tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 20

Wszyscy zauważyli niebawem, że Gobo posiadał jeden nawyk, który wydawał im się dziwny i podejrzany. Mianowicie sypiał w nocy, wtedy gdy inni chodzili po lesie. Za dnia zaś, kiedy wszyscy szukali schronienia, aby się przespać, Gobo był rześki i chodził na spacer. Co więcej, gdy mu się zachciało, bez wahania wychodził z gęstwiny i w jasnym świetle słonecznym w największym spokoju stawał pośrodku łąki.

Bambi nie mógł dłużej milczeć na ten widok.

— Czy nie myślisz wcale o niebezpieczeństwie? — zapytał.

— Nie — odpowiedział Gobo po prostu — dla mnie niebezpieczeństwo nie istnieje.

— Zapominasz, kochany Bambi — wtrąciła matka Goba — zapominasz, że ON jest jego przyjacielem. Gobo może sobie pozwolić na więcej niżeli ty albo my wszyscy.

I była bardzo dumna.

Bambi nic już więcej na to nie powiedział.

Pewnego dnia Gobo odezwał się do niego:

— Wiesz, Bambi, niekiedy wydaje mi się dziwne, że jem tutaj tak swobodnie, kiedy chcę i co chcę.

Bambi nie zrozumiał go.

— Dlaczegóż ma to być dziwne? Wszyscy tak przecież postępujemy.

— Tak... wy! — odpowiedział Gobo z wyższością. — Ale ja to co innego. Jestem przyzwyczajony, że mi się przynosi jedzenie i woła się mnie, kiedy jest przygotowane.

Bambi spojrzał na Goba współczująco, potem spojrzał na ciotkę Enę, Falinę i Marenę.

Ale one uśmiechały się tylko i podziwiały Goba.

— Przypuszczam — zaczęła Falina — że trudno ci będzie przyzwyczaić się do zimy, Gobo. Tu u nas w lesie nie ma zimą siana, nie ma rzepy ani kartofli.

— To prawda — odpowiedział Gobo w zadumie — o tym jeszcze zupełnie nie pomyślałem. Nie potrafię też sobie wyobrazić, jak to jest. Musi to być okropne.

Bambi powiedział spokojnie:

— Nie jest to okropne. Jest to tylko trudne.

— No — oświadczył Gobo wyniośle — jeżeli mi będzie za trudno, pójdę sobie po prostu do NIEGO. Po co miałbym tutaj głodować? To mi naprawdę wcale nie jest potrzebne.

Bambi odwrócił się bez słowa i odszedł.

Gdy Gobo pozostał później znowu sam z Mareną, zaczął mówić o Bambim.

— On mnie nie rozumie — powiedział. — Poczciwy Bambi przypuszcza, że jestem ciągle jeszcze owym głupim, małym Gobem, jakim byłem niegdyś. Ciągle jeszcze nie może się oswoić z myślą, że stałem się czymś wyjątkowym. Niebezpieczeństwo! Po co on mi ciągle mówi o niebezpieczeństwie? Niewątpliwie jest dla mnie życzliwy, ale niebezpieczeństwo to coś dla niego i jemu podobnych, ale nie dla mnie!

Marena zgodziła się z nim. Kochała go, a Gobo kochał ją i oboje byli szczęśliwi.

— Widzisz — powiedział znowu Gobo do niej — nikt mnie nie rozumie tak dobrze jak ty! Oczywiście, nie mogę się przecież uskarżać. Wszyscy mnie szanują i poważają. Ale ty rozumiesz mnie najlepiej. Inni... choćbym im najczęściej opowiadał, jaki ON jest dobry, słuchają mnie, nie myślą oczywiście, że kłamię, ale trwają jednak w przekonaniu, że ON musi być straszny!

— Ja w NIEGO zawsze wierzyłam — powiedziała Marena marzycielsko.

— Tak? — odpowiedział Gobo od niechcenia.

— Czy pamiętasz jeszcze — ciągnęła Marena — ów dzień, kiedy padłeś na śnieg i pozostałeś tam? Owego dnia powiedziałam, że ON przyjdzie kiedyś do nas do lasu i będzie się z nami bawił...

— Nie — odpowiedział Gobo przeciągle — tego sobie nie mogę przypomnieć.

Minęło kilka tygodni.

Pewnego ranka o świcie Bambi, Falina, Marena i Gobo spotkali się w starej rodzinnej gęstwie leszczynowej. Bambi i Falina powracali właśnie do domu z wędrówki, minęli stary dąb i zamierzali odszukać swoje legowisko, kiedy spotkali Goba i Marenę. Gobo szedł właśnie na łąkę.

— Zostań lepiej z nami — powiedział Bambi — słońce wzejdzie niebawem, nikt teraz nie wychodzi z lasu.

— Śmieszne — zadrwił Gobo. — Jeżeli nikt nie wychodzi... to ja wyjdę.

Poszedł dalej.

Marena ruszyła za nim.

Bambi i Falina stali dalej na miejscu.

— Chodź! — powiedział Bambi do Faliny z gniewem. — Chodź! Niech sobie robi, co chce!

Chcieli iść dalej.

