Między naszym obozem a kozackim wałem
Lermunt się oszańcował z swoim pułkiem całém;
Przydał Węgrów do niego litewski marszałek
I książę na Zasławiu, i Jelski; i działek
Polnych tam kilka weszło; a gdy nowe cwykle
Osman w polu obaczy, naprzód każe zwykle
Straszne toczyć machiny i z odległych krzaków,
Żeby ich nie odbito, strzelać na Kozaków
Ale bez wszelkiej szkody; na Denoffy potem
Ogromnym niespodzianie uderzy obrotem.
Gdy Lermunt z pomienioną tych panów piechotą
W bok ich sparzy, musieli umykać z sromotą,
Że się darmo o one kusili reduty.
A wżdy przecie humoru nie tracąc i buty,
Palą z dział przeciw samej Lubomirskiej branie,
Dosyć z bliska, bo naszy kule po majdanie
Zbierali, a co większa, tak szkodliwe wióry
Przenosiły i namiot, w którym leżał chory
Królewic; więcej szwanku w ludziach ani w bydle
Nie było. Stał Gliniecki na tym prawie skrzydle,
Trzymając straż placową, wódz usarskiej roty;
Tego skoro siekane namacają gloty,
Skoro zginął Jarczewski towarzysz i koni
Kilka padło w szeregach, na bok się kęs skłoni.
Turcy też oglądawszy wkoło nasze wały,
Do swego się obozu wrócili i z działy.
Nazajutrz, skoro Tytan kraje obiegł spodnie
I nad tym horyzontem swe zażegł pochodnie,
Co żywo się do robót, i Mars też swych ludzi
Ze snu do krwie, do zbroje, przez trąbę obudzi.
Śmierć z kosą na musaty; nieszczęśliwa Parka
Niejednemu zbiegłego dotrząsa zegarka.
Rozkazał był Chodkiewicz, tocząc obóz zrazu,
Wały sypać nakoło, lecz jego rozkazu
Nie słuchali rotmistrze pieszy, choć im w sznury
Rozmierzył; jeżeli też począł dłubać który,
Do połowy nie skończył, że na cztery stopy
Wgłąb i wszerz tylko były one ich okopy;
Niepodobna się im rzecz zdała, żeby nagi
Poganin miał przyść kiedy do takiej odwagi,
W wiotkie suknie i w cienkie ubrany koszule,
Narażać się na ognie, na strzelbę, na kule.
A ci skoro okrzykną Lubomirską bronę,
I wszytkie nasze siły zgarną w tamtę stronę,
W skok uczynią rewoltę, a zbiwszy obrońce,
Lotnym wpadną piorunem na wspomnione szańce,
Sladkowski i Życzewski tamtej ściany strzegli,
Oba pieszy rotmistrze, oba razem legli;
I chorągwie, i ludzi z ohydą szkaradną
Stracą; nie przestrzegli ich Turcy, kiedy spadną;
Bo gdy nie jak w obozie, nie jako na wojnie
(Ledwie by tak w swym domu uszło żyć spokojnie)
Poczynają, ni warty, ni strzelby gotowéj
Mając, spali w kotarach pod czas południowy.
Piechota też część spi, część na wale się iszcze,
Choć Turków pełne pole, choć ich bies opiszcze,
Zimne w budach muszkiety, szable zzasychały;
Dosyć kiedy chorągwie powtykali w wały.
Tak gdy się ubezpieczą, bez wszelkiego wstrętu
Wsiędą na nich i wytną poganie do szczętu;
Chorągwie wezmą, a łeb od każdego trupu
Oderzną, dla pewnego u cara okupu,
Jakoby nie hajduki i podłe usnachty,
Ale co najprzedniejszej naścinali szlachty.
Już Turcy tryumfują, nie czując odporu;
Już głębiej do polskiego biorą się taboru;
Już i insze piechoty tak straszną rubieżą
Strwagane uciekają i od szańców bieżą;
Aż Sieniawski, który straż w placu trzymał dniowym,
Przypadnie i wracać się każe zbiegom owym;
Wraz, kędy się pogaństwo suło jako z kadzi,
Długie złożywszy drzewa, o bok im zawadzi,
Jednych dzieje, a drugich tnie ostrym pałaszem;
Tymczasem huknie trwoga po obozie naszém.
Larmo głosi co żywo, już wiedzą hetmani,
Że dwa rotmistrze z ludźmi już w pień wyścinani.
Rad by z dusze do tego przybył zamieszania
Podczaszy; lecz się i sam z pogaństwem ugania,
Które nań tym bezpieczniej, tym śmielej naciera,
Że się drugie już w naszych szańcach rozpościera;
Więc żeby nic i tamci nie mieli przed niemi,
Uderzą na Wejera siłami wszytkiemi.
Osobnym się był wałem Wejer oszańcował
Który mu Niderlanczyk Apelman budował,
Dziwnie dobrą robotą wedle nowej rezy.
Ten gdy nieprzyjacielskiej postrzeże imprezy,
Że nań godzi, nie każe swoim się wychylać,
Nie każe by najbliżej do poganów strzelać,
Tylko w garści gotowe trzymając muszkiety,
Czekać, rychło wał wezmą i miną sztakiety.
Jakoż przytarł tą sztuką Wejer ich rozpusty,
Bo Turcy rozumiejąc, że to już szańc pusty,
Że go bez krwie dostawszy swoimi osadzą,
Jakby na gotową rzecz, tak się weń prowadzą.
Więc ledwie łby podniosą, ledwo się ukażą,
Dadzą im Niemcy ognia i nazad ich zrażą.
Toż skoro w nich napoją piki i sztokady,
Im się mniej Turcy takiej spodziewali zdrady,
Tym ich więcej zginęło, tym sprośniej uciekli,
A Niemcy ich jak bydło gnali, kłuli, siekli
To ci tak; lecz i owi, co poczęli złotem
W naszym pisać obozie, zamazali błotem;
Bo gdy się urzynaniem głów hajduczych bawią,
I te błaznowie stracą, i więcej nie sprawią.
Sypie się ze wszytkich stron żołnierz zajuszony,
Konni w pole, a pieszy do wałów obrony;
Już w sprawie regimenty na majdanie stoją,
Już wstręt mają poganie, już więcej nie broją,
Już ich nazad przez one tułowy bezgłowe
Młódź sarmacka za wały żenie obozowe
I gęstymi przyległe ścieląc pola trupy,
Zrażą Turkom przed skokiem nienadane hupy.
Uciekli i sromotnie naszym dali tyły,
A świeże rany dymem powietrze kurzyły.
Nie przeto Osman smutny, nie przeto truchleje;
Owszem dziś obumarłe obczerstwia nadzieje.
O marność, o nikczemność wszytkich myśli ludzkich!
Bo gdy ujrzy na kupie tylo łbów hajduckich,
Dwie chorągwie tak wielkie, jeszcze słyszy przytém,
Kiedy każdy o swoim powiada zabitym
Że ten był senatorem, ten był wojewodą,
Ten rotmistrzem (i błazna łacno w pole wiodą;
Zgoła żadnej tam głowy nie zabito prostéj,
Lecz same urzędniki, grofy i starosty)
Wszytkiemu jako dziecię we trzech leciech wierzy
I już głupi sercem, swej pociechy nie mierzy.
Tedy owych osypie złotem przy pochwale,
A te łby każe rzędem powtykać na pale.
Jeśli mu się dostanie jeszcze więzień który,
Każe poznawać, kto był, z twarzy i z postury,
Albo jeśli też kiedy z łuku sobie strzela
Dla zabawy, inszego już nie szuka cela.
Jeszcze dzień był, jeszcze się nad światem nie trzęsła
Rosa, kiedy Chodkiewicz pozrucane przęsła
Szańców swoich naprawił, do której roboty
Zgarnął wszytkie niemieckie i polskie piechoty.
