tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 4

Kiedy pewnego wieczora wyszedł znowu z matką na łąkę, zdawało mu się, że znał już teraz wszystko, co było tam do widzenia i do słyszenia. Ale okazało się, że nie orientował się jeszcze w życiu tak dobrze, jak przypuszczał.

Na początku było zupełnie tak samo, jak za pierwszym razem. Bambi mógł się z matką bawić w gonitwę. Biegał bez przerwy w kółko, a rozległa przestrzeń, wysokie niebo, wolne powietrze tak go znowu oszołomiły, że był zupełnie jak szalony.

Po chwili jednak zauważył, że matka zatrzymała się. I Bambi więc zatrzymał się podczas biegu okrężnego, i to tak nagle, że cztery jego nóżki rozcapierzyły się z rozpędu. Aby osiągnąć przyzwoitą pozycję, podskoczył wysoko w powietrze i teraz dopiero stanął należycie.

Zdawało mu się, że matka rozmawiała z kimś, ale w wysokiej trawie niepodobna było odróżnić, kto to był. Bambi z zaciekawieniem pobiegł truchtem bliżej. Wtem w gmatwaninie trawy tuż przed matką poruszyło się dwoje długich uszu. Były szarobrunatne i pięknie przyozdobione czarnymi smugami.

Bambi zmieszał się, ale matka powiedziała:

— Chodź no tu, Bambi, to nasz przyjaciel, zając... Chodź spokojnie i pokaż się.

Bambi zbliżył się natychmiast.

Zając siedział przed nimi i bardzo był miły z wyglądu. Jego długie, łyżkowate słuchy wznosiły się potężnie w górę, a potem opadały zupełnie bezwładnie, jakby ogarnięte nagłą niemocą. Bambi stropił się trochę, kiedy zobaczył sztywne i proste wąsy, okalające ze wszystkich stron usta zająca. Zauważył jednak, że zając miał twarz bardzo łagodną, rysy niezmiernie dobroduszne i że jego wielkie, okrągłe oczy rzucały na świat skromne spojrzenia.

Istotnie, zając wyglądał jak przyjaciel.

Chwilowe skrupuły małego Bambiego rozwiały się natychmiast. Co dziwne, niebawem też rozwiał się zupełnie szacunek, jaki początkowo dla niego odczuwał.

— Dobry wieczór, paniczu — powitał go zając z wyszukaną uprzejmością.

Bambi skinął tylko głową „dobry wieczór”. Nie wiedział dlaczego, ale tylko skinął głową. Bardzo serdecznie, bardzo grzecznie, ale trochę jednak lekceważąco. Nie mógł inaczej. Może to było wrodzone.

— Co za piękny młody książę! — powiedział zając do matki.

Obserwował Bambiego uważnie, podnosząc przy tym to jedno łyżkowate ucho, to drugie, to znowu obydwa, a niekiedy opuszczając je oba naraz szybko i bezwładnie, co się jednak małemu Bambiemu nie podobało. Ruch ten zdawał się mówić: nie warto.

Tymczasem zając nadal przyglądał mu się łagodnie wielkimi, okrągłymi oczyma. Nos jego i usta ze wspaniałymi wąsami poruszały się przy tym nieustannie jak u kogoś, kto rusza nosem i wargami, walcząc z kichnięciem. Bambi musiał się roześmiać.

Natychmiast jednak i zając roześmiał się gorliwie, tylko oczy jego stały się bardziej zadumane.

— Winszuję pani — powiedział do matki — szczerze pani winszuję takiego syna. Tak... tak... tak... co to będzie kiedyś za wspaniały książę... tak... tak... tak... to widać od razu.

Wyprostował się teraz i siedział sztywno na tylnych nóżkach, czym Bambi był niezmiernie zdziwiony. Zając rozejrzał się dokoła starannie, nastawiwszy sztywno wielkie słuchy i cudownie poruszając nosem, potem zaś usiadł znowu grzecznie na czworakach.

