tłum. Władysław Juszkiewicz

Rozdział XXI. Katastrofa

Pewnego razu Pollyanna na prośbę pani Snow udała się do mieszkania doktora Chiltona, aby go zapytać o lekarstwo, na które receptę zgubiła.

Pollyanna nigdy przedtem nie była w gabinecie doktorskim.

— Nigdy jeszcze u pana nie byłam! Czy to pańskie mieszkanie? — zapytała, rozglądając się z ciekawością dokoła.

Doktor uśmiechnął się smutnie.

— Owszem — odpowiedział, pisząc receptę — ale nie dom: to są tylko pokoje, w których mieszkam.

Pollyanna kiwnęła potakująco główką.

— Wiem, proszę pana. Aby stworzyć ognisko domowe, potrzebna jest ręka i serce kobiety albo obecność dziecka — powiedziała poważnie.

— Co takiego? — zapytał doktor, odwracając się do niej.

— Pan Pendleton mi to powiedział! Dlaczego pan nie poszuka ręki i serca kobiety? A może by pan przyjął do siebie Jimmy’ego Beana, gdyby Pendleton tego nie zrobił?

Doktor uśmiechnął się.

— A więc to pan Pendleton powiedział ci, że dla stworzenia ogniska domowego potrzebna jest kobieta lub dziecko? — zapytał.

— Owszem! Dlaczego pan tego nie stworzy?

— Czego?

— No, ogniska domowego! Ach, zapomniałam — dodała, rumieniąc się. — Wie pan, że ta osoba, którą pan Pendleton kochał przez tyle lat, to nie ciocia Polly, a więc nie zamieszkamy u niego. Omyliłam się wtedy, mówiąc o tym panu, ale spodziewam się, że pan tego nikomu nie powtórzył — powiedziała z obawą w głosie.

— Nie, dziecino, nie powtórzyłem nikomu.

— To dobrze — odetchnęła z ulgą — pan był jedyną osobą, której to powiedziałam, a pan Pendleton nie chciał, aby ktokolwiek o tym wiedział, tym bardziej, że to nie była prawda! A więc czemu pan nie poszuka ręki i serca kobiety? — dopytywała natarczywie Pollyanna.

— Bo to nie tak łatwo, jak się zdaje!

Pollyanna zmarszczyła czoło.

— Czy pan chce powiedzieć, że pan już się o to starał i że odmówiono panu, tak jak to było z panem Pendletonem? — zapytała.

Doktor podniósł się z krzesła.

— No, no, Pollyanno, nie myśl więcej o tym i nie zaprzątaj swej małej główki cudzymi kłopotami. Udasz się teraz do pani Snow. Tu napisałem receptę i sposób używania lekarstwa. Czy masz jeszcze coś do mnie?

Pollyanna potrząsnęła przecząco główką.

— Nie, proszę pana, więcej nic, dziękuję.

I skierowała się do drzwi.

*

Było to w ostatnich dniach października. Pollyanna, po wyjściu ze szkoły, przechodziła przez ulicę w odległości na pozór dostatecznej od przejeżdżającego szybko samochodu. W jaki sposób zderzenie miało miejsce i kto był winien — tego nikt nie mógł powiedzieć, dość, że koło godziny piątej po południu wniesiono Pollyannę nieprzytomną do jej małego, kochanego pokoiku.

Panna Polly, blada jak papier, i zalana łzami Nancy rozebrały ją delikatnie i położyły do łóżka, podczas gdy zawezwany telefonicznie domowy lekarz panny Polly, doktor Warren, pędził z szybkością, na jaką tylko mógł się zdobyć jego samochód.

— Nie trzeba było nawet patrzeć na twarz jej ciotki — opowiadała w ogrodzie staremu Tomaszowi ze łzami w oczach Nancy — żeby widzieć, że w tej chwili nie było to z jej strony tylko spełnianiem obowiązku! Gdy się spełnia swój obowiązek, ręce nie drżą, a oczy nie patrzą tak, jakby błagały anioła stróża o pomoc i opiekę.

— Czy bardzo ciężko ranna? — pytał Tomasz.

— Nie wiadomo. Gdy położono ją na łóżko, wyglądała tak, jak gdyby już nie żyła, ale panna Polly powiedziała, że żyje, bo czuła słaby oddech i bicie serca.

— A jakże to się stało? Kto... kto?...

