tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 16

W kilka dni później szli razem beztrosko przez gęstwinę dębów, rozciągającą się po drugiej stronie łąki. Chcieli przejść przez łąkę i w miejscu, gdzie stał wysoki dąb, dotrzeć do swojej ścieżki.

Kiedy krzaki rozjaśniły się nieco przed nimi, zatrzymali się i wyjrzeli ostrożnie. Ale tam przy dębie poruszało się coś czerwonego. Dostrzegli to oboje jednocześnie.

— Kto to może być?... — szepnął Bambi.

— Prawdopodobnie Ronno albo Karus — odpowiedziała Falina.

Bambi powątpiewał o tym.

— Oni się już teraz nie śmią zbliżyć do mnie.

Spojrzał bystrzej w tę stronę.

— Nie — powiedział stanowczo — nie jest to ani Karus, ani Ronno... to ktoś obcy...

Falina zgodziła się z nim, zdziwiona, ale bardzo zaciekawiona.

— Racja... ktoś obcy... teraz i ja to widzę... Dziwne!

Obserwowali dalej.

— Jak on się swobodnie zachowuje! — zawołała Falina.

— Głupio — powiedział Bambi — naprawdę głupio! Zachowuje się jak małe dziecko... jakby nie istniało niebezpieczeństwo!

— Chodźmy tam — zaproponowała Falina.

Była bardzo zaciekawiona.

— Dobrze — odpowiedział Bambi — chodźmy tam... muszę się temu obcemu przyjrzeć z bliska...

Zrobili kilka kroków, gdy nagle Falina zawahała się:

— Ale... gdyby się z tobą wdał w zwadę... jest silny...

— Ba! — Bambi przechylił głowę i skrzywił się lekceważąco. — Spójrz no na jego małą koronę... Tego miałbym się bać?... Jest wprawdzie gruby i tłusty... ale silny? Nie sądzę. Chodź śmiało.

Poszli.

Nieznajomy po drugiej stronie łąki zajęty był oskubywaniem wiech trawy i zauważył ich dopiero wtedy, gdy byli już dość daleko na łące. Natychmiast wybiegł im naprzeciw. Podskakiwał wesoło, jakby w zabawie, sprawiając znowu dziwnie dziecięce wrażenie.

Bambi i Falina zatrzymali się stropieni, czekając na niego. Teraz był już oddalony od nich tylko o kilka kroków. Zatrzymał się także.

Po chwili zapytał:

— Nie poznajecie mnie?

Bambi schylił głowę, gotów do walki.

— A ty nas... znasz? — zapytał zamiast odpowiedzi.

Nieznajomy przerwał mu natychmiast.

— Ależ, Bambi! — zawołał z wyrzutem i poufałością.

Bambi zmieszał się, kiedy usłyszał, że zawołano go po imieniu. Pod wpływem brzmienia tego głosu w jego sercu zadrgało jakieś niewyraźne wspomnienie, ale Falina już skoczyła naprzeciw obcemu.

— Gobo! — zawołała i zamilkła.

Stała teraz bez słowa, bez ruchu, bez tchu niemal.

— Falino... — powiedział Gobo cicho — Falino... siostro... więc mnie jednak poznałaś...

Podszedł do niej i pocałował ją w usta. Łzy spływały mu po policzkach.

Falina płakała także i nie mogła mówić.

— Tak... Gobo... — zaczął Bambi.

Głos jego drżał, był bardzo podniecony, był głęboko przejęty i bezgranicznie zdumiony.

— Tak... Gobo... więc ty nie umarłeś?...

Gobo roześmiał się.

— Widzisz przecież... Sądzę, że widać nawet po mnie bardzo dobrze, że nie jestem martwy.

— Ale... wtedy... w śniegu?... — upierał się Bambi.

— Wtedy? — Gobo wyprężył się dumnie. — Wtedy ON mnie uratował...

— A gdzie byłeś przez ten cały czas?... — zapytała teraz Falina stropiona.

Gobo odpowiedział:

— U NIEGO... Cały czas u NIEGO...

Zamilkł, spojrzał na Falinę i Bambiego, sycąc się widokiem ich bezradnego zdumienia. Potem dodał:

— Tak, moi kochani... wiele przeżyłem... o wiele więcej niż wy wszyscy razem tu, w waszym lesie...

Brzmiało to trochę jak przechwałka, ale Falina i Bambi jeszcze tego nie zauważyli, byli jeszcze zbyt przejęci tą wielką niespodzianką.

— Opowiadaj! — zawołała Falina, nie panując nad sobą.

— O — rzekł Gobo z zadowoleniem — opowiadać mógłbym całymi dniami, a jeszcze bym wszystkiego nie skończył.

Bambi nalegał:

— Więc opowiadaj!

Gobo zwrócił się do Faliny i spoważniał nagle.

