Już Wewel dał znać o nich, bo sam ich kałauzem;
Już ich Turcy z niezmiernym czekają aplauzem.
Co żywo się na wozy i na budy wspina;
Ciągnie szyje, gdy o nich gruchnęła nowina;
Straże nawet przyległe, co trzymały wzgórki,
Wyrzucały zawoje z krzykiem na powtórki,
Czując czas niedaleki szczęsnego powrotu
W miły dom z bud niewczesnych, z zimnego namiotu.
Jakoż już i do rozmów z naszymi opłaźnie
Darli się, czego hetman zakazał wyraźnie.
Już w obóz wjeżdżać mają posłowie, gdy z czoła
Sto czauszów ich potyka i ledwie im zdoła
Witać ręka; w poczesne wszyscy, wszyscy, brody
Przybrani; by tak w rozum, maluj wojewody!
Wszyscy od złotogłowu i wyboru koni,
Od rzędów i w kamienie usadzonych broni.
Tym żurawie, tym forgi trzęsie Zefir sępie,
Toż dziełami i laty starszy w ich zastępie,
Pociągnąwszy do łęku siwej brody czopem:
«Z tym, o mężowie, który widzicie, pochopem
Wezyrowej ochoty, w wczesną — rzecze — chwilę,
Pod jego wjedźcie namiot; ani was omylę,
Że przygasiwszy w sercu zapał wojny przeszłéj,
Według waszej was będzie Dilawer podeszły
Traktował dostojności; co i w tym tłumaczy,
Gdy nas sług najprzedniejszych swego pana znaczy
Do pokazania drogi, gdzie was, niedaleka
Cesarskiego dywanu, wczesna szopa czeka».
Krótkimi Żorawiński odpowie mu słowy:
«Nie wątpimy o chęci najmniej wezyrowéj,
Ileśmy z listu jego mogli się doczytać,
Że jak nas wezwać raczył, tak raczy przywitać.
Wdzięczność płacić wdzięcznością gotowiśmy i my,
Teraz was w kompaniej już z sobą prosimy».
Toż się nazad obrócą Turcy w kawalkacie,
Przez tamte posłów naszych prowadząc połacie,
Gdzie wszytkiej stek starszyny i dziwnej splendece
W dalekie strony słońce złote blaski miece.
Ale ani uważać wszytkiego się dało,
Przez taką szczupłość czasu, ani się też zdało,
Bo i nam złoto nie dziw, i we wzorki babie
Układane pod cerkiel barwiste jedwabie;
Ani pychy głupiemu dodawać się godzi,
Ale jakoby rzekli: i nam się to rodzi.
Tak wspaniało jechali naszy, jakby rzekli:
Wkrótce byśmy was i z tych pałaców wywlekli,
Których jeśli te gałki i złocone żerdzi
Albo strzępki nikczemne i mdłe pierze twierdzi,
Szabla tym wszytkim władnie; za żelazem chodzi
Złoto; w polu wygrana te owoce rodzi.
W którym zastępie skoro dojechali szumnéj
Szopy, na cztery piękne dźwignionej kolumny,
Zsiędą z koni i jeszcze z podróżnych się prochów
Nie otrą, kilkadziesiąt kiedy ich Wołochów
Z kredencem hospodarskim życzliwie powita,
Upewniając, że spiża dojdzie ich sowita
I dla sług, i dla koni, ani trzeba strawy
Szukać zinąd, póki Bóg swojej przez nich sprawy
Nie skończy i, śmiertelne schowawszy oręże,
Serc na się zajuszonych pokojem nie sprzęże.
To mówili, a łzy im podchodziły oczy:
Bo ich samych tak strasznej wojny ciężar tłoczy.
Tu dziękują posłowie i acz onej chęci
Hospodarskiej wdzięczni są: «Niech się nikt nie smęci
Nas; dobry Bóg, dobry i król pan nasz — rzeką,
Tedy się głodu pod ich nie boim opieką».
Więc Trzelatkowski, starszy Sieniawskiego dworu,
Który swoim do tego rozumem honoru
Przyszedł, że do sekretów legacyi onéj
Z Szembekiem był i z Szołdrskim wespół przypuszczony,
Pójdzie do hospodara z wzajemnym od posłów
Kontestem ich przyjaźni i wnet to kilką słów
Odprawiwszy, powraca: że pełen ochoty
Pod swoimi ich czeka hospodar namioty.
W tym tylko trochę było wątpliwości skrytej,
Jeśli nie z dyshonorem Rzeczypospolitej,
Że Raduł nie uprzedzi, że do nich nie spieszy.
Ale kiedy żaden człek ludzkością nie grzeszy,
Nie zdało się z pierwoci swarów jakich wszczynać,
I owszem, większą zgodę od mniejszej zaczynać.
Toż wszelakie na stronę puściwszy dysputy,
Pójdą, kędy ich Raduł, znaczniejszą osuty
Zgrają swych dygnitarzów, przed namiotem czeka,
I ujźrawszy ku sobie idących z daleka,
Pomknie chyżego kroku; toż jako się zręczą,
Mile się obłapieniem wzajemnym przywdzięczą.
Prosi w namiot hospodar, gdzie mówiwszy mało,
Wszyscy na dwór wychodzą; dwu tylko zostało
Przy nim: jego logofet z drugim katerdziejem,
Banem karaleweńskim, który przywilejem
Honor dany osobnym, nie od hospodara,
Lecz razem z hospodarskim od wielkiego cara.
Tu Raduł swą życzliwość i afekt niezmierny
Przeciwko nam wyświadczy w przemowie obszernéj:
Jako szczerze, jako się ochotnie w to włoży,
Że pokój, nad który nic nie szacujem drożej,
Między nami a Turki skojarzy; lecz zwłoki
Nie życzy, owszem radzi zawierać go w skoki,
Póki się ten kuropłoch nie rozmyśli znowu,
Ani w nim gniew pierwszego nie wzruszy narowu;
Prędki jest do odmiany, prędki do kolery.