Zatem słońce zapadło; same tylko zarze
Świeciły, kiedy spraszać każe komisarze,
Którym to, co ustawnie w piersiach swoich knuje,
Żeby dać Turkom pole, znowu proponuje;
Żeby wszytkie respekty, wszytkie względy minąć,
W Bogu ufność położyć i raz się ochynąć;
Już nam ludzie nużnieją; już prochu z ołowem
Nie staje; o królu coś słychać aż za Lwowem,
Który nim z szlachtą stanie nad dniestrowym brzegiem,
My będziem konie karmić, będziem strzelać śniegiem;
Co gorsza, siła chorych, siła się wykrada;
Leda sobie przyczynkę do Kamieńca zada,
Tyleż Borysa widać, i by ich nie trzymał
Dniestr, by ich i za Dniestrem Tatarzyn nie imał,
Ledwie byśmy przy trzeciej części już zostali.
Więc pyta, co by radzić? Co z tym czynić daléj?
Wszytkie zniosszy racyje, na końcu też powie,
Jako stary, Chodkiewicz, i jakie ma zdrowie.
Nie zda się komisarzom iść do tej rozpaczy,
Z pospolitym ruszeniem króla czekać raczéj.
Dopieroż gdy tak wojsko nużne, nieochotne,
Czego jawnym dowodem ucieczki sromotne;
Boga kusić nie życzą i wątpliwej kości
Wierzyć zdrowia i drogiej Ojczyzny całości.
Jeszcze im tak strasznego nie trzeba syropu,
Po którym zaraz ożyć albo umrzeć chłopu;
Municyją Kamieniec może nas posilać;
Puszkarzom też zakazać bez potrzeby strzelać;
Szańc nad mostem usypać, a kto nie pokaże
Twej kartki, niech nikogo nie puszczają straże;
Obóz dokoła zawrzeć, a tymczasem znowu
Chyżo posłać rączego do króla ku Lwowu.
I poganin ci sobie już tę wojnę przykrzy,
Niedługo ten miech sklęśnie; prędko się wyikrzy;
Kiedy co dzień, jak wiemy, ostatnią potrzebą
Przyciśnieni, wozami po lasach się grzebą;
Wytrzymać im, niechaj się jeszcze szturmem bawią;
Zdarzy Bóg, tylo tylko, co i dotąd sprawią.
Tu się z rady rozeszli, a że już ciemności
Padły, blachem zgniecione rozprostują kości.
Aż Palczowski z królewskim listem jedzie, prawie
Na dobie; toż się znowu zejdą ku tej sprawie,
I ten, skoro krótkimi swą posługę słowy
Zaleci, powie: «że król zabawiał się łowy,
I właśnie szczwał zająca na Szczerzeckim chroście,
Kiedym mu list oddawszy, to oznajmił, coście
Kazali; ten w skórzane skoro pludry włoży,
W drugą zaraz ogary dolinę założy.
Jam też jechał do miasta, zbieganego szkapy
Nie chcąc przy nim mordować za psy i herapy;
Mrokiem wrócił do Lwowa i nazajutrz rano
List mi ten do gospody odźwiernym przysłano.
Wojska ma trzykroć więcej, niż my, pode Lwowem,
Z którym spi do południa, potem bawi łowem;
Że mię ni-ocz nie pytał, jam też nie brał czasu;
Wsiadłem na koń, schowawszy list do szabeltasu;
Iżem jednak zrozumiał z tamtych panów mowy,
Tęsknią i woleliby niewczas obozowy,
Niż się włóczyć za królem k’woli onej sarnie,
Nieoszacowany czas utrącając marnie».
Na taką relacyją, ruszywszy ramiony,
Westchną wszyscy; Sobieski list on otworzony
Przeczyta, gdzie się Zygmunt z ich powodu cieszy
I do nich, jak najprędzej będzie mógł, pospieszy,
We stu przeszło tysięcy komunnego wojska,
Z Polski od Międzyrzecza, z Litwy od Bobrójska,
Byle przyszły powiaty; jakoż jest nowina,
Ze ich świeżo widziano gdzieś koło Lublina;
A co piszą o żywność, prochy i ołowie,
Jest dostatek wszytkiego, byle było zdrowie.
Pojźrą owi po sobie, toż kiwnąwszy głową,
Wyprawują Jarzynę z legacyją nową;
Wypisują, jaka jest rzeczy naszych postać,
Ze trudno tak niezmiernej potencyi sprostać
Tą garścią, którą bardziej nużą niedostatki
Żywności, niźli Turcy; lecz i tę na jatki
Mięsne wyda sam Zygmunt, kiedy mu psie gony
Milsze niż sława dobra, niż całość Korony,
Niźli syn; przynajmniej ten niech ma respekt jaki,
Jeśli wzgardził koronę, sławę i Polaki.
Tędy dnia i rannego nie czekając świtu,
Puścił cugle końskiemu Jarzyna kopytu,
Którego we stu koni prowadzi konwoju
Do Kamieńca, dla ordy zerek i rozboju.
A już wszyscy śpią, wszytkich sen zasypał makiem,
Gdzie jedni przyszłe rzeczy figuralnym znakiem,
A drudzy przeszłe widzą; choć człek zmruży oczy,
Albo to albo owo na myśl mu się toczy
Ale skoro nad światem dźwignie głowę szumny
Tytan, herkulesowe minąwszy kolumny,
Skoro ziemi i wszytkim rzeczom postać wróci,
Pełen Osman nadzieje, wrzeszczy, zrzędzi, kłóci.
Całą noc mu się marzy, a on do swej woli
Giaurów ostrą bronią rzeże, ścina, goli;
A ilekroć się ocknie, każe warty pytać:
Rychło-li się dzień wróci? Rychło będzie świtać?
Zda mu się, ze noc roście, i co oczu przetrze,
Każe echem grubych trąb zagłuszać powietrze;
Każe w pole wychodzić wojskom, ale wprzódy
Tym, co same ścinali wczora wojewody.
Obyż setną część nasz król miał w sobie tej chęci,
W godniejszej by po dziś dzień zostawał pamięci!
Znał Chodkiewicz Osmana i co się weń wlewa,
Że jako prędko płacze, tak też prędko śpiewa;
Jako lada przeciwnym wiatrem się uśmierzy,
Tak kiedy po nim wionie, zaraz buje szerzy.
I dziś pewnie sukcesu wczorajszego zechce
Spróbować, bo nie wytrwa, bo go w serce łechce.
Tak Chodkiewicz prorockim kiedy duchem wróży,
Każe się mieć na pilnej ludziom swym ostroży;
Każe trąbić gotowość, poosadzać wały;
Każe u dział puszkarzom przecierać zapały,
Zwłaszcza u nieboszczyka Życzewskiego fosy,
Gdzie wczora Turcy z trupów robili bigosy.
Toż skoro świt, pogańskie zastępy osuły,
Wziąwszy na postrach słonie, wielbłądy i muły,
Wygarnąwszy armatę z taboru na głowę,
Ale tej do Kozaków obrócą połowę.
Tam hołdowne piechoty, tam janczary wiodą,
Kędy w oczy sąsiedzi opłotni ich bodą.
Druga, kiedy robotę będą mieli w domu,
Pewnie, że na ratunek nie pójdą nikomu.
Lecz trafią na gotowych i wezmą odkosza
Janczary, Transylwani, Multani, Wołosza.
Chodkiewicz Sieniawskiego znowu Mikołaja
W placu stawia; sam za nim, jakoby z przyłaja,
W piąci u rot kopijnika; z swoją stał na przedzie;
Lewe skrzydło Zienowicz z Opalińskim wiedzie.
Zienowicz był połockim, Opaliński panem
Poznańskim, że źretelniej rzekę, kasztelanem.
Prawe Sapieha trzyma, z mężnym Rudominą,
Czekając, rychło ku nim poganie się chyną.
Tak rozumiał Chodkiewicz, ani się omylił.
Żeby po wczorajszemu naszym szyki zmylił,
O Lubomirską Turczyn uderzy się stronę,
Gdzie, gdy wszyscy giaurzy pójdą na obronę,
On tymczasem, lecz lepiej dziś przygotowany,
Obnażone z obrońców wczora weźmie ściany.
Już tam dział kilkadziesiąt ordynował wcześniej,
Niechaj ten ustępuje, komu będzie cieśniej.
Jakoż ledwie to hetman do swoich wyrzecze,
Kiedy pogaństwo dzidy wyniosszy i miecze,
Uderzą w tamtę stronę wszytką swoją mocą;
Drudzy na Życzowskiego szaniec się obrócą;
Już miną w jego placu Sieniawskiego czołem,
Gdy Chodkiewicz kilkakroć okrzykiem wesołém
Każe w nich Sieniawskiemu, co może mieć skoku,
Zawadzić i sam razem przybędzie mu z boku.
