tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 25

Mróz załamał się, pośrodku zimy powstała wyrwa. Ziemia piła wielkimi łykami topniejący śnieg, tak że wszędzie ukazały się już szerokie płaty nagiego gruntu. Kosy jeszcze nie śpiewały, ale kiedy podlatywały teraz z ziemi, gdzie szukały czerwi, albo kiedy przefruwały z drzewa na drzewo, rozlegał się ich przeciągły, radosny gwizd, który był już niemal jak śpiew.

Dzięcioł zaczynał się już od czasu do czasu śmiać, sroki i wrony stały się rozmowniejsze, sikory gawędziły ze sobą weselej, a bażanty, gdy zlatywały z drzew, na których spały, zatrzymywały się teraz na miejscu prawie jak za dobrych czasów, wstrząsając piórami w porannym słońcu i wydając metaliczny okrzyk, powtarzający się raz po raz w krótkich odstępach.

Takiego właśnie ranka Bambi powędrował po lesie dalej niż zwykle. O pierwszym brzasku przybył nad skraj rowu. Po drugiej stronie, tam, gdzie mieszkał niegdyś, coś się poruszyło. Bambi stał ukryty w krzakach i spoglądał w to miejsce. Tak, ktoś z jego gatunku chodził tam powoli w tę i tamtą stronę, szukając wolnych od śniegu miejsc i pochylając się nad przebijającymi się przedwcześnie trawami.

Bambi chciał się właśnie odwrócić obojętnie i odejść, kiedy poznał Falinę. Pierwszym jego odruchem było wyskoczyć z ukrycia i zawołać ją. Ale stał w miejscu jak przykuty. Tak długo nie widział Faliny. Serce jego poczęło bić mocno.

Falina szła powoli, jakby była zmęczona lub smutna. Była teraz podobna do swojej matki, wyglądała jak ciotka Ena, a Bambi zauważył to z dziwnie dręczącym zdumieniem.

Falina podniosła głowę i skierowała wzrok na drugą stronę rowu, jakby wyczuwała jego obecność.

Bambi uczuł znowu pragnienie, aby wyjść z gąszczu, ale stał nadal obezwładniony niemocą, niezdolny się poruszyć.

Widział, że Falina posiwiała i była stara.

„Wesoła, zuchwała, mała Falina — pomyślał. — Jaka ona była piękna i jaka żwawa!”

Cały okres młodości stanął przed nim nagle. Łąka, drogi, jakimi prowadziła go matka, wesołe zabawy z Gobem i Faliną, poczciwy konik polny i motyl, walka z Karusem i Ronnem, kiedy zdobył sobie Falinę. Uczuł się nagle znowu szczęśliwy, a jednak był przejęty.

Po drugiej stronie rowu Falina odeszła teraz z głową schyloną do ziemi, powoli, zmęczona i smutna. Bambi kochał ją w tej chwili z porywającą, czułą melancholią, chciał przeskoczyć przez rów, który tak dawno już oddzielał go od niej i od innych, chciał ją dogonić, zagadnąć ją i mówić z nią o młodości, o wszystkim, co było.

A przy tym stał ciągle w miejscu i przyglądał się jej, jak odchodziła między gołymi krzakami i znikła wreszcie.

Długo tak stał i spoglądał w tę stronę.

Huknął grzmot.

Bambi wzdrygnął się.

Było to tutaj, po tej stronie rowu. Niezbyt blisko, ale jednak tutaj, po tej, po jego stronie.

Znowu huknął grzmot, a po chwili jeszcze jeden.

Bambi cofnął się o kilka kroków w gęstwinę, przystanął tam i począł nasłuchiwać. Wszędzie cisza. Ostrożnie począł się skradać ku domowi.

Starzec już wrócił, ale nie położył się jeszcze, lecz stał obok zwalonego pnia buku, jakby czekał.

— Gdzie bawisz tak długo? — zapytał tak poważnie, że Bambi milczał.

— Czy słyszałeś przedtem? — ciągnął starzec po chwili.

— Tak — odpowiedział Bambi — trzy razy... ON jest w lesie.

— Owszem...

Stary skinął potakująco głową i powtórzył z dziwnym naciskiem:

— ON jest w lesie... musimy tam pójść...

— Dokąd? — wyrwało się Bambiemu.

— Tam — odpowiedział starzec, a głos jego był ociężały — tam, gdzie ON teraz jest.

Bambi przeraził się.