Łacno było wyczytać z Radułowej cery,
Że chciał szczerym o pokój nasz chodzić staraniem,
Jako ten, co mu więcej należało na niém,
Bowiem mający w domu strasznej wojny zapał,
I skarbów, których przez wiek tak długi nałapał,
I, w którym inszych podsiadł, panowania trochy
Najmniejszej nie był pewien nad swymi Wołochy.
Wszytko to pod pretekstem chrześcijańskiej wiary
Ukrywszy, obiecuje bez końca, bez miary,
Kołacąc w piersi dłonią po szedziwej brodzie,
Służyć nam w tym wedle swej możności zawodzie.
I upewni, sami-li nie będziemy przeczyć,
Że może wszytkie wzajem urazy poleczyć;
Między Turki a nami na tym będzie cały,
Byleśmy rzeczy drogo nie trzymali małéj,
A pokój nade wszytko kochali i zdrowie.
Na które mu ofiary tak krótko posłowie:
«Z tem-eśmy z swych namiotów wyjechali i z tém
Tuśmy stanęli, twoim upewnieni listem,
Że nam, jako wyznawca Chrystusowej wiary,
Z każdej raczysz dopomóc w tym terminie miary,
Aby wprzód boża chwała i jego kościoły,
Które nad zdrowie, szczęście i wszytkie żywioły
Więcej sobie cenimy, zostawały cało;
Toż sława, o którą się tyle krwie rozlało,
Którą po Bogu liczym, a raczej umierać
Dziś, dziś wszyscy wolimy, niźli tej nadterać.
Wiesz, cośmy krwie stoczyli, co zgubili braci
W Wołoszech, że w nich imię Chrystusowe płaci;
Dla was Potocki, dla was Żółkiewski umierał,
Żeby was obrzezaniec hardy nie pożerał;
Dla was, jeśli rozsądkiem pojmiecie to swoim,
I my po dziś dzień w polu Gradywowym stoim.
A że Bóg intencyje nasze zna, bogatéj
Od niego oczekujem przynamniej zapłaty.
Ochotę, z którą nam się raczysz prezentować,
Powinniśmy zawdzięczać, powinni wetować,
W czym od wodza naszego sygnetem zamknięty
Masz list (który wnet Szołdrski z rękawa wyjęty
Odda hospodarowi), a prosimy daléj,
Żebyśmy wezyrowi tę prezentowali
Przyjaźń, którąśmy pierwszy wezwani od niego,
I skłonną do pokoju chęć, przez Wewelego».
Z tym się wezmą posłowie do swego namiotu,
Gdzie pięćdziesiąt janczarów i z ciała obrotu,
I z szat świetnych ochotny Dilawer naznaczy,
Żeby wartę a oraz mieli posługaczy.
Ale Osmana morzy nadzieja zawzięta,
Ninacz nie dba na świecie, ninacz nie pamięta;
Już by sobie przegranej z nami życzył raczéj
Niż pokoju, do tej mu przychodzi rozpaczy,
Chociaż tak wiele razy od naszych ukaran.
Mów wilku pacierz! A on przecie: owca, baran,
Chce się bić do upaści i umierać, niżli
Traktować, a jako więc na jeżowy wyżli
Warczą łupież, jeśli ich nim kto na dwór kole,
Tak pakta, tak i temu Konstantynopole,
Gdzie go albo mierziony pokój albo zima
Przejętymi mrozami wyżga spod Chocima.
Toż ledwie, że się imie modre niebo żarzyć,
Każe do nas ze wszech stron z burzących dział parzyć,
Sam wywiódł wojsko w pole, sam go z góry pędzi,
Czy oszalał, czy się wściekł, tak woła, tak zrzędzi!
Chciałby na nas obalić lasy i werteby;
Tak nagle, tak gorąco szedł do tej potrzeby.
Jeszcze większa część naszych, wczorajszą wyprawą
Ubezpieczonych, spało i dopiero wrzawą
Głosów ludzkich, grzmotem dział, nawałnością koni
Obudzą się i porwą, jako oparzoni.
Zmyka straż Lubomirski, co dopiero w dniowym
Placu była stanęła, i pod Denoffowym
Beloardem osadzi przed broną załogę.
A tymczasem trębacze po obozie trwogę
Głoszą, grzmią kotły larmo; lecz wychodzić w pole
Ani wojska szykować sam czas nie wydole;
Ani miejsce po temu, bowiem Turcy chmurą
I góry, i co rówien zalegli pod górą;
Więc do wałów co żywo, co żywo z muszkiety
Do koszów między swe się bierze parapety,
Czekają, rychło na cel, gęstwą tak szkaradną,
Na działa i ich rury bisurmanie padną.
Ale ci, kiedy już-już trzeba było skoczyć,
Spuszczą z pierwszej ochoty i poczną się boczyć,
Hałła! hałła! więcej nic, chłysnąwszy po czarce
Masłoku, on swój impet obrócili w harce.
Naszy też kto na koniu, kto się czuł na sile,
Ochotnie im pomogą takiej krotofile,
Komu hetman pozwoli; tymczasem w majdanie
Konni, w szańcach piechota pogotowiu stanie.
Do nocy prawdę trwały harce i gonitwy,
Gdzie naszych kilka padło z Korony i z Litwy:
Tam Hryniecki dzirytem przez pancerne nity
W poły prawie, w skroń Morstyn z Cedrowskim przebity.
Tam Floryjan Pisarski odniósł w ręce prawej
Postrzał, w ramieniu Wężyk mężny z swej Widawy.
Tyle naszych przez zbroje, pancerze, missurki,
I rannych, i zabitych; pódźmyż między Turki,
Z których żaden niczym się nigdy nie zasłoni,
Żeby siebie i lotnych nie obciążyć koni,
Chynąć się jako trzcina po obudwu łęku;
We wszytkim biegu z ziemie wziąć dzidę do ręku,
W prawo, w lewo, jako broń nieprzyjaciel niesie,
Wypaść z siodła i zaś go w tymże osieść czesie:
To zbroja, to ich puklerz; lecz i na te kugle
Już naszy sposób mieli: przytrzymawszy cugle
Zamierzyć się, a skoro poganin, od strachu
Zmylił raz, powtórnego nie uszedł zamachu,
Albo na krzyżach, albo na grzywie u konia,
Ze łbem nadstawionego razem pozbył krztonia.
