tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 21

Bambi był sam.

Poszedł nad wodę, która cicho płynęła między sitowiem i nadbrzeżnymi wierzbami.

Często, coraz częściej przychodził teraz tutaj, odkąd przebywał sam. Mało tu było dróg i prawie nigdy nie spotykał tutaj nikogo ze swoich. Ale tego właśnie pragnął. Umysł jego bowiem spoważniał teraz, a dusza zamroczyła się. Nie wiedział, co się w nim dokonywało, nie zastanawiał się zresztą nad tym. Dumał tylko nieskładnie i miał wrażenie, jakby całe życie stało się posępniejsze.

Długo stał zwykle na brzegu. Rzeka, która przepływała tutaj łagodnym zakrętem, stanowiła rozległy widok. Chłodne tchnienie fal przynosiło ze sobą orzeźwiająco gorzkie, niezwykłe zapachy, których woń budziła beztroskę i ufność.

Bambi stał na brzegu i przyglądał się kaczkom, które igrały tutaj tłumnie. Nieustannie rozmawiały ze sobą, serdecznie, poważnie i mądrze. Było tu kilka matek, a każda otoczona chmarą dzieci, które nieustannie strofowała i niezmordowanie nauczała.

Czasami któraś z matek dawała znak ostrzegawczy. Wówczas młode kaczęta rozpraszały się na wszystkie strony, bez chwili wahania, rozbiegały się jak pod podmuchem wiatru, zupełnie bezszelestnie.

Bambi przyglądał się przez chwilę, jak maleństwa, które nie umiały jeszcze fruwać, znikały w gęstym sitowiu, ostrożnie, nie dotykając trzcinki, aby się nie zachwiała zdradziecko. Tu i ówdzie dostrzegał małe, ciemne ciałka, znikające powoli w sitowiu. Potem już nic nie widział.

A później jeden krótki krzyk matki, i natychmiast wszystkie kaczęta roiły się znowu nad wodą. Hufiec skupiał się natychmiast znowu, kaczęta zaczynały znowu jak przedtem krążyć po powierzchni wody.

Bambi podziwiał to stale. Wydawało mu się to niezwykłą sztuką.

Po jednym takim alarmie zwrócił się do którejś z matek:

— Co się przedtem stało? Uważałem pilnie, ale nic nie zauważyłem.

— Bo też to nic nie było — odpowiedziała kaczka.

Kiedy indziej jedno z dzieci dało sygnał ostrzegawczy, odwróciło się z błyskawiczną szybkością i pomknęło przez sitowie prosto w to miejsce brzegu, gdzie stał Bambi.

Bambi zapytał kaczątko:

— Co się teraz stało? Ja nic nie zauważyłem.

— Bo też to nic nie było — odpowiedziało maleństwo.

Z przemądrzałą minką wstrząsnęło piórkami ogona, starannie złożyło na nich końce skrzydeł i pożeglowało z powrotem do wody.

Mimo to Bambi polegał na kaczkach. Zrozumiał, że są czujniejsze od niego, że bystrzej słyszą i lepiej widzą. Kiedy stał tutaj, wieczne naprężenie, w jakim się znajdował, ustępowało nieco.

Chętnie też rozmawiał z kaczkami. Nie mówiły takich głupstw, jakie tak często słyszał teraz od innych. Opowiadały o rozległym powietrzu, o wietrze i o dalekich polach, na których można się było pławić w najwspanialszych smakołykach.

Czasami Bambi spostrzegał, jak coś małego nagle przemykało obok niego w powietrzu, tuż nad brzegiem, niby ognista błyskawica.

— Srrr-ih! — wołał zimorodek cicho i przemykał obok Bambiego. Mały, migoczący punkcik. Mienił się błękitem i zielenią, migotał czerwono: zajaśniał i znikał.

Bambi wpatrywał się w to z zachwytem, a pragnąc przyjrzeć się dziwnemu nieznajomemu z bliska, zawołał go.

