tłum. Władysław Juszkiewicz

Rozdział IX. Niespodzianka pani Snow

Gdy Pollyanna po upływie kilku dni odwiedziła powtórnie panią Snow, zastała ją leżącą jak poprzednio w ciemnym pokoju.

— To ta mała dziewczynka od panny Harrington, mamusiu — oznajmiła cichym głosem jej córka, Milly.

Pollyanna zbliżyła się do chorej.

— Ach, to ty — odezwał się zniecierpliwiony głos z łóżka. — Pamiętam cię! Zresztą mam wrażenie, że kto cię raz zobaczy, nie zapomni cię. Pragnęłam bardzo, byś przyszła wczoraj. Byłaś mi potrzebna!

— Naprawdę? Cieszę się, że pani czekała na mnie tylko od wczoraj do dziś — odpowiedziała wesoło Pollyanna, stawiając na krzesło koszyczek.

— Boże, jak tu ciemno! — dodała, idąc do okna, aby podnieść zasłonę. — Chciałabym zobaczyć, czy pani się czesze tak, jak pani pokazałam. O, widzę, że nie! Ale to nic nie szkodzi! Przynajmniej będę mogła znów panią uczesać! Ale to potem, a teraz pokażę, co pani dziś przyniosłam!

Chora poruszyła się niespokojnie na łóżku.

— Jak by to, co mi pokażesz, mogło wpłynąć na zmianę mego gustu — powiedziała niechętnie.

— Ale niech pani zgadnie! Na co ma pani dziś chęć? — szczebiotała rozpromieniona Pollyanna, biorąc do ręki koszyk.

Chora zmarszczyła brwi i milczała przez chwilę. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ponieważ była przyzwyczajona chcieć zawsze tego, czego nie miała, a nie wiedziała, co jest w koszyczku, była trochę zakłopotana.

— Jest tam pewnie rosół — powiedziała wymijająco.

— Właśnie go przyniosłam — odpowiedziała Pollyanna.

— Ale to nie jest to, na co dziś miałam ochotę — westchnęła teraz chora — dziś zjadłabym chętnie kawałek kurczęcia!

— Przyniosłam i kurczę! — zawołała wesoło Pollyanna.

Pani Snow podniosła się na łóżku bardzo zdziwiona.

— Jak to? Przyniosłaś i rosół, i kurczę? — zapytała.

— Nawet i galaretkę z nóżek cielęcych — odpowiedziała Pollyanna z dumą, zadowolona ze swej pomysłowości. — Chciałam, żeby pani wreszcie miała to, co zechce. Oczywiście, wszystkiego jest po trochu, ale jest. Chciała pani kurczę: jest. Naturalnie, idąc do pani, bałam się okropnie, że pani właśnie dziś będzie miała chęć na pasztet lub potrawkę, a tego nie miałam ze sobą. Ale, chwała Bogu, wszystko poszło dobrze!

Mówiąc to, Pollyanna wyjęła z koszyka trzy małe salaterki.

Chora zaś tak była zaskoczona tym wszystkim, że słowa nie mogła wymówić.

— Zostawiam to wszystko — powiedziała Pollyanna, stawiając salaterki na stół. — A teraz chciałabym się dowiedzieć, jak się pani miewa? — dodała grzecznie.

— Dziękuję, nie bardzo dobrze — odparła pani Snow, która zdążyła przez ten czas odzyskać swój zwykły nastrój niezadowolenia ze wszystkiego. — Nie mogłam zasnąć, gdyż Nelly Higgins, która mieszka za ścianą, zaczęła grać na fortepianie ćwiczenia i to wytrąciło mnie zupełnie ze snu. Jestem od tej muzyki na pół przytomna i nie wiem, co zrobię, jeśli to będzie trwało dłużej!

Pollyanna kiwnęła ze współczuciem główką.

— O, ja to rozumiem, proszę pani! To straszne! Pani White, jedna z pań z dobroczynności, przechodziła to samo. Z powodu silnego reumatyzmu zmuszona była dłuższy czas leżeć w łóżku, a ćwiczenia muzyczne sąsiadki za ścianą doprowadzały ją do rozpaczy... dopóki nie przyjechała do niej jej siostra.

