Próby. Księga pierwsza
Rozdział I. Jako różnymi drogami dochodzi się do podobnego celu
Rozdział II. O smutku
Rozdział III. Uczucia nasze wybiegają poza nas
Rozdział IV. Jako dusza przenosi swe namiętności na złudne przedmioty, skoro nie stajenie stawać (daw.) --- brakować czego. jej prawdziwych
Rozdział V. Zalizali (daw.) --- czy. naczelnikowi obleganej fortecy godzi się wyjść za mury dla parlamentowania z wrogiem
Rozdział VI. Jako godzina parlamentowania jest niebezpieczna
Rozdział VII. Jako uczynki nasze należy sądzić wedle intencji
Rozdział VIII. O bezczynności
Rozdział IX. O kłamcach
Rozdział X. O mówieniu powolnym i rychłym
Rozdział XI. O przepowiedniach
Rozdział XII. O stałości
Rozdział XIII. Ceremonia spotkania się królów
Rozdział XIV. Upieranie się nierozumne przy obronie fortecy zasługuje na karę
Rozdział XV. O karaniu tchórzostwa
Rozdział XVI. Obyczaje niektórych ambasadorów
Rozdział XVII. O strachu
Rozdział XVIII. Jako nie trzeba sądzić naszej doli aż po śmierci
Rozdział XIX. Jako filozofować znaczy uczyć się umierać
Rozdział XX. O potędze wyobraźni
Rozdział XXI. Korzyść jednego jest szkodą drugiegoRozdział XXI. Korzyść jednego jest szkodą drugiego --- niemal cały ten rozdział zaczerpnięty jest z Seneki O dobrodziejstwach, VI, 38.
Rozdział XXII. O zwyczaju i o tym, aby niełatwo odmieniać istniejące prawo
Rozdział XXIII. Rozmaite wyniki tego samego postanowienia
Rozdział XXIV. O bakalarstwieRozdział XXIV. O bakalarstwie --- w oryg. Du pedantisme. Pedant, znaczyło w języku XVI w. bakałarz, nauczyciel.
Rozdział XXV. O wychowaniu dzieci
Rozdział XXVI. Jako szaleństwem jest wyrok o prawdzie i fałszu zdawać na sąd naszego rozumu
Rozdział XXVII. O przyjaźni
Rozdział XXVIII. Dwadzieścia dziewięć sonetów Stefana de la BoêtieRozdział XXVIII. Dwadzieścia dziewięć sonetów Stefana de la Boêtie --- istotnie, pierwsze wydanie Prób zamieszcza w tym miejscu 29 sonetów Stefana de la Boêtie. Przygotowując do druku ostatnie wydanie, Montaigne wykreślił je własnoręcznie z dopiskiem ,,zamieszczone gdzie indziej": mianowicie w pismach zmarłego przyjaciela ogłoszonych jego staraniem. Większość nowszych wydań pomija też te sonety, tym słuszniej, iż same przez się, jednomyślnym zdaniem wydawców, nie przedstawiają nic godnego uwagi. Jest to jedno z owych w miarę szkolnych i chłodnych naśladownictw Petrarki, jakich pełno w owym czasie w poezji wszystkich języków. Obciążać tą naleciałością polski przekład wydało mi się tym bardziej zbyteczne; jednak dla dania pojęcia o charakterze utworu, który Montaigne, patrząc oczyma przyjaźni, ocenia tak entuzjastycznie, przytoczę parę z tych sonetów: I. Daruy, Miłości, daruy: tobie oto święcę/ Resztę dni moich, głos móy, y te pisma moie;/ Me szlochy, me westchnienia, łzy y niepokoie,/ Y nic nie chcę zawdzięczać, ieno twoiey ręce./ Ha! z iakąż losy ze mną igraią pustotą!