Dnia tego drugie śniadanie upłynęło prawie w milczeniu. Wprawdzie Pollyanna zaczynała mówić, ale jakoś bez powodzenia, przeważnie dlatego, że cztery razy zmuszona była zatrzymać się w środku zdania z powodu słowa „zadowolona”, które aczkolwiek zakazane przez pannę Polly, nasuwało się na usta jej bez przerwy i za każdym razem sprowadzało rumieniec na twarzyczkę Pollyanny.
Za piątym razem jednak panna Polly powiedziała:
— Mów już, mów, dziecko, jeśli nie możesz się powstrzymać od tego. Wolę już słyszeć to słowo, niż widzieć, że robię ci tym zakazem tyle kłopotu.
Pollyanna z wdzięcznością spojrzała na ciotkę.
— Dziękuję ciociu, było tak trudno nie używać tego słowa! Ciocia rozumie przecież: ja tak długo bawiłam się w tę grę!
— W jaką grę? — zapytała znów panna Polly.
— W tę, którą ojciec... — lecz znów się zatrzymała, widząc, że wkracza ponownie na zakazany temat. Panna Polly zmarszczyła brwi i już do końca śniadania nie przemówiła ani słowa.
Gdy po śniadaniu Pollyanna usłyszała, że ciotka jej telefonuje do przewodniczącej Koła Opieki, zawiadamiając ją, że nie będzie mogła przyjść na dzisiejsze zebranie z powodu bólu głowy — nie zmartwiła się wcale. A gdy po tej rozmowie panna Polly udała się do swego pokoju i zamknęła za sobą drzwi, Pollyanna nawet się ucieszyła: ciocia nie będzie więc obecna na zebraniu, na którym ona przedstawi paniom z dobroczynności sprawę Jimmy’iego Beana.
Nie mogła zapomnieć, że ciotka nazwała Jimmy’ego żebrakiem, a mogła przecież powtórzyć to samo tym paniom!
Pollyanna wiedziała, że zebranie odbędzie się o godzinie drugiej po południu w mieszkaniu pastora, odległym mniej więcej o pół kilometra od willi panny Harrington.
Postanowiła zjawić się tam przed trzecią. Chciała bowiem zastać już wszystkie panie na miejscu.
„Przecież mogłoby być tak, że nużby się spóźniła ta właśnie, która by chciała przyjąć Jimmy’ego do siebie” — kombinowała w swej małej główce.
Spokojna i pełna powagi Pollyanna otworzyła drzwi mieszkania pastora i weszła do przedpokoju. Z salonu dochodziły już głosy, przerywane od czasu do czasu wybuchami śmiechu. Pollyanna zatrzymała się na chwilę, następnie weszła. Teraz w pokoju zapanowała cisza i wszystkie panie z zaciekawieniem przyglądały się przybyszce. Pollyanna poczuła się nieco zażenowana i może po raz pierwszy opuściła ją zwykła śmiałość. Zdawało jej się, że wszystkie te panie, których połowę znała, nie były jednak podobne do tamtych pań z dobroczynności.
— Dzień dobry! Jak się panie miewają? — przemówiła wreszcie grzecznie. — Jestem Pollyanna Whittier. Przypuszczam, że niektóre z pań znają mnie, ja zaś, chociaż nie znam wszystkich, wiem, kim panie są!
W pokoju wciąż panowała cisza. Wprawdzie kilka z obecnych pań znało „niesamowitą” siostrzenicę panny Harrington, a prawie wszystkie słyszały o niej, żadna z nich jednak nie wiedziała w tej chwili, co powiedzieć.
— Przyszłam tu, by przedstawić paniom pewną sprawę — mówiła dalej Pollyanna, bezwiednie naśladując ojca, którego pamiętała, jak przemawiał na podobnych zebraniach, które odbywały się u nich w domu.
Powstał lekki szmer.
— Czy to ciotka przysyła cię? — spytała pani Ford, żona pastora.
Pollyanna zarumieniła się.
— Nie, proszę pani, przychodzę sama. Przyzwyczajona przecież jestem do pań z dobroczynności, gdyż to one wraz z ojcem wychowały mnie!
Jedna z obecnych pań starała się stłumić śmiech, lecz przewodnicząca zebrania zmarszczyła brwi.
— Dobrze, moja kochana, ale czego sobie od nas życzysz?
— Chodzi mi o Jimmy’ego Beana — westchnęła Pollyanna. — Jedynym jego przytułkiem jest ochronka dla sierot, która jest w dodatku przepełniona. Poszukuje więc domu, który by mu zastąpił rodzicielski. Jimmy ma dziesięć lat, wkrótce nawet kończy jedenaście. Myślę, że któraś z pań zechce wziąć go do siebie!
— Naprawdę tak myślisz? — jedna z pań przerwała ciszę, która zapanowała w pokoju po słowach Pollyanny.
Dziewczynka wylęknionym wzrokiem przebiegła po twarzach siedzących wokoło pań.
— Tak, proszę pani. Zapomniałam jeszcze powiedzieć, że on przecież będzie pracował!
Znów chwila ciszy. Następnie dwie czy trzy panie zaczęły ją wypytywać, a dowiedziawszy się szczegółów, rozmawiały między sobą z widocznym ożywieniem.
Z drżeniem serca przysłuchiwała się Pollyanna rozmowie i chociaż nie mogła pochwycić wszystkiego, zrozumiała jednak, że żadna z tych pań nie miała u siebie miejsca dla chłopca i każda myślała, że zrobi to inna. Słyszała, jak żona pastora zaproponowała, aby Koło Opieki pokrywało ze swych funduszów koszty wychowania chłopca. Można by było w tym roku posłać trochę mniej dla dzieci w Indiach! Propozycja ta wywołała ożywioną rozmowę, ale tym razem głosy były mniej przychylne.
Pollyanna zrozumiała, że Koło Opieki słynęło ze swych hojnych ofiar dla misji w Indiach i że byłoby ujmą posłać w tym roku mniej pieniędzy niż zwykle. Z dalszej rozmowy wynikało, że żadna z pań nie interesowała się wcale, w jaki sposób używano tych pieniędzy, chodziło tylko o to, aby nazwiska ich figurowały na liście ofiarodawców odsyłanej prawdopodobnie wraz z datkami pieniężnymi do Indii.
Wszystko to było tak męczące, że Pollyanna swobodnie i głęboko odetchnęła dopiero wtedy, gdy się znalazła na świeżym powietrzu.
Zmartwiona jednak była bardzo, gdyż nie należało do przyjemności oznajmić jutro Jimmy’emu, że panie z dobroczynności, o których mówiła mu z takim entuzjazmem, zdecydowały, iż wolą posyłać wszystkie pieniądze na wychowanie małych Hindusów, zamiast użyć część na wychowanie małego chłopca we własnym kraju.
Gorzej jeszcze: przyczyną tego było, że „nazwisko ich nie byłoby umieszczone na liście”, jak to powiedziała jedna z pań w dużych okularach.
„Nie to jest złe, że wysyłają pieniądze do Indii, ale że zajmują się cudzoziemcami tak, jak gdyby we własnym kraju nie było dzieci, które potrzebują pomocy i opieki! Jestem przekonana, że lepsza i pożyteczniejsza byłaby pomoc dla Jimmy’ego niż chęć figurowania na liście ofiarodawców!”
Tak rozmyślała Pollyanna, wychodząc z domu pastora.