Rozdział IV. Koniec tropienia

Dżungla wydała się małemu Hindusowi miejscem strachów i zgrozy.

W każdej chwili — czy w dzień, czy w nocy — wyczuwał czające się wszędzie niebezpieczeństwo.

Po dwóch dniach przedzierania się przez knieję spotkali wreszcie obszerną polanę, zarosłą trawą i bambusami.

— Zatrzymajmy się tu! — rzekł kapitan. — Musimy się pożywić, bo głód i skwar dokuczają nieznośnie.

Amra szepnął do słonia:

— Stój, stary!

Birara chrząknął z zadowoleniem i podał trąbę, aby dopomóc ludziom przy schodzeniu.

Podszedł natychmiast do drzewa i z przymkniętymi oczami jął się czochrać, pomrukując rozkosznie.

Kapitan wyjął żywność z worka. Były tam suchary, ryby i mięso w blaszankach, suszone owoce i spora baryłka wody.

Przez cały czas tropienia słoni nie jedli gorącej strawy.

Anglik nie pozwalał rozpalać ogniska, gdyż obawiał się spłoszyć tym czujne zwierzęta.

Amrze smakowały konserwy, lecz tęsknił po trochu do ciepłej polewki z ryżem, pieprzem i kawałkami tłustego, baraniego mięsa.

Chciałby się też napić herbaty z wonnym, czerwonym cukrem trzcinowym.

Siedząc pod drzewami i spożywając śniadanie, cierpieli od bąków i komarów.

Kapitan, uderzając się dłonią w spocony kark, zgniótł dużą, brunatną muchę i teraz oglądał ją uważnie.

— Hm... — mruknął. — Jest to słoniowa mucha. Niezawodnie słonie przechodziły tu niedawno... Musimy się spieszyć, aby nie odbiegły daleko... Ruszajmy już, mały Amra!

— Słucham, sahibie! — odparł chłopak, zrywając się pośpiesznie i zawiązując worek.

Podeszli obaj do słonia. Birara wyrywał młode, bladożółte jeszcze pędy bambusów i ze smakiem zajadał.

Niezadowolonym wzrokiem zerknął teraz w stronę ludzi.

Chciałby tu popasać jak najdłużej.

Wkrótce jednak szedł już przez gęste zarośla.

Z trzaskiem gięły się i łamały potężne, grube trzciny, roztrącane i tratowane przez słonia.

Wśród bambusów, paproci i papirusów leżało ukryte jeziorko.

Gdy Birara podchodził do grząskiego brzegu, spadł mały deszcz, zwykły w tej porze roku.

Potoki, szumiące strugi ciepłej wody runęły z obłoków na ziemię.

Padały połamane przez ulewę gałęzie. Pokotem kładły się młode bambusy, pierzaste liście paproci i wybujała nadmiernie trawa.

Trwało to krótko, lecz dżungla zalana była wodą.

Kapitan klął, bo teraz nikt nie mógł dojrzeć śladów na ziemi.

Birara z głośnym pluskiem i człapaniem szedł naprzód, kichając i prychając, deszcz bowiem zalewał mu nozdrza.

Nagle zwinął trąbę i podniósł ją jak mógł najwyżej.

Rozstawił szerokie, do liści łopuchów podobne uszy i poruszał nimi ostrożnie.

Chrapliwie wciągał powietrze.

Wreszcie stanął i zaczął nadsłuchiwać.

Jakieś zwierzę z łomotem i głośnym parskaniem biegło, tratując krzaki.

Amra ujrzał je wkrótce. Był to nosorożec.

Umykał przed czymś, co go wypłoszyło i przeraziło.

Ciemnoszary kadłub jego migał w gąszczu zarośli.

Mała, krótka głowa, uzbrojona w potężny róg nad nosem, pochylała się co chwila i podnosiła.

Przy każdym jej ruchu wylatywały w powietrze wyrwane krzaki i gałęzie drzew, a kaskady wody bryzgały wokół.

Nosorożec przemknął jak toczący się z gór głaz i zniknął w dżungli.

Amra myślał o tym, że nie chciałby się spotkać z tym zwierzęciem, nie mając przy sobie Birary.

Myśli kapitana w tym samym czasie krążyły dokoła innych zgoła rzeczy.

Zadawał sobie pytanie.

— Co mogło spłoszyć nosorożca?

Wiedział, że silny i śmiały zwierz niełatwo rzuca się do ucieczki.

Dwie tylko istoty napawały go strachem i zmuszały biec na oślep.

— Człowiek i tygrys... najbardziej zaś — człowiek.

Postanowił więc zbadać tę sprawę.

Ześlizgnąwszy się po boku Birary, wziął karabin i brnąc po wodzie, wszedł do chaszczy.

Birara sunął za nim, stąpając ostrożnie.

