Ani na drugi dzień, ani przez kilka następnych Pollyanna nie poszła do szkoły. Nie zauważyła tego jednak, gdyż z powodu gorączki, która nie ustępowała, nie zdawała sobie dokładnie sprawy z tego, co się działo wokoło. Dopiero po tygodniu gorączka spadła, ból ustąpił i wtedy Pollyannie trzeba było opowiedzieć na nowo wszystko, co się z nią stało.
— Więc jestem tylko zraniona, a nie chora — powiedziała, wysłuchawszy opowiadania. — To bardzo dobrze!
— Dlaczego dobrze, Pollyanno? — zapytała ze zdziwieniem ciotka.
— No pewnie, ciociu — odparła Pollyanna — że lepiej mieć złamaną nogę, jak pan Pendleton, niż być chorą przez całe życie, tak jak pani Snow! Złamana noga zrośnie się, a kaleka pozostanie zawsze kaleką.
Panna Polly gwałtownie wstała, gdyż nie mogła znieść wzroku siostrzenicy, i podszedłszy do biurka, zaczęła odruchowo przerzucać książki i bezcelowo przestawiać z miejsca na miejsce różne przedmioty. Nie wyobrażała sobie, czy kiedykolwiek będzie miała odwagę powiedzieć dziewczynce, że to nie było złamanie, lecz zupełnie co innego.
Pollyanna tymczasem przypatrywała się ruchomym promieniom tęczowym, których pełno było w pokoju z powodu porozwieszanych na oknie szkiełek.
— Cieszę się także — mówiła w dalszym ciągu — że nie jest to żadna zakaźna choroba, ponieważ ciocia nie mogłaby wtedy być przy mnie!
— Widzę, kochanie, jesteś z wielu rzeczy zadowolona — powiedziała panna Polly.
— A tak, ciociu! I to zawsze wtedy, gdy patrzę na te widma słoneczne. Tak bardzo je lubię i tak bardzo wdzięczna jestem za nie panu Pendletonowi. Nie wiem dlaczego, ale zdaje mi się, że się cieszę nawet z tego wypadku samochodowego.
— Pollyanno!
Pollyanna z łagodnym uśmiechem spojrzała na pannę Polly.
— Bo od chwili, gdy jestem chora, ciocia, mówiąc do mnie, powiedziała kilka razy „kochanie”, co się dawniej nigdy nie zdarzało. A to takie przyjemne! Przedtem kilka pań z dobroczynności nazywało mnie tak. Było to bardzo uprzejmie z ich strony, ale nie robiło takiej przyjemności, jak teraz, gdy wyraz ten słyszę z ust cioci, która jest moją, moją!
Panna Polly dotknęła ręką szyi, jakby chcąc odepchnąć coś, co ją dusiło, a nie mogąc powstrzymać łez, pośpiesznie opuściła pokój, korzystając z tego, że w tej chwili właśnie weszła pielęgniarka.
*
Tego samego dnia po południu Nancy, zobaczywszy w ogrodzie starego Tomasza, co tchu pobiegła do niego, wołając:
— Tomaszu! Tomaszu! Zgadnijcie, co się stało! Chociażbyście sto lat zgadywali, nie zgadniecie!
— A więc nie warto nawet, żebym próbował — odparł flegmatycznie ogrodnik — tym bardziej, że mocno wątpię, żebym żył jeszcze sto lat! Lepiej będzie, jeśli po prostu powiesz mi, o co chodzi.
— A więc dobrze. Czy wiecie, kto jest w tej chwili w salonie u panny Polly?
Stary Tomasz poruszył przecząco głową.
— Nie wiem.
— Jest... pan Pendleton!
— Żartujesz, Nancy!
— Ależ nie, sama go wprowadziłam! Przyszedł o kulach, a powóz jego czeka na ulicy. I pomyśleć tylko: on u niej!
— A dlaczego nie? — zapytał stary ogrodnik.
— Jak to? Wiecie przecież, że pan Pendleton nie przychodził tu od wielu lat.
— A cóż panna Polly na tę wizytę powiedziała?
— Nic! Była tak spokojna, iż zdawało mi się, że mnie nie słyszała. Powtórzyłam więc jeszcze raz, a wtedy najspokojniej odpowiedziała: „proszę powiedzieć panu Pendletonowi, że zaraz przyjdę”. Powiedziałam mu to i natychmiast przybiegłam do was!
— No, no — zamruczał stary Tomasz, zabierając się do pracy.
*
Pan Pendleton czekał niedługo, gdyż wkrótce szybkie kroki upewniły go o zbliżaniu się panny Polly Harrington. Usiłował wstać, lecz powstrzymała go ruchem ręki, której mu jednak nie podała, a twarz jej zachowała wyraz sztywny i zimny.