Sześćdziesiąt ich dziś padło, kilku żywcem wzięto;
Nierównie nastrzelano więcej i nacięto
Przedniego komunnika, gdyż na takie gony
Nie zejdzie się tylko mąż i żołnierz ćwiczony.
Znać było, choć się kryli, gdy samym wieczorem
Wracali do taboru imo namiot, w którym
Naszy stali posłowie, gdy łby, ręce, brzuchy
Uwijali w bawełnę i miękkie flejtuchy.
Trupów część na wozy, część na muły i osły
Nakładszy, w jeden parów rzucali zarosły;
Za których i po dziś dzień obłąkane dusze
Pełne ptaków, pełne psów i kotek fundusze.
O nieszczęsna jałmużna! Psy karmić i koty,
A człek więźniem od głodu zdycha i roboty!
Mrok padał, kiedy koniec onej był turniei,
Ani noc swojej zwykłej chybiła kolei,
A skoro na podniebne okolice padła,
Zwierz na paszą, ptastwo szło na wiadome siadła.
Co żywo śpi, jak zarżnął, prócz ten, co na straży
Z boku się na bok w siedle uprzykrzonym waży.
Czemuż nie spisz, Osmanie? Czy-ć nie miękkie pierze?
Czy cię nie wkoło strzegą życzliwi żołnierze?
Komu jaka z wieczora w głowę się myśl wplące,
Niechaj zboże pod wiatrem, niech rzeki płynące
Sobie imaginuje, wżdy nie będzie przy śnie,
Bo go barziej niż kamień pod bokami ciśnie.
I Osman, utraciwszy ludzi swych tak wiele,
Widzi, że mu się droga do Stambołu ściele;
Widzi, że, jak przyjechał, tak pojedzie z nizczym.
Ani my się tak prędko w obozie wyniszczym
Mniejszą kupą, jako on; na ostatek widzi,
Co się porwie, to podrwi i swym wojnę brzydzi.
Już dziś trzeba traktować albo z dalszym bojem
Odprawić komisarzów; między tym obojem
Gdy się sam w sobie miesza, rychło janczaragi
Wołać każe i to mu poda do uwagi:
«Wprzód nim przyjdzie do jakiej z nami transakcyjej,
Chcę jakie sprawić imię tej ekspedycyjej.
Aza słabszy Polacy w murach niźli w polu?
Wziąć im trzeba koniecznie Kamieniec w Podolu,
Smarowniej pójdą rzeczy i przyszłe traktaty».
Więc mieć każe do szturmu wszytkie aparaty:
«Ogniste naprzód kule, petardy, drabiny,
Możdżerze i granaty, murowe machiny.
Piechoty wszytkie pójdą, konnych sto tysięcy;
Wszak tu blisko, jeżeli trzeba, będzie więcej.
Choć ci wiem, że tam bez dział i tej armatury
Weźmiem miasto do razu, opanujem mury;
Bo giaurów weźmie strach nagły, niespodziany,
Przepadną w ziemię, albo zapomnią obrony;
Spuszczą czuby, zda mi się, i już tańszy będą
W traktatach i ci, gdy im tył Turcy osiędą,
Którzy z takim humorem, z takim do nas basem
Przyszli, jakby już mieli wygraną za pasem;
O haraczu nie wspomnią, o dani ni dudu,
I bać się, że przyjdziemy do takiego cudu,
Ze psi, niegodni kości u nóg moich głodać,
Będą nam śmieć pokoju kondycyje podać?
Ale skoro Kamieniec będą trzymać nasi,
Odtoczę im od czopa, zastąpię od spasi!»
Poświadczył z niesłychanym janczaraga gustem
I przysiągł na swą głowę, że to miasto pustem
Zastanie, i już prosi, żeby to miał fantem
Łaski pańskiej, zostawszy na nim komendantem.
Na wierze się życzliwej pewnie nie zawiedzie;
Polacy też, gdy w tyle będą mieć i w przedzie
Nieprzyjaciół, wżdy wiatrem nie będą żyć gołym.
Z tym odszedł zostawiwszy Osmana wesołym.
Jeszcze dzień był opodal, dopiero koguty
Pierwsze piały, gdy skorą nadzieją otruty
Zasnął Osman i zaraz przez sen mu się marzy,
A on sobie w Kamieńcu naszym gospodarzy,
Klucze od bron odbiera i one do władze,
Jako przyrzekł dopiero, zleca janczaradze.
O, nie jedenże człowiek śmiertelny na jawi,
Równie tak jako we śnie, z myślami pokawi!
Sen — mara wszytkie rzeczy, wszytkie ludzkie dzieje:
Bowiem skoro nam tylko trzeci kur zapieje,
Skoro przyjdzie umierać, a śmierć oczy przetrze,
Wszytkie myśli i nasze roboty na wietrze,
Jak ze snu głębokiego obaczymy we dnie.
Przebóg! Któż się nie zlęknie? Któż tam nie poblednie?
Gdy jako we zwierciedle przy grobowym progu
Razem się w długich godzin przejźry katalogu,
Próżność nad próżnościami, szczerą widząc próżność,
I, że sama na świecie płaciła pobożność!
Skoro spadną one mgły i blask sławy szumny,
Aż nie masz nic, aż nago wieziem się do trumny;
Jakośmy na świat wyszli, tak lężemy w grobie;
Biednej koszule sami nie weźmiemy sobie,
Jeśli jej kto po martwej nie powlecze biedrze;
Lecz i tę z nas robactwo za dni kilka zedrze.
Sławę, bogactwo, rozkosz, świeckie delicyje,
Lekki wiatr po znikomym powietrzu rozwije.
Gdy się znowu do ciała dusza będzie pytać
I odleżałe boki swoich kości chwytać
A człowiek pocznie takich snów uważać skutki,
Co mu znaczą, gdy straszne uderzą pobudki,
Gdzie już człowiek na wieki nie uśnie po trzecie,
To się wyśni każdemu, co marzył na świecie,
Pódźcież teraz, królowie, którym wieńce drogie.
