Mniej więcej w tydzień po wizycie Pollyanny u pana Pendletona odbyło się następne zebranie Towarzystwa Dobroczynności. Dzień był wietrzny i dżdżysty, a kiedy Mateusz koło godziny trzeciej po południu odwiózł pannę Polly z posiedzenia do domu, Pollyanna, zobaczywszy ją, wydała okrzyk zachwytu.
Panna Polly była lekko zaróżowiona, a włosy, potargane przez wilgotny wiatr, potworzyły ładne loki w tych wszystkich miejscach, gdzie się szpilki rozluźniły.
Pollyanna nigdy jeszcze nie widziała swej ciotki takiej.
— O, ciocia też ma, też ma!— wołała radośnie, skacząc wokoło panny Polly, która wchodziła do salonu.
— Co mam, ty nieznośna dziewczyno?
Lecz Pollyanna wciąż skakała dokoła.
— Nigdy się nie spodziewałam i nigdy tego nie widziałam! Ach! To naprawdę ładnie wygląda!
— Pollyanno! Co to znaczy? — pytała panna Polly, pośpiesznie zdejmując kapelusz, aby poprawić rozwichrzone włosy.
— Nie, nie, ja proszę... ciociu! — głos Pollyanny z wesołego stał się błagalny. — Nie trzeba! Ja właśnie o nich mówię, o tych ślicznych lokach! Jakie one cudne!
— Głupstwa mówisz — niecierpliwie zawołała panna Polly. — Powiedz mi lepiej, coś ty sobie myślała, idąc na zebranie Towarzystwa Dobroczynności i prosząc w tak niedorzeczny sposób o opiekę dla tego małego żebraka?
— To nie głupstwo — mówiła Pollyanna, pozostawiając bez odpowiedzi pytanie ciotki. — Ciocia nie ma pojęcia, jaka jest teraz ładna! Ach, ciociu, proszę mi pozwolić uczesać się, jak to robiłam z panią Snow, i przypiąć do włosów kwiat! Tak bym chciała widzieć, jak by to wyglądało!
— Pollyanno!
Panna Polly mówiła głosem suchym, bardziej może suchym tym razem, gdyż nie chciała zdradzić pewnej radości, którą jej sprawiły słowa Pollyanny! Bo kogóż w ogóle interesowały jej włosy? Kto chciał widzieć ją piękną?
— Pollyanno, nie odpowiedziałaś mi na moje pytanie. Dlaczego w tak niedorzeczny sposób zwróciłaś się do pań w sprawie tego chłopca?
— Wiem, ciociu, że było to niedorzeczne, ale nie myślałam tak, dopóki nie przekonałam się, że one wolą widzieć swoje nazwiska wydrukowane na papierze niż wychowywać tego chłopca! Napisałam więc do moich pań: może one coś zrobią! Przecież od nich Jimmy jest daleko! A teraz czy mogę ciocię uczesać?
Panna Polly przesunęła ręką po twarzy; czuła, że ogarnia ją znane jej od czasu przybycia Pollyanny uczucie niemocy.
— Ależ Pollyanno. Gdy te panie opowiedziały mi dziś, jak wtedy postąpiłaś, wstyd mi było za ciebie! Spodziewałam się, że...
Lecz Pollyanna, skacząc znów dokoła ciotki, zawołała:
— Ciocia nie zabroniła mi uczesać się! Kto milczy, ten się zgadza... Tak, jak wtedy było z tą galaretką dla pana Pendletona! A teraz proszę zaczekać... zaraz przyniosę grzebień.
I wybiegła z pokoju.
— Ależ, Pollyanno, Pollyanno — protestowała ciotka, idąc bezwiednie za siostrzenicą do jej pokoju na pierwsze piętro.
— Ach, ciocia nawet przyszła do mnie — wołała dziewczynka, witając ciotkę na progu swego pokoju. — Tak będzie lepiej... już mam grzebień... proszę siadać... o, jak to będzie wspaniale!
— Ależ Pollyanno, ja...
Panna Polly nie dokończyła zdania, bo ku wielkiemu swemu zdziwieniu zobaczyła, że siedzi już na małym krzesełku przed lustrem, a na włosach poczuła niecierpliwe, lecz wprawne paluszki Pollyanny.