— Nie przerażaj się — mówił dalej starzec. — Chodź teraz ze mną i pozbądź się lęku. Jestem rad, że mogę cię tam zaprowadzić i pokazać ci to...

Zawahał się przez chwilę i dodał:

— ...zanim odejdę...

Bambi spojrzał na starca stropiony i zauważył nagle, jak zapadły był jego wygląd. Głowę miał teraz zupełnie białą, twarz wychudłą, w jego pięknych oczach zgasł dawny blask, miały one teraz matowy, zielony ton i wyglądały jak złamane.

Bambi i starzec nie zaszli daleko, kiedy uderzył im naprzeciw pierwszy powiew owego ostrego zapachu, który potrafił tchnąć w serce tyle groźby i przerażenia.

Bambi zatrzymał się.

Ale starzec szedł dalej, prosto w kierunku tego zapachu.

Bambi z wahaniem skierował się za nim.

Podniecający zapach bił w nich coraz ostrzejszymi falami. Ale starzec szedł naprzód niepowstrzymanie.

W Bambim zbudziła się myśl o ucieczce, zadrgała w jego piersi, ogniem przemknęła mu przez głowę i członki i chciała porwać go ze sobą. Pohamował się siłą i szedł dalej tuż za starcem.

Wrogi zapach spotężniał teraz tak dalece, że nie czuło się już obok niego żadnej innej woni i niepodobna już było niemal oddychać.

— Tu! — powiedział starzec i ustąpił w bok.

Na zgniecionych liściach w zdeptanym śniegu leżał na ziemi ON, o dwa kroki od nich.

Stłumiony okrzyk przerażenia wyrwał się z piersi Bambiego. Nagłym skokiem rzucił się do upragnionej ucieczki. Był niemal nieprzytomny ze strachu.

— Stój! — usłyszał za sobą krzyk starca.

Obejrzał się i zobaczył, że starzec stał spokojnie tam, gdzie ON leżał na ziemi. Nieprzytomny ze zdumienia, pod przymusem posłuszeństwa, targany bezgraniczną ciekawością i drżącym oczekiwaniem, Bambi zbliżył się do niego.

— Chodź bliżej... bez obawy... — powiedział starzec.

Oto leżał ON, z bladą, nagą twarzą zwróconą ku górze. Jego kapelusz leżał nieco z boku, oddzielnie na śniegu, a Bambi, który nie wiedział, co to jest kapelusz, sądził, że straszliwa głowa została rozcięta na dwoje.

Obnażona szyja kłusownika przebita była raną, otwartą niby małe, czerwone usta. Krew powoli spływała z niej jeszcze, krew zakrzepła we włosach, pod nosem i leżała wielką kałużą na śniegu, który stopniał od jej gorąca.

— Oto stoimy tutaj — zaczął starzec cicho — stoimy zupełnie blisko NIEGO... a gdzież jest teraz niebezpieczeństwo?

Bambi spojrzał na leżącego, którego postać, członki i skóra wydawały mu się zagadkowe i przeraźliwe. Patrzył w te złamane oczy, które bez spojrzenia wznosiły się ku niemu, i nie rozumiał nic.

— Bambi — ciągnął starzec — czy przypominasz sobie, co powiedział Gobo, czy przypominasz sobie, co powiedział pies, w co oni wszyscy wierzą... czy przypominasz sobie?

Bambi nie był zdolny odpowiedzieć.

— Widzisz teraz sam, Bambi — mówił dalej starzec — widzisz teraz sam, jak ON leży, niby któryś z nas! Słuchaj, Bambi, ON nie jest wszechmocny, jak oni powiadają. ON nie jest TYM, od którego pochodzi wszystko, co rośnie i żyje, ON nie jest ponad nami! ON jest obok nas i jest jak my sami, jak my zna ON trwogę, niedolę i cierpienie. Może być zwyciężony, podobnie jak my, a wtedy leży bezradnie na ziemi, podobnie jak my, tak jak widzisz GO teraz przed sobą.

Zapanowała cisza.

— Rozumiesz mnie, Bambi? — zapytał starzec.

Bambi odpowiedział szeptem:

— Sądzę...

Starzec rozkazał:

— Mów!

Bambi zapłonął w duszy i powiedział, drżąc:

— Ktoś inny jest ponad nami wszystkimi... ponad nami i ponad NIM.

— Więc mogę już odejść — powiedział starzec.

Odwrócił się i przez pewien czas szli razem.