Wprzód chrzęst tylko i szelest słychać było cichy,
Gdy naszy ławą brali pogaństwo na sztychy;
Żaden swego nie chybi i trzech drugi dzieje,
Że im ciepłe wątroby kipią na tuleje;
Trzask potem i zgrzyt ostry, gdy po same pałki
Kruszyły się kopije w trupach na kawałki;
Pełno ran, pełno śmierci; więzną konie w mięsie,
Krew się zsiadła na ziemi galaretą trzęsie;
Ludzie się niedobici w swoich kiszkach plącą;
Drudzy chlipią z paszczeki posokę gorącą.
Toż gdy przyjdą do ręcznej ci i owi broni,
Polak rany zadaje, Turczyn tylko dzwoni
Po zbrojach hartowanych i trzeba mu miejsca
Pierwej szukać, żeby mógł ukrwawić żeleźca,
A nasz gdzie tnie, tam rana; gdzie pchnie, dziura w ciele;
W łeb, w pierś, w brzuch, gdzie się nada, rąbią, kolą śmiele:
Tak okropnym i Turcy i naszy widziadłem,
Między młotem a między zostając kowadłem.
Co na to z dalszych szyków patrzali i z wału,
Już ledwo w drugim dusza rusza się pomału;
Raz bledną, drugi płoną; raz nadzieja, drugi
Strach im serca okrutny w ciasne wprawia fugi.
Turcy liczbie i ludzi ufają wyboru;
Ciż by mieli sromotę dziś uczynić wczoru,
Czoło wojska całego, którym świeżą skronie
Kwitnęły wiktoryją? Nie boją się o nie.
Naszy zaś garść swych widząc w zastępie tak srogiém
Samym się tylko cieszą miłosiernym Bogiem,
Który w słabości moc swą pokazuje zwykle,
Że i tu butnych pogan w ich dumie uwikle.
Chodkiewicz, choć go starość, choć go słabość nęka,
Rzekłbyś, że to nie jego głos, nie jego ręka,
Tak swoich napomina, nieprzyjaciół bije;
Gdzie się tylko obróci, lecą głowy z szyje.
Już trzeciego Sieniawski mężny grzeje konia,
Sam krwią przemókł do nici, kiedy nań z ustronia
Spadnie Turczyn dorodny w okropnej posturze:
A długoż dokazować będziesz, psie giaurze?
Czas by też przestać! A wraz co siły nań przytnie,
Ale cóż? Szabla tylko po szyszaku zgrzytnie.
Chce powtórzyć, lecz przyszło rozstawać się z światem:
Bo mu łeb zdjął i z brodą Sieniawski bułatem.
Tak Sapieha na prawym z Rudominą boku,
Tak w lewym z Zienowiczem Opaliński, kroku
Pomykając, jako więc za staloną kosą
Suwa się chłop roboczy siekąc trawę z rosą.
Mąż z mężem się zderzają; lecą Turcy z łęku;
Pełno wzdychania, pełno konających stęku.
Słyszy to Lubomirski i nie czeka dłużéj;
Jeśli się komu zedrze chciwy chart z obroży,
Gdy go lis polem mija albo zając kusy,
Takie czyni serdeczny Lubomirski susy.
Koń pod nim skaragniady krwawe toczy piany,
Nozdrzem iskry z płomieniem pucha na przemiany.
Zanurzy się w zastępach bisurmańskiej zgraje,
Ręką bije, przynuką ochoty dodaje,
A skoro już wytrzęsie z gładkich kopij toki,
Pałaszami tureckiej dosięga posoki;
Zamiesza ich jak w kotle, jako w garcu kaszę.
Sam koncerzem znacznego w oczu wszytkich baszę
Obali. Toż co żywo kole, siecze, rzeże,
Bo Wejer z boku strzela i tyłu im strzeże.
Tam Piotr Lipski Araba upatrzywszy, który
Pod forgą u złocistej żurawią missury,
Znaczny koniem po rzędzie i jedwabnej kiecy,
Wysokie miał ramiona i szerokie plecy,
Siła broił nad inszych, siłu świata zbawił,
Już i konia zmordował, już się sam ukrwawił,
Sam nam poździ wygraną, sam bitwę odnawia:
Więc go z boku zajeżdża i nieznacznie zławia.
Postrzegł tego poganin i prosto nań jedzie,
Wprzód go dzidą pomaca, ale się zawiedzie:
Bo obojczyk wytrzymał; toż jako się zbliży,
Chce pchnąć szablą Lipskiego kęs kirysu niżéj,
Lecz mu raz zmylił i nim Arabin powtórzy,
W piersiach mu bystry pałasz po sam krzyż zanurzy.
Jeszcze się opierają, jeszcze Turcy krzepią.
Na koniec kiedy się w nich z bliska naszy wrzepią,
Pociskawszy chorągwie i stare bonczuki
(Nie pomogły wczorajsze drugim munsztułuki),
Ławą wszyscy uciekli, że całymi szyki
Naszy im zaszłapują prawie za trzewiki,
I co dotąd po piersiach, teraz w grzbiety biorą,
Gdzie im aże do kości naszy skórę porą.
Jeszcze się bił Chodkiewicz; bo sam Osman z góry,
W różne się przetwarzając kształty i figury,
Prosi, żebrze, posiłek śle jeden za drugiém,
Przysięga i nagrodę obiecuje długiem,
Żeby wezyr Husseim placu nie odbiegał;
Choć ten, co się miało dziać, zawczasu postrzegał,
Często się obzierając prostej drogi śledził,
Żeby go do obozu żaden nie uprzedził.
Toż skoro Lubomirski swoich z pola zżenie,
I tam, gdzie jeszcze Turcy stawiają grzebienie,
Krwawe obróci orły, niech klęka, niech prosi
Osman; trudno zatrzymać, kogo strach skomosi.
I Husseim, i wojsko, i one posiłki
Uciekną, dawszy na rzeź sromotne zatyłki;
Niech co chce obiecuje, nic nie zrówna z duszą.
Uciekając samego cara zawieruszą.
Tak naszy zwyciężyli (prawda, nie bez straty),
I Turków aż pod same gonili armaty.
Więc i Kozacy dobre dali im podwiązki,
Kiedy od ich taboru uciekali w trząski,
Bo chorągiew turecką i Siedmigrodzanów
Kikunastu przywiedli wieczór do hetmanów.
Patrzcież cnotę sąsiedzką, patrzcież chrześcijany,
Co z nami kopce sypą, do jakiej odmiany
Przyszli dzisia, że na nas z Turkami się kléją,
Choć wolną od ich hołdu mają prowincyją.
Za naszę-to uczynność, za nasz trud i spezy,
Gdyśmy zbili z Rozwanem Mijala z imprezy,
Co im tyrańską ręką chcieli osieść karki,
Łakomszych przez pozorne ująwszy podarki;
Tedy wolność krwią naszą kupioną pod władzą,
Żeby cedził krew naszę, Turczynowi dadzą.
On ci to list w Wołoszech przejęty, on robi,
Którym nam wojnę Betlem z pogany sposobi,
Którym mu oczy kłuto nieuważnie potem
(I przypłacił Gracyjan szczerości żywotem):
Wrodzona ludziom wada, chociaż jej nie widzą,
Że gdy kogo obrażą, zaraz nienawidzą.
A toż nam cesarzowi pomoc na Betlema!
Jeśli kędy przypowieść, tedy tu miejsce ma,
Że zawsze złe niż dobre prędszą ma zapłatę;
Bowiem w pomście zysk mamy, w uczynności — stratę.
Dopieroż Osman postrzegł, czego przez tak długi
Czas nie wiedział do siebie, że człek, jako drugi;
Że wyszedszy z śmiertelnej z ludźmi na świat matki,
Też go, co wszytkich ludzi, czekają przypadki.
Dziś on humor wspaniały, on umysł nadęty,
W babi płacz i kobiece obraca lamenty;
Płakał i tak się po swych bohatyrach żalił,
Jakby się już tron jego monarchiej walił.
