tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 19

Bambi szukał starca.

Nocami całymi wałęsał się po lesie, wędrował w godzinie wschodu słońca i w godzinie zorzy porannej po nieudeptanych ścieżkach, bez Faliny.

Niekiedy gnało go coś jeszcze do Faliny, niekiedy przebywał z nią jeszcze tak samo chętnie jak dawniej, znajdował przyjemność w przechadzaniu się razem z nią, w słuchaniu jej gawędzenia, w posilaniu się wraz z nią na łące albo na skrajach gęstwin leśnych; ale już mu to zupełnie nie wystarczało.

Dawniej, przebywając razem z Faliną, bardzo rzadko i tylko przelotnie wspominał o swoich spotkaniach ze starcem. Teraz szukał starca wszędzie i czuł tajemnicze, nieprzezwyciężone pragnienie ujrzenia go znowu, a tylko od czasu do czasu przypominał sobie o Falinie. Falinę mógł mieć zawsze, kiedykolwiek zapragnął. A przebywanie z innymi, z Gobem, z ciotką Eną, mało go kusiło. Unikał ich obecności jak tylko mógł.

Owo słowo, które starzec powiedział o Gobie, brzmiało nieustannie w duszy Bambiego. Był nim dziwnie silnie przejęty. Zaraz od pierwszego dnia powrotu Goba odczuwał na jego widok dziwne wzruszenie. Bambi nie wiedział dlaczego, ale w widoku Goba było dla niego od razu coś dręczącego.

Bambi wstydził się za Goba, sam nie wiedząc dlaczego; i lękał się o niego, nie wiedząc również dlaczego. A kiedy przebywał teraz razem z niepodejrzewającym niczego, pewnym siebie, zadowolonym i dumnym Gobem, nieustannie przypominał sobie to jedno słowo: „Nieszczęsny!”. Nie mógł się od tego uwolnić.

Ale pewnej ciemnej nocy, kiedy Bambi, aby się przypodobać puszczykowi, zapewnił go znowu, że się okropnie przestraszył, przyszło mu nagle na myśl zapytać:

— Czy nie wie pan przypadkiem, gdzie może teraz być starzec?

Puszczyk mruknął w odpowiedzi, że nie ma o tym pojęcia. Ale Bambi zauważył, że na pewno wie coś, tylko nie chce powiedzieć.

— Nie — zawołał — nie uwierzę w to nigdy. Pan jest taki mądry. Wie pan wszystko, co się dzieje w lesie... niewątpliwie wie pan także, gdzie jest starzec.

Puszczyk, który siedział przedtem mocno nastroszony, ściągnął teraz pierze na ciele i stał się dziwnie szczupły.

— Naturalnie, że wiem — mruknął jeszcze bardziej cicho — ale nie wolno mi tego powiedzieć... naprawdę nie wolno mi...

Bambi począł prosić i nalegać:

— Ja pana nie zdradzę... Jakżebym zresztą mógł to zrobić, gdy tak bardzo pana poważam...

Puszczyk zamienił się znowu w piękną, miękką, szarobrunatną kulkę, wywrócił nieco swoje mądre, wielkie oczy, jak zwykle, kiedy się czuł zadowolony, i zapytał:

— Tak, tak? Więc poważa mnie pan naprawdę? A dlaczego?...

Bambi nie wahał się ani chwili.

— Ponieważ jest pan taki mądry — odpowiedział szczerze — a przy tym taki wesoły i taki uprzejmy. I ponieważ potrafi pan tak znakomicie przerażać innych. Bardzo to mądrze przerażać innych, tak, jest to niezmiernie mądre. Bardzo bym pragnął, abym i ja to potrafił. Byłoby to dla mnie nader korzystne.

Puszczyk zatopił dziób głęboko w puszku na piersi i był szczęśliwy.

— No — powiedział — wiem co prawda, że starzec bardzo pana lubi...

— Tak pan sądzi? — zawołał Bambi, a serce jego poczęło bić radośnie.

— Tak, jestem tego pewien — odpowiedział puszczyk — lubi pana bardzo i dlatego przypuszczam, że mogę się odważyć zdradzić panu, gdzie on teraz jest...

Przyciągnął mocno pierze do ciała i stał się znowu zupełnie cieniutki.

— Czy pan zna ten głęboki rów, nad którym stoją wierzby?

— Tak — odpowiedział Bambi potakując głową.

— Czy zna pan po drugiej stronie tego rowu młody zagajnik dębowy?

— Nie — wyznał Bambi — nigdy jeszcze nie byłem po drugiej stronie.

— Wiec niech pan dobrze uważa — szepnął puszczyk — po drugiej stronie jest zagajnik dębowy. Musi pan przejść przez niego. Potem nastąpią krzaki, dużo krzaków, leszczyna i białodrzew, głóg i ligustr. Pośrodku tej gęstwiny leży stary, powalony przez wiatr buk. Musi go pan odszukać, gdyż tam na dole, gdzie pan jest, nie można przecież tak dobrze widzieć jak z góry, z powietrza. Tam on jest. Pod tym pniem. Ale... niech mnie pan nie zdradzi!

— Pod pniem?

— Tak! — Puszczyk roześmiał się. — W jednym miejscu jest tam wgłębienie w ziemi. Pień nakrywa to wgłębienie. I tam on jest.

— Dziękuję — powiedział Bambi serdecznie. — Nie wiem, czy znajdę to miejsce, ale dziękuję panu stokrotnie.

Szybko pobiegł przed siebie.

Puszczyk bezszelestnie pofrunął za nim i począł wołać tuż nad nim:

— U-j! U-j!

Bambi wzdrygnął się.

— Przestraszył się pan? — zapytał puszczyk.

— Tak... — wybełkotał Bambi i tym razem powiedział prawdę.

Puszczyk mruknął z zadowolenia i powiedział:

— Chciałem panu tylko jeszcze raz przypomnieć: niech mnie pan nie zdradzi!

— Oczywiście! — zapewnił go Bambi i pobiegł szybko naprzód.

Kiedy przybył nad rów, z ciemnej jak noc głębiny wynurzył się przed nim starzec, tak bezgłośnie i nagle, że Bambi znowu wzdrygnął się przerażony.

— Nie jestem już tam, gdzie mnie szukasz — powiedział starzec.

Bambi milczał.

— Czego chcesz ode mnie? — zapytał starzec.

— Niczego... — wybełkotał Bambi — o... niczego... niech pan wybaczy...

Starzec powiedział po chwili, a słowa jego brzmiały łagodnie:

— Szukasz mnie nie od dzisiaj dopiero.

Czekał. Bambi milczał. Więc starzec ciągnął:

— Wczoraj dwa razy przeszedłeś zupełnie blisko mnie, a dzisiaj rano znowu dwa razy, zupełnie bliziutko...

— Dlaczego... — zaczął Bambi, skupiając całą swoją odwagę — dlaczego powiedział pan o Gobie?...

— Czy sądzisz, że nie miałem racji?

— Nie — zawołał Bambi namiętnie — nie! Czuję, że to prawda!

Starzec wyraźnie skinął głową, a oczy jego spojrzały na Bambiego tak dobrotliwie, jak nigdy jeszcze.

Bambi powiedział, wpatrując się w te oczy:

— Ale... dlaczego?... Nie mogę tego zrozumieć!

— Wystarcza, jeżeli to czujesz. Później zrozumiesz to kiedyś. Bywaj!