I stary ogrodnik zacisnął pięści, a twarz jego przybrała zły wyraz.

— Ach, ja bym sama chciała to wiedzieć! I pomyśleć tylko, że omal nie zmiażdżono zupełnie naszego aniołka! Zawsze nienawidziłam tych ryczących maszyn!

— Czy ma jakieś rany? — rozpytywał wciąż stary Tomasz.

— Owszem, ma małą rankę na głowie, ale panna Polly powiedziała, że to nic, tylko że musiało być jakieś wstrząśnienie wewnętrzne. Nie mogę się doczekać, aż doktor wyjdzie. Tak strasznie się niepokoję! Wolałabym zamiast tego najgorsze pranie! — dodała, odchodząc.

Ale i po wyjściu doktora Nancy nie mogła powiedzieć Tomaszowi nic nowego. Wewnątrz nie było nic złamanego, a mała rana na głowie była bez znaczenia. Jednakże doktor, wychodząc od chorej, miał wyraz twarzy bardzo poważny i powiedział, że dopiero czas pokaże, co to jest.

Po jego odjeździe panna Polly, zdawało się, była jeszcze bardziej blada i bardziej niż przedtem zaniepokojona. Chora nie odzyskała jeszcze przytomności, ale wyglądała tak, jakby spała. Na noc miała przyjść pielęgniarka. To było wszystko, czego się dowiedziała Nancy.

Dopiero na drugi dzień po południu Pollyanna otworzyła oczy i z pełną świadomością obejrzała się dokoła.

— Ach, ciociu Polly — zawołała — co to? Już tak późno? Dlaczego jeszcze jestem w łóżku? Co to jest, ciociu? Nie mogę wstać? — dodała, opadając na poduszki po zrobieniu wysiłku, aby się podnieść.

— Nic, nic, jeszcze teraz nie próbuj, kochanie — mówiła, prawie płacząc, panna Polly.

— Ale co się stało? Dlaczego nie mogę się podnieść?

Panna Polly skierowała pytający wzrok na pielęgniarkę, która stała przy oknie, niewidzialna dla Pollyanny. Ta kiwnęła twierdząco głową, a wtedy panna Polly odpowiedziała:

— Wczoraj wieczorem zranił cię samochód. Ale nie myśl o tym, dziecinko. Trzeba, żebyś dobrze wypoczęła!

— Zranił mnie? A tak, biegłam wtedy...

Oczy Pollyanny wyrażały zaniepokojenie; podniosła rękę do głowy.

— Jest zabandażowana i boli mnie trochę!

— To nic, kochanie, trzeba być spokojną i tylko dobrze wypocząć!

— Ale, ciociu, ja się tak jakoś dziwnie czuję i tak niedobrze — mówiła znów Pollyanna. — Nogi mam jakieś dziwne, jakby nie należały do mnie!

Panna Polly nic nie odpowiedziała, lecz rzuciwszy zrozpaczony wzrok w stronę pielęgniarki, odeszła do okna.

— Pozwól, że teraz ja ci coś powiem — zaczęła pielęgniarka wesołym głosem. — Najwyższy czas, żebyśmy się poznały. Więc ci się przedstawię: nazywam się Hunt i jestem tu, by pomagać twej cioci pielęgnować cię. A pierwsza rzecz, jaką powinnaś zrobić, aby mi sprawić przyjemność, to przełknąć te małe, białe pigułki.

Pollyanna spojrzała na nią z niepokojem.

— Ależ, proszę pani, ja nie potrzebuję, aby mnie pielęgnowano! Ja chcę wstać! Pani wie przecież, że chodzę do szkoły! Czy jutro jeszcze nie będę mogła pójść?

Z ust panny Polly, która stała przy oknie i słuchała tej rozmowy, wydarł się cichy jęk.

— Jutro? — odpowiedziała, uśmiechając się, pielęgniarka. — No, tak prędko pewnie, że ci nie pozwolę wychodzić, Pollyanno. Ale przełknij te pigułki, a wtedy poznamy ich działanie.

— Dobrze — zgodziła się Pollyanna. — Ale pojutrze będę musiała koniecznie pójść do szkoły, bo mam egzaminy, których nie mogę opuścić!

Potem mówiła jeszcze trochę o szkole, o samochodzie, o główce, która ją jednak bolała, lecz powoli głos jej zaczął słabnąć. W końcu pigułki nasenne zrobiły swoje i chora zasnęła.