— Jakie śliczne ciocia ma włosy! I jakie gęste! Uczeszę je tak ładnie, że wszyscy będą podziwiali!
— Pollyanno — mówiła tymczasem stłumionym głosem panna Polly. — W ogóle nie rozumiem, dlaczego pozwalam ci robić te wszystkie głupstwa!
— Przecież cioci będzie przyjemnie, kiedy wszyscy będą na ciocię patrzyli z zachwytem. Ja sama tak lubię patrzeć na wszystko co piękne!
— Ależ...
— Często czesałam moje panie z dobroczynności, ale żadna z nich nie miała tak pięknych i obfitych włosów, jak ciocia! Ach, mam pewien pomysł, ale teraz nie powiem... to sekret... Widzi ciocia, że już prawie skończyłam! A teraz muszę na chwilkę wyjść z pokoju; tylko niech ciocia mi obieca, że się stąd nie poruszy i że nie będzie podglądała! Dobrze?
I wybiegła z pokoju.
Panna Polly nic nie odpowiedziała, ale postanowiła natychmiast zmienić niedorzeczne dzieło siostrzenicy na zwykłe uczesanie. Zamiast tego jednak, bezwiednie spojrzała do lustra i to, co zobaczyła, wywołało lekki rumieniec na jej twarzy, a gdy poczuła, że się rumieni, zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Zobaczyła w lustrze twarz, aczkolwiek nie bardzo młodą, lecz ożywioną, zobaczyła różowe policzki, świecące się oczy i piękne czarne włosy, które, nieco wilgotne jeszcze, tworzyły pod wpływem czarodziejskich paluszków Pollyanny prześliczne loki.
Panna Polly była tak zaskoczona zmianą swego wyglądu, że zapomniała zupełnie o postanowieniu, by zmienić uczesanie jeszcze przed powrotem Pollyanny, gdy nagle poczuła, że zawiązywano jej oczy.
— Pollyanno, Pollyanno, co ty znów robisz? — zawołała.
W odpowiedzi usłyszała dźwięczny śmiech dziewczynki.
— Właśnie to, czego nie chcę, żeby ciocia teraz widziała. A ponieważ bałam się, że ciocia jednak zobaczy za wcześnie, więc zawiązałam jej oczy. Chwileczkę tylko proszę się nie ruszać, a zobaczy ciocia wszystko!
— Ależ, dziecko moje, proszę natychmiast rozwiązać i zdjąć mi z oczu chusteczkę! Co ty robisz? — dodała, czując, że coś miękkiego i delikatnego spadło na jej ramiona.
Pollyanna wciąż śmiała się radośnie. Drżącymi rączkami zarzuciła na ramiona ciotki szal koronkowy, śliczny, chociaż pachnący lawendą i z lekka pożółkły od długich lat spoczynku.
Kilka dni temu Pollyanna przypadkowo odkryła ten szal w jednym z kufrów na strychu, podczas gdy Nancy przekładała rzeczy, a dziś przyszło jej na myśl ubrać w niego ciotkę.
Następnie, wziąwszy pannę Polly za rękę, przeprowadziła ją, wciąż jeszcze z zawiązanymi oczami na werandę, gdzie widziała rozkwitłą czerwoną różę.
— Co ty robisz, Pollyanno? Dokąd mnie prowadzisz? — wołała, sprzeciwiając się panna Polly — ja nie chcę...
— Tylko na werandę, ciociu! W mgnieniu oka wszystko będzie skończone — odpowiedziała Pollyanna, zrywając różę i wkładając ją we włosy ciotki.
— Już! — zawołała wreszcie, zdejmując chusteczkę z oczu panny Polly. — A teraz niech mi ciocia powie, czy nie ładnie ciocię wystroiłam?
Panna Polly przez chwilę patrzyła na siebie, potem spojrzała dookoła, lecz nagle wydała okrzyk przerażenia i pośpiesznie cofnęła się do pokoju. Zdziwiona Pollyanna skierowała wzrok w tę samą stronę i zobaczyła na ulicy konia i powóz. Oczywiście natychmiast poznała człowieka, który trzymał lejce i zawołała uprzejmie:
— Panie doktorze! Panie doktorze Chilton, czy przypadkiem nie mnie pan szuka?
