Podczas upalnych dni sierpniowych Pollyanna dość często odwiedzała pana Pendletona.
Wizyty te nie zawsze były jednakowo miłe. Nie dlatego, żeby chory ich nie chciał, bo często po nią posyłał, lecz Pollyannie zdawało się, że jej obecność nie za każdym razem wpływała dodatnio na zmianę humoru chorego. Rozmawiał z nią, pokazywał jej różne osobliwości, książki, obrazy, lecz widocznie drażniło go przymusowe niedołęstwo i bezczynność, oraz „porządki” wprowadzane w jego domu przez zajmujące się nim teraz osoby, najwyraźniej niepodzielające jego wizji ładu w najbliższym otoczeniu.
Lubił jednak szczebiot Pollyanny, a dziewczynka, instynktownie to odczuwając, szczebiotała przez cały czas swoich wizyt.
Lubiła rozmawiać z nim, ale nigdy nie była pewna, czy spojrzawszy na niego, nie zobaczy zmęczonego, smutnego wzroku, który ją tak niepokoił. I bała się, że może to ona właśnie jakimś nieostrożnym słowem wywoła na jego twarzy ten smutek.
Jakoś nie miała dotąd okazji mówić mu o grze w zadowolenie. Parę razy, co prawda, zaczynała, lecz pan Pendleton natychmiast zmieniał temat rozmowy.
Pollyanna już nie wątpiła teraz, że pan Pendleton był kiedyś narzeczonym panny Polly i całą siłą swego szczerego i kochającego serduszka chciała wnieść w samotne życie obojga choć odrobinę szczęścia.
Gdy próbowała mówić z panem Pendletonem o ciotce, słuchał jej, czasem spokojnie, czasem niecierpliwie, zwykle z lekkim, drwiącym uśmiechem na zaciśniętych wargach. Gdy zaś mówiła, a raczej usiłowała mówić o panu Pendletonie z ciotką, panna Polly zazwyczaj słuchała niedługo i zawsze wynajdywała jakiś inny temat do rozmowy. To samo robiła jednak, gdy Pollyanna zaczynała czasem mówić o innych osobach, jak na przykład o doktorze Chiltonie. Lecz Pollyanna tłumaczyła to sobie tym, iż pannie Polly wciąż jeszcze było przykro, że doktor Chilton zobaczył ją wówczas ustrojoną w szal i z różą we włosach.
Stosunek panny Polly do doktora Chiltona był jednakże wyjątkowo nieprzychylny, co mogła skonstatować Pollyanna, gdy pewnego razu przeziębienie i silny katar zmusiły ją do pozostania w domu.
— Jeśli do wieczora nie będzie ci lepiej, wezwę lekarza — oświadczyła panna Polly.
— Naprawdę? Ach, jak to dobrze! Spodziewam się, że nie będzie mi lepiej — odpowiedziała zachrypniętym głosem Pollyanna. — Tak bardzo chciałabym, żeby doktor Chilton mnie odwiedził!
Zdziwił ją jednak wzrok, jakim panna Polly na nią spojrzała.
— Doktor Chilton do ciebie nie przyjdzie, Pollyanno — powiedziała oschle panna Polly. — Doktor Chilton nie jest naszym domowym lekarzem. Jeśli nie będzie ci lepiej, wezwę doktora Warrena!
Jednak stan zdrowia Pollyanny nie pogorszył się i doktor Warren nie został wezwany.
— Zresztą bardzo się z tego cieszę, — mówiła tego wieczoru Pollyanna do ciotki. — Naturalnie, doktor Warren jest też bardzo miły, lecz wolałabym doktora Chiltona i bałabym się, żeby się nie obraził, gdyby ciocia wezwała kogo innego! Naprawdę nie trzeba ganić go za to, że wtedy zobaczył ciocię tak ładnie ubraną — dodała filuternie.
— Dosyć, Pollyanno! Wcale nie mam zamiaru rozprawiać z tobą o doktorze Chiltonie — przerwała panna Polly stanowczym głosem.
Pollyanna przez chwilę patrzyła na nią zaciekawionym, lecz smutnym wzrokiem, potem westchnęła:
— Bardzo cioci do twarzy tak jak teraz, z zaróżowionymi policzkami! Tak chciałabym kiedyś znów ciocię uczesać!
Lecz panny Polly nie było już w pokoju.
*
Kiedyś w końcu sierpnia, kiedy Pollyanna była znów u pana Pendletona, zauważyła na poduszce wąski pas światła, złożonego z kolorów niebieskiego, zielonego, żółtego, czerwonego i fioletowego. Stanęła oczarowana!
— Ach, panie Pendleton, czy pan widział to dziecko tęczy, które przyszło pana odwiedzić? — zawołała z zachwytem. — Ach, jakie to cudne! Jak to się robi?
Pan Pendleton uśmiechnął się od niechcenia. Tego dnia był w wyjątkowo złym humorze i usposobiony nieprzychylnie względem całego otoczenia.
— Mam wrażenie, że te widma słoneczne powstały z promieni odbijających się w ukośnie ściętej krawędzi szkła termometru, umocowanego w oknie. Właściwie termometr jest prawie zawsze w cieniu i tylko z rana przez parę chwil pada na niego słońce!