— Niech pan sobie nie zadaje trudu — powiedziała do niego kurka wodna z gęstego sitowia. — Niech pan sobie nie zadaje trudu. On panu przecież i tak nie odpowie.

— Gdzie pani jest? — zapytał Bambi, rozglądając się po sitowiu.

Ale kurka wodna zaśmiała się głośno z zupełnie innej strony.

— Tu jestem! Ten mrukliwy osobnik, do którego się pan przedtem odezwał, z nikim nie rozmawia. Daremnie go pan będzie wołał.

— Piękny jest! — powiedział Bambi.

— Ale zły! — odpowiedziała kurka wodna, znowu z innego miejsca.

— Dlaczego pani tak sądzi? — zapytał Bambi.

— Nikt i nic go nie obchodzi. Niech się dzieje co chce. Nigdy nikogo nie wita i nigdy jeszcze nie odpowiedział na niczyje powitanie. Nie daje nikomu znaku, kiedy niebezpieczeństwo jest blisko. Nigdy jeszcze z nikim nie zamienił ani słowa.

— Biedny... — powiedział Bambi.

Kurka wodna mówiła dalej, a piskliwy jej głosik zabrzmiał teraz znowu z innej strony:

— Prawdopodobnie przypuszcza, że wszyscy zazdroszczą mu tych kilku barw, i nie chce nawet, żeby mu się ktoś bliżej przyjrzał.

— I pani się przecież nie pokazuje — odpowiedział Bambi.

Kurka wodna natychmiast stanęła przed nim.

— We mnie nie ma nic ciekawego — powiedziała skromnie.

Stała przed nim szczupła, połyskująca od wody, w skromnej sukience, zgrabna, niespokojna, ruchliwa i zadowolona. I jednym skokiem znikła też natychmiast.

— Nie rozumiem, jak można usiedzieć tak długo na jednym miejscu — zawołała z wody.

I znowu z innego miejsca dodała:

— Bardzo to nudne i bardzo niebezpieczne pozostawać tak ciągle na jednym miejscu.

Potem znowu z innego miejsca zabrzmiały kilkakrotnie jej wesołe okrzyki.

— Trzeba się ruszać! — zawołała wesoło. — Kiedy się chce żyć bezpiecznie i jeść do syta, trzeba się ruszać!

Bambi drgnął na dźwięk lekkiego szelestu źdźbeł trawy. Rozejrzał się dokoła. Tam, nad samym stokiem, coś zamigotało czerwonawo i znikło w sitowiu. Zarazem z oddechem jego pomieszał się jakiś ostry, ciepły zapach. Skradał się tam lis.

Bambi chciał krzyknąć i ostrzegawczo tupnąć w ziemię, ale nagle zaszeleściło rozdzielane w skoku sitowie, woda plusnęła, a jedna z kaczek krzyknęła rozpaczliwie.

Bambi usłyszał trzepotanie jej skrzydeł, ujrzał jej białe ciało, migoczące poprzez zieleń, i zobaczył teraz, jak jej skrzydła z głośnym klaskaniem smagały policzki lisa.

Potem wszystko ucichło.

Wkrótce potem lis ukazał się nad stokiem, trzymając kaczkę w pysku. Szyja jej zwisała bezwładnie, skrzydła poruszały się jeszcze lekko, ale lis nie zważał na to. Drwiącymi, kłującymi oczyma spojrzał szyderczo z ukosa na Bambiego i powoli zaszył się w gęstwinę.

Bambi stał bez ruchu.

Z trzepotaniem skrzydeł uniosło się w górę kilka starych kaczek. Nieprzytomne ze strachu, uleciały dalej. W sitowiu ze wszystkich stron rozlegały się wrzaskliwe okrzyki ostrzegawcze. Sikory w krzakach ćwierkały z podnieceniem, młode kaczęta biegały po sitowiu i osierocone skarżyły się cichymi dźwiękami.