Pódźcie, książęta, którym mitry czwororogie
Czoła toczą dostojne, i wy, co nad światem
Chrześcijańskim siedzicie z biskupim prymatem,
I wy, co nad duszami, i wy, co nad ciały
Ludzkimi berła macie albo pastorały;
Pódźcie, srodzy hetmani, którzy pełne grozy
Na krew, mord i głód ludzki toczycie obozy;
Z których ręku straszliwych okrutnej buławy
Wywrócone narody, ognie, gwałty, wrzawy
Niebiosa zagłuszają; pódźcie i wy, sędzie,
Kędy sprawiedliwości wasze sądzić będzie
Bóg, któremu nie trzeba świadków i przysięgi;
Obaczy wszytko z serca człowieczego księgi.
Wszyscy zgoła tam staniem, panowie i chudzi,
Gdzie nas do sądu trąba anielska obudzi.
Lecz niech się od Osmana pióro nie obłądza,
Który kiedy tak przez sen w Kamieńcu rozrządza,
Ocknie się i w namiecie obaczywszy słupy,
Nie wesół, jakoby mu psi pojedli krupy.
Więc się chyżo porwawszy z obłudnego łóżka,
Na poły z śmiechem rzecze: i to dobra wróżka!
Jeszcze świt był opodal, jeszcze złotorodej
Głowy Febus nie wyniósł z oceańskiej wody,
Jeszcze świecił pod ziemią, kędy antypodzi,
Naród człeczy, piętami w nasze pięty godzi;
(Oni nam, my się im też dziwujemy wzajem,
Jakim kształtem, jakim to dzieje się zwyczajem,
Że w niebo nie przepadną, gdy od ziemie wiszą,
O czym dziś siła naszy mędrekowie piszą,
Co głowa to inaczej, wszyscy, wszyscy różnie,
Że ziemię jak pieczenią obrócą na rożnie.
Słońce w mecie posadzą; lecz gdzież się doliczy
Rozum ludzki, sam mądry spraw Twych budowniczy?)
Jeszcze się, mówię, gwiazdy na swych sferach gniotły,
Gdy uderzyć pobudkę Osman każe w kotły;
Oraz baszę i wszytkie obwieszcza wezyry,
Ordom, na pewne miejsce zegnawszy jassyry,
Drogę sobie zajść każe, więc działa burzące
I potrzeby gotować szturmom należące.
Husseim i Dilawer z swym się komunnikiem
Ze zwykłym wieszać będą po górach okrzykiem,
Żeby zaś Lubomirski nie chciał zabiec wcześnie
Osmanowej radości, którą widział we śnie.
Co wszytko skoro wedle myśli swej obradzi,
Na ostatek swych wróżków do siebie sprowadzi,
Naprzód im sen, potem swą imprezę pokaże,
I o przyszłym sukcesie upewniać się każe.
«Nie czekaj — starszy z onych masłoczników prawi —
Że-ć przez nas co inszego Mahomet objawi;
Ten zdarzy, coć się śniło, żeć się i powiedzie,
I będziesz dziś w Kamieńcu pewnie na obiedzie;
Niskie nasze supliki i pokorne modły
Doszły go i niebiosa na koniec przebodły».
A tu Osman: «O moi kochani biskupi!
Prawdziwie-ć już drugi raz nie będę tak głupi,
Żebym tam sobie pewnie miał obiecać gościć,
Gdzie mnie nie zaproszono; dosyć już raz pościć
Na wasze upewnienie, jakom pod Chocimem
Ślubił, prócz żem giaurskim nasycony dymem;
Przeto się dziś bez swego nie puszczę kucharza».
Nie zawszeż się, nie zawsze taki bankiet zdarza,
Na który cię proszono, choć bębnią, choć trąbią:
Dopieroż nie chodź, kiedy na cię nie zarąbią;
Często nożem, na cudze umytym biskokty,
Chleba nie jadł pasorzyt i dłubał paznokty
Miasto zębów; nieraz spać bez wieczerzy chodził,
Gdy swojej nie gotując kto, na cudzą godził.
Na tych rozmowach, które poświadczają jedni,
Drudzy przeczą, czas trawił, aże się rozedni;
Zda mu się, że noc roście i każdego pyta,
Jeżeli się dzień robi? Jeżeli już świta?
W tym wszytkie topi zmysły, choć mógł jeszcze leżeć,
Żeby jako najrychlej Kamieniec ubieżeć.
A już też rzadkie i to wpoły przygaszonym
Światłem gwiazdy bleszczały po niebie przestronym,
Których złoty Lucifer, rozpuściwszy buje,
Rozstrzelane po sferze ogarki zajmuje;
Już nie ma zwyciężona noc władzy nad światem,
I Febe złotoroga kryje się przed bratem.
Już Hemu wysokiego, Tatr i przykrej Ety
Złotym słońce promieniem oświeciło grzbiety,
A na krzakach Idejskich, pełne rośnej wody,
Z daleka się dojźrałe rumienią jagody.
Wraca praca do ludzi i otwiera domy;
Murowane kominy kurzy Wulkan chromy;
Pasterz, swe trzody szronem w siwolite łąki
I przestrone obszary wegnawszy, dmie bąki,
Ciesząc się niesłychanie, kiedy mu po rosie
Jego dumy w odbitym echo wraca głosie;
Młody cielec gomołym łbem i karkiem ciska,
Ale wytchnieć mu kiedy pod jarzmem igrzyska;
Pasą matki zdojone, w należytej dani
Chcąc pełne mlekiem przynieść wymiona swej pani;
A zuchwały koziołek biega jako cyga,
Co wyborniejsze ziółka ząbkami przystrzyga;
Na co wilka z krzewiny patrząc oczy bolą,
Gdyby nie psi, już by mu zganił tę swawolą.
Słowik we dnie i w nocy przy strumieniu wodnym
Po swej duma czystości akcentem łagodnym,
Trzepie skrzydła zroszone i mech szary puszy,
Dokąd go ciepłym słońce promieniem osuszy.
Niedojźrany skowronek gdzieś aż pod obłokiem
Pieje i swe powtarza tirile powłokiem.
