tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 17

Stali wszyscy razem na małej polance pośrodku gęstwiny i Gobo opowiadał.

Przyjaciel zając siedział tam także. Ze zdumienia uniósł słuchy, wymachiwał nimi z przejęciem i pod silnym wrażeniem opowiadania opuszczał je z powrotem, aby natychmiast wyprężyć je znowu w górę.

Sroka siedziała na najniższej gałęzi młodego buku i słuchała oszołomiona. Kraska niespokojnie siedziała naprzeciwko na jesionie i od czasu do czasu piszczała ze zdziwienia.

Kilka znajomych bażantów z żonami i dziećmi przybyło także. Przysłuchując się, ze zdumieniem wyciągały szyje, nagłymi ruchami wciągały je z powrotem, odwracały głowy na wszystkie strony i nie mogły wymówić słowa.

Wiewiórka zeskoczyła na dół i zachowywała się bardzo niespokojnie. To zbiegała na ziemię, to wdrapywała się na to czy owo drzewo, to znowu wspierała się na wzniesionej kicie i ukazywała białą pierś. Raz po raz chciała przerwać Gobowi, chciała coś powiedzieć, ale za każdym razem wszyscy surowo przywoływali ją do milczenia.

Gobo opowiadał, jak bezradnie leżał na śniegu, oczekując śmierci.

— Psy mnie znalazły — mówił — psy są straszne. Są one w ogóle najstraszniejszymi istotami, jakie istnieją na świecie. Pyski ich są pełne krwi, głos ich jest gniewny i bezlitosny.

Rozejrzał się dokoła po kręgu słuchaczy i ciągnął:

— ...a jednak... później bawiłem się z nimi jak z równymi sobie...

Był z tego bardzo dumny.

— ...teraz nie mam już najmniejszej potrzeby bać się ich, gdyż jestem z nimi zaprzyjaźniony. Mimo to kiedy się zaczynają wściekać, kręci mi się w głowie, a serce drętwieje mi zupełnie. Nie zawsze co prawda mają złe zamiary, a przy tym, jak powiedziałem, jestem przecież ich przyjacielem... ale głos ich posiada jednak przeraźliwą moc.

Gobo zamilkł.

— Dalej! — nalegała Falina.

Gobo spojrzał na nią.

— Otóż... psy byłyby mnie poszarpały... ale wtedy nadszedł ON!

Gobo zrobił pauzę. Słuchacze nie śmieli oddychać.

— Tak — powiedział Gobo. — Wtedy nadszedł ON! Odwołał psy, które ucichły natychmiast. Krzyknął na nie jeszcze raz, a one bez ruchu legły u JEGO stóp na ziemi. Potem mnie podniósł. Krzyczałem. Ale ON mnie pogłaskał. Łagodnie przycisnął mnie do siebie, nie zadając mi bólu. A potem niósł mnie...

Falina przerwała mu:

— Co to znaczy „nieść”?...

Gobo zaczął jej tłumaczyć, dokładnie i z powagą.

— To bardzo proste — przerwał mu Bambi. — Spójrz, Falino, jak robi to wiewiórka, kiedy trzyma orzech i niesie go...

Wiewiórka chciała się nareszcie dorwać do słowa.

— ...jeden z moich kuzynów... — zaczęła gorliwie.

Ale inni krzyknęli zaraz:

— Cicho! Cicho! Gobo niech opowiada dalej!

Wiewiórka musiała zamilknąć. Była zrozpaczona, przyciskała przednie łapki do białej piersi i zwróciła się do sroki, aby z nią nawiązać rozmowę.

— ...mianowicie... jeden z moich kuzynów...

Ale sroka po prostu odwróciła się do niej tyłem.

Gobo opowiadał cuda.

— Na dworze jest zimno i wicher wyje. Ale w izbie jest spokojnie i tak ciepło, jak latem.

— Hach! — zaskrzeczała kraska.

— Na dworze leje z nieba deszcz, aż wszystko pływa. Ale w izbie nie pada ani kropelka i jest się zupełnie suchym.

Bażanty skurczyły szyje i odwróciły głowy.

— Na dworze leżał wszędzie wysoki śnieg, ale ja stałem w izbie w cieple, było mi bardzo gorąco, a ON dawał mi do jedzenia siano, kasztany, kartofle, rzepy, czego tylko mogłem zapragnąć...

— Siano?!

Wszyscy zadali to pytanie jednocześnie, stropieni, niedowierzająco, z podnieceniem.

— Świeżutkie, słodkie siano — powtórzył Gobo swobodnie, rozglądając się dokoła z miną zwycięzcy.

Wiewiórka zdołała wtłoczyć w tę ciszę swój głosik:

— Jeden z moich kuzynów...

— Bądźże cicho! — zawołali natychmiast inni.

A Falina zapytała Goba z przejęciem:

— Skądże ON ma zimą siano i te wszystkie inne rzeczy?

— Każe im rosnąć — odpowiedział Gobo — czegokolwiek ON chce, temu zaraz każe rosnąć, czegokolwiek ON chce, to natychmiast jest!

Falina pytała dalej:

— A czy nie bałeś się ciągle, Gobo, czy nie bałeś się tam u NIEGO?

Gobo uśmiechnął się z wyższością.

— Nie, droga Falino. Wcale się już nie bałem. Wiedziałem przecież, że ON nie chce mi zrobić nic złego. Dlaczegóż miałbym się bać? Wy wszyscy sądzicie, że ON jest zły. Ale ON wcale nie jest zły. Kiedy kocha kogoś, kiedy MU ktoś służy, wtedy ON jest dobry. Cudownie dobry. Nikt na całym świecie nie potrafi być tak dobry jak ON...

Nagle, podczas gdy Gobo mówił w ten sposób, niedosłyszalnie wyszedł z gęstwiny starzec.

Gobo nie zauważył go i opowiadał dalej. Ale wszyscy inni spostrzegli starca i ze czci powstrzymali oddechy.

Starzec stał bez ruchu i poważnymi, głębokimi oczyma przyglądał się Gobowi.

Gobo mówił:

— Nie tylko ON sam, ale i JEGO dzieci kochały mnie bardzo, tak samo JEGO żona, wszyscy. Głaskali mnie, dawali mi jeść i bawili się ze mną...

Urwał nagle. Zobaczył starca.

Zapadła cisza.

Potem starzec zapytał spokojnym, władczym głosem:

— Co to za smugę masz na szyi?

Wszyscy spojrzeli na Goba i teraz dopiero zauważyli ciemną smugę wciśniętych i wytartych włosków, otaczającą jego szyję.

Gobo odpowiedział niepewnie:

— To?... To od wstążki, którą nosiłem... to JEGO wstążka... i... tak... i wielkim zaszczytem jest nosić JEGO wstążkę... jest to...

Zmieszał się i zamilkł.

Wszyscy milczeli.

Starzec długo przyglądał się Gobowi, przenikliwie i smutno.

— Nieszczęsny — powiedział cicho, odwrócił się i zniknął.

W zakłopotanym milczeniu, jakie teraz nastąpiło, wiewiórka zaczęła znowu paplać:

— Mianowicie... jeden z moich kuzynów także był u NIEGO... ON złapał go i zamknął... o, trwało to bardzo długo, aż pewnego razu kuzyn mój...

Ale nikt nie słuchał wiewiórki.

Wszyscy się rozeszli.