tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 13

Było lato i palący skwar.

W Bambim poczęła się znowu budzić owa tęsknota, którą już raz odczuwał, ale teraz była znacznie silniejsza niż dawniej, wrzała w jego krwi i nie dawała mu spokoju. Wałęsał się po całym lesie.

Pewnego razu spotkał Falinę. Spotkał ją niespodzianie, gdyż myśli jego były w tej chwili zupełnie nieprzytomne, zmysły zupełnie zaćmione owym niespokojnym pragnieniem, które go przenikało na wskroś, tak że nie dostrzegł wcale Faliny. A oto stała przed nim.

Bambi przez chwilę przyglądał się jej oniemiały, potem powiedział z przejęciem:

— Falino... jaka ty się stałaś piękna....

Falina odpowiedziała:

— Więc poznajesz mnie znowu?

— Ja miałbym cię nie poznać! — zawołał Bambi. — Czyż nie wychowaliśmy się razem?

Falina westchnęła:

— Tak dawno się nie widzieliśmy...

Potem dodała:

— ...łatwo jest stać się sobie zupełnie obcymi...

Ale był to już znowu jej lekki, powabny, filuterny ton, jak niegdyś.

Pozostali teraz razem.

— Po tej drodze — powiedział Bambi po pewnym czasie — po tej drodze chodziłem jako dziecko z matką...

— Prowadzi na łąkę — wtrąciła Falina.

— Na tej łące zobaczyłem cię po raz pierwszy — rzekł Bambi nieco uroczyście. — Pamiętasz to jeszcze?

— Tak — odpowiedziała Falina — mnie i Goba!

Westchnęła cicho:

— Biedny Gobo...

Bambi powtórzył:

— Biedny Gobo...

Zaczęli teraz mówić o dawnych czasach i co chwila zadawali sobie nawzajem pytanie:

— Pamiętasz jeszcze?

Okazało się, że wszystko jeszcze pamiętali. Oboje byli tym zachwyceni.

— Tam na łące — przypomniał Bambi — bawiliśmy się w gonitwę... pamiętasz jeszcze?

— Zdaje się, że to było tak... — powiedziała Falina i jak strzała pomknęła naprzód.

Bambi w pierwszej chwili stał w miejscu stropiony, potem pomknął za nią.

— Czekaj! Czekaj! — zawołał uszczęśliwiony.

— Nie mogę czekać — drażniła go Falina — śpieszy mi się bardzo!

I lekkimi skokami opisała łuk, daleko przez krzaki i trawy.

Wreszcie Bambi dogonił ją i stanęli teraz spokojnie obok siebie. Śmiali się i byli zadowoleni.

Nagle Falina podskoczyła w górę, jakby ją coś ukłuło, i na nowo pomknęła naprzód.

Bambi pobiegł za nią.

Falina biegła, zataczając łuki, zwracała nagle i umykała mu ciągle.

— Zatrzymaj się! — dyszał Bambi. — Zatrzymajże się... muszę cię o coś zapytać!

Falina stanęła nagle.

— O co mnie musisz zapytać? — zawołała z zaciekawieniem.

Bambi milczał.

— Ach, jeżeli mnie tylko nabujałeś... — powiedziała Falina i chciała się odwrócić.

— Nie! — Bambi mówił szybko: — Stójże w miejscu... chcę... chcę cię zapytać... czy ty mnie kochasz, Falino?

Falina spojrzała na niego ze znacznie większym jeszcze zaciekawieniem niż przedtem i trochę wyczekująco:

— Nie wiem...

— Jakże! — nalegał Bambi. — Musisz przecież wiedzieć! Ja także wiem, czuję zupełnie wyraźnie, że cię kocham. Kocham cię szalenie, Falino. Więc powiedz mi teraz, czy mnie kochasz...

— Możliwe, że cię kocham — odpowiedziała Falina niezdecydowanie.

— I pozostaniesz przy mnie? — nalegał Bambi z podnieceniem.

— Jeżeli mnie o to ładnie poprosisz... — powiedziała Falina wesoło.

— Proszę cię, Falino! Ukochana, piękna, droga Falino — zawołał Bambi, nie panując nad sobą — słyszysz? Proszę cię o to z całego serca!

— W takim razie stanowczo pozostanę przy tobie — powiedziała Falina łagodnie... i już jej nie było.

Bambi z zachwytem pomknął znowu za nią jak strzała.

Falina pędziła na przełaj przez łąkę, wykonała nagły zwrot i znikła w gęstwinie. Ale kiedy i Bambi wykonał zwrot, aby podążyć za nią, w krzakach rozległ się nagle potężny szum i wybiegł z nich Karus.

— Stój! — zawołał.

Bambi nie zrozumiał. Zbyt był zajęty Faliną.

— Przepuść mnie! — powiedział szybko. — Nie mam teraz czasu dla ciebie!

— Precz! — krzyknął na niego Karus z gniewem. — Natychmiast precz! Bo cię tak przepędzę, że dyszeć nie będziesz mógł! Zabraniam ci biegać za Faliną!

W Bambim zbudziło się wspomnienie ubiegłego lata, kiedy tak często i tak sromotnie bywał odpędzany. Natychmiast ogarnęła go wściekłość. Nie powiedział ani słowa, lecz z miejsca rzucił się na Karusa z pochyloną koroną.

Napaść była niepowstrzymana i Karus leżał na trawie, zanim się właściwie spostrzegł, co się z nim dzieje.

Błyskawicznie poderwał się z ziemi, ale zaledwie stanął znowu na nogach, trafił go nowy cios.

