Mniej więcej po upływie tygodnia przybył z Nowego Jorku specjalista, pan Mead. Był to wysoki mężczyzna o szerokich ramionach i dużych, błękitnych, łagodnie uśmiechających się oczach. Pollyanna od pierwszego spojrzenia poczuła do niego sympatię.
— Pan jest bardzo podobny do mojego doktora — zauważyła na wstępie.
— Do twojego doktora, dziecino?
I pan Mead spojrzał ze zdziwieniem na doktora Warrena, który był niskiego wzrostu i miał małe, czarne oczy oraz brodę.
— Ach, to nie jest mój doktor — uśmiechnęła się Pollyanna, zgadując jego zdziwienie. — Doktor Warren jest lekarzem cioci Polly, moim zaś jest doktor Chilton.
— Hm... — mruknął doktor Mead, patrząc na pannę Polly, która zaczerwieniła się i odwróciła pośpiesznie.
Pollyanna zamilkła na chwilę, a potem z właściwą jej szczerością mówiła dalej:
— Wie pan, ja tak pragnęłam widzieć doktora Chiltona, ale ciocia Polly sprowadziła pana! Mówiła mi, że pan zna się lepiej od niego na złamanych nóżkach! Zresztą, jeśli tak jest rzeczywiście, będę bardzo zadowolona, gdy mnie pan wyleczy!
Twarz doktora przybrała dziwny, niezrozumiały dla Pollyanny wyraz.
— Zobaczymy, zobaczymy, dziecinko — odparł łagodnie, odwracając się do doktora Warrena, który w tej chwili zbliżył się do niego.
To, co się stało potem, było, jak zapewniali wszyscy, winą kotki. Drzwi do pokoju Pollyanny były przymknięte i gdyby Fluffi, rozsuwając je łapką i pyszczkiem, nie powiększyła otworu, Pollyanna nie usłyszałaby rozpaczliwego okrzyku ciotki.
W sąsiednim pokoju obaj doktorzy, panna Polly i pielęgniarka rozmawiali szeptem.
Tymczasem koteczka wskoczyła na łóżko Pollyanny z radosnym „miau”, gdy wtem z przyległego pokoju dał się słyszeć wyraźnie rozpaczliwy głos panny Polly:
— Ach nie, doktorze, to niemożliwe. Przecież pan nie chce powiedzieć, że ona nigdy już nie będzie mogła chodzić!
Wtedy nastąpiło ogólne zamieszanie: z pokoju Pollyanny rozległo się przeraźliwe wołanie:
— Ciociu Polly... ciociu Polly!!!
Następnie panna Polly, zobaczywszy niedomknięte drzwi i zrozumiawszy, że słowa jej doszły do uszu Pollyanny, wydała głuchy jęk i po raz pierwszy w życiu zemdlała.
Pielęgniarka, dygocąc z przerażenia, ze stłumionym okrzykiem: „Boże, ona słyszała!” rzuciła się do pokoju Pollyanny, obaj doktorzy zaś pozostali na miejscu, przy czym doktor Mead trzymał omdlałą pannę Polly, a doktor Warren stał bezradnie przy nim.
Dopiero powtórny okrzyk Pollyanny wrócił im przytomność i zmusił do zajęcia się cuceniem panny Polly.
Pielęgniarka zastała na łóżku szarą koteczkę, która daremnie starała się zwrócić na siebie uwagę biednej dziewczynki o bladej twarzyczce i prawie błędnym wzroku.
— Ach, proszę pani, ja muszę widzieć ciocię... potrzebuję jej natychmiast... błagam panią! — mówiła drżącym, przerywanym głosem.
— Ciocia nie może przyjść w tej chwili, kochanie. Przyjdzie trochę później. Ale co się stało? Może mogłabym ją zastąpić?
Pollyanna potrząsnęła przecząco główką.
— Muszę wiedzieć, co ciocia powiedziała przed chwilą! Czy pani słyszała? Ona przecież coś powiedziała. Chciałabym, żeby mi powiedziała, że to nieprawda, nieprawda!!!
Pielęgniarka chciała mówić, lecz, ku jeszcze większemu przerażeniu Pollyanny, nie mogła wydobyć głosu.
— Pani słyszała... to prawda... o nie... to nie może być prawdą! Przecież to niemożliwe, żebym już nigdy nie mogła chodzić!
— Uspokój się, uspokój się, dziecinko! Doktor mógł się przecież mylić!
— Ach nie, ciocia mówiła, że on wie! Mówiła, że on zna się na tym lepiej od innych lekarzy!
— Owszem, kochanie, ale lekarze tak często się mylą! Nie myśl o tym teraz, proszę cię! Nie trzeba!
Pollyanna spojrzała na nią z rozpaczą.
— Ależ ja nie mogę nie myśleć o tym — mówiła, szlochając — nie mogę myśleć o czymś innym! Jakże teraz pójdę do szkoły? Jak będę odwiedzała pana Pendletona i panią Snow?
Szlochała coraz silniej, a po chwili podniosła główkę i z przerażeniem w oczach dodała:
— Jeśli nie będę mogła chodzić, jakże będę mogła być zadowolona ze wszystkiego?
Pielęgniarka nie wiedziała nic o grze, wiedziała tylko, że chorą trzeba natychmiast uspokoić. Wzięła więc ze stolika proszek i podając go Pollyannie, powiedziała:
— No, no, już dość, kochanie. Przyjmij teraz ten proszek, to cię uspokoi, a potem zobaczymy. Wiele rzeczy zdaje się z daleka straszniejsze niż są w rzeczywistości.
Pollyanna posłusznie przełknęła proszek.
— Wiem to, ojciec też tak mówił — odpowiedziała nieco już spokojniej, wycierając łezki — mówił zawsze, że każda rzecz mogłaby być jeszcze gorsza... Ale on mógł chodzić! A nie wiadomo, co by powiedział, gdyby był w moim położeniu! Jak się pani zdaje?
Pielęgniarka nic nie odpowiedziała. Nie miała odwagi odezwać się w tej chwili.