Tedy mu się srodzy lwi przerodzili w tchórze,
Co z nimi za Bałtyckie myślił płynąć morze,
Myślił nie Polszcze samej (dla tej bałamutnie
Pewnie by się nie ruszał), lecz że głowę utnie
Wszytkim państwom giaurskim; że ich w jarzmo wprzęże.
Gdzież są oni rycerze? Gdzież są oni męże,
Którzy mieli z Polaki dokazować figli?
Jeden miał bić dziesiąci, teraz się postrzygli
W bojaźliwe zające; do gęstego chrostu
Przed jednym, wieczna hańbo! ucieka ich po stu.
Tak rzewliwie narzekał, jakoby go ubił,
Osman, zwłaszcza gdy wspomni meczet, który ślubił
Swemu Mahometowi. Wszyscy spuszczą oczy,
Zwieszą karki, bo go ćma starszyny otoczy;
Jakoż jeszcze i razu chłosty tak pamiętnej
Nie wzięli Turcy na tej wojnie obojętnej,
Jako dziś, co i sami z pokornym wzdychaniem
Potem przypominali, gdy się traktowaniem
W ich obozie bawili naszy komisarze;
Jak wiele, jako wielkich, w dzisiejszym pożarze
Ludzi, z nieogarnioną szkodą Jasnej bronie
I sławnej solimańskiej monarchiej płonie;
Tam prawie kwiat Afryki, Azyej z Europą,
Giaurską, żal się Boże! podeptany stopą.
Znać to było, bo ledwie noc na ziemię padła,
Poznawali przy świecach, brali w prześcieradła
Swych Turcy kawalerów, na wozy przykryte
Kładąc trupów okrzepłych tułowy pobite.
Lecz i naszych beze krwie nie potka wygrana:
Tameśmy połockiego zbyli kasztelana,
Tam nam śmierć Zienowicza ozionęła, kędy
Pogańskie mieszał szyki, gęste targał rzędy,
I przodując Pogoni litewskiego księstwa,
Kędy największa wrzała bisurmanów gęstwa,
Tam się mężną darł ręką, patrząc na przykłady
Serca niezrównanego waleczne pradziady,
W których dziś regiestr wchodząc, takież dzieła w druki
Krwią swą na nieodrodne podaje prawnuki.
Słał mostem trup pogański mąż serdeczny póty,
Aże pod nim szwankował koń dzidami skłuty;
Skoro padł koń, i pan też na ziemię się zważy,
Tu mu zła wstęga głowę z szyszaka obnaży.
Wszytkie nań strzały, dzidy i kiścienie lecą,
W różne go strony fale bisurmańskie miecą.
Brać się nie da, lecz w ręce mając pałasz goły,
Siekł kogo mógł, z potem krew pijący na poły.
I uciekli poganie, a on między trupem
Tak gęstym stał, sparszy się na pałaszu słupem,
W tureckiej krwi po kostki; takież z niego cewki
Od głowy płyną na dół, jakoby z nalewki.
Dwadzieścia i kilka ran odniósł na swym ciele,
I ciętych, i sztychowych; tak go przyjaciele
Opłakawszy, z życzliwej czeladzi gromadą
Na gotową lektykę wybladłego kładą.
Trzy dni żył; duszę potem zbawiennym obrokiem
Opatrzywszy, umiera wiecznym jęty mrokiem.
Nie umiera; nie w wiecznym śmierć go mroku kryje;
Nie da mu cnota umrzeć, która wiecznie żyje!
Sześć z swej roty Chodkiewicz towarzyszów traci,
Ale mu to najbardziej serce tarapaci
Że znak jego, szczęśliwie z okazyj tak wielu
Wyniesiony, dziś został przy nieprzyjacielu,
Jankowski był chorążym, z którym szkapa w huku
Wziąwszy na kieł, ni jeźdźca słucha, ni munsztuku.
Skoro pana w najgorsze labirynty wprawi,
Tam i zgubi, a Turkom chorągiew zostawi.
Wszytkie ta rzecz przeniosła w Chodkiewiczu smętki,
Stąd śmierć starzec i koniec wróży sobie prędki.
Jakoż już co dzień słabiał i na twarzy siniał;
Ubywa mu pamięci, a zgoła dzieciniał.
Trzech padło towarzyszów przy swym pułkowniku;
Dziewięć Rudominowych dostało się łyku
Tamtej śmierci; tamże legł brat jego rodzony.
Trzech postradał Sieniawski, krajczy tej Korony.
Tam Stanisław Sarnowski, który był piastunem
Sławy Opalińskiego, z bratem legł rodzoném.
Skoro zbył prawej ręki, z Mucyusem Scewą
Powierzonej chorągwie dotrzymuje lewą;
Ale gdy koń szwankuje pchnięty przez łopatkę,
Żegna świat i oddaje swej drużynie matkę.
Porucznik Rudominów ranny: bo dwie strzele,
Jednę w nogę, drugą wziął w twarz. I inszych wiele
Na tym placu cnoty swej otrzymali piątna,
Których na wieki zazdrość nie ruszy pokątna;
Pachołków też coś w onej szeregowych zrucie;
Owo trzydzieści ludzi zginęło w kompucie.
Mniej dał śmierci podczaszy, ale dobrych w pęta:
Tam Misiowski porucznik, tam zginął Wierzbięta,
Tam Chrząstowski z Podoskim uderzony trzciną
Arabską; tamże został Męciński z Byliną;
Nie mógł się z Sędzimirem Wrzeszcz wybiegać, którzy
Postrzelani leżeli przez długi czas chorzy.
Rannych kęs więcej było; pachołków z szeregu
Kilkanaście wiecznego poszło do noclegu.
Koni koło trzydziestu, choć mniej, chociaż więcej.
Turków z Ufaim baszą sześć padło tysięcy,
Okrom co w nocy wzięto, jako się wspomniało,
I co trupów po błotnych gęstwinach zostało.
Cóż rozumieć o rannych, co o postrzelonych,
Którzy padli na naszych dobrze uzbrojonych
Tak gęsto, że i ślepy Turka nie mógł chybić?
Bo kto strzela do okna, musi szybę wybić.
Siódmy to był dzień września, który boży kościół
Od początku ku świętu jutrzejszemu pościł,
Na cześć Pannie i Matce; bo kiedy się rodzi,
Nabożnie chrześcijański świat ten dzień obchodzi.
Tedy jako się słońce nad ziemią rozszerzy,
Co żywo do modlitwy, wszyscy do pacierzy.
Wszyscy Bogu oddają przyrzeczone śluby,
Że hardemu pogaństwu ze łba strącił czuby,
Że tą garścią chrześcijan pokazał tak lichą,
Co może zastępami nad turecką pychą.
Z twarzy wesół Chodkiewicz, choć mu serce żali
Chorągiew, której wczora poganie dostali.
Wolałby sam paść trupem i sto razy ginąć,
Niźli by ją miał Turczyn w meczycie rozwinąć.
Przeto, skoro się Bogu, z którego zawiśli
Wszyscy święci wodzowie, i swe odda myśli,
Już się więcej nie waha, nie wróży, nie radzi;
Szykuje wszytko wojsko i w pole prowadzi;
Pozasadza piechoty i działa, gdzie może;
Jeżeli Turcy zechcą, gotów w imię boże,
Otwartemu zwycięstwa powierzywszy polu,
Wydrzeć swoję chorągiew i zbyć z serca molu.
Otrzaskani Kozacy każdodziennym hukiem,
Szańców swoich pilnują, prócz, że ich z Wasiukiem
Dwa tysiąca, na prawym podczaszego szyku,
Pilnowało tamtego od Tatar przesmyku.
Wstawaj, durny Osmanie! Już południe mija;
Spisz, a giaur po polu chorągwie rozwija;
Czemuś dziś tak nie rzeźki i tak nie ochoczy?
Wstawaj i przetrzy psiną zaślepione oczy.
Dopiero tryumfował, ali w godzin kilka
Puścił skrzydła, podobien do zmokłego wilka;
Wlecze swój lud do pola, tak smutny, tak cichy,
Rzekłbyś, że do pogrzebu kto prowadzi mnichy;
Bo gdzie serce niezbyte opanują tchórze,
Stem go kijów na słońce z kąta nie wyorze.