Zimorodek przemknął wzdłuż brzegu.

— Proszę! — zawołały kaczęta. — Proszę pana, czy nie widział pan naszej matki?

— Srrr-ih! — odpowiedział zimorodek, przemykając obok nich w przepychu migoczących barw. — Co to mnie obchodzi!

Bambi odwrócił się i odszedł.

Wędrował przez gęstą plątaninę nawłoci, szedł przez płaszczyznę wysokich buków, minął stare zarośla leszczynowe, aż przybył na skraj wielkiego rowu.

Błąkał się tutaj dokoła, w nadziei, że spotka starca. Nie widział go długo, od śmierci Goba.

Teraz ujrzał go już z daleka i wybiegł mu naprzeciw.

W milczeniu szli przez pewien czas obok siebie.

Potem starzec zapytał:

— No... dużo jeszcze o nim mówią?

Bambi zrozumiał, że starzec miał na myśli Goba, i odpowiedział:

— Nie wiem... jestem teraz prawie zawsze sam...

Zawahał się:

— ...ale... co do mnie, muszę o nim dużo myśleć...

— Tak! — powiedział starzec. — Więc jesteś teraz zawsze sam?

— Tak — odpowiedział Bambi wyczekująco, ale starzec milczał.

Poszli dalej.

Nagle starzec zatrzymał się.

— Nie słyszysz nic?

Bambi począł nasłuchiwać. Nie, nie słyszał nic.

— Chodź! — zawołał starzec i pobiegł naprzód.

Bambi podążył za nim.

Starzec zatrzymał się znowu.

— Czy ciągle jeszcze nic nie słyszysz?

Teraz usłyszał Bambi jakiś szelest, którego nie rozumiał. Miało się wrażenie, że to szelest gałęzi, które ściągano siłą w dół, a które opornie odskakiwały z powrotem w górę. A jednocześnie coś głucho i nieregularnie tupało po ziemi.

Bambi chciał uciekać.

— Chodź! — zawołał starzec i pobiegł w kierunku tych dźwięków.

Bambi, biegnąc u jego boku, odważył się zapytać:

— Czy tam nie ma niebezpieczeństwa?

— Owszem! — odpowiedział starzec. — Jest tam wielkie niebezpieczeństwo!

Niebawem ujrzeli gałęzie, które szarpano i wstrząsano od dołu, tak że poruszały się gwałtownie. Zbliżyli się i spostrzegli, że pośrodku krzaków biegła maleńka dróżka.

Przyjaciel zając leżał na ziemi, rzucał się na wszystkie strony, miotał się, leżał cicho, miotał się znowu, a każdy jego ruch szarpał otaczające go krzaki.

Bambi spostrzegł ciemną smugę, podobną do wici. Ciągnęła się ona sztywno od jednej z gałęzi do przyjaciela zająca i otaczała jego szyję.

Przyjaciel zając usłyszał teraz widocznie, że ktoś nadchodzi. Jak szalony rzucił się w górę, spadł z powrotem na ziemię, chciał uciekać, jakaś siła rzuciła go znowu na trawę, gdzie zadygotał rozpaczliwie.

— Bądźże cicho! — krzyknął na niego starzec, a potem współczująco, łagodnym głosem, który na wskroś przeniknął serce Bambiego, powtórzył, stając tuż przy zającu:

— Bądź spokojny, przyjacielu zającu, to ja! Nie poruszaj się teraz. Leż zupełnie spokojnie.

Zając leżał bez ruchu, rozpłaszczony na ziemi, ściśnięty jego oddech rzęził cicho.

Starzec ujął gałąź w zęby, ściągnął ją w dół, wykręcając się zręcznie, stanął na niej, przytrzymał ją pod mocnymi kopytami swoich nóg i złamał jednym uderzeniem korony.

Potem nachylił się do zająca.

