tłum. Władysław Juszkiewicz

Rozdział VIII. Nieco o „Panu”

W parę dni potem Pollyanna znów spotkała „Pana”. Pogoda była pochmurna i padał drobny deszcz.

— Dziś już nie jest tak ładnie — powiedziała uprzejmie — pomimo to cieszę się jednak, że deszcz pada.

Tym razem „Pan” nie zatrzymał się i nawet nie spojrzał.

Pollyanna oczywiście wytłumaczyła sobie, że jej nie słyszał, toteż następnego dnia przemówiła doń głośniej. „Pan” szedł dużymi krokami, ręce miał założone w tył i oczy spuszczone.

Pollyanna uważała podobne zachowanie się za uwłaczające względem słońca i czystego powietrza poranku.

Dziś otrzymała polecenie, by załatwić coś na mieście i dlatego spotkała go o niezwykłej porze — z rana.

— Jak się pan miewa? — zaszczebiotała. — Jak to dobrze, że dzisiejszy dzień nie jest podobny do wczorajszego. Nieprawdaż?

„Pan” zatrzymał się raptownie. Zdawał się być zagniewany.

— Podejdź, mała dziewczynko, musimy raz z tym skończyć — powiedział ponuro. — Mam zbyt wiele pracy, żeby zajmować się obserwowaniem pogody. Możesz być pewna, że nawet nie zwracam uwagi na to, czy słońce jest, czy go nie ma!

— Właśnie to zauważyłam i dlatego też mówię do pana o tym — zawołała Pollyanna rozpromieniona.

— Hm... co? Jak mówisz? — zapytał „Pan”, jakby zaczynając rozumieć, co do niego mówiono.

— Powtarzam, że mówię panu o tym dlatego, że pan sam nie widzi. Przypuszczam, że panu przyjemnie by było pomyśleć trochę o słońcu, ale pan wygląda tak, jakby nigdy tego nie robił.

— Jesteś bardzo dziwna... — nie dokończył i odszedł, ale po kilku krokach zawrócił i znów zbliżył się do Pollyanny.

— Czemu nie znajdziesz sobie dziecka w twoim wieku, by z nim rozmawiać?

— Chciałabym bardzo, lecz w sąsiedztwie nie ma nikogo. Zresztą nie martwię się tym. Nawet wolę czasem dorosłe osoby, bo się przyzwyczaiłam do pań z dobroczynności!

— Hm... Pań z dobroczynności! Czy czasem nie bierzesz mnie za jedną z nich?

„Pan” skrzywił usta, jakby się chciał zaśmiać, lecz zaraz się powstrzymał.

Za to Pollyanna wybuchnęła szczerym śmiechem.

— O nie! Pan nie jest podobny do żadnej z tych pań! I nie dlatego, aby pan był mniej dobry niż one! Jestem przekonana, że pan jest znacznie lepszy, niż się wydaje.

Po tych słowach „Pan” zdawał się być mocno zmieszany i odszedł, nic nie odpowiedziawszy.

Gdy w parę dni potem znów go spotkała, spojrzał na nią z uśmiechem ironicznym.

— Dzień dobry! — zwrócił się do niej. — Czy będziesz zadowolona, gdy ci powiem, iż wiem, że słońce dziś świeci?!

— O, nie potrzebuje mi pan tego mówić — odpowiedziała rozpromieniona Pollyanna — zauważyłam to w chwili, gdy pana zobaczyłam!

— Jak to?

— A tak, proszę pana. Widziałam to w pana spojrzeniu, w pana uśmiechu.

— Hm... — mruknął znów „Pan” i odszedł.

Od tego dnia jednak „Pan” zawsze pierwszy zaczynał rozmowę, chociaż czasem ograniczał się tylko do jednego „dzień dobry”. Ale i tych parę słów wystarczało, aby wywołać wybuch zdziwienia Nancy, gdy ta towarzyszyła pewnego razu Pollyannie w chwili, gdy „Pan” ją przywitał.