— Ach, jakie to ładne! — wolała Pollyanna. — I to robi słońce? Gdybym miała taki termometr, trzymałabym go cały dzień na słońcu!
— Ładne byś miała pojęcie o właściwej temperaturze, gdyby tak termometr był stale wystawiony na słońce — roześmiał się pan Pendleton.
— Nie kłopotałabym się wcale o to — odparła Pollyanna, wciąż jeszcze oczarowana blaskami tęczowymi na poduszce. — Czy kogoś, kto by przez cały dzień przebywał w tęczy, mogłaby obchodzić temperatura?
Pan Pendleton znów się uśmiechnął. Obserwował uważnie rozpromienioną twarzyczkę Pollyanny i nagle przyszła mu jakaś myśl do głowy. Nacisnął guzik dzwonka elektrycznego.
— Noro — rzekł do służącej, która ukazała się we drzwiach — proszę mi przynieść brązowy świecznik, stojący w salonie na kominku.
— Dobrze, proszę pana — odpowiedziała nieco zdziwiona służąca i po chwili wróciła ze świecznikiem.
Wejściu jej towarzyszyło melodyjne brzęczenie trójgraniastych wisiorków kryształowych, zdobiących stary świecznik.
— Dziękuję! Proszę postawić na stoliku. A teraz proszę wziąć sznurek i przeciągnąć w poprzek okna, zaczepiając o haczyki. Więcej nic, dziękuję! — dodał, gdy służąca zrobiła wszystko podług wskazówek.
A gdy wyszła z pokoju, spojrzał uśmiechnięty na Pollyannę.
— Podaj mi teraz, dziecinko, świecznik.
Pollyanna, trzymając mocno rączkami ciężki świecznik, podała mu go, a pan Pendleton zaczął jeden po drugim odczepiać wiszące kryształki. Gdy ich odczepił kilkanaście, zwrócił się do Pollyanny:
— A teraz, moja mała, jeśli chcesz naprawdę przebywać w tęczy, zawieś te kryształki jeden przy drugim na sznurku przeciągniętym w poprzek okna.
Już po zawieszeniu pierwszych kilku kryształków w oknie oświetlonym słońcem Pollyanna zauważyła to, co miało się stać. Tak była podniecona, że małe paluszki jej drżały po prostu przy zawieszaniu reszty kryształków. A gdy skończyła, wydała okrzyk zachwytu.
Pokój wyglądał jak w zaczarowanej bajce: tęczowe kręgi w niezliczonej liczbie pokryły ściany, sufit, podłogę... wszędzie tańczyły promienie czerwone, żółte, niebieskie, zielone, fioletowe...
— Boże, jak cudnie! Czy panu się nie zdaje, że samo słońce w tej chwili gra w zadowolenie! — zawołała, zapominając zupełnie, że pan Pendleton nic jeszcze o tej grze nie wiedział. — Jakbym chciała mieć dużo takich kryształków! Dałabym cioci Polly, pani Snow i... wielu innym osobom... Wszyscy byliby zadowoleni... a ciocia Polly pewnie by się tym razem nie powstrzymała, żeby nie trzasnąć drzwiami z radości! Nieprawdaż?
Pan Pendleton wciąż się śmiał.
— Jednak, Pollyanno — powiedział — wspomnienia, które mam o twej ciotce, zmuszają mnie przypuszczać, że trzeba by było czegoś więcej niż oświetlone słońcem kryształki, żeby zmusić ją do trzaśnięcia drzwiami z radości. Ale o jakiej to grze wspominałaś przed chwilą?
Pollyanna zrobiła zdziwioną minkę, lecz zaraz zawołała:
— Ach, zapomniałam zupełnie, że pan nie zna jeszcze gry w zadowolenie!
— Gry w zadowolenie? Powiedz mi, co to jest.
Wówczas Pollyanna opowiedziała mu wszystko, począwszy od lalki, której oczekiwała i zamiast której nadeszły kule. Opowiadając, nie patrzyła jednak wcale na chorego.
Jej zachwycony wzrok spoczywał cały czas na przecudnych widmach słonecznych wywołanych przez rozwieszone w oknie kryształki.
— Oto wszystko — zakończyła. — A teraz rozumie pan, że miałam słuszność, mówiąc, że w tej chwili nawet samo słońce usiłuje grać w zadowolenie!
Przez chwilę trwało milczenie, następnie dał się słyszeć słaby i wyczerpany głos chorego:
— Może... Lecz ze wszystkich tych kryształków, wytwarzających słoneczne widma, najpiękniejszym i najlepszym jesteś ty, Pollyanno!
— Ależ ze mnie nie promienieją tęczowe blaski, gdy na mnie padnie światło słoneczne! — zaprotestowała żywo dziewczynka, pojmując dosłownie słowa chorego.
— Myślisz, że nie? — zapytał z uśmiechem, a Pollyanna, spojrzawszy teraz na twarz chorego, zobaczyła ze zdziwieniem, że oczy miał pełne łez.
— Na pewno nie, proszę pana — odpowiedziała poważnie, a po chwili dodała smutnie:
— Zdaje mi się, że promienie słońca, gdy padają na mnie, wywołują tylko piegi, nic więcej! Tak przynajmniej mówiła mi ciocia Polly!
Pan Pendleton znów się roześmiał, lecz Pollyannie zdawało się, że w śmiechu tym brzmiało stłumione łkanie.