Błędnym żeglarz Eurom i niepewnej wodzie
Zdrowia i fortun wierzy; lecz kędyż przygodzie
Miejsca nie masz na świecie? I kogo zazionie
Wiecznym Neptun wyrokiem, na suszy utonie!
Oracz, wprzągszy do pługu pracowite cielce,
Znowu się długu wielkiej zwierza rodzicielce;
Albo widząc dojźrałe lny, trawy i ryże,
Częścią ją goli, częścią skubie, częścią strzyże.
Drugi, na podebranym brzegu wisząc śmiele,
Albo już jętą rybę prowadzi za skrzele,
Albo dający obrok swej myśliwej duszy,
Strzeże, rychło włosienia, rychło wędy ruszy.
Ten sobie dom buduje; groble sypie drugi
I w miejscu poniewolne zastanawia strugi,
Żeby mu obrotnymi wiecznie snuły koły
I ryby zawierały; teh osadza pszczoły,
Ten owce strzyże, inszy bujne szczepi sady
Albo wonne dziardyny albo winohrady;
Albo młode wałachy, albo spaśne woły
W nadzieję założonej szykuje stodoły.
Kto myśliwy, to w pole: krogulcem przepiórki,
Jastrząbem kuropatwy, a skoro kapturki
Zruci rarog, zająca zalatuje z góry;
Gęsi sokół i dzikie ugania kaczory.
Mają swoje zabawy i ptaszęta drobne,
Gdy kto przy pewnych wabiach miejsce ma sposobne:
Choć je siatką przyrywa, choć zbiera na lepie,
Kędy się barziej wikle, im się dłużej trzepie.
Kto zaś smak we psich gonach i swoje ma gusty,
Wywrze ze sfor ogary w najgęstsze zapusty,
Którzy pojętnym cuchem dotąd zwierza śledzą,
Że go na koniec w miejscu trafią i popędzą:
Toż straszny rozgardyjas, kiedy coraz klucze
Składa, a w szczwaczu serce z wielkiej się zatłucze
Chęci, gdy chciwe oczy wytrzeszczając czeka,
Rychło nań albo zając, albo sarna lekka,
Albo też lis rumiany, albo wilk ponury
Wypadnie; toż ze smyczy charty, jako z chmury
Piorun, zmyka, więc i sam szalenie na szkapie
Pędzi i często szyję łomie przy herapie,
Albo się cieszy, jeśli z kręconych konopi
Z wielkim tryumfem zwierza dobywają chłopi.
Owo wszelkie myślistwo na ziemi i wodzie
Ucieszy, kto go lubi, przy pięknej pogodzie.
Ma uczciwe rzemiosło z pożytkiem zabawy:
Przeklnie się furman w błocie, wżdy czasem ze strawy
I w złą się wlecze drogę, bo się barziej niczém
Nie cieszy, jako kiedy trzaska sobie biczem.
Drugi w księgach utonął i by go kto spytał:
Czego się też przez wiek swój tak długi doczytał?
Mniemam, że na odpowiedź myśliwszy ze trzy dni,
Rzekłby: że wszytko próżność! Snu i nocnej brydni
Rówien świat i to wszytko, cokolwiek na świecie.
Wszytko bywszy, nie będzie, bo śmierć wszytko zmiecie.
Igrzyskiem są przed Bogiem człowiecze obroty;
Same płużą, bo żyją i po śmierci, cnoty.
Robi, łowi, kupuje, szuka, wydrze, kradnie
Każdy człowiek na świecie, aż go śmierć zapadnie;
I póki tylko żyje, póki tylko ziewa,
Zawrze albo się boi, albo się spodziewa.
Srogim zaś szturmem, srogą nawałnością bite,
Trwożliwa bojaźń jako nadzieje niesyte
Za różną łakomego idąc serca żądzą,
Po królewskich pałacach i ratuszach błądzą.
Ten twardych drzwi pilnując i portyry głuchej,
Niespane nocy trawi, dni głodne; już w kruchej
Cegle wystał, jakoby za pokutę, dołek,
Żeby go przecie kiedy nie minął on stołek.
Pragnie złota łakomy i bogactwy między
W niedostatku wyżywszy wiek, umiera w nędzy,
Żeby spełna doroczna lichwa doszła skrzynki;
Gdy drudzy jedli, pili, on połykał ślinki.
Nie mógł na twardej ręce jego wykołatać
Wstyd i zimno żeby był suknią dał załatać.
Ten płochego pospólstwa faworem odęty,
W niebo pluje i stawia z tablatury pięty.
Drugi karmi i poi, trąbi, bębni, skrzypie,
Wioskę przeda ojcowską, a pieniądze sypie;
Nie wie tego, że jako wicher niewidomy
Porwawszy na powietrze leda wiecheć słomy,
Nie tylko razem puści, lecz tymże zawodem
W błoto wmiece i lada opaskudzi smrodem.
Póki psu chleba dajesz, tobą się opieka;
Przestaniesz? Da kto więcej? Kąsa cię i szczeka;
Dopieroż gdy mu język zazdrości wścieklina
Odbierze, co do gęby przyniesie mu ślina,
Wszędzie żuje o tobie za twoje wygody;
W łyżce-by cię, gdyby mógł, rad utopił wody.
Ten ci statek pospólstwa i kuflowa łaska,
Jeśli nie lejesz, zaraz idzie do dyjaska.
Ów językiem wykrętnym i goli, i strzyże,
Kogo rano ukąsił, wieczór go zaś liże.
Nieprzyjaciel mej sprawie, przyjaciel osobie,
Niech go kat i z przyjaźnią taką weźmie sobie!
Ratusze mu warstatem: tam, jako na targi
Szewcy buty, przedajne i on niesie wargi,
Jako różą na oset, tak wzajem gotowy
W oset przetworzyć różą wykrętnymi słowy.
Krwią tchnie nasz Osman i choć orlim spadał lotem,
Jednako swym i cudzym pogardza żywotem;
Nie może się ukoić, choć fortuna przeczy,
I tylko naszą zgubą serce swe poleczy;
Już sto stracił tysięcy pod Chocimem ludzi;
Wżdy w nim dotąd gorliwej żądze nie wystudzi
Uroszczona nadzieja, że po piersi aże
We krwi naszej jego się arabczyk umaże.
