Tym razem pan Pendleton przywitał Pollyannę z uśmiechem.
— Mam wrażenie, Pollyanno, że jesteś osóbką, która łatwo przebacza, gdyż w przeciwnym razie nie odwiedziłabyś mnie dziś!
— Ależ, proszę pana, bardzo mi przyjemnie odwiedzać pana i nie widzę przyczyny, dla której miałabym nie przyjść.
— Po prostu dlatego, że byłem bardzo nieprzyjemny i ostatnim razem, i wtedy, gdyś mnie znalazła ze złamaną nogą w lasku! Następnie, o ile sobie przypominam, nawet nie podziękowałem ci za okazaną pomoc. A teraz widzisz, iż mam słuszność, mówiąc, że łatwo przebaczasz, gdyż przychodzisz do mnie pomimo mej niewdzięczności!
— Ach, nie! Ja się tak ucieszyłam, gdy pana wtedy znalazłam... To znaczy nie z tego, że pan złamał nogę, tylko że mogłam panu dopomóc!
Pan Pendleton uśmiechnął się.
— Rozumiem, rozumiem — odpowiedział — ale twój języczek jest zawsze prędszy od ciebie. W każdym razie dziękuję ci bardzo i oświadczam, że jesteś dzielną dziewczynką. Dziękuję również za galaretkę.
— A czy smakowała panu? — z ciekawością zapytała Pollyanna.
— Bardzo! Przypuszczam jednak, że dziś mi jej nie przyniosłaś! Nieprawdaż? — zapytał z nieco dziwnym uśmiechem.
Pollyanna była mocno zmieszana.
— N... nie, proszę pana — zatrzymała się na chwilę, a potem, coraz bardziej się rumieniąc, dodała — ja zeszłym razem wcale nie chciałam być niegrzeczna, mówiąc, że ciocia Polly nie przysyła panu galaretki! Naprawdę nie!
Odpowiedzi nie było. Pan Pendleton już się nie śmiał, lecz patrzył przed siebie wzrokiem, który jak się zdawało, nie widział otoczenia. Po chwili westchnął głęboko i odwrócił się do Pollyanny.
— No, no, dość już tego — mówił swym zwykłym, niecierpliwym tonem — posłałem po ciebie nie dlatego, żebyś widziała mnie smutnym i ponurym! Posłuchaj! W bibliotece, na półce oszklonej szafy, stojącej w rogu pokoju, znajdziesz niewielką rzeźbioną szkatułkę (naturalnie, o ile moja służąca, robiąc „porządki”, nie postawiła jej gdzie indziej). Przynieś mi ją. Będzie trochę ciężka, ale sądzę, że ją udźwigniesz!
— O, jestem bardzo silna — zawołała Pollyanna, wybiegając z pokoju, a za chwilę wróciła ze szkatułką.
Następne chwile były arcyprzyjemne.
Pudełko było pełne różnych osobliwości, które pan Pendleton zebrał podczas swoich podróży, a każdy przedmiot posiadał swoją historię, niezależnie od tego, czy była to misternie rzeźbiona szachownica z Chin, czy też bożek kamienny przywieziony z Indii.
Po wysłuchaniu historii bożka Pollyanna zamyśliła się.
— Właściwie to może i większą zasługą jest — szeptały jej usteczka — wychowywać małego Hindusa, jednego z tych, co to myślą, że Bóg jest w tym kamiennym posążku niż takiego Jimmy’ego, który zna Boga i wie, że Bóg jest w niebie! A jednak żal mi bardzo, że one wolały wychowywać poganina niż Jimmy’ego.
Pan Pendleton znów pogrążył się w zadumie i nie słuchał, co mówi Pollyanna, lecz po chwili opanował się i zaczął dalej opowiadać historie różnych zebranych osobliwości.
Ta wizyta była naprawdę przemiła! Rozmawiali nie tylko o cudach, które zawierała rzeźbiona szkatułka, ale i o Pollyannie, o jej codziennym trybie życia, o cioci Polly, o Nancy i nawet o życiu Pollyanny jeszcze tam, w domu z ojcem!
A kiedy Pollyanna musiała już wracać do domu, pan Pendleton przemówił do niej głosem, którego nie poznała, tak był odmienny od zwykłego głosu chorego.
— Pollyanno! Chciałbym, żebyś mnie odwiedzała częściej! Dobrze? Czuję się samotny i potrzeba mi ciebie. Jest jeszcze coś, co mnie skłania do tej prośby. Kiedy się dowiedziałem, kim jesteś, myślałem, że już nigdy więcej nie zechcę cię widzieć, ponieważ przypominasz mi coś, co od szeregu lat starałem się i nadal staram zapomnieć! Za każdym razem, kiedy doktor pytał, czy ma cię sprowadzić, odpowiadałem: nie! Lecz z biegiem czasu doszedłem do przekonania, że muszę cię widywać, bo to właśnie twoja nieobecność nasuwa mi myśli o tym, co tak bardzo chciałbym zapomnieć. Dlatego też proszę cię, abyś przychodziła! Czy spełnisz moją prośbę?
— Ależ naturalnie, proszę pana — odpowiedziała Pollyanna, patrząc oczyma pełnymi sympatii na leżącego przed nią chorego człowieka o smutnej twarzy. — Sprawi mi to wielką przyjemność.