— Cóż ta siostra pomogła? — zapytała z zaciekawieniem pani Snow.

— Pomogła, bo była zupełnie głucha.

— Nie rozumiem — przerwała pani Snow tonem nieco podrażnionym.

— Zaraz powiem. Otóż potem pani White cieszyła się, słysząc muzykę, że nie jest głucha, jak jej siostra. Bo, widzi pani, ja ją nauczyłam mojej gry!

— Jakiej gry?

Pollyanna klasnęła w rączki.

— Ach prawda, zapomniałam zupełnie! Przecież szukałam czegoś, z czego pani też mogłaby się cieszyć!

— Co chcesz przez to powiedzieć? — mówiła zniecierpliwiona i już wyraźnie podrażniona chora.

— Przecież obiecałam pani! Czyż pani nie pamięta, jak będąc u pani zeszłym razem, obiecałam wyszukać coś, z czego mogłaby pani być zadowolona, nawet leżąc przez cały dzień w łóżku?

— No, tak, przypominam sobie, ale nie myślałam, żeś mówiła to poważnie.

— Jak najpoważniej, proszę pani — odparła Pollyanna. — I znalazłam! Co prawda, było to niełatwe i muszę się przyznać, że przez długi czas nie przychodziło mi nic do głowy, lecz w końcu znalazłam!

— Hm... Ciekawa jestem, co to jest — rzekła pani Snow tonem niedowierzającym i trochę drwiącym.

Pollyanna chwileczkę milczała, a potem zaczęła uroczyście:

— Otóż myślę, że pani powinna cieszyć się z tego, że nie wszyscy zmuszeni są, tak jak pani, pozostawać w łóżku... bo... — dodała pośpiesznie, widząc rozgniewany wzrok pani Snow — ...wtedy i ja bym leżała i nie mogłabym przyjść do pani i przynieść jej smacznych rzeczy! A teraz nauczę panią tej gry!

I Pollyanna opowiedziała pani Snow o paczce misjonarskiej, o kulach i o lalce, której nie otrzymała.

Zaledwie skończyła opowiadanie, gdy we drzwiach stanęła Milly, oznajmiając, że panna Polly telefonowała, prosząc, żeby Pollyanna wracała, gdyż czeka na nią lekcja muzyki.

— Ha, trudno! — rzekła na to Pollyanna. — Skoro ciocia mnie wzywa, muszę iść, lecz jestem zadowolona, że choć tyle czasu mogłam być z panią! Nieprawdaż, proszę pani?

Odpowiedzi nie było, lecz Milly, która w tej chwili podeszła do matki, zauważyła dwie duże łzy ściekające po policzkach chorej.

— Do widzenia — wołała Pollyanna, już zbliżając się do drzwi. — Przykro mi bardzo, że dziś nie uczesałam pani, ale cieszę się, że będę mogła to zrobić następnym razem! Do widzenia!

*

Tak spędzała czas Pollyanna, radosna zawsze i wesoła, nie szczędząc ciotce swych zachwytów nad wszystkim, zapewniając często, że się ogromnie cieszy, iż mieszka u niej.

— Wszystko to bardzo pięknie, Pollyanno — odpowiadała zazwyczaj na te wyznania panna Polly tonem oschłym i znudzonym. — Cieszy mnie wielce, że ci tak przyjemnie u mnie, lecz chciałabym, żeby ten czas był dla ciebie również pożyteczny. Bo gdyby tak nie było, nie spełniłabym swego obowiązku wobec ciebie.

Pollyanna zwykle odpowiadała na to serdecznie, co zawsze zupełnie rozbrajało pannę Polly.

Pewnego razu jednak, podczas jednej z lekcji szycia, których panna Polly udzielała siostrzeniczce osobiście, Pollyanna wszczęła na ten temat rozmowę:

— Więc ciocia powiada, że nie wystarcza, jeśli spędzone dni są tylko radosne? — zapytała.

