Oczywiście tego dnia Pollyanna spóźniła się na obiad, lecz uszło jej to bezkarnie z następującej przyczyny.
Przy bramie oczekiwała ją Nancy.
— Boże! Jak się cieszę, że cię widzę — westchnęła z ulgą. — Przecież jest już po szóstej!
— Wiem o tym — odpowiedziała trochę wylękniona Pollyanna — ale wierz mi, że nie zasłużyłam na karę! Jestem prawie pewna, że nawet ciocia Polly nie będzie robić mi wymówek!
— To więcej niż pewne, że ci nic nie powie, bo jej nie ma: wyjechała! — odpowiedziała na to Nancy.
— Wyjechała? Ale to nie przeze mnie? Nieprawdaż? No, powiedz, powiedz mi prędzej, że nie przeze mnie! — wołała przerażona Pollyanna, gdyż w tej chwili opanowały ją wspomnienia wszystkiego, co zaszło w ostatnich czasach, i zaczęła robić sobie wyrzuty za kotka, za pieska, za Jimmy’ego, za słowo „zadowolona”, które tak drażniło ciotkę, wreszcie za zakazany wyraz „ojciec”, który, pomimo najszczerszych chęci, tak często wyrywał się z jej małych usteczek.
— Ależ nie, nie! Uspokój się, kochanie! — pocieszała ją Nancy. — Po prostu podczas twej nieobecności nadeszła depesza z zawiadomieniem o nagłej śmierci jej stryjecznego brata, który mieszkał w Bostonie, i panna Polly wyjechała najbliższym pociągiem. Wcześniej niż za trzy dni nie wróci, a my możemy się cieszyć, żeśmy zostały same! Pokażemy, jak dobrze umiemy gospodarować!
Lecz Pollyanna nie podzielała jej radości.
— Cieszyć się, Nancy, gdy chodzi o czyjąś śmierć?
— Ja przecież cieszę się nie z powodu śmierci, a tylko dlatego że...
Nancy zamyśliła się na sekundę, a potem z uśmiechem dodała:
— Przecież to ty nauczyłaś mnie grać w zadowolenie?
— Owszem, Nancy, ale są wypadki, w których moja gra nie ma zastosowania, i jednym z takich wypadków jest śmierć! Tu nie można się cieszyć!
Nancy roześmiała się.
— Przede wszystkim — rzekła — możemy cieszyć się, że śmierć ta nie dotknęła nas i że...
Lecz Pollyanna nie chciała dalej słuchać i przerywając Nancy, zaczęła opowiadać o wypadku pana Pendletona.
*
Następnego dnia Pollyanna spotkała się w umówionym miejscu z Jimmym.
Jak się spodziewała, Jimmy był bardzo przygnębiony wiadomością, że panie z dobroczynności wolały małych Hindusów niż jego.
— Zresztą — dodał na pocieszenie — to zupełnie zrozumiałe, że to, co jest dalej, zdaje się być bardziej interesujące niż to, co mamy przed sobą! Ale wobec tego może by tak zaopiekował się mną ktoś, kto mieszka w Indiach?
Na te słowa Pollyanna klasnęła w dłonie.
— Wiesz, Jimmy, masz rację! Napiszę do tych pań z dobroczynności, które opiekowały się mną, nim tu przyjechałam! One mieszkają, co prawda, nie w Indiach, ale również bardzo daleko, a więc to będzie doskonale!
Twarzyczka Jimmy’ego rozjaśniła się nieco.
— Przypuszczasz, że zechcą mnie przyjąć?
— Naturalnie — odparła Pollyanna — jeśli się opiekują małymi Hindusami, to przecież mogą cię z powodzeniem uważać za jednego z nich, tym bardziej, że mieszkasz również daleko! O, napiszę do nich, zaraz napiszę!
— Nie zapomnij tylko wspomnieć, że żebrakiem nie jestem i będę pracował na swoje utrzymanie; a zanim otrzymasz odpowiedź, pozostanę na dawnym miejscu. Tak będzie może najlepiej!
— Pewnie — zgodziła się Pollyanna — przynajmniej będę wiedziała, gdzie cię szukać!
*
Mniej więcej po tygodniu od dnia, w którym pan Pendleton złamał nogę, Pollyanna pewnego poranku zwróciła się do ciotki:
— Droga ciociu! Czy mogłabym dziś zanieść galaretkę z nóżek cielęcych, zamiast do pani Snow, do kogoś innego? Tylko ten jeden raz!
— Coś ty znów wymyśliła, Pollyanno? Jesteś naprawdę najoryginalniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam! — odparła zdumiona panna Polly.