W tej chwili po drugiej stronie łąki kraska krzyknęła głośno i ostrzegawczo.

Bambi zawrócił jednym skokiem i popędził za Gobem. Tuż przed dębem dogonił jego i Marenę.

— Słyszysz? — krzyknął na Goba.

— Co takiego? — zapytał Gobo stropiony.

Znowu zabrzmiał głos kraski z drugiego krańca łąki.

— Czyż nie słyszysz? — powtórzył Bambi.

— Nie — odpowiedział Gobo spokojnie.

— Grozi niebezpieczeństwo! — nalegał Bambi.

Teraz zaskrzeczała donośnie sroka, zaraz po niej druga, w chwilę później zaś jeszcze jedna. Tymczasem i kraska krzyknęła jeszcze raz, a wysoko z powietrza zabrzmiały ostrzegawcze sygnały wron.

Falina poczęła teraz prosić:

— Nie wychodź, Gobo! Grozi niebezpieczeństwo!

Nawet Marena prosiła:

— Zostań tutaj! Zrób to dla mnie i zostań dzisiaj w lesie... grozi niebezpieczeństwo.

Gobo stał naprzeciwko nich i uśmiechał się z wyższością.

— Niebezpieczeństwo! Niebezpieczeństwo! Co mnie to obchodzi?

Bambi wpadł na myśl, którą podsunęła mu konieczność chwili:

— Pozwól przynajmniej wyjść najpierw Marenie, abyśmy wiedzieli...

Nie dokończył jeszcze zdania, gdy Marena wybiegła już z gęstwiny.

Wszyscy troje stali w miejscu i spoglądali za nią. Bambi i Falina bez tchu, Gobo z widocznym zniecierpliwieniem, jakby godził się tylko na głupią zachciankę innych.

Widzieli, jak Marena wychodziła na łąkę krok za krokiem, powoli, z podniesioną głową, ostrożnie stawiając nogi. Rozglądała się dokoła i węszyła na wszystkie strony.

I nagle błyskawiczny zwrot, wysoki skok, i Marena jak smagana wichrem wpadła z powrotem w gęstwinę.

— ON... ON tam jest! — szepnęła głosem zdławionym z przerażenia.

Drżała na całym ciele.

— Ja... ja... GO... widziałam... ON... tam jest... — bełkotała — ...tam po drugiej stronie... pod olchami... stoi ON...

— Uciekać! — zawołał Bambi. — Uciekać natychmiast!

— Chodź! — błagała Falina.

A Marena, która niemal już nie mogła mówić, szeptała:

— Proszę cię, Gobo, chodź teraz... proszę cię...

Ale Gobo pozostał spokojny.

— Biegajcie sobie, jak daleko możecie — odpowiedział. — Ja wam przecież nie przeszkadzam. Jeżeli ON tam jest, pójdę się z NIM przywitać.

Niepodobna go już było powstrzymać.

Pozostali więc na miejscu i widzieli jak Gobo wychodził z lasu. Pozostali na miejscu, gdyż wielka jego ufność działała na nich z jakąś niepojętą mocą, zarazem zaś powstrzymywał ich lęk o niego. Nie mogli się ruszyć z miejsca.

Gobo stał swobodnie na łące, rozglądał się dokoła i patrzył badawczo w stronę olch. Teraz zdawało się, że znalazł, czego szukał, teraz widocznie dostrzegł JEGO.

W tej chwili huknął grom.

Huk ten poderwał Goba w górę. Zawrócił nagle i olbrzymimi skokami pomknął z powrotem w gęstwinę.

Stali jeszcze, obezwładnieni ze strachu, kiedy nadbiegł. Słyszeli jego świszczący oddech, zawrócili wraz z nim, a gdy Gobo nie zatrzymał się, lecz nieprzytomnymi skokami pędził dalej przed siebie, wzięli go w środek i poddali się niepohamowanej ucieczce.

W chwilę potem Gobo padł na ziemię.

Marena przystanęła natychmiast, tuż obok niego. Bambi i Falina zatrzymali się nieco dalej, gotowi każdej chwili do ucieczki.

Gobo leżał z poszarpanym bokiem, a jego krwawiące trzewia wypłynęły. Podniósł głowę osłabłym, obrotowym ruchem.

— Mareno... — powiedział z wysiłkiem — Mareno... ON mnie nie poznał...

Jego głos załamał się.

W krzakach od strony łąki rozległ się groźny szelest.

Marena pochyliła głowę do Goba.

— ON idzie! — szepnęła przejmująco. — Gobo... ON idzie! Czy nie możesz wstać i uciec ze mną?...

Gobo podniósł znowu słabym, obrotowym ruchem głowę, w drgawkach uderzył nogami o ziemię i leżał dalej.

Z trzaskiem i szelestem rozchyliły się krzaki i wyszedł z nich ON.

Marena ujrzała GO zupełnie z bliska. Cofnęła się powoli, znikła za najbliższymi krzakami, pobiegła do Bambiego i Faliny.

Jeszcze raz odwróciła się za siebie i ujrzała, jak ON pochylił się nad leżącym i wyciągnął ku niemu rękę.

Potem usłyszeli skargliwy okrzyk śmiertelny Goba.