— Czy mama jeszcze żyje? — zapytał nieśmiało i cicho.

— Tak! — zawołała Falina wesoło. — Żyje... ale dawno jej już nie widziałam.

— Muszę natychmiast iść do niej! — powiedział Gobo stanowczo. — Pójdziecie ze mną?

I poszli.

Przez całą drogę nie mówili więcej ani słowa. Bambi i Falina czuli niecierpliwą tęsknotę Goba za matką, dlatego milczeli teraz oboje. Gobo szedł szybko przodem i milczał także. Nie przeszkadzali mu.

Czasami tylko, kiedy na oślep przebiegał przez jakieś skrzyżowanie dróg, zawsze pędząc prosto przed siebie, albo kiedy w nagłym pośpiechu zwracał się w innym kierunku, przywoływali go bardzo cicho.

— Tutaj! — szeptał wtedy Bambi.

Albo Falina mówiła:

— Nie... teraz tędy...

Kilka razy musieli przechodzić przez wielkie polany. Zauważyli, że Gobo nie zatrzymał się nigdy na skraju gęstwiny, że nigdy nie rozglądał się ani przez chwilę badawczo, zanim wyszedł z gąszczu, lecz po prostu wybiegał bez jakichkolwiek środków ostrożności. Bambi i Falina wymieniali zdumione spojrzenia, ilekroć się to działo. Ale nie mówili ani słowa i z lekkim wahaniem szli za Gobem.

Długo musieli tak chodzić na wszystkie strony i szukać.

Nagle Gobo rozpoznał drogi swego dzieciństwa. Był wzruszony. Nie zastanawiając się nad tym, że Bambi i Falina prowadzili go przecież, odwrócił się do nich i zawołał:

— Widzicie, jak świetnie odnalazłem drogę aż tutaj?

Bambi i Falina nie odpowiedzieli. Znowu spojrzeli na siebie nawzajem.

Wkrótce potem przybyli do małej izdebki z liści.

— Tutaj! — zawołała Falina, wbiegając do izby.

Gobo skierował się za nią i przystanął.

Była to owa izba z liści, w której oboje przyszli na świat, w której jako małe dzieci mieszkali z matką.

Gobo i Falina spojrzeli sobie z bliska w oczy. Nie powiedzieli ani słowa. Falina cicho ucałowała brata w usta. Potem pobiegli dalej.

Szli może jeszcze godzinę tu i tam. Słońce coraz jaśniej przeświecało poprzez gałęzie, las stawał się coraz cichszy. Czas już było położyć się i wypocząć. Ale Gobo nie czuł się zmęczony. Szedł szybko naprzód, dysząc ciężko z niecierpliwego podniecenia i bezładnie rozglądając się dokoła.

Wzdrygnął się, kiedy łasica przebiegła przed nimi wśród kępek trawy. Omal nie nastąpił na bażanty, które tuliły się mocno do ziemi, ale kiedy bijąc głośno skrzydłami i złorzecząc, uciekły przed nim, przeraził się bardzo.

Bambi dziwił się widząc, jak obco i ślepo chodził Gobo po lesie.

Gobo przystanął i zwrócił się do Bambiego i Faliny.

— Nie można jej znaleźć! — zawołał z rozpaczą.

Falina uspokoiła go.

— Zaraz — powiedziała wzruszona — zaraz, Gobo.

Spojrzała na niego. Znowu miał ów bezradny wyraz twarzy, który znała tak dobrze.

— Może będziemy wołać? — zapytała z uśmiechem. — Może będziemy znowu wołać... jak dawniej, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi?

Ale Bambi szedł dalej. Tylko kilka kroków. W tej chwili ujrzał ciotkę Enę. Położyła się już do wypoczynku południowego i leżała cicho w cieniu leszczyny, bardzo blisko nich.

— Nareszcie! — mruknął do siebie.

W tej chwili nadeszli też Gobo i Falina. Wszyscy troje stali obok siebie i spoglądali w stronę ciotki Eny, która cicho podniosła głowę i ospale spoglądała w ich stronę.

Gobo wykonał kilka nieśmiałych kroków i zawołał cicho:

— Mamo!...

Leżąca, jakby poderwana gromem, zerwała się teraz na nogi i stanęła jak przykuta.

Gobo szybko skoczył do niej.

— Mamo... — zaczął znowu, chciał mówić, ale nie mógł wydobyć słowa.

Matka spojrzała mu głęboko w oczy. Znieruchomienie jej poczęło ustępować; drżała tak mocno, że fala za falą przebiegały jej przez łopatki i plecy.

Nie pytała o nic, nie żądała wyjaśnień, nie kazała sobie opowiadać. Wolno pocałowała Goba w usta, całowała jego policzki, jego szyję; nieustannie obmywała go swymi pocałunkami, jak niegdyś w owej godzinie, kiedy go urodziła.

Bambi i Falina odeszli.