I Turcy, chociaż wszytkich znajomych gór szczyty
Ogarną i końskimi osypią kopyty,
Nie mają z to odwagi, chociaż w polu gołem
Garść widzą naszych, żeby czoło potrzeć z czołem,
Lekkich się tylko harców kontentując gony,
Czekają, rychło wieczór zżenie z placu strony.
Ale skoro Chodkiewicz między ich bonczuki
Postrzeże swej chorągwie, jakby mu na sztuki
Serce rąbał, wraz go żal i wstyd, i gniew weźmie,
Tedy w górę wejźrawszy: Boże! Jużeś mię
Dziś na wieki zapomniał, i jaż w tej rozpaczy
Umrę? I, biedny starzec, w kraj pójdę robaczy?
W tej obeldze dni moich dopądzam ostatek,
W ręku widząc pogańskich, o żalu! ten płatek,
Na którym znak okrutnej twej śmierci, na którém
Katalog spraw i mego żywota, nie piórem,
Ale szablą spisany, i nie inkaustem,
Ale krwią, którą pod nim rozlewałem hustem,
Twoich świętych kościołów, twojej broniąc chwały.
Tu blizny ran uczciwych, tu-m liczył postrzały,
Tu garb i długoletnej starości mej rugi;
Tu Tobie i Ojczyźnie oddane zasługi.
I chciałem, ale opak twej się zdało radzie,
Żeby wisiał przy prochu i mych kości składzie,
Anoż nasza po śmierci, o kawy, o bajki,
Nieśmiertelność na świecie, kawałek kitajki!
Ale tam, tam (dźwignąwszy obie w niebo dłoni)
Sława, tam się — brać trzeba, cne rycerstwo, do niéj!
Tak rozrzewniony starzec lutuje swej szkody,
A gdy otrze rozkwitłe z mokrych łez jagody,
Skoczy, gdzie Sokołowski wziął, po Rusinowskim
Zabitym, nad żołnierzem starszeństwo lisowskim.
I rozkaże, zegnawszy z placu harcowniki,
Uderzyć o tureckie trzema pułki szyki,
Za ich jako na równię z tych gór zwlecze w pole;
«Idź w boży czas, idź śmiało, mężny mój Sokole!»
Rzekł; a ci broń wyniosszy, w bok ostrogi kładą
Koniom i na pogaństwo wielkim sercem jadą.
Zmiotą pole jako dym, a pomknąwszy kroku
Pod on tłum, skoro białek już obaczą w oku,
Zaświecą z bandelotów i dadzą ołowu
I skoczą dobrą sprawą na pół pola znowu,
Czekając, rychło Turcy hańbę tak szkaradną
Wetując, z góry na nich wszytką siłą padną.
Ale ci miasto pomsty, z dziurawymi brzuchy,
Poszli nazad, jak chmury pod czas zawieruchy,
I w tabor się zawarli; naszy też dzień cały
W szyku stawszy, wieczorem w swoje weszli wały.
Tak kilka dni w pokoju jakoby na zmowie
Obie stronie siedziały, prócz że Tatarowie,
Gdy im ani tołokna, ani sałamachy
Stawało, do Kamieńca jako i do Brahy
Wszytkie pasy i drogi zalegli i ścieżki,
Że nikt ani przejechać, ani mógł przejść pieszki.
I zgoła, nie mający w tę stronę przechodu,
Trzeba się było prędko bać w obozie głodu,
Który już mocno w nasze zaglądał namioty;
Już rzeźwości i zwykłej przygaszał ochoty.
Bo brzuch nie ma rozumu, uszu i niczyjej,
Kiedy próżny, nie słucha cale perswazyjej.
Z Polski głucho, a rokiem wleką się godziny,
Kto czeka, czcze daremnie połykając śliny;
Stary żołnierz truchleje, frycowie bez sromu,
Sprzykrzywszy sobie niewczas, kradną się do domu,
Że kilku wytrzęsionych zacnej szlachty z wozu
Kazał Chodkiewicz środkiem prowadzić obozu
I na wieczną niesławę, na wieczną sromotę,
Na dziwy strąbić wszytkę wojskową hołotę;
I zaraz, czego potem sejmem potwierdzono,
Wszytkich czci, wszystkich takich dobra odsądzono.
Osman pola nie chce dać, chociaż wyzywany;
Kul już nie masz z czego lać; proch już wystrzelany.
Co wszytko gdy Chodkiewicz myślą utroskaną
Rozbiera, aż mu już śmierć grozi wybijaną;
Prawie już dogorywa; żywe tylko serce
Wielki płomień w malutkiej zawiera iskierce.
Wojennego do rady zaprasza senatu;
Już chory, już na łóżku położony; a tu,
Skoro siedli, wszytko to, co mu spać nie dało,
Podaje do uwagi; gdzie milczawszy mało,
Każdy swe wyda wotum. Wszyscy w ten cel godzą,
Że się tak i poganie, jako naszy głodzą;
Taż tam biera co i nam; my to nad nich mamy,
Że króla z nowym wojskiem co dzień wyglądamy.
Trzymać się jeszcze radzą, nie wywodząc szyku,
Obwieściwszy na rączym senat zawodniku,
(Bo się już był Jarzyna powrócił od króla:
Ten-że Zygmunt, ten-że Lwów, zające i pola;
Toż sprawi, co Palczowski; na powiaty czeka,
Z bliska go łowy cieszą, nowiny z daleka)
Żeby spieszył co rychlej, żeby już na schyłku,
Nie bawiąc się we Lwowie, przybywał w posiłku.
Skoro kolej Wejera w onej doszła radzie,
«Długa, rzecze, w nauce droga, lecz w przykładzie
I krótka, i skuteczna; też i mnie przykłady
Przyczyną, żem otwartej z bisurmany zwady
Nie życzył i dotąd-em zostawał w swym zdaniu:
Że wszytka rzecz należy z nimi na wytrwaniu.
Teraz przez niedziel kilka, jak się bawią z nami,
Widzę smołę, ladaco, Żydy z Cyganami,
Ciała bez serc nikczemne, albo bez ciał cienie;
Wżdyć to jeden nasz ciura kilku Turków żenie;
Nie ci to byli w Węgrzech, nie ci i pod Agrem,
Gdzie Zygmunt, skoro został cesarzowi szwagrem,
Słał posiłki, lecz próżno, bom też tam był i ja;
Daleko lepsza w Turkach była fantazyja!
Nie uciekali nigdy, a gdzie się zawiedli,
Wszędzie brali fortece, wszędzie Niemcy siedli,
Choć się zamki do wzięcia niepodobne zdały,
Bo takie, jakimiśmy osuli się wały,
Co nocleg Niemcy suli, wżdy to jako ślinki
Połykali poganie; co dzień pojedynki;
Tak się tam byli w Pludry, tak i w Węgrów wpaśli,
Że przed nimi jako śnieg, jako słoma gaśli,
Kędy nasz Wiernek między obcymi narody
Ogłosił imię polskie, dopadszy pogody,
Gdy go spahij dorodny wyzwie między szyki
Na dzidę, z wesołymi chrześcijan okrzyki,
Wziął go w pół na kopią, i na jegoż dzidzie,
Ścięty łeb do swych przyniósł ku większej ohydzie.
Dobrze było hetmana usłuchać nam zrazu,
A sprawiedliwej bożej poufać żelazu,
Anibyśmy do głodu, ani takiej cieśni
Weszli, byśmy się byli obaczyli wcześniéj;
Teraz życzę i radzę, i proszę w ostatku,
Niźli do ostatniego przyjdzie nam upadku,
Nie czekając Zygmunta, co nie umie zażyć
Szczęścia swego, chciejmy się w boży czas odważyć,
A jeśli nam poganie nie zechcą dać pola,
Wywleczemy z samego na rzeź ich zastola».
Tak Wejer, tak Konarski rozumieli oba,
Że ta zwłoka — lekarstwo gorsze niż choroba;
Przeto dłużej szańców się swych trzymać nie radzą,
I jeśli hetman każe, dziś w Turki zawadzą.
Co pomorski z malborskim gdy wojewodowie
Wniosą, jakoż to pięknie, gdzie nie tylko w głowie,
Ale w sercu i w ręce widzieć senatory,
Widzieć w potrzebie (dzisia nie wiem, jeśli który
Do ptaka by się strzelić odważył z rucznice;
Ano głowa bez serca raczej do maźnice
Niż do głowy podobna; dziady zimostradne!