— Właśnie ciebie! Zechcesz może zejść?
A tymczasem w sypialnym pokoju panna Polly, czerwona z gniewu, wyciągała szpilki przytrzymujące szal.
— Jak mogłaś, Pollyanno — mówiła z wyrzutem w głosie. — I pomyśl tylko, że mnie w tym przebraniu widziano!
Pollyanna stanęła zmieszana.
— Przecież ciocia wyglądała tak pięknie, tak naprawdę pięknie!
— Pięknie! — powtórzyła z pogardą panna Polly, odrzucając na krzesło szal i zaczęła doprowadzać „do porządku” uczesanie.
— O ciociu, proszę... Niech ciocia tak zostawi...
— Zostawić tak, jak jest? — odparła panna Polly z oburzeniem. — Nie, moje dziecko, przenigdy!
I w mgnieniu oka znikło arcydzieło rąk Pollyanny!
— Ach, jaka szkoda! Ciocia była taka ładna! — mówiła prawie ze łzami w oczach Pollyanna, wychodząc z pokoju.
Doktor czekał na nią w powozie.
— Zapisałem choremu lekarstwo i przyjechałem po nie — rzekł, uśmiechając się. — Jedziemy?
— Pan pewnie ma na myśli receptę do apteki! O, ja to umiem! Dawniej często przynosiłam z apteki lekarstwa dla pań z dobroczynności!
Doktor znów się uśmiechnął.
— Tymczasem chodzi o pana Pendletona, który chciałby cię dziś widzieć, a ponieważ deszcz przestał padać, więc przyjechałem po ciebie. Czy zechcesz pojechać? Odwiozę cię z powrotem przed szóstą.
— Bardzo chętnie, proszę pana — odpowiedziała Pollyanna — tylko muszę wpierw otrzymać pozwolenie cioci Polly.
Za chwilę wybiegła z kapeluszem w ręce, lecz minkę miała poważną, prawie smutną.
— Naturalnie ciocia pozwoliła — zaczął rozmowę doktor, gdy powóz ruszył.
— Owszem — westchnęła Pollyanna — boję się, że nawet jest zadowolona z tego, że wyszłam z domu!
— A to dlaczego?
Pollyanna westchnęła powtórnie.
— Myślę, że nie chciała widzieć mnie przy sobie. Powiedziała nawet: „No idź już sobie, idź! Chciałabym, żebyś już była daleko!”
Doktor uśmiechnął się z lekka, lecz nic nie powiedział. Zdawało się, że się nad czymś głęboko zamyślił i dopiero po chwili spytał:
— Czy to twoja ciocia była z tobą na werandzie?
Pollyanna znów ciężko westchnęła.
— Tak i właśnie od tego się zaczęło! Ubrałam ją w bardzo piękny koronkowy szal, zrobiłam ładne uczesanie, włożyłam różę we włosy! Wyglądała tak pięknie! Czy pan doktor widział, jak pięknie wyglądała?
Ale doktor odpowiedział dopiero po pewnej chwili.
— Tak, Pollyanno, wyglądała pięknie!
— Naprawdę? Ach, jak się cieszę — zawołała uszczęśliwiona dziewczynka — powiem jej to po powrocie!
Lecz ku wielkiemu jej zdziwieniu doktor natychmiast zawołał:
— Boże uchowaj, Pollyanno! Proszę cię, nie rób tego!
— A dlaczego, panie doktorze? Myślałam, że byłoby panu przyjemnie...
— Ale jej mogłoby być nieprzyjemnie! — przerwał doktor.
Pollyanna zamyśliła się.
— Możliwe — powiedziała po chwili. — Teraz domyślam się, że uciekła do pokoju tak prędko dlatego, że zobaczyła pana. A potem była strasznie rozgniewana, że ją widziano w tym przebraniu!
— Spodziewam się! — powiedział doktor.
— Jednak nie rozumiem dlaczego — nie mogła się uspokoić Pollyanna — wyglądała przecież tak pięknie!
Doktor Chilton nie odpowiedział i nie mówił już nic aż do końca drogi.