Przez chwilę panowało milczenie.
— Przyszedłem dowiedzieć się o zdrowie Pollyanny — przemówił wreszcie pan Pendleton.
— Dziękuję, jest bez zmiany — odpowiedziała panna Polly.
— To znaczy, że... Czy nie mogłaby mnie pani objaśnić dokładniej, co to jest właściwie?
Twarz panny Polly przybrała wyraz rozpaczy.
— Chciałabym, ale nie mogę!
— Czy pani chce przez to powiedzieć, że nie wie sama, co jej jest?
— Tak.
— A cóż lekarz?
— Doktor Warren, zdaje mi się, też nie może tego określić. Skomunikował się ze specjalistą z Nowego Jorku, który ma przyjechać na konsylium.
— Ale czy ma jakieś rany?
— Miała lekką ranę na głowie, poza tym kilka sińców, ale co najważniejsze, to jest coś w kręgosłupie, co spowodowało paraliż obu nóg.
Pan Pendleton westchnął głęboko, chwilę milczał, potem zapytał:
— Jakże ona to przyjęła?
— Nie zdaje sobie sprawy z tego, co w rzeczywistości się stało, a ja nie czuję się na siłach powiedzieć jej tego.
— Czyż nie czuje, że nie może poruszać nogami?
— Czuje, naturalnie! Ale myśli, że jest to złamanie i cieszy się z tego, mówiąc, że woli mieć złamane nogi, tak jak pan, niż być stale chora, jak pani Snow. Cały czas mówi o tym! Boże, jakie to straszne!
Pan Pendleton widział znękaną pannę Polly oraz oczy jej pełne łez i bezwiednie myśli jego wróciły do tego dnia, kiedy Pollyanna, opierając się namowie, aby zamieszkać u niego, powiedziała mu, że nie mogłaby opuścić swej ciotki. Wspomnienia te spowodowały, że zwrócił się do panny Polly i cichym, stłumionym głosem odezwał się:
— Czy pani wie, panno Harrington, że ja usiłowałem namówić Pollyannę, aby zamieszkała u mnie?
— U pana?
Pan Pendleton zadrżał na dźwięk głosu, jakim te słowa zostały wypowiedziane, lecz mówił dalej:
— Tak! Domyśla się pani zapewne, że chciałem ją adoptować i, naturalnie, uczynić moją spadkobierczynią.
Panna Polly zmiękła. Zrozumiała nagle, jaka świetna przyszłość otwierałaby się przed Pollyanną dzięki takiej adopcji i zapytała siebie w duchu, czy Pollyanna ze względu na swój wiek mogłaby być na tyle interesowna, aby ją nęcił majątek pana Pendletona.
— Kocham bardzo Pollyannę — mówił w dalszym ciągu pan Pendleton — kocham ją dla niej samej i dla jej matki i na nią chciałem przenieść całą, ukrytą we mnie w ciągu lat, miłość.
Miłość! Panna Polly raptem uprzytomniła sobie, że to ona pierwsza wzięła do siebie dziewczynkę, tę tak spragnioną czułości i pieszczot dziewczynkę, że nawet słowo „kochanie”, powiedziane do niej przez pannę Polly, było w stanie wynagrodzić ból i cierpienia spowodowane wypadkiem. I teraz dziewczynce tej ofiarowano ukrywaną przez szereg lat miłość, a nie była przecież na tyle mała, żeby tego nie odczuć i nie zrozumieć!
Panna Polly rozmyślała o tym wszystkim z bijącym sercem i straszną myślą, jak smutne byłoby jej życie teraz — bez Pollyanny!
— No i cóż? — zapytała sztywnym głosem.
Pan Pendleton wyczuł w jej głosie, że panna Polly dużym wysiłkiem woli panowała nad sobą i uśmiechnął się smutnie.
— Nie chciała się zgodzić — odpowiedział.
— Dlaczego?
— Nie chciała pani opuścić. Mówiła, że pani była tak dobra dla niej, że chciała z panią pozostać. Powiedziała również, iż zdaje jej się, że i pani chciałaby, żeby ona pozostała — dodał, podnosząc się z krzesła.
Nie patrząc na pannę Polly, skierował się do drzwi, lecz usłyszał za sobą śpieszne kroki, a gdy się odwrócił, ujrzał wyciągniętą do siebie drżącą rękę.
— Gdy przybędzie z Nowego Jorku doktor i będę wiedziała o zdrowiu Pollyanny coś określonego, nie omieszkam pana zawiadomić — powiedziała panna Polly wzruszonym głosem. — Do widzenia! Dziękuję za odwiedziny! Pollyanna bardzo, bardzo się ucieszy, gdy się o tym dowie!