Wyjąwszy, którym z młodu okazyje żadne
Omieszkać się nie dały, a swoich zarobków
Przynamniej tytuł w zysku mają dla nagrobków).
Ostatnie miał Sajdaczny miejsce między pany,
Więc co-by tu rozumiał? tak powie pytany:
«I ja, wielki hetmanie, z tymi trzymam zgodnie,
Co się nie chcą zawierać, i nam obóz smrodnie.
Potrawiwszy Kozacy, które mieli trochy,
Radzi by się co rychlej witali z porohy.
Jednę tylko rzecz małą dam wam do uwagi;
Widzimy, jako w szyku bisurmanin nagi
Kupy się tylko trzyma, jako gdy o wilku
Czują świnie; wyjąwszy co mężniejszych kilku;
W nocy spią jako drzewa tak barzo nieczule,
Że z ścierwów, z odpuszczeniem, zrucą i koszule.
Ni straży, ni posłuchu, ni płotu, ni rowu;
Nie po raz Zaporowcy dostali obłowu
Dobrego, gdy we śpiączki dopadszy ich koszów,
Z korzyścią się do swoich wracali aproszów.
Radziłbym, żeby wojsko całe poszło z nami,
My będziem kredencować, będziem przywódcami.
A dziś zaraz, nie głosząc, jako padnie słońce,
Szczęścia kusić, anioły mając za obrońce».
Tu przestał; a Chodkiewicz, pomilczawszy chwilę:
«Mój kochany Sajdaczny, a nuż się omylę
Na Kozakach? Nuż znowu tak na łupie padną
Jako pierwej, i hańbą nakarmią szkaradną
Całe wojsko? Bo-by nam nie uszło wszetecznie
Z Kozakami uciekać i wstydać się wiecznie.
Druga, nie czciłoby to naszego narodu
Czekać nocy z wygraną i słońca zachodu.
I ja bym miał zgrzybiałą starość tym oszpecać?
Nie chciej-że mi tak barzo tej nocy zalecać,
Czemuż nie we dnie raczej, kiedy słońce świeci,
Jako starych Sarmatów nieodrodne dzieci,
Których rycerskie dzieła niebieskiego oka
Godne były, nie nocy ponurej tłomoka?
Ale ja, będzie-li was wszytkich na to zgoda,
Przeczyć nie chcę, i ze mnie jako z gęsi woda».
Tu Sobieski, skoro nań wszyscy pojźrą, rzecze:
«Bóg, który wszytkie rady kieruje człowiecze,
Niech jej i nam użyczy, a dla swojej chwały
Zetrze przez nasze ręce pogańskie nawały.
Mądrze wszytko uważasz jako hetman baczny,
Co tu wojewodowie, co wnosił Sajdaczny.
Chwalę serce w Konarskim, chwalę i w Wejerze:
Oba wielcy mężowie i dobrzy żołnierze;
Lecz się bić z Turki polem? Wątpliwemu losu
Wierzyć ojczyzny? Na to nie mogę dać głosu.
Czego żem w pierwszej radzie dał dowody słuszne,
Powtarzać ich nie będę; nie tak jeszcze duszne
I konieczne potrzeby na nas nastąpiły,
Żebyśmy swe z Turkami równać mieli siły.
Zawsze rady ostrożne a pewne lepsze są,
Niż prędkie, co upadek pospolicie niesą.
Ale daj to, że byśmy wygrali i polem:
Cóż, kiedy nie wynidą, to my ich wykolem?
Wszak-eś doznał dopiero, że nie chcieli z góry
Zwieść się, chociaż obojej wojsko armatury
Stało w szyku cały dzień; jakby ich do łęku
Przykuł, choć im brał dzidy Sokołowski z ręku.
Szkoda tedy i myśleć otwartym iść bojem.
Za ich prędzej fortelem i sztuką ukrojem?
Prawda, że nocna napaść, ile te legarty,
Snadnie by pożyć mogła, których żadne warty,
Jako nam powiedają ci, co do nas zbiegą,
Żadne posłuchy, żadne szylwachy nie strzegą;
Ale obóz martwymi osnowawszy działy,
Rozumieją, że same będą im strzelały.
Cóż gdy do tej towarzysz nie ujdzie potrzeby?
Pachołek, kozak, ciura więcej patrzy, żeby
Co porwał, potem chyłkiem uciekł ze zdobyczą.
Tacy-ć łup, a mężniejszy śmierć i rany liczą.
Rozum jednak od tego; i nocnej Bellony
Nie raz zażył szczęśliwie hetman rozgarniony,
Bo co się mroku tyczy, że sławniej w dzień biały
Zwyciężać, tam reguły te miejsce miewały,
Gdzie równy nieprzyjaciel i w liczbie, i w sile;
Ale my przeciw sobie mając pogan tyle,
Żeby ich dziesięć biło jednego naszyńca,
Życzyłbym do wygranej nie patrzeć gościńca;
Jaka się droga poda, czy męstwem, czy sztuką,
Dosyć sławy, Polacy kiedy Turków stłuką.
Tak Scypio Syfaksa, tak Julius Franki
Bił i w ostatnie przywiódł ciemną nocą szwanki,
Wielcy oba i sercem, i ręką wodzowie.
Aleć nie ludzie tylko, sami aniołowie,
Ile razy Bóg kazał swym iść ku pomocy,
Zawsze takie posługi odprawiali w nocy.
Tak bito Syryjczyki, tak Madyjanity.
Jeżelić to do serca Bóg podaje, i ty
Nie wątp i nie wzdrygaj się, na co wszytkich zgoda,
Choć i w nocy uderzyć w tego kaziroda,
A Pan wszytkich hetmanów, wojsk niebieskich zgraje,
Niechaj ci rady, serca i siły dodaje».
Więc że leżał Władysław i nie mógł być w onéj
Konsulcie, z tym do niego Denoff wyprawiony:
Gdy się we dnie nie chcą bić, kiedy tacy tchórze,
Pójdziemy Turków macać po ikrach w taborze.
Tak dziś w radzie stanęło; lecz przy haśle, aże
Do tej się brać imprezy Chodkiewicz rozkaże.
Przypadł na to Władysław, barzo tylko prosi,
Niechaj się to przed czasem Turków nie donosi.
Którzy za Dniestr przemknąwszy wielkie działa cztery,
Strzelali do kozackiej tak długo kwatery,
Póki ich także Lermunt z swojej nie namacał,
A tak Turczyn tąż drogą, którą wyszedł, wracał,
Zabiwszy z kilką ludzi pułkownika Jacka.
Tylo nas uszkodziła ona ich przechadzka,
A tymczasem Chodkiewicz starych wojenników
Zebrawszy, koło przyszłych rozmawia się szyków,
Znaczy, kędy kto ma iść, kto ma zacząć zwadę,
Kto działa opanować, ubiec retyradę.
We dwoje się uderzyć zdało na pogany;
Naprzód tu, gdzie kozackiej bliscy byli ściany,
Potem górą, skąd Turcy zwykli chodzić we dnie,
Minąwszy pole, w którym działa stały średnie.
W pierwszej stronie Kozacy, a z nimi piechoty
Część polskiej, część niemieckiej, mieli łomać płoty;
Za tymi wszytkie pułki zaraz wpadać miały,
Co na skrzydle wielkiego hetmana stawały.
Od lasów, skąd się Turcy najmniej spodziewali,
Ernest Denoff z swymi się Inflantczyki wali;
Tam Almad Węgrzyn z pułkiem; tam z mężnym Lermuntem
I Wejer, i Konarski gęstym iskrzy luntem.
Za tymi w tropy wszyscy szli Polacy naszy,
Których wielką część wodził koronny podczaszy.
Przed tym i owym wojskiem pancerne iść miały
Pułki; jeśliby się wprzód ze strażą potkały
Albo z inszymi ludźmi, żeby wsiadszy na nie
Nie oparli się aże w tureckim majdanie
(Mieli do tego sprawne kałauzy i zbiegi)
I tam żeby stanęli sprawieni w szeregi.
Tym też czasem Kozacy i nasz żołnierz pieszy
Nie omieszka w posiłku i w obóz pospieszy;
Razem z pola uderzą w surmy, w trąby, w bębny,
Ą Turcy padać będą jako las porębny.