Nazbyt-eś, Herkulesie, nazbyt śmiały, wierę,
Gdy się kwapisz piekielną nawiedzić Megierę,
Ślepyś, że nas i śpiących, i czujących do niéj
Każdy dzień i godzina i minuta goni?
Strasznym pędem lecimy w otchłań śmierci srogiéj,
Jeszcze głupi szukamy prostszej do niej drogi!
Nie rwi się, będziesz tam wczas, zajedziesz i szłapią,
Kędy szaleni cwałem do zginienia kwapią.
Niechajże drugich sława po kończynach świata,
Po narodach, po miastach, po powietrzu lata;
Niech morze krwią rumieni; niechaj z ludzkich trupów
Równe sypie mogiły Alcydowych słupów;
Niech mu zamki i boskie stawiają kościoły;
Niechaj szczerozłotymi wyniesiony koły
Czterma się królmi wozi z hardym Sezostrytem;
Niechaj z Midą szaleje złota niedosytem;
Niechaj igra fortuną z Polikratem samém;
Niech mu się zapaszystym stół poci balsamem;
Niech pije z Antyochem; niech niewieściuszeje
Z Sardanapalem; niechaj z Neronem krew leje —
Mnie w odległym ustroniu szpłacheć mej ojczyzny
Niechaj zmarsku i późnej domieści siwizny;
Niechaj, żywszy dalekim świata tego burze,
Na tym tylko przestając, co dosyć naturze,
Lubym wczasem, bez potu, bez prace, okryty,
Swobodnych dni i wieku tutecznego syty,
Płynę do kresu, gdzie się kończą lata człecze!
Niech mnie z nich wyprowadzi śmierć, a nie wywlecze
Starego ziemianina, co dosyć ma na tem,
Że się sam zna, z obłudnym choć się nie zna światem;
Który dosyć wysoko swą fortunę ceni,
Gdy ani upaść może, ani się odmieni;
Cnotą zaś, co i w grobie nie boi się straty,
Wszytkie takie na świecie przeniósł fortunaty!
Tedy skoro świat słońce oświeci wesoły,
Zaprzągają w armaty po stu par bawoły:
Rug i zgrzyt ciężkich wozów; pod swymi się znaki
Walą pułki w Podole, a tu na Polaki
Husseim i Dilawer drugą stroną ciągną
I komunnikiem góry zwyczajne osiągną.
Nowe Lubomirskiemu w głowę wpadły kliny,
Poco-li Osmanowi takie przenosiny?
Co za dalsza impreza i na jakim gruncie?
Czy się kędy o naszym dowiedział Zygmuncie,
I drogę mu zachodzi i zbije go z toru,
Gdy na niegotowego wpadnie z Niedoboru.
Języka dotąd nie ma, żeby się mógł sprawić,
Więc się każe ochoczym dla niego wyprawić.
Sunie się zatem w pole rzeźwej młodzi grono
I lekkim naprzód harcem podemknie pod ono
Straszne mnóstwo pogaństwa; dopieroż kiedy ci
Swych się dzierżąc bonczuków stoją jako wryci,
Jako pczoły, jeśli je deszcz porany zrosi,
Wszytkie leżą na ulu, żadna się nie wznosi
Tak choć ledwie nie plują naszy Turkom w oczy,
Żaden się nie śmie ruszyć, żaden nie wykroczy.
Wspomni, muzo! kto-li się pierwszy o tę ścianę
Uderzy; imię jego nie ma być milczane.
Jan Lipski, stary rotmistrz usarskiej drużyny,
Czteroma dorodnymi otoczony syny,
Czterech miał, czterech w regiestr swej chorągwie pisze,
Przybrawszy dla Ojczyzny dzieci w towarzysze.
Precz tarcze, precz kirysy, precz stalone nity,
Kogo Bóg tak mocnemi opatrzy zaszczyty!
Nie mają tyla strzały w męskich rękach grozy,
Że z królem świętym rzekę, i kosami wozy
Tknione, ile cnotliwych przy rodzicu synów
Piersi, podczas najgorszych na świecie terminów.
Czas odmienia przyjaciół i fortuna mylna,
Twoja krew, ojcze, z tobą nigdy nierozdzielna.
Niech kto każe na skarby, sługi, mury; każ ty
Na swe dzieci: to skarby, to ludzie, to baszty!
Ten tedy widząc, że tchórz poganów obleci,
Tak rzecze, do miłych się obróciwszy dzieci;
«Pięćdziesiąt lat bez mała, moja droga młodzi!
Jakom twardego Marsa służbę wziął, dochodzi;
Jako krew hustem leję za miłą Ojczyznę,
Że mi już żadnej rany, chyba by przez bliznę,
Ani szabla turecka ani szwedzka kula,
Łuk tatarski i oszczep grubego Moskula
(Z tym się pochwalić mogę przed wszytkimi śmiele),
Z przodu zadać nie może na skrzywionym ciele.
To herby, to są moje Śreniawy rumiane,
Z tymi z grobu na trąbę archangelską wstanę,
W on popis generalny i da mi wódz święty
Niebieski indygenat za takie prezenty,
Że sławy, która i tu będzie żyła po mnie
W piersiach ludzi cnotliwych na ziemi, nie wspomnię,
Dla której, gdy się nie mógł inszym kształtem na nię
Zdobyć, spalił ktoś kościół w Efezie Dianie;
A gdy i sam odważnie w onym ogniu gorzał,
Dla wiecznej imię swoje pamięci powtorzał,
Chociaż się był tamten świat sprzysiągł na to, żeby
Z imieniem w tym popiele wieczne miał pogrzeby.
I mnie aż do dzisiadnia ten nagrobek czekał:
Tu Jan Lipski umierał, a nie: stąd uciekał.
Nie to żywot, sto lat żyć, sto lat w ziemi gmerać,
Myśląc tylko, żeby jak najpóźniej umierać,
Zniknąć potem na wieki, w ziemię się zagrzebszy;
Jeden dzień, jeden sercu wspaniałemu lepszy,
Co mu tysiąc lat da żyć na ziemi a w niebie
Szczęśliwe, nieprzeżyte wieki po pogrzebie.