Przed wysokim jesionem starzec zatrzymał się.

— Nie chodź za mną dalej, Bambi — zaczął spokojnym głosem. — Mój czas się skończył. Muszę sobie teraz wyszukać miejsce na koniec...

Bambi chciał mówić.

— Nie — przerwał mu starzec — nie... w godzinie, ku której idę teraz, każdy z nas jest sam. Bywaj zdrów, mój synu... kochałem cię bardzo.

Dzień letni rozżarzył się już w pierwszych godzinach porannych bez najmniejszego podmuchu wiatru, bez chłodu o świcie. Zdawało się, jakby słońce nadchodziło dzisiaj śpieszniej niż zwykle. Wzeszło szybko i buchnęło oślepiającymi płomieniami niby olbrzymia pożoga.

Rosa na łąkach i krzakach ulotniła się natychmiast. Ziemia wyschła zupełnie, a skiby jej kruszyły się. W lesie zapanowała przedwczesna cisza. Tylko tu i ówdzie słychać było śmiech dzięcioła, tylko gołębie gruchały z niezmordowaną, żarliwą czułością.

Bambi stał na ukrytej, małej polance, pozostawiającej trochę wolnego miejsca w głębokiej gęstwinie.

Nad głową jego tańczyła i śpiewała w słońcu chmara muszek.

Z liści leszczyny obok Bambiego zabrzmiało ciche brzęczenie i wielki żuk wyfrunął powoli, przeleciał poprzez chmarę muszek, wyżej i wyżej, ku wierzchołkowi drzewa, gdzie chciał spać aż do wieczora. Pokrywy jego skrzydeł odcinały się ostro i zgrabnie, jego skrzydła tryskały siłą. Chmara much rozdzieliła się, kiedy żuk torował sobie drogę, i zamknęła się za nim z powrotem. Jego ciemne, brunatne ciało, spowite drżącym migotaniem poruszających się skrzydeł, raz jeszcze zaświeciło w słońcu, zanim znikło.

— Widziałyście go?... — pytały się nawzajem muchy.

— To starzec — śpiewały jedne.

A inne śpiewały:

— Wszyscy z jego rodu pomarli już. Ale on żyje jeszcze. On jeden.

Kilka maleńkich muszek zapytało:

— Jak długo może żyć?

Pozostałe zaśpiewały w odpowiedzi:

— Nie wiemy tego. Jego ród w ogóle żyje bardzo długo. Żyją prawie wiecznie... Widzą słońce trzydzieści razy, czterdzieści razy... nie wiemy tego. I nasze życie jest długie... ale my widzimy dzień tylko raz albo dwa razy.

— A starzec? — zapytały znowu najmniejsze muszki.

— On przeżył wszystkich ze swego rodu... jest prastary... prastary... widział i doświadczył na świecie więcej, niż można sobie wyobrazić.

Bambi poszedł dalej.

„Pieśń muszek — pomyślał — pieśń muszek...”

Delikatne, lękliwe wołanie dobiegło do jego ucha.

Począł nasłuchiwać, zbliżył się, bardzo cicho, ciągle przez najgęstsze krzaki, ciągle bezszelestnie, jak to było od dawna w jego zwyczaju.

Znowu rozległo się wołanie, jeszcze bardziej natarczywe, jeszcze bardziej błagalne. Głosy jego własnego gatunku:

— Mamo!... Mamo!...

Bambi przedzierał się przez krzaki, kierując się w stronę tego wołania.

Stało tam dwoje maleństw w czerwonych sukienkach, braciszek i siostrzyczka, osamotnieni i zalęknieni.

— Mamo!... Mamo!...

Zanim się zdążyli zorientować, co się stało, Bambi stanął przed nimi.

Bez słowa wlepili w niego wzrok.

— Wasza matka nie ma teraz czasu — powiedział Bambi surowo.

Spojrzał malcowi w oczy.

— Czy nie potrafisz być sam?

Malec i jego siostrzyczka stali niemo.

Bambi odwrócił się, przedarł się przez najbliższe krzaki i zniknął, zanim jeszcze dwoje maleństw mogło się opamiętać.

Poszedł dalej.

„Ten malec mi się podoba... — pomyślał. — Może spotkam go znowu, gdy będzie większy...”

Poszedł dalej.

„Ta mała — pomyślał — ta mała także jest milutka... tak wyglądała Falina, kiedy była jeszcze dzieckiem”.

Poszedł dalej i zniknął w lesie.