— Leż spokojnie — powiedział — chociażby nawet bolało.

Przechyliwszy głowę w bok, przycisnął jedną laskę swojej korony tuż do karku zająca, wsunął mu ją mocno w skórę za słuchami, namacał coś i skinął głową. Zając począł się wić.

Starzec cofnął się natychmiast.

— Spokojnie! — nakazał. — Idzie o twoje życie!

Na nowo zabrał się do swego dzieła. Zając leżał spokojnie, rzężąc tylko cicho. Bambi przyglądał się temu w niemym zdumieniu.

Jedna laska korony starca, wciśnięta mocno w futro zająca, podjechała teraz pod pętlę. Starzec klęczał niemal, kręcił głową, jakby świdrował, wciskał koronę coraz głębiej i głębiej w pętlę, która wreszcie ustąpiła i zaczęła się rozluźniać.

Zając odzyskał oddech i natychmiast wybuchnęła z niego głośno cała trwoga, wybuchnął cały ból.

— E... e... ch!

Płakał żałośnie.

Starzec przerwał na chwilę.

— Milczże! — zawołał z łagodną naganą. — Milczże!

Jego usta były tuż przy łopatce zająca, jedna laska korony znajdowała się między słuchami zająca, wyglądało to, jakby nadział zająca na koronę.

— Jakże możesz być taki głupi i płakać teraz — mruknął zupełnie bez surowości. — Czy chcesz zawołać lisa? Tak? No, więc! Zachowuj się spokojnie.

Pracował dalej, wolno, ostrożnie, z wysiłkiem. Nagle pętla ustąpiła z głośnym zgrzytem. Zając wymknął się z niej i był znowu wolny, chociaż w pierwszej chwili nie zdawał sobie z tego sprawy. Zrobił krok i usiadł oszołomiony.

Potem pobiegł dalej. Najpierw powoli, nieśmiało, potem coraz szybciej. Wreszcie pędził już dzikimi skokami.

Bambi spoglądał za nim.

— Bez podziękowania! — zawołał oburzony.

— Jest jeszcze zupełnie nieprzytomny — powiedział starzec.

Okrągła pętla leżała na ziemi. Bambi uderzył ją lekko nogą; zabrzęczała, a Bambi przeraził się. Był to dźwięk, który nie należał do życia w lesie.

— ON?... — zapytał Bambi cicho.

Starzec skinął potakująco głową.

Cicho szli obok siebie dalej.

— Miej się na baczności — powiedział starzec — a kiedy idziesz ścieżką, badaj gałęzie, wyciągaj naprzód koronę i zawracaj natychmiast, kiedy usłyszysz ten dźwięk. A kiedy nadchodzi pora, gdy nie nosisz korony, wtedy uważaj podwójnie. Ja już dawno nie chodzę w ogóle po ścieżkach.

Bambi zapadł w podniecone zamyślenie.

— JEGO przecież nie ma... — szepnął jakby do siebie, w wielkim zdumieniu.

Starzec odpowiedział:

— Nie... teraz nie ma GO w lesie...

— A jednak to ON?

Bambi potrząsnął głową.

Starzec ciągnął, a głos jego pełen był goryczy:

— Jak to powiedział wasz Gobo?... Czy nie wmawiał wam, że ON jest wszechmocny i dobry?...

Bambi szepnął:

— A czyż ON nie jest wszechmocny?

— Tak samo, jak jest dobry — odpowiedział starzec gniewnie.

Bambi szepnął nieśmiało:

— ...dla Goba... dla niego był ON przecież dobry...

Starzec zatrzymał się.

— Wierzysz w to, Bambi? — zapytał ze smutkiem.

Po raz pierwszy nazwał Bambiego po imieniu.

— Nie wiem! — zawołał Bambi z udręką. — Nie rozumiem tego!

Starzec powiedział wolno:

— Trzeba się uczyć żyć... i mieć się na baczności.