Miejcież to dziś ode mnie, moje lube dzieci!
Że jako w lichwie nigdy nie dziedziczy trzeci,
Jako zawsze przed słońcem jasna chodzi zorza,
Jako wilk na barana, tak śmierć mrze na tchórza;
Namaca go w tysiącu, dosięże go w murze,
Niech we dzwonie, w żelaznej niech chodzi delurze.
Serce śmiałe a bystrej natarczywość ręki,
Jako topór zawiłe w dębie mija sęki.
Dzisiejszy dzień, synowie! moje krwawe prace
Skończy albo ozdobi; wszyscyć swoje place
Załężem, które nam raz śmiertelnej natury
Różnym różnie w pieluchach wymierzyły sznury:
Bo jedna tylko na świat ciasna forta człeku,
Tysiąc z świata przestronych; mnie umrzeć na łęku
Milej niźli na łożu i com szablą robił,
Słuszna, żebym to dzisia szablą przyozdobił.
Wam przykład zostawuję, drogą miłość z sobą:
Bo jakoście pod jedną leżeli wątrobą,
Tak żyjcie i na ziemi, a jednością waszą
Dobrzy się uweselą, niedobrzy ustraszą!
Jeszcze dobrze słów onych nie dokończył dźwięku,
A już pałasz śmiertelny błyśnie mu się w ręku;
Toż co lepszych kilkuset przybrawszy do sfory,
Jako lew w kupę żubrów na długie przemory,
Jako jastrząb w stado wron, i on tak ochoczy
Na lewe tureckiego szyku skrzydło skoczy,
I baszy, co na tamtym rozkazował skrzydle,
Przy samych łeb ramionach utnie, jak po mydle.
Spadł bonczuk chorążemu, przycięty u ręku;
Wypadł i sam, przez piersi pchnięty sztychem, z łęku;
A im byli poganie na jego odwagi
Niegotowszy, tym brali przystojniejsze plagi.
Kiedy tak wszyscy mężnie przy swym pułkowniku
Rzezą Turki na pował, żaden o języku
Nie wspomni, aż Hieronim, syn jego najstarszy,
Podufałego konia ostrogami zwarszy,
Który mu się z urody uda i kibici,
Z obudwu rącz Turczyna za piersi uchwyci,
A kiedy na powodzie nie chce iść i zrzędzi,
Piotr go młodszy obuchem za plecy popędzi.
Toż go co w koniech skoku, z przetarganą brodą,
Prosto ku obozowi do hetmana wiodą.
Ale i tu się mało Lubomirski sprawił,
Bo imprezy nikomu Osman nie objawił.
Drudzy dwaj przy rodzicu i z prawa, i z lewa
Jako baszty, jako dwa nieułomne drzewa,
Rum sobie szablą czyniąc, następują śmiele,
Kędy się im do wiecznej sławy droga ściele.
Już się Turcy postrzegli, co dotąd jak niemi
Stali, skoro swych tysiąc obaczą na ziemi,
Których im garść tak mała naszych, prawie z garła
O wstydzie niewrócony! o hańbo! wydarła.
Toż miesiącem Husseim zakrążywszy krzywém
Zawrze naszych, jak w bani; a ci sercem żywem
Bojaźń w męstwo obrócą; w ostrzu tylko broni
Swe nadzieje po Bogu kładą: że z tej toni
Wynidą; tam Lipski, jak Leonidas drugi
Umrzeć chce zwyciężając; krwawe zewsząd strugi
Szumią i którąkolwiek rzuci cugle stroną
Jako trzcina poganie, jako słoma płoną.
Nigdy tak bystra Wisła nie rozbierze brzegów,
Kiedy ją z roztopionych wesprze wiosna śniegów,
Jaką dziurę w pogaństwie garść ludzi tak mała
Przy mężnym wodzu ostrą szablą rozkopała.
Któremu już niesyte śmierci ludzkich jędze
Bystrolotnym wrzecionem dowijały przędze:
Koń pod nim, uderzony arabskim dzirytem
Padł na ziemię i pana tymże zbył impetem;
Co gorsza, że mu nogę onym obaleniem
Gdzieś do skały przycisnął pospołu z strzemieniem.
Tak ci wiekopomnymi żywota przykłady
Przedłużywszy, gęstych strzał i kiścieniów grady
Osuty, stratowany szkapimi kopyty,
Bogu dał nieśmiertelną duszę w depozyty:
Ciało synom, które ci z gorzkich łez kąpiele
W Kamieńca Podolskiego złożyli kościele.
Tam, zadawszy na sercach niezleczone smutki
Domowi swemu, czeka anielskiej pobudki,
I już Tatr Pirenejskich nieprzebytym wałem
Zaległ Turkom tamten próg swoim zacnym ciałem.
Starszy bierze chorągiew po rodzicu lubém,
Pod przysięgą się wiecznym zawiązawszy ślubem,
Że mu żadne na świecie prócz pogańskiej juchy
Zakrwawionego serca nie zgoją flejtuchy.
Straciwszy naszy wodza nie zaraz się strwożą.
W Bogu, w sercu a w szabli ufność swą położą,
I tam, gdzie im na odsiecz Wejer lonty kurzy,
Skoro się krwią turecką każdy upurpurzy,
Kilkunastu straciwszy, odwodem się puszczą,
Przebijając przez gęstą bisurmanów tłuszczą,
Lecz by ich był i Wejer nie wyrwał z tej toni;
Lubomirski im świat dał, gdy w tysiącu koni
Prosto jedzie na Turki, którzy już-już całém
Chcieli naszych obegnać, chcieli zawrzeć wałem.
Tak ci wyszli: lecz barziej podczaszego morzy,
Gdy dociekszy, co Osman w swojej głowie tworzy,
Sobieski z Żorawińskim w pegazowym locie
Pchną Szembeka, że dotąd Kamieniec w obrocie!
Toż sto lekkich chorągwi przeprawiwszy mostem,
Rozkaże Sieniawskiemu iść gościńcem prostém,
Żeby w lasach przypadszy gdzie Kamieńca blisko,
Upatrzywszy pogodę, w tamto odchylisko
Nagnał Turków, osiadszy szturmującym tyły.