Pollyanna miała twarzyczkę mocno zakłopotaną.
— Ciociu, ja bym nie chciała nigdy robić cioci przykrości, ale ponieważ ciocia pozwala mi nosić galaretkę dla niej, myślałam, że mi pozwoli zanieść tym razem dla niego! Przecież ze złamaną nogą nie choruje się tak długo, jak pani Snow, a potem ona znów będzie mogła otrzymywać swoją porcję w dalszym ciągu!
— „On”? Złamana noga? O kim i o czym ty mówisz, Pollyanno?
Na to pytanie Pollyanna nasamprzód się zdziwiła, lecz zaraz potem wesoło się roześmiała.
— Ach, zapomniałam zupełnie, że ciocia nic o tym nie wie! To się zdarzyło podczas cioci nieobecności!... Znalazłam go w lasku w dniu wyjazdu cioci... a potem musiałam otworzyć drzwi do mieszkania, telefonować po doktora, podtrzymywać głowę... Następnie wróciłam do domu i już go więcej nie widziałam! Lecz dziś, gdy Nancy przygotowywała galaretkę dla pani Snow, pomyślałam sobie, jakby to było uprzejmie i miło, gdybym mogła ją zanieść dla niego, zamiast dla niej. Tylko ten jeden raz! Ciocia pozwoli? Nieprawdaż?
— No dobrze, dobrze, naturalnie — zgodziła się panna Polly, już trochę znudzona — lecz powiedz mi, o kogo chodzi?
— O „Pana”, to znaczy o pana Pendletona.
Panna Polly podskoczyła na krześle.
— Co? Mówisz o Johnie Pendletonie?
— Tak. Właściwie to Nancy powiedziała mi, jak się nazywa! Czy ciocia go zna?
— A ty znasz go? — usłyszała zamiast odpowiedzi.
— Owszem! Rozmawiamy ze sobą i teraz nawet czasem się uśmiecha! Ale on tylko zewnętrzny wygląd ma taki ponury! Więc idę po galaretkę, bo Nancy już pewnie wszystko przygotowała — szczebiotała Pollyanna, kierując się do drzwi.
— Zaczekaj! — głos panny Polly przyjął odcień zimny i stanowczy. — Zmieniłam postanowienie: pani Snow otrzyma dziś swoją galaretkę jak zwykle. Oto wszystko. Poza tym możesz iść!
Twarzyczka Pollyanny posmutniała.
— Ciociu, przecież pani Snow będzie długo chorowała i będzie zawsze otrzymywała galaretkę, on zaś prędko wyzdrowieje, bo ma tylko nogę złamaną. I tak już tydzień upłynął!
— Owszem, przypominam sobie, że słyszałam o wypadku pana Pendletona — odparła sucho panna Polly — lecz wcale nie mam zamiaru posyłać mu galaretki!
— Rozumiem, że ciocia go nie lubi... pewnie za to, że jest taki ponury! Ale naprawdę on tylko tak wygląda. Zresztą to przecież ja zaniosłabym galaretkę. Ja go tak lubię! Niech ciocia pozwoli! — błagała Pollyanna.
Panna Polly zaprzeczyła ruchem ręki, lecz nagle zapytała już nieco spokojniej:
— Czy on wie, kim jesteś, Pollyanno?
Dziewczynka westchnęła.
— Zdaje mi się, że nie! Raz jeden powiedziałam mu moje imię, lecz go prawdopodobnie nie zapamiętał.
— A czy wie, gdzie mieszkasz?
— Nie, tego mu nigdy nie mówiłam!
— A więc nie wie, że jesteś moją siostrzenicą?
— Przypuszczam, że nie.
Nastąpiła chwila milczenia. Panna Polly patrzyła na siostrzenicę wzrokiem, który, zdawało się, nic nie widział, a dziewczynka, przestępując z nóżki na nóżkę z drżeniem w sercu czekała, czy ciotka pozwoli jej zrobić ten dobry, jak jej się zdawało, uczynek, czy też nie. Wreszcie panna Polly zrobiła ruch, jakby odpędzała od siebie jakąś wizję.
— Dobrze, Pollyanno — powiedziała stłumionym, jakby nieswoim głosem — pozwalam ci zanieść galaretkę panu Pendletonowi jako prezent od ciebie! Lecz zapamiętaj sobie, że to nie ja ją posyłam i uważaj, żeby on też tego nie pomyślał.
— Owszem, ciociu... nie, ciociu... dziękuję... dobrze, ciociu — wołała, podskakując z radości Pollyanna i jak fryga wybiegła z pokoju.