem?! — zaśmiał się kapitan, który nigdy nie widział tak małego kornaka.

— Tak, jak każdy inny poganiacz! — odparł pewnym głosem Amra.

Nieznajomy Anglik bacznie przyglądał się chłopakowi.

Śmiała, spokojna twarz Amry i pełna godności postawa jego podobała się kapitanowi. Anglik uśmiechnął się do chłopca i spytał go:

— Czybyś nie zgodził się pracować w górach Satpury, mój mały?

— To zależy od tego, co mam robić i ile będę zarabiał, sahibie — odpowiedział Amra z lekkim ukłonem.

— Dobra odpowiedź! — zaśmiał się nieznajomy i poklepał chłopca po ramieniu. — Będziesz zaganiał dzikie słonie do pułapki i oswajał je. Wyznaczę ci płacę po 8 rupii dziennie.

— Zarabiałem w lecie po 15 — mruknął chłopak — teraz jednak o pracę trudno... Zgadzam się na 8 rupii, sahibie!

— Doskonale! — zawołał kapitan. — Bądź tu zaraz po południu. Pojedziemy razem...

— Rzekłeś, sahibie! — odpowiedział Amra. — Znajdziesz mnie tu po południu.

Istotnie wkrótce po śniadaniu na placyku zjawił się ten sam biały pan i, usadowiwszy się wygodnie na szerokim grzbiecie Birary, dał znak do wyruszenia.

Amra rzekł cicho:

— Birara, naprzód!

Słoń zamruczał i poszedł zwykłym dla siebie drobnym, śmiesznym truchtem.

— Posłuszne masz zwierzę! — zauważył Anglik. — Wytresowałeś go dobrze!

— Jest to słoń, którego odziedziczyłem po dziadku, sahibie — objaśnił chłopak. — Nie mam z nim już żadnych kłopotów! Rozumie każde moje słowo. O, Birara to dobry, wierny przyjaciel!

Zawiązała się długa rozmowa, z której Anglik dowiedział się od małego Hindusa o wszystkim... Posłyszał o śmierci starego Bauli, o służbie Warory w pułku strzelców królewskich o bitwie, w której stracił był stopę; Amra opowiedział kapitanowi o ciągle ciężko pracującej, chorowitej matce i dwóch siostrzyczkach Amry — płochliwej Hubli i śmiałej Radżori.

Dopiero na trzeci dzień dojechali podróżnicy do małej wioski górskiej, ukrytej w wąwozach grzbietu Satpury.

Inny Anglik — pomocnik sahiba — przygotował już tłum Hindusów i dwa słonie.

Amra z pogodą spoglądał na bezkształtne, niezgrabne i słabowite zwierzęta.

„Co za nędzne duazala!... — myślał Amra. — Nie dałbym za nie po 200 rupii”.

Istotnie należały do drugorzędnej rasy słoni — duazala, żyjących w Indiach.

Po jednodniowym wypoczynku Anglik, którego i tu wszyscy nazywali „kapitanem”, wyruszył wraz z Amrą do dżungli.

— Muszę zrobić wywiad, aby ułożyć plan łowów — rzekł do chłopaka.

Wąska ścieżka, wydeptana przez słonie, prowadziła do lasu.

Tu droga nagle się urywała.

Przed podróżnikami stanęła ściana kniei. Gąszcz otoczył ich.

Z wysokich figowców zwisały zielone pędy pnących roślin.

Bluszcze, dzikie wino i liany zielonym płaszczem okrywały stare drzewa.

Stały niby grube, zielone kolumny.

Powikłana sieć krzaków, niedostępne zarośla bambusów, tamaryndów i palm na każdym kroku przegradzała drogę.

Zdawało się, że żadna istota nie przebrnie przez te chaszcze.

Birara jednak szedł swym niezmiennym truchtem, prawie się nie zatrzymując.

Uginały się pod parciem jego potężnej piersi krzaki, pękały zwisające, mocne jak sznury liany, chyliły się i z trzaskiem padały młode drzewka, potrącane bokami olbrzyma.

Słoń przedzierał się przez najgęstszą gmatwaninę krzaków, trzcin i wysokich zgrzytliwych badyli; z niezwykłą zręcznością i sprytem kroczył wśród pni mahoni, palm, palisandrów i ligowców; człapał po grząskich, cuchnących bagnach: ze zdumiewającą łatwością wchodził na strome zbocza górskie i z głośnym prychaniem przepływał rzeki, a nawet nieduże jeziorka leśne.

Kapitan nie spuszczał oczu z ziemi i pobliskich drzew.

Szukał śladów słoni, lecz nie spostrzegał ich.

— Cóż to? — mruczał Anglik. — Czyżby oszukał mnie radża Satpury?!

Amra nie umiał na to odpowiedzieć.

Przecież sam po raz pierwszy znalazł się w szczerej dżungli.

Odsłoniła ona przed nim cały świat tajemnic i dziwów bez liku.

Chłopak co chwila zadzierał głowę i wykrzykiwał w zachwycie:

— Patrz, patrz, sahibie! Małpki! I tam... i tu... tu, zupełnie blisko!

Brunatne i prawie czarne, rude i popielate o długich rękach i ciemnych pyszczkach zwierzątka śmigały w wyżynie, wdrapywały się na szczyty drzew i znikały tam, odzywając się ostrzegawczym rechotaniem.

W gąszczu traw i sitowia czołgały się długie, grube węże i kryły się pod pokracznymi pniami butwiejących drzew.

Z rzadka rozlegały się krzyki ptaków, które unikają niedostępnych chaszczy.

Zagraża im tu ciągłe niebezpieczeństwo.

Małpy wykradają i zjadają im jajka złożone w gniazdach, węże i drapieżne ptaki napadają na pisklęta, a na życie skrzydlatych mieszkańców lasu czyhają olbrzymie jadowite pająki i trujące, drapieżne stonogi.

Amra nie mógł spać po nocach.

Dżungla przerażała go.

Z daleka dobiegało ponure miauczenie tygrysa i pantery kryjącej się wśród skał.

Zawodziły żałośnie szakale, a odpowiadał im złośliwy chichot hieny.

Jakieś szmery, szelesty i zgrzyty rozlegały się zewsząd.

Amra nadsłuchiwał trwożnie, wpatrywał się w mrok i coraz mocniej przyciskał się do nogi nieruchomo stojącego i czujnie węszącego słonia.

Birara zdradzał niepokój i miał się na baczności.

Z rzadka odzywały się ptaki nocne.

Z szelestem skrzydeł i cienkim piskiem śmigały wśród drzew duże nietoperze.

Pokrzykiwały bojaźliwie nagle obudzone małpki.

Coś pluskało w czarnej wodzie bagnistego jeziorka...