/ Z ciebie, Miłości, wczoray nieledwie szydziłem;/ Sił mi nie stało: widzę, przyznaię, błądziłem,/ Zbyt strzegłem mego serca, zrzekam się go oto./ Ieślim, chcąc ie uchować, przewlókł twe zwycięstwo,/ Nie mściy się na nim za to; tym większa twa chwała;/ Y skoro nie zwalczyło mnie pierwsze natarcie,/ Pomniy, iż dzielny hetman y dusza wspaniała/ W pokonanym swym ieńcu umie cenić męstwo,/ Tem więcey go szacuiąc, gdy walczył uparcie. II. To Miłość, Miłość sama trafiła mnie w sedno;/ Wżdy Miłość nayognistsza, nayobfitsza w biedy,/ Iakiey ubogie serce drzwi otwarło kiedy:/ Okrutna, utopiła nie strzałę swą iedną,/ Ale łuk, strzały, kołczan, w biedne moie zmysły;/ Ieszcze miesiąca nie masz, iak władzę iey czuię,/ Iak tę ziadłą truciznę w mych żyłach hoduię,/ A iuż rozum, spokoyność w niwecz się rozprysły!/ Ha! możeż ieszcze wzrosnąć ta słodka gadzina,/ Która w tak straszney męce we mnie się poczyna?/ Rośnij, gdy zdolesz rosnąć, y coraz to czyściey:/ Żywisz się łzami, łez ci przyrzekam obficie,/ Y westchnień na ochłodę, y pulsów mych bicie,/ Lecz niechay zło naygorsze z początku się ziści. III. Stałoć się, moie serce; zbądźmy się swobody./ Na co przedłużać walkę bogdaj o godzinę?/ Na to chyba, by karę pomnażać y winę:/ Nie masz iuż we mnie mocy, iaka była wprzódy./ Rozum przez czas nieiaki stawał przy mym boku;/ Owo żąda odmieniec (ponoć iuż się stało!),/ Bym szedł w służby, to maiąc za pociechę całą,/ Że nikt ieszcze nie umknął się tego wyroku./ Ha! trza iuż ulec pono: opór tam stracony,/ Kędy w rozumie szukać daremnie obrony./ Widzę, że Amor oto niewinnego człeka/ Bez niiakiego prawa, zakuł mnie w kaydany;/ Y widzę, że królowi temu, od wiek wieka,/ Nawet w bezprawiach iego, rozum iest poddany.
Rozdział XXIX. O umiarkowaniu
Rozdział XXX. O kanibalach
Rozdział XXXI. Iż trzeba być oględnym w sądzeniu wyroków boskich
Rozdział XXXII. Iż trzeba unikać rozkoszy, bodaj za cenę życia
Rozdział XXXIII. Często szczęście spotyka się na drodze rozumu
Rozdział XXXIV. O pewnej ułomności naszych urzędów
Rozdział XXXV. O zwyczaju odziewania się
Rozdział XXXVI. O Katonie młodszym
Rozdział XXXVII. Jako często płaczemy i śmiejemy się z tych samych powodów
Rozdział XXXVIII. O samotności
Rozdział XXXIX. Uwagi nad Cyceronem
Rozdział XL. Iż poczucie dobrego i złego zależy w znacznej mierze od naszego o tym mniemania
Rozdział XLI. O nieużyczaniu swojej chwały
Rozdział XLII. O nierówności jaka jest między ludźmi
Rozdział XLIII. O prawach przeciw zbytkom
Rozdział XLIV. O spaniu
Rozdział XLV. O bitwie pod Dreux
Rozdział XLVI. O imionach
Rozdział XLVII. O niepewności naszego sądu
Rozdział XLVIII. O koniach podręcznych
Rozdział XLIX. O dawnych zwyczajach
Rozdział L. O Demokrycie i Heraklicie
Rozdział LI. O czczości słów
Rozdział LII. O oszczędności starożytnych
Rozdział LIII. O niejakim rzeczeniu Cezara
Rozdział LIV. O próżnych subtelnościach
Rozdział LV. O zapachach
Rozdział LVI. O modłach
Rozdział LVII. O wieku