— Bambi! — krzyknął i chciał jeszcze raz krzyknąć: — Bam... — ale trzecie uderzenie, które ześlizgnęło się z jego łopatki, omal go nie powaliło.

Karus skoczył w bok, aby umknąć przed rozpędzającym się jeszcze raz Bambim. Uczuł się nagle dziwnie słaby. A jednocześnie przekonał się z przerażeniem, że jest to walka na śmierć i życie. Ogarnął go zimny lęk. Rzucił się do ucieczki, a z milczenia Bambiego, który pędził tuż za nim, Karus poznał, że Bambi, nieprzytomny, gniewny i nieubłagany, zdecydowany jest niezłomnie zabić go. To go zupełnie pozbawiło panowania nad sobą. Zboczył z drogi, resztkami sił rzucił się w krzaki, nie pragnął już niczego, nie myślał już o niczym łaknąc jednego tylko: zmiłowania i wybawienia.

Nagle Bambi przerwał gonitwę i przystanął.

Karus w swoim lęku wcale tego nie zauważył i pędził dalej na przełaj przez krzaki co sił w nogach.

Ale Bambi zatrzymał się, gdyż usłyszał ciche wołanie Faliny. Począł nasłuchiwać. Falina zawołała znowu, lękliwie, z udręką.

Bambi zawrócił natychmiast i pomknął z powrotem.

Kiedy przybył na łąkę, spostrzegł właśnie, jak Falina, ścigana przez Ronna, umknęła w krzaki.

— Ronno! — krzyknął Bambi.

Nie wiedział wcale, że to krzyknął.

Ronno, który nie potrafił tak szybko biegać, gdyż utykał przecież, zatrzymał się.

— Patrzcie no — powiedział wyniośle — mój mały Bambi! Czy życzysz sobie czegoś ode mnie?

— Życzę sobie — powiedział Bambi spokojnie, ale głosem zmienionym zupełnie od hamowanej siły i opanowanego gniewu — życzę sobie, abyś dał spokój Falinie i wynosił się stąd natychmiast.

— I więcej nic? — zapytał Ronno szyderczo. — Co to się z ciebie zrobił za zuchwalec... nigdy bym się tego nie spodziewał...

— Ronno — powiedział Bambi bardzo cicho — pragnę tego dla twego dobra. Bo jeżeli nie odejdziesz natychmiast, będziesz potem co prawda bardzo pragnął biegać na swoich nogach, ale nie będziesz mógł biegać...

— Oho! — zawołał Ronno gniewnie. — Więc tak ze mną mówisz? Dlatego, że kuleję? Zresztą wcale tego nie widać. A może ci się zdaje, że i ja się ciebie boję, dlatego że Karus był takim nędznym tchórzem? Radzę ci po dobremu...

— Nie, Ronno — przerwał mu Bambi — to ja ci radzę! Odejdź stąd!

Głos jego drżał, gdy mówił dalej:

— Byłeś dla mnie zawsze dobry, Ronno. Uważałem cię za bardzo mądrego i miałem dla ciebie szacunek, ponieważ jesteś o wiele starszy ode mnie. Mówię ci teraz po raz ostatni: odejdź stąd... moja cierpliwość już się skończyła!...

— To źle — odpowiedział Ronno pogardliwie — to źle, że masz tak mało cierpliwości. To bardzo źle dla ciebie, mój mały. Ale bądź spokojny, z tobą dam sobie szybko radę. Nie będziesz musiał długo czekać. A może zapomniałeś już, jak często cię odpędzałem?

Po tym przypomnieniu nie istniały już dla Bambiego słowa ani hamulce. Jak szalony rzucił się na Ronna, który przyjął go z pochyloną głową. Z trzaskiem zwarli się ze sobą.

Ronno stał mocno i dziwił się, że Bambi nie cofnął się przed nim. Stropiła go przy tym ta nagła napaść, gdyż nie spodziewałby się nigdy, że Bambi zaatakuje go pierwszy. Z niechęcią obserwował olbrzymią silę Bambiego i przyznawał w duchu, że musi się mieć na baczności. Kiedy tak stali, zwarci czołem o czoło, postanowił zastosować podstęp. Cofnął się nagle, aby Bambi stracił równowagę i upadł w przód.

Ale Bambi uniósł się na tylne nogi i natychmiast rzucił się znowu ze zdwojoną mocą na Ronna, zanim jeszcze przeciwnik jego zdążył przybrać mocną pozycję. Rozległ się głośny trzask, gdyż jeden ząb korony Ronna ułamał się. Ronno sądził, że jego czoło zostało zmiażdżone. Iskry zamigotały mu przed oczyma, zaszumiało mu w uszach.

W następnej chwili potężny cios rozdarł mu ramię. Stracił dech, leżał na ziemi, a Bambi stał nad nim wściekły.

— Puść mnie — jęknął Ronno.

Bambi rzucił się na niego na oślep. Oczy jego miotały skry. Nie myślał widocznie o litości.

— Proszę cię... przestań... — błagał Ronno żałośnie. — Wiesz przecież, że kuleję... żartowałem tylko przedtem... oszczędź mnie... czyż nie znasz się na żartach?...

Bambi wypuścił go bez słowa.

Ronno wstał z wysiłkiem. Krwawił mocno i chwiał się na nogach. Bez słowa oddalił się szybko.

Bambi chciał iść w gęstwinę poszukać Faliny. Ale Falina wyszła w tej chwili na polanę. Przez cały czas stała tuż na skraju lasu i widziała wszystko.

— To było cudowne — powiedziała ze śmiechem.

Poważnie zaś i cicho dodała:

— Kocham cię.

Odeszli razem i byli bardzo szczęśliwi.