— Tak, a teraz żegnam szanownych państwa — powiedział — mam jeszcze dzisiaj wieczorem mnóstwo roboty... żegnam najuniżeniej.

Odwrócił się i pobiegł szybko, położywszy po sobie uszy, które sięgały mu aż do łopatek.

— Do widzenia — zawołał za nim Bambi.

Matka uśmiechnęła się.

— Poczciwy zając... taki miły i taki skromny. Nie łatwo mu też jest żyć na świecie.

W słowach jej brzmiała sympatia.

Bambi pospacerował trochę dokoła, podczas gdy matka spożywała wieczerzę. Miał nadzieję, że spotka swego znajomego z pierwszego razu, i był też gotów zawrzeć nowe znajomości. Bo chociaż nie uświadamiał sobie jasno, czego mu właściwie brak, było w nim jednak ciągle jakieś oczekiwanie.

Nagle usłyszał z daleka jakiś delikatny szelest na łące i szybkie stukanie w ziemię.

Podniósł wzrok. Tam dalej, na drugim krańcu lasu coś skakało przez trawę. Jakaś istota... nie... dwie!

Bambi szybko rzucił okiem na matkę, ale ona nie troszczyła się o nic, zatopiwszy głowę w trawie. A tam po drugiej stronie odbywała się tymczasem dzika gonitwa w kółko, zupełnie tak samo jak i on przedtem biegał w kółko.

Bambi był tak stropiony, że wykonał skok w tył, jakby chciał uciekać. Wtedy matka zwróciła na niego uwagę i podniosła głowę.

— Co ci się stało? — zawołała.

Ale Bambi stracił mowę. Nie mógł znaleźć słów i bełkotał tylko:

— Tam... tam...

Matka spojrzała w tę stronę.

— Ach, tak — powiedziała — to moja kuzynka. Racja... i ona ma teraz dziecko... nie, dwoje.

Matka mówiła bardzo wesoło, teraz jednak spoważniała:

— No, no... że też Ena ma dwoje dzieci... naprawdę dwoje...

Bambi stał i gapił się. Z drugiej strony łąki ujrzał teraz postać zupełnie podobną do jego matki. Przedtem wcale jej nie zauważył. Zobaczył, jak dwie istotki mknęły tam nadal w kółko, ale widać było tylko czerwone grzbiety, cienkie czerwone smugi.

— Chodź — powiedziała matka — pójdziemy do nich, to odpowiednie towarzystwo dla ciebie.

Bambi chciał pobiec, ale ponieważ matka szła bardzo wolno i przy każdym kroku rozglądała się na wszystkie strony, więc i on kroczył powoli za nią. Był jednak bardzo podniecony i niecierpliwy.

Matka mówiła dalej:

— Dawno już o tym myślałam, że musimy przecież kiedyś spotkać Enę. „Gdzie też ona siedzi?” myślałam sobie ciągle. A wiedziałam przecież, że i ona ma dziecko. No, tego łatwo się było domyślić. Ale że ma dwoje dzieci...

Dawno już zostali zauważeni i tamci szli im naprzeciw. Bambi musiał się przywitać z ciotką, ale ciągle patrzył tylko na dzieci.

Ciotka była bardzo uprzejma.

— Tak — powiedziała do niego. — To jest Gobo, a to Falina. Możecie się bawić razem.

Dzieci stały sztywno i cicho wpatrywały się w siebie. Gobo tuż obok Faliny, Bambi naprzeciw nich. Żadne nie poruszało się. Stały i gapiły się na siebie.

— To nic — powiedziała matka — już one się zaprzyjaźnią.

— Co za ładne dziecko — odpowiedziała ciotka Ena — naprawdę, niezwykle ładne. Takie silne i taką ma dobrą postawę...

— No, ujdzie — rzekła matka skromnie. — Trzeba być zadowoloną. Ale że ty masz dwoje dzieci, Eno...

— Tak, tak, zdarza się raz tak, raz owak — wyjaśniła Ena. — Wiesz przecież