Krzykną larmo, na co już sto tysięcy ciurów
Czeka; a i ci gołych nie niosą pazurów.
Chodkiewicz z Lubomirskim jakoby na szparze
Stanęli, wziąwszy sobie bez kopij usarze.
Już obóz opatrzyli, gdzie Władysław chory
Łaje uprzykrzonemu łóżku, klnie doktory,
Wolałby dziś w szyku stać i wyciągać uszy,
Gdy imię Jezus tabor pogański zagłuszy.
Tam został Kochanowski we trzechset piechoty,
Tam Rożen i gotowe w placu cztery roty;
Brak wojskowych pachołków, z długą strzelbą przy tem,
Po wałach obozowych i jemu zaszczytem.
W tej-byś widział posturze wojsko i hetmany
Czekające, rychło-li na świt wietrzyk rany
Wionie; rychło-li zorza niebo zapurpurzy,
Skoro z nieba rumiany proporzec wynurzy,
Bo się ten czas zdał prawie do onej roboty.
Wszyscy pełni nadzieje, pełni i ochoty,
Znaku tylko czekają, rychło osieść kłęby
Pogaństwu, słowa żaden nie wypuści z gęby;
Milczenie zakazane, bo na tym należy,
Jeśli kto chce fortuny spróbować w kradzieży,
Aż tylko co pierwszego mają ruszyć kroku,
Deszcz (chociaż niebo było prawie bez obłoku,
Gwiazdy pięknie świeciły) zrazu poszedł mały;
Aż co dalej to większy, że zalał zapały.
Już też dzień ognistymi Tytan koły wiezie;
Więc żeby nie wiedzieli Turcy o imprezie,
Wszyscy z serca westchnąwszy, co najciszej mogą
Pierwszą do swych obozów wracają się drogą
I chowają do pochew wyostrzone broni,
Gdy kęs nieobiecany z gęby się wyroni.
Bóg, którego litości żaden wiek nie skróci,
Dał dokument ojcowskiej nad nami dobroci,
Za którą póki Polskiej, póki świata staje,
Niechaj mu chrześcijaństwo wszytko chwałę daje!
O, jakoż często człowiek w swojej radzie błądzi!
Jakoż często swe szczęście niefortuną sądzi!
Nie mogła się sposobem ludzkim ona nadać
Impreza: bo kto widział, ten może powiadać,
Jakim kształtem obozy tureckie tam stały,
Tak gęsto miasto szańców otoczone działy
Ze oś z osią zetkniona, koło z kołem spięte,
Nie mogło być żadnymi siłami rozjęte;
Pod każdym działem puszkarz z zapalonym knotem
W dzień spał, ale by w nocy przypłacił żywotem.
Przy nich zaraz namioty i armatne wozy,
Mocnymi na kształt płotu opięte powrozy,
Tak ciasno, tak dyktownie, żeby zając szary
Nie mógł uciec między ich szopy i kotary.
Wąskie ścieżki, którymi póki dzień chadzano,
Na noc je bydły, końmi zewsząd zastawiano;
Wkrótce: co krok, to na łeb trzeba by upadać;
Nie wiedzieć, co wprzód czynić, czy bić, czy się składać,
Zwłaszcza w tej stronie, którą naszy chcieli zwady,
Niepodobna bez klęski i hańby szkaradéj.
I nie są tak ospali Turcy, jako prawią;
W nocy się bankietami, w nocy grami bawią;
Co bonczuk, co znak, to ksiądz, hodzia ich językiem,
Któremu, gdy całą noc niesłychanym krzykiem,
Jako kazał Mahomet w swoim al-Koranie,
Budzi ich do pacierzy, gęba nie ustanie.
Każdy namiot starszego końską znaczny grzywą,
Przed którym co noc lampa gorywa oliwą,
I nie wprzód ją zagasi, aże nad tym światem
Gwiazdy zgasną i Febe poblednie przed bratem.
Ale niechby tam naszy wpadli okrom wstrętu,
Któżby im ręce trzymał od takiego sprzętu,
Który, jako nam potem komisarze naszy
Prawili, u każdego wezyra i baszy
Tak bogaty, tak świetny, że choć złoto kopie,
Żaden mu pan nie zrówna w całej Europie;
Każdy by brać, niż się bić, wolał i dla złota
Cisnąłby szablę drugi, taka jest ślepota
W podłych ludziach: bo szlachcic, choćby był łakomy,
Wytrwać musi, śmierci się bojęcy widoméj.
A kiedy by się naszy zabawili łupy,
Turcy by się postrzegszy zebrali do kupy
I bez wszelkiej trudności, nie mający wstrętu,
Garść naszych w takiej cieśni znieśliby do szczętu.
Co widząc, dobrotliwy Bóg przez onę słotę
Niewczesną swoich ludzi przygasił ochotę.
Mógł ci on wszytkich Turków uśpić bez pochyby,
Żeby ich naszy brali jako nieme grzyby,
Ale już swej przez cuda przestał mnożyć chwały,
Ani nasze zasługi tyle wagi miały.
Ledwo z konia Chodkiewicz, nie spawszy noc całą,
Zsiędzie, ledwie że z grzbieta zbroję zdejmie trwałą,
Aż on Greczyn Weweli z Radułowym listem
Prowadzi się z obozu tureckiego i z tem:
Że hospodar wołoski w przyjaźni statkuje
Przeciw Koronie, którą i w tym prezentuje,
Kiedy życzy pokoju z Turkami z swej chęci;
W czym lepiej informują otwarte pieczęci,
Które skoro w zupełnej przeczytają radzie,
Też chęci, też ofiary za fundament kładzie.
Pokój barzo zaleca i dołoży tego,
Że teraz już poganie skłonniejszy do niego;
Prosi zatem, jako jest szczerym przyjacielem.
Żeby kto do wezyra przyjechał z Wewelem
Człek roztropny, który by do szczęśliwej zgody,
Pierwsze łomał z wezyrem Husseimem lody:
Dostatek mu wszelaki, choć w pogaństwie grubem.
I zdrowia bezpieczeństwo obiecuje ślubem;
Co acz prawem narodów miewają posłowie,
Na jego osobliwie będzie teraz głowie.
Wdzięcznie listy przyjęto i poselstwo ono,
Ale odprawę na czas inszy odłożono.
Poseł w zamku chocimskim zmieszka czas niedługi,
Mając naszych przystawów i stróżów, i sługi.
A tymczasem Chodkiewicz znowu głową robi,
Znowu się na wycieczkę wczorajszą sposobi;
Obiad przeto nad zwyczaj odprawiwszy rychléj,
Ponieważ i poganie w obozie ucichli,
Wsiada na koń, starszeństwa otoczony zgrają,
I bliżej podjechawszy uczy, jako mają
Postąpić, którą stroną na Turki uderzyć;
Gdzie klinem iść, kędy się rozwieść i rozszerzyć;
Patrzy przez perspektywę, gdzie najrzedsze działa,
Która by ściana przystęp sposobniejszy miała;
Chciałby dziś lepszą sprawą, w lepszym iść porządku,
A pomniąc, że od Boga potrzeba początku,
Kto chce skończyć szczęśliwie, skoro z konia zsiędzie,
Każe śpiewać nieszpory po namiotach, wszędzie
Gdzie byli kapelani i jeśli kto co wie
Na się, spowiednikowi niech do ucha powie.
Już mrok padał na ziemię, już jasny dzień mija,
Już hasło otrąbiono w obozie Maryja.
Co żywo się gotuje; jedni ostrzą bronie,
Drudzy strzelbę ku przyszłej ładują Bellonie;
Czeladź luźna do swej się zbiera kompaniej;
Bo im w takiej najwięcej wolno okazyjej:
Potem się w pułki dzielą, a z swojej drużyny
Wodzów sobie sposobnych biorą i starszyny;
Hetman im zaś chorągwie, na to samo szyte,
Posyła z winszowaniem, do drzewców przybite;
Rotmistrzów im potwierdza, dla większej powagi;
Obiecuje, jakiej kto dokaże odwagi,
Taką wdzięczność i takie odpłacać nagrody,
Że wszyscy szli jak na miód, wszyscy jak na gody.
Czekają, rychło-li się przez munsztuk ozowie
Trąba, gotowi w drogę, słudzy i panowie.