— Naturalnie, że nie. Muszą być i pożyteczne — odparła panna Polly.

— Jak mam to rozumieć? — pytała dalej Pollyanna.

— To znaczy, że każdy spędzony dzień musi być z pewną dla ciebie korzyścią. Co za dziwne z ciebie dziecko! — dodała ciotka.

— A więc to, co przyjemne, nie zawsze jest korzystne?

— Pewnie, że nie.

— Ach, jaka szkoda! — zawołała Pollyanna ze szczerym zmartwieniem w głosie. — Wobec tego ciocia nie mogłaby bawić się w tę grę!

— W jaką grę?

— Tę, co ojciec...

Lecz w tej chwili przykryła paluszkami usteczka i bojaźliwie spojrzała na ciotkę.

Panna Polly zmarszczyła brwi.

— Na dziś wystarczy — odpowiedziała szorstko. — Lekcja szycia skończona!

Tego dnia po południu, wychodząc ze swego pokoiku, Pollyanna spotkała ciotkę idącą na strych.

— Ach, ciociu, jaka ciocia dobra! Ciocia przychodzi pewnie mnie odwiedzić! Boże, jak się cieszę! Ja tak lubię, gdy ktoś do mnie przychodzi — mówiła, otwierając szeroko drzwi swego pokoiku.

Co prawda, panna Polly wcale nie miała zamiaru odwiedzać Pollyanny. Szła na strych, aby wydostać z szafy biały wełniany szal, lecz zamiast tego znalazła się w pokoiku siostrzenicy. Nie był to od przyjazdu Pollyanny pierwszy wypadek, że panna Polly nieoczekiwanie robiła coś wręcz przeciwnego swym zamiarom.

— To takie miłe, gdy ktoś nas odwiedza, — mówiła Pollyanna, podsuwając ciotce krzesło gestem takim, jak gdyby ofiarowywała gościnę przynajmniej w jakimś pałacu — zwłaszcza, gdy się posiada swój własny pokój! Co prawda, przedtem też miałam oddzielny pokoik, ale był wynajęty, a to nie jest tak przyjemnie, jak posiadać własny! Wszak to jest mój pokoik, ciociu?

— No tak, twój, Pollyanno — zgodziła się panna Polly, dziwiąc się w duszy samej sobie, że jeszcze tu siedzi i nie poszła po szal.

— Bardzo lubię ten pokoik, chociaż nie ma w nim ani dywanów, ani firanek, ani obrazów...

Pollyanna chciała jeszcze coś mówić, gdy wtem panna Polly przerwała szorstko:

— Pollyanno! Co chcesz przez to powiedzieć?

— Nic, ciociu — odpowiedziała, rumieniąc się, Pollyanna — naprawdę nic!

— Skoro jednak zaczęłaś, proszę dokończyć! — nakazującym tonem rzekła ciotka.

— Chciałam tylko powiedzieć — mówiła mocno zażenowana Pollyanna — że kiedyś marzyłam o dywanach, o koronkowych firankach, ale naturalnie...

— Marzyłaś o dywanach i o firankach? — przerwała panna Polly.

Pollyanna zaczerwieniła się jeszcze bardziej.

— Ja wiem... nie powinnam była tego robić — mówiła, jakby usprawiedliwiając się. — Zaraz cioci wytłumaczę... To może dlatego, że tak pragnęłam to mieć, a nigdy nie miałam... Pewnego razu przyszły w paczce misjonarskiej dwa małe dywaniki przed łóżko, ale jeden był zaplamiony atramentem, a drugi cały dziurawy... Następnie dwa obrazy... Jeden sprzedano, bo był dobry, drugi zaś był poszarpany i miał ramy strzaskane... A potem, gdy przyjechałam tu i zobaczyłam te śliczne pokoje, to... to... Ale naprawdę, ciociu, to trwało niedługo, bo przecież ten prześliczny widok z okna wart jest więcej niż wszystkie obrazy, a ciocia była przecież tak dobra dla mnie...

Panna Polly nagle zerwała się z krzesła. Na twarz jej wystąpiły mocne rumieńce.

— Wystarczy, Pollyanno — rzekła zduszonym głosem — powiedziałaś dosyć!

W parę godzin po tej rozmowie panna Polly mówiła do Nancy:

— Dziś jeszcze przeniesiesz wszystkie rzeszy Pollyanny do pokoju na pierwszym piętrze, który się mieści pod jej obecnym. Postanowiłam chwilowo umieścić moją siostrzenicę bliżej siebie.

— Słucham pani — odpowiedziała służbiście Nancy.

„Co za cud!” — dodała w duszy, a za chwilę radośnie oznajmiała Pollyannie:

— Czy wiesz, maleńka, że dziś będziesz spała w pokoju, który się mieści na pierwszym piętrze, pod tym, który zajmujesz obecnie?

Pollyanna pobladła ze wzruszenia.

— Co ty mówisz, Nancy? To niemożliwe! To nie może być prawda!

— Właśnie, że prawda — odpowiedziała Nancy triumfalnie — kazano mi przenieść wszystkie twoje rzeczy o piętro niżej i robię to na wszelki wypadek jak najprędzej, aby czasem nie zaszła jakaś zmiana w postanowieniu.

Pollyanna już nie słuchała. Przeskakując po dwa stopnie naraz, zbiegła schodami na dół, a dwoje z hukiem zatrzaśniętych drzwi i przewrócone krzesło świadczyły wymownie o pośpiechu, z jakim szukała swej ciotki.

— Ciociu! Kochana ciociu! Czy to możliwe, że ciocia daje mi ten pokój, w którym jest wszystko: dywany, firanki i trzy obrazy, nie licząc cudnego widoku z okna, gdyż wychodzi ono na tę samą stronę, co i okna pokoiku na poddaszu! O ciociu!

— Pollyanno — przerwała panna Polly — cieszy mnie, że jesteś zadowolona z tej zmiany, a ponieważ lubisz ładne rzeczy, przypuszczam, że potrafisz odpowiednio się z nimi obchodzić. Oto wszystko! A teraz podnieś i postaw na miejsce krzesło. Poza tym w ciągu pół minuty dwa razy trzasnęłaś drzwiami.

Panna Polly mówiła tonem surowym, bardziej może surowym niż zwykle, gdyż coś ściskało ją za gardło i bała się, że się rozpłacze. A to się u niej nie zdarzyło już dawno.

Pollyanna podniosła krzesło.

— Ja wiem, ciociu, że dwa razy trzasnęłam drzwiami, ale ciocia rozumie przecież, że ja dopiero przed chwilą dowiedziałam się, że otrzymuję ten pokoik i jestem pewna, że ciocia, będąc na moim miejscu, zrobiłaby to samo!

Pollyanna przez chwilę przyglądała się ciotce z zaciekawieniem.

— A czy cioci nigdy się nie zdarzy trzasnąć drzwiami? — zapytała.

— Naturalnie, że nie — odpowiedziała panna Polly tonem nieco urażonym.

— To bardzo źle!

— Źle? — ze zdumieniem powtórzyła panna Polly.

— Pewnie, że źle! I to właśnie mnie martwi. Bo gdyby ciocia miała okazję trzasnąć drzwiami, zrobiłaby to na pewno, ponieważ robi się to mimo woli. Jeśli zaś okazji tej nie było, to znaczy, że cioci nic w życiu nie spotkało takiego, co mogłoby ją uszczęśliwić lub sprawić chwilowo dużą radość!

— Pollyanno! — zawołała ciotka.

Lecz Pollyanny już nie było, a zatrzaśnięte z hukiem drzwi wiodące na strych mówiły same za nią. Pollyanna pobiegła na górę pomagać Nancy znosić rzeczy.

Panna Polly, pozostawszy sama w salonie, była zmieszana, ale jednocześnie czuła dziwne ciepło w okolicy serca i musiała przyznać, że jest bardzo zadowolona, chociaż dokładnie nie wiedziała z czego.