Anglik dochodził już do zarośli palm, gdy z głuchym rykiem wypadł z nich piękny, brunatny byk, podniósł rogatą głowę i patrzył błyszczącymi, pełnymi wściekłości oczyma.

Był to dziki bawół dżungli — gaur.

Ujrzawszy człowieka, pochylił łeb i runął na niego.

Kapitan w kilku susach był już przy słoniu.

Birara zręcznie podrzucił go sobie na kark i przyglądał się gaurowi.

Byk, straciwszy sprzed oczu ściganego człowieka, stanął jak wryty.

Był zdumiony i przerażony nagłym zniknięciem wroga.

Słoń wyczuł myśli bawoła i trzymając trąbę w pogotowiu, ruszył mu naprzeciw.

Wiedział, co się ma stać, lecz, ostrożny i oględny, przygotował się do odparcia ataku, skierowawszy kły w pierś stojącego nieruchomo byka.

Gaur oprzytomniał i jął się cofać.

Zawróciwszy gwałtownie, dużymi skokami uciekał, smagając się ogonem.

— Hę — mruknął sahib do chłopca. — Źle by się dla mnie skończyć mogło to spotkanie, gdyby nie Birara! Jak myślisz, mały?

— Byk miał mocne, ostre rogi... — szepnął Amra.

— Otóż to! — uśmiechnął się kapitan i poklepał słonia po szyi. — Poczciwy Birara!

Jechali dalej, a coraz wolniej, gdyż trafili na rozległe moczary, pełne sterczących kęp i zwalonych przez burzę drzew.

Spotkali kilka saren, mknących w szalonym popłochu.

Na uboczu, czając się w trawie, przesuwała się para szakali.

— Sarny i szakale biegną razem? — szepnął Anglik. — Teraz już wiem... Gdzieś tu w pobliżu muszą znajdować się ludzie...

Jednak długo tak jeszcze jechali, zanim Birara stanął nagle jak wryty i zachrapał trwożnie. Było już ciemno. Zbliżała się noc.

Z krzaków wypadło trzech Hindusów.

— Co wy tu robicie? — zapytał Anglik, podnosząc karabin do ramienia.

— Jesteśmy panikisi, łowcy słoni! — odpowiedzieli chórem. — Sahib z wioski Dożar posłał nas na tropienie słoni...

Byli to więc ludzie wysłani przez pomocnika kapitana.

Łowcy opowiedzieli, że stado słoni pasie się na moczarach, otoczonych zaroślami bambusów.

— Widzieliśmy pięciu starych samców, resztę stanowią samice i młode słonie! — dodał starszy z panikisów. — Sahib widziałby już ich ślady, gdyby nie ulewa...

— Nie spłoszyliście ich? — zapytał Anglik.

Hindusi uśmiechnęli się tajemniczo.

— Sahibie — odparł jeden z nich — panikis umie podczołgać się do słonia tak blisko, że potrafi założyć mu pętlę na nogę... Słonie nie zwęszyły nas i pasą się spokojnie...

Kapitan kazał im powracać do wsi i czym prędzej sprowadzić wynajętych naganiaczy i słonie.

Znalazłszy suchy, kamienisty pagórek, Anglik z małym kornakiem urządzili sobie obóz, w którym spędzili noc spokojnie.

Kapitan przekonał się, że panikisi nie okłamali go.

Obudziwszy się przed świtem, biały człowiek usiadł na posłaniu i jął nadsłuchiwać.

Na razie nie słyszał nic pocieszającego.

Gibbony, jak zwykle, odzywały się z rzadka krótkim, basowym wyciem, witając nadchodzący dzień.

Skrzeczały jakieś ptaki. Cykały krążące dokoła nietoperze i huczały bąki.

Wtem dobiegł go z daleka dziwny dźwięk.

Przypominał cienkie, jękliwe zawodzenie trąbki, jakiś trwożny jazgot.

Kapitan zatarł ręce. Posłyszał upragniony głos słonia.

To go uspokoiło i ucieszyło niewymownie.

Zaraz po wschodzie słońca kazał Amrze wozić się po dżungli.

Przecinali las w różnych kierunkach, nie zbliżając się zbytnio do trzęsawiska, gdzie się pasły słonie.

Ujrzawszy niewysokie, skaliste pagórki, kapitan zeskoczył na ziemię i jął się rozglądać po okolicy.

Długo coś miarkował, mierzył krokami, rysował w notatniku plan, aż rzekł do Amry:

— Tak, mój chłopcze, tu właśnie urządzimy kheddę: mocną zagrodę, do której napędzimy dzikich braci twego Birary!

Amra nigdy nie widział, jak ludzie chwytają słonie, więc też z niecierpliwością wyglądał przybycia naganiaczy.