I jeżeli kto widział ono wojsko nowe,
Cośmy dotąd za śmieci mieli obozowe,
Kiedy szykiem przestrone ogarnęli pole,
Przyznał, że się o samo Konstantynopole
Mógł nim kusić; tak było ludne, zbrojne, chciwe
Nie tylko w nocy dusić Turki bojaźliwe.
Chodkiewicz to sprawiwszy, jak dopadł poduszek,
Zasnął zniewczasowany na chwilę staruszek.
Aż od straży placowej kilka koni spadnie,
Wiodąc dwu brańców naszych; strwagani szkaradnie
Budzą ze snu hetmana, a ten skoro wstanie.
Słyszy, że w szykach stoją gotowi poganie;
Ci dwaj się rozwiązawszy, co mogli najprościej
Zbiegli, i takie swoim dają wiadomości.
A ono z Mościńskiego sześć pachołków roty,
Wszytko Węgrów, do Turków popaliło boty,
I ci zdrajcy o naszym przestrzegli fortelu,
Ci sprawili ostrożność i w nieprzyjacielu.
Znowu Bóg strzegł, że naszy w swoim propozycie,
O szkodę i haniebne nie przyszli rozbicie.
Kozacy przewąchawszy, że na tamtej stronie
Dniestru, gdzie Turcy bydła pasali i konie,
Żadnej nie masz przestrogi, na drzewie się zbitém
Kilkaset przeprawiwszy, z obłowem sowitym
Okrom szkody wrócili; narznęli poganów;
Nagnali koni, bydeł, wielbłądów, baranów,
I tak mieli po woli, tak ich dobrze zeszli,
Ze kilkanaście całych namiotów przynieśli,
Różnych sprzętów żołnierskich, różnego rynsztunku,
Z których parę cudnych kit dali w podarunku
Wielkiemu hetmanowi; wziął puzdro podczaszy
Z ośmią pełnych szorbetu pachnącego flaszy.
Tak Kozacy broili, a tymczasem nasze
Nużne wojsko słabieje i konie bez pasze
Zdychają; smród w obozie, skąd chorych na poły;
Niemcy sną jako muchy i ledwie im doły
Zdrowi kopać nadążą; Węgrzy zuciekali.
Ale i Zaporowcy już się barzo chwiali,
I przyszłoby do buntu dla nędze, dla głodu;
Lecz i tu nie zaniechał pokazać dowodu
Cnoty swojej Sajdaczny, gdy i sam zabiega,
I w czas o buncie onym hetmanów przestrzega;
Zaczem rady królewic wskok do siebie zwoła.
Żeby zatrzymać, nim się rozbiegają koła.
Skąd prosto Lubomirski z Opalińskim jedzie
I Sobieski, posławszy Zielińskiego w przedzie
Do taboru; w namiecie, kędy Sajdacznego
Zebrała się starszyna prawie do jednego;
Więc kiedy owym dwoma tak się podobało,
Sobieski, który tam miał znajomych nie mało
Z moskiewskich jeszcze wojen, a (wiedząc to na nie)
Krótko mówił (że ckliwi na długie słuchanie):
«Nie w jednej, o Junacy Rzeczypospolitéj!
Szabel nieprzyjacielskich doświadczeni zgrzyty,
Skąd sława, o którą dziś stoimy do garła,
Napełniwszy świat niski, w niebie się oparła;
Świat, mówię; bo i morzem, i na ziemi suchéj,
Tyleście bisurmańskiej nacedzili juchy,
Żebyście nią z porohów, kędy przejazd trudny,
Mogli na Hellesponty swoje zmykać sudny;
Moglibyście, tego wam człek nie ujmie płochy,
Ich trupem takie drugie układać porohy;
Jeszcze się Szwed, co wojną tak barzo poryżał,
Jeszcze się z waszych ręku Moskal nie wylizał,
Dziś na tym stopniu stoim, co wam nie nowina,
Albo zwyciężyć, albo mieć panem Turczyna;
Tyle greckich i rzymskich kościołów, w tytule
Ale nie w rzeczy różnych, obrzydłej regule
Mahometowej poddać? Tedy nam ci będą
Dawać prawa rzezańcy? Ci karki osiędą?
Ci będą obrzezywać nasze syny w jatce
Na wzgardę Jezusowi a Pannie i Matce?
Ci Żydzi i Cygani, że kupców ominę,
Będą z dzieci wybierać naszych dziesięcinę?
Nie da Bóg; ale i my dziś na placu mrzemy,
A na taką obrzydłość niechaj nie patrzemy.
Jużci Osman wymierzył meczet w Carogrodzie
I przysiągł nie pomyśleć nigdy o odwodzie,
Aże pod swoją szablą nasze głowy zliczy
I na każdą ustawi pobór niewolniczy;
Wam na morze do Malty, kędy go but ciśnie,
Nam każe do Persyjej; albo się umyślnie
Z którymkolwiek monarchą chrześcijańskim zwadzi,
I chrześcijan przeciwko niemu wyprowadzi;
I będą krew swoję lać pogaństwu igrzyskiem,
Którzy krwie Chrystusowej związkiem jęci bliskiém.
Z tem-eśmy tu posłani dziś od królewica,
Który na miejscu swego zostaje rodzica
Do was, zacne rycerstwo, żebyście dla świętej
Wiary i dla Ojczyzny, roboty zaczętej
Nie odbiegali, stokroć szacując to drożéj
Niż żywot; a cóż? choć się w brzuchu nie dołoży,
Opatrzy Bóg swych ludzi; temu się niech sprawi
Brodawka, że was w taki niedostatek wprawi.
Gdyby był przedsięwziętej drogi nie chciał krzywić,
Moglibyście i kogo przy sobie pożywić;
Wcześniej się było z nami na to miejsce stawić,
Aleć tego żałować snadniej niż poprawić.
Teraz się z wami dzielim: cóż by to za para,
Wy przy nas krew lejecie, my byśmy suchara
Odmawiać wam myśleli? Żołnierskiego myta
Pięćdziesiąt wam tysięcy da Rzeczpospolita,
Na co się i królewic i senatorowie
Podpiszą i nie wątpcie, że się stawią w słowie.
Proszą przez spolną wiarę, przez wszytkie dowody
Męstwa i cnoty waszej na polskie narody,
Przez domy i domostwa, i dzieci, i żony,
Nie dajcie chrześcijańskiej poganom korony
Albo idźcie; my-ć wszyscy trup na trupie lężem;
Nie wiem, gdzie się przed wściekłym tureckim orężem
Skryjecie i wy? Czemuż nie raczej w tym polu
Umrzeć, albo zwyciężyć? Ale i o królu
Co dzień świeże awizy i że o nas radzi,
Że wojska, że żywności dostatek prowadzi».
Niejednako przyjęta ona mowa była:
Starszyna uważniejsza zaraz pozwoliła,
Pospólstwo zaś jak bydło chce zażyć pogody,
Większe chce wytargować płace i nagrody;
Lecz i tym prędko zawarł Lubomirski usta:
«Byle się ta pogańska skróciła rozpusta,
Nę wam na to cnotliwe, prawi, moje słowo,
Jeśli mnie Bóg przywróci do Ojczyzny zdrowo,
Że tylą drugą sumę liczyć wam rozkażę
Z mych dochodów prywatnych; i tego dokażę,
Że wam Rzeczpospolita i żołdu podniesie,
Gdy przy niej w tak potrzebnym zostawacie czesie.
Teraz co chleba, co jest dla koni jęczmienia,
Wszytek rozdam między was; mnież by pożywienia
Bóg nie miał dać tak dobry, dla którego chwały
Umieram i krew cedzę, gdy trzeba, dzień cały?»
Krzyczą wszyscy dziękując i ci, którzy stali
Opodal, niewiedzący, za co dziękowali;
Sajdaczny też na końcu żołnierskimi słowy,
Że swej służyć ojczyźnie i zdrowiem gotowy,
Wyświadcza i prowadzi do koni z namiotu;
I tylko tylo było z Kozaki kłopotu.
Potem gdy obiecane dano prowianty,
Kasza im i suchary stały za bażanty!
A więcej się na nasze nie spuszczając datki,
Co noc niemal, to Turków łowili w ukradki.