— O Boże! — zawołała — Pollyanno! Ten człowiek mówi do ciebie?

— Owszem! Teraz zawsze się ze mną wita — odpowiedziała, uśmiechając się, Pollyanna.

— Nadzwyczajne!

— A wiesz ty, kto to jest? — pytała dalej Nancy.

Pollyanna poruszyła przecząco główką.

— Przyznaję się, że nie znam jego nazwiska!

Nancy była wyraźnie wzburzona.

— Ależ dziecko, ten człowiek od dawna do nikogo nie mówi, chyba że ma do niego jakiś interes! Jest to John Pendleton. Mieszka samotnie w dużym domu, nie trzyma żadnej służby, stołuje się w restauracji. Znam kobietę, która sprząta mu mieszkanie. Opowiadała kiedyś, że ledwie otwiera usta, aby jej dać jakieś rozporządzenia. Zresztą chodzi mu głównie o to, aby wydać jak najmniej pieniędzy.

Pollyanna w tej chwili stanęła w obronie swego „Pana”.

— Gdy ktoś jest biedny — mówiła — powinien się starać, aby urządzać się jak najtaniej. Pamiętam, jak czasem, gdy nam brakło pieniędzy, jedliśmy z ojcem samą tylko fasolkę. A jednak cieszyliśmy się, że nam smakowała, chociaż obok nas ktoś zajadał indyka! Ciekawa jestem, czy pan Pendleton lubi fasolkę?

— Lubi czy nie lubi, to wszystko jedno — odparła Nancy. — Przede wszystkim powinnaś wiedzieć, że jest bardzo bogaty. Odziedziczył po ojcu ogromny spadek i jest bodajże najbogatszy w mieście. Mógłby śmiało żywić się samymi banknotami i wcale nie odczułby tego!

— Niby to można zjadać banknoty, nie zauważywszy tego przy łykaniu? — roześmiała się Pollyanna, która zrozumiała dosłownie przytoczone przez Nancy porównanie.

— Mówię, że jest tak bogaty, iż mógłby zjadać pieniądze! — odparła nieco zniecierpliwiona Nancy. — A oszczędza, bo jest skąpcem. Sknerą!

— Ach, nie! nie! Na pewno oszczędza dla kogoś! Już wiem! Pewnie daje dużo na tych nawróconych pogan! — zawołała Pollyanna. — Jak to ładnie z jego strony! Wyrzeka się wszystkiego dla innych! Ja to wiem! Ojciec często mi o takich ludziach mówił.

Nancy już otworzyła usta, aby powiedzieć Pollyannie, że się myli, lecz spojrzawszy na rozpromienioną twarzyczkę dziewczynki, zatrzymała się. Po co jej robić przykrość?

— Hm... jednak to dziwne, że on z tobą rozmawia. W ogóle nie mówi z nikim bez wyraźnej potrzeby. Niektórzy nazywają go wariatem, inni człowiekiem złym, jeszcze inni zaś mówią, że stał się dziwakiem po jakimś ciężkim przejściu, które miał kiedyś w życiu! Jest on w ogóle bardzo tajemniczy. Czasami wyjeżdża i przez kilka lat podróżuje po Azji, Egipcie i Saharze.

— A więc jest na pewno misjonarzem! — wykrzyknęła radośnie Pollyanna.

Nancy roześmiała się.

— Tego nie powiedziałam. To tylko pewne, że gdy powraca, pisze książki, w których opisuje swoje podróże i odkrycia w dzikich krajach. Ale gdy jest tu, w kraju, wydaje zaledwie tyle, ile potrzeba na życie.

— Bo on na pewno oszczędza dla tych dzikich pogan — upierała się Pollyanna. — W każdym razie to dziwny człowiek! I jestem bardzo zadowolona, że mówi ze mną.