— Dziękuję — odpowiedział pan Pendleton.
Tegoż wieczoru Pollyanna opowiedziała Nancy o swej wizycie u pana Pendletona, o jego zbiorach z podróży, o ciekawych historiach, które jej opowiadał.
— I pomyśleć tylko — westchnęła Nancy — że on ci to wszystko pokazywał i opowiadał, on, zawsze taki ponury i nigdy z nikim nie rozmawiający!
— Ach, on tak wygląda, lecz taki nie jest — stanęła znów w obronie „Pana” Pollyanna. — Nie rozumiem naprawdę, dlaczego wszyscy tak źle o nim mówią! Gdyby go znali lepiej, myśleliby inaczej. Nawet ciocia Polly: i ona go nie lubi. Nie chciała na przykład posłać mu galaretki i wiesz, tak się bała, żeby czasem nie pomyślał, że to ona mu ją posyła.
— Zapewne nie wchodzi to w zakres jej „obowiązków” — wzruszyła ramionami Nancy. — Lecz co mnie w tym wszystkim dziwi, to to, że on, który nie należy w ogóle do ludzi lubiących dzieci, ciebie jednak lubi!
— Ja też myślę, że on nie lubi dzieci — potwierdziła Pollyanna. — Dziś nawet powiedział mi, że początkowo miał zamiar nigdy mnie więcej nie widzieć, ponieważ przypomniałam mu coś, co pragnął zapomnieć, lecz potem...
— Co to mogło znaczyć? — przerwała Nancy. — Powiedział ci, że przypomniałaś mu coś, co by chciał... zapomnieć?
— Tak, lecz potem...
— A co to było?
— Tego mi nie powiedział!
— Tajemnica! — zawołała uroczyście Nancy. — To dlatego tak cię lubi! Ach, Pollyanno, to zupełnie jak w powieści! Dużo czytałam książek, na przykład Tajemnicę lady Andley albo jeszcze inne! W każdej z nich była jakaś tajemnica, a teraz taką tajemnicę mamy przed sobą! Pollyanno, opowiedz mi dokładnie wszystko. O, rozumiem, dlaczego do ciebie właśnie czuje sympatię!
— Przedtem jednak byłam mu obojętna aż do chwili, kiedy powiedziałam, kim jestem i kiedy musiałam tłumaczyć, że to nie ciocia Polly posyła mu...
Nancy zerwała się z krzesła i klasnęła w ręce.
— O, Pollyanno! Teraz już wiem wszystko! Powiedz mi tylko, czy to wtedy nie chciał cię widzieć, gdy się dowiedział, że jesteś siostrzenicą panny Polly?
— Zdaje mi się, że tak.
— A panna Polly nie chciała posłać mu galaretki?
— Tak i bała się, żeby czasem nie pomyślał, że to ona...
— Tak... teraz już wszystko jasne — westchnęła głęboko Nancy. — Posłuchaj! Otóż pan Pendleton był narzeczonym panny Polly! — dodała z przekonaniem.
— Ależ, Nancy, to niemożliwe! Ona go nie lubi!
Nancy uśmiechnęła się.
— Pewnie, że nie lubi: bo oni przecież poróżnili się!
Ponieważ jednak Pollyanna patrzyła wciąż niedowierzająco, Nancy zaczęła opowiadać jej całą historię.
— Otóż było to tak: jeszcze przed twoim przyjazdem opowiadał mi pewnego razu Tomasz, że panna Polly miała narzeczonego. Nie chciałam wierzyć, ale Tomasz zapewnił mnie, że pan ten mieszka w naszym mieście. A teraz wiem już, że jest to właśnie pan Pendleton! Bo czy nie stroni od ludzi i czy nie zamknął się samotnie w swoim domu, nie dopuszczając nikogo do siebie? Czy obojętnie przyjął wiadomość, że jesteś siostrzenicą panny Polly? Czyż nie powiedział ci, że przypominasz mu coś, co pragnąłby zapomnieć? Jasne przecież, że chodzi tu o pannę Polly! A jej niechęć, by posłać mu galaretkę? Wszystko to jest tak oczywiste, jak to, że w tej chwili mówimy ze sobą!
Pollyanna ze zdumieniem szeroko otworzyła oczęta.
— Ależ Nancy! Gdyby byli narzeczonymi, to by się już dawno pogodzili!
— Ty się na tym nie znasz — odpowiedziała z lekką pogardą w głosie Nancy — jesteś jeszcze za mała! To tylko wiedz, że jeśli są na świecie ludzie, którzy nie potrafiliby „grać w zadowolenie”, to na pewno poróżnieni ze sobą narzeczeni!
— Pollyanno — krzyknęła nagle Nancy, jakby jej jakaś szczęśliwa myśl przyszła do głowy. — Czy nie byłoby nadzwyczajne, gdybyś nauczyła ich twojej gry w zadowolenie tak, żeby się w końcu pogodzili i pobrali? Jakby się wszyscy dziwili! Tylko że to ci się nie uda!
Pollyanna nic nie odpowiedziała, ale gdy wieczorem wracała do swego pokoju, była bardzo zamyślona.