tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 14

Pewnego razu postanowili odszukać ową małą polanę w samej głębi lasu, gdzie Bambi po raz ostatni spotkał starca. Bambi opowiedział Falinie o starcu i wpadł w zachwyt.

— Może spotkamy go znowu, tęskno mi za nim.

— Byłoby to bardzo miłe — odpowiedziała Falina zuchwale — naprawdę chciałabym kiedyś z nim pogawędzić.

Ale nie mówiła prawdy. Była co prawda bardzo ciekawa, ale w głębi duszy bała się starca.

Był już jasnoszary brzask, zbliżał się wschód słońca.

Szli obok siebie cicho. Krzaki i drzewa stały tutaj rzadziej i na wszystkie strony był otwarty widok.

Niedaleko od nich rozległ się jakiś szmer. Zatrzymali się natychmiast i spojrzeli w tę stronę. Powoli szedł przez krzaki ku polanie potężny jeleń. W półmroku, który nie malował jeszcze barw, podobny był do olbrzymiego, szarego cienia.

Falina nie mogła się powstrzymać od okrzyku. Bambi opanował się. Był co prawda tak samo przerażony, a krzyk tkwił mu już w gardle, ale głos Faliny brzmiał tak bezradnie, że uczuł litość i opanował swój lęk, aby móc ją pocieszyć.

— Cóż ci się stało? — szepnął mocno zatroskany, ale głos jego drżał. — Cóż ci się stało? On nam przecież nic nie zrobi!

Falina krzyknęła jednak ponownie.

— Nie przejmuj się tak okropnie, najdroższa — prosił Bambi. — Przecież to śmieszne tak się zawsze przerażać tych państwa. Ostatecznie są to nasi krewni.

Ale Falina nie chciała słyszeć o takim pokrewieństwie. Stała nieruchomo, wpatrywała się w jelenia, który niewzruszenie szedł dalej, i krzyczała, krzyczała.

— Opanuj się — prosił Bambi. — Cóż on sobie o nas pomyśli?

Ale Faliny niepodobna było uspokoić.

— Niech sobie myśli, co chce — zawołała i znowu poczęła krzyczeć: — Ach-och! Ba-och!... Cóż to za okropna pycha być takim wielkim!

Biadała dalej:

— Ba-och!

Wołała dalej:

— Puść mnie... nie mogę nie krzyczeć! Muszę! Ba-och! Ba-och! Ba-och!

Jeleń stanął teraz na małej polance, spokojnie szukając w trawie przysmaków.

W Bambim, który spoglądał to na szalejącą Falinę, to znowu na spokojnego jelenia, zbudził się jakiś bunt. Słowami, które wypowiedział przedtem do Faliny, przezwyciężył zupełnie własne przerażenie. Teraz robił sobie wyrzuty z powodu żałosnego stanu, w jaki wprawiał go zawsze widok jelenia, tego stanu stanowiącego dręczącą mieszaninę grozy, podniecenia, podziwu i poczucia niższości.

— To wszystko nie ma sensu — powiedział, zmuszając się z wysiłkiem do stanowczości. — Pójdę teraz prosto do niego i zawrę z nim znajomość!

— Nie rób tego! — krzyknęła Falina. — Nie rób tego! Ba-och! Stanie się nieszczęście! Ba-och!

— Zrobię to bezwarunkowo — odpowiedział Bambi.

Jełeń, który zajadał sobie na polanie z taką swobodą, nie troszcząc się zupełnie o biadającą Falinę, wydał mu się teraz zbyt wyniosły. Uczuł się urażony i poniżony.

— Idę — powiedział — bądźże cicho! Zobaczysz, że nic się nie stanie. Zaczekaj tutaj!

I poszedł naprawdę.

Ale Falina nie czekała. Nie miała do tego ochoty, najmniejszej ochoty ani odwagi. Zawróciła natychmiast i uciekła z krzykiem, uważała to bowiem za najlepsze, co mogła zrobić.

Coraz dalej i dalej słychać było jej nawoływanie:

— Ba-och! Ba-och!

Bambi chętnie pobiegłby teraz za nią. Ale nie było to już możliwe. Opanował się więc i poszedł naprzód.

Poprzez gałęzie widział jelenia, stojącego na polanie z pochyloną ku ziemi głową.

Bambi czuł, jak mu serce biło, kiedy patrzył na jelenia.

Gdy Bambi wyszedł na polanę, jeleń natychmiast podniósł głowę i spojrzał w jego stronę. Potem jakby z roztargnieniem począł patrzeć prosto przed siebie.

Bambi uważał, że zarówno jeden, jak i drugi gest były niezmiernie dumne, zarówno sposób, w jaki jeleń spojrzał na niego, jak i sposób, w jaki patrzył teraz przed siebie, jakby nikogo innego nie było na polanie.

Bambi nie wiedział, co ma zrobić. Przyszedł tutaj z niezłomnym postanowieniem przemówienia do jelenia. „Dzień dobry — chciał powiedzieć — nazywam się Bambi... czy mogę zapytać o pańskie szanowne imię?”

Owszem! Wyobrażał to sobie jako rzecz niezmiernie prostą, ale teraz okazało się, że sprawa wcale tak prosta nie była. Na cóż mu się mogły zdać najlepsze zamiary? Bambi nie chciał być nieuprzejmy, a jednak był nieuprzejmy, jeżeli wyszedł tu na polanę, nie mówiąc ani słowa. Nie chciał też być natarczywy, a jednak byłby natarczywy, gdyby zaczął mówić.

Jeleń stał przed nim oburzająco majestatycznie. Bambi był zarazem zachwycony i upokorzony. Daremnie usiłował się opanować i powtarzał sobie tylko raz po raz tę samą myśl: „Dlaczego się daję nastraszyć?... Jestem akurat tym samym, co i on... akurat tym samym, co i on”.

Nic nie pomagało. Bambi stał nadal zalękniony i w głębi duszy czuł, że jednak nie jest zupełnie tym samym, co jeleń. Bynajmniej. Czuł się okropnie i musiał skupić całą siłę, aby zachować spokój.

Jeleń spojrzał na niego i pomyślał:

„Cudowny jest... naprawdę jest zachwycający... taki ładny... taki zgrabny... taki wytworny w całym swoim zachowaniu... Ale nie wolno mi tak mu się przypatrywać. To naprawdę nie wypada. A zresztą mogłoby go to wprawić w zakłopotanie”.

I znowu spojrzał ponad Bambim w przestrzeń.

„Co za dumne spojrzenie! — skonstatował Bambi. — To naprawdę nie do zniesienia, ile sobie taki jeleń wmawia!”

Jeleń pomyślał:

„Chętnie bym z nim pomówił... taki jest sympatyczny... Jakie to głupie, że nigdy ze sobą nie rozmawiamy!”

I w zadumie spoglądał przed siebie.

„Jestem niczym — powiedział sobie Bambi w duchu. — Ci krewniacy zachowują się zawsze tak, jakby byli sami tylko na świecie!”

„Ale co mam do niego powiedzieć? — zastanawiał się jeleń. — Nie mam w tym wprawy... powiem jakieś głupstwo i ośmieszę się... On jest z pewnością bardzo mądry”.

Bambi opanował się i stanowczym wzrokiem spojrzał na jelenia.

„Jaki on jest cudowny!” — pomyślał z rozpaczą.

„No... może kiedy indziej...” — postanowił jeleń i odszedł niezadowolony, ale wyniosły.

Bambi pozostał na polanie stropiony.