I będzie tamtym ludziom jego przyjazd miły,
By snać nie rozumieli, że nas tu już zgładził,
Przeto się do Kamieńca z wojski przeprowadził.
Cztery potem tysiące obiecuje za nim
Wyprawić dragonii; jeżeliby na nim
Wyjechali poganie, co bywa strzeż Boże!
Zastawić się przy ogniu, dawszy mu znać, może,
A hetman z komunnikiem bez wszelakiej myłki,
Zostawiwszy piechoty, przybędzie w posiłki.
Koło czego kiedy się Lubomirski krząta,
Ledwo się Turkom z saku Sieniawski wyplata,
Bo pół drogi nie uszedł, gdy od przedniej straże
Leci Wrzeszcz i Osmana nad głową pokaże;
Chróst ich tylko i lasek tak niewielki dzielił,
Co go na cztery razy z łuku kto przestrzelił.
Uciec i wstyd, i trudno także pola stawić;
Czasu nie masz rozmyślać i długo się bawić.
Toż za najbliższą górę, od Chocima w mili,
W prawą stronę wojsko swe Sieniawski zachyli,
Porozsadzawszy szpiegi tu i ówdzie, wszędy
Na wszelkie okazyje pilne mając względy;
Nie wie, co Osman robi, czego się tu tłucze
I na co po Zadniestrzu składa one klucze.
Bo ten, jako się rzekło, już pełen nadzieje
Na podolskie powiaty pisze przywileje;
Już z najbliższej Kamieniec obaczywszy góry,
Ledwie lotem do niego nie wyskoczy z skóry:
W szczerej równi, bez murów i bez wałów, nagi.
Toż do swego wiernego rzecze janczaragi:
«Ten-li to jest Kamieniec, na który tak hardzie
Każe giaur? więc mu go, ku hańbie i wzgardzie,
Opasawszy łańcuchem, krom działa, krom miny,
Obalę i na drobne obrócę ruiny!”
Rzekł, a zaraz kilkuset na rumakach lotnych,
Skądby przystęp najlepszy? wyprawi ochotnych,
I inaczej do siebie nie każe im wracać,
Aż albo miasto ubiec, albo bram pomacać.
Lecą ci jako z proce, zalśnieni masłokiem,
I skoro trzecim tylko przepaść mieli krokiem
W skarpę onę bezdenną i miasto zdobyczy,
Na wieczną drogę duszę napoić w Smotryczy,
Wzdzierają nazad cugle; lecz to późno było,
Bo ich tam kilkanaście śmielszych przemierzyło.
Z tym drudzy do cesarza powracają dziwem,
Na który i sam krokiem bieży ukwapliwem,
I stanąwszy nad oną przerwą niedojźraną,
Kiwa głową; toż do tych, co nakoło staną:
«Kto kował te kamienie? Kto skały obrywał?»
Bóg! rzeką. — «Słuszna i on żeby ich dobywał!
Co ręka zbudowała, ręka psować może;
O roboty się człowiek niech nie kusi boże!»
Z tym, jakby mu w gębę dał, rzuci nazad wodze,
Kędy stała ormiańska cerekiew przy drodze,
A że była drewniana, każe ją zapalić,
Z czym żeby się też było wróciwszy pochwalić.
Gniewna się niesłychanie, szaleństwa mu blisko,
Kiedy takie uczyni z siebie śmiechowisko.
Nie patrzy drogi, prosto ciągnie przez manowce,
Gdy zdaleka na stronie obaczy Paniowce,
Pałac raczej niż zamek, bez wszelkiej obrony,
Iniskim tylko murem wkoło otoczony
Dla ordy i podolskich opryszków rozpusty;
Podczas tak wielkiej wojny został prawie pusty.
Jan Potocki, bracławskim bywszy wojewoda,
Uwiedziony natury i miejsca swobodą,
W mili go od Kamieńca, od Chocima w mili
Postawił; ani działa, ani ludzie byli,
Oprócz czterdziestu chłopów, którzy się tam sami
Z dobytki i z swojemi zawarli owcami,
I ci murów nie bronią, prócz kędy mógł który,
W różne się z samopały poskradałi dziury,
Śmierć przed oczyma mając, atoli umierać
Bez pomsty by nie chcieli. Tym barziej nacierać
Osman każe, że mury widzi bez obrońce,
Ze się ku zachodowi pobierało słońce.
Już działa zatoczono i tylko co palić,
Tylko bramę do góry nogami obalić
(Bo ją przecie zamknęli, obaczywszy Turki,
I pod wrota naprędce stawili podpórki),
Kiedy pop ruski z okna kościelnego sparza,
Co stał na rogu muru, pod zawój puszkarza.
Skoro ten padł, drugi się koło dział zakrzątnie,
Ale i tego zaraz nasz bajtko uprzątnie.
Trzeciego już nie było. Czyli się bał? Czyli
W onej drodze z Osmanem ci dwaj tylko byli?
I owi też chudzięta, kędy się zdarzyło,
Strzelali i piąci tam Semenów ubyło
Cesarskich i sam kiedy nieostrożnie stanie,
O mało go chłop głupi po złotym kaftanie
Nie namacał, gdy mu się w onej kupie błyśnie;
Tylko mu szybka kula koło uszu świśnie.
Tedy w ziemię zażarty plunąwszy pohaniec,
Obróci ku Chocimiu i acz o sam Żwaniec
Ociera się, do mostu prosto koniem sunie,
Puściwszy cug na koniec przeciwnej fortunie.
Nie zaraz ci to zwątpić! nie zaraz rozpaczać!
Za śmiałymi swe koła zwykło szczęście taczać.
Kto ze strachu umiera, kto da garło z grozy,
W końskich bombach będzie miał pogrzeb nowej fozy;
Albo jeżeli kogo tchórz zje przed potrzebą,
Przy takowej muzyce w kurzyńcach go grzebą.
I tak-ci Osman, skoro minie go ta biera,
Słońce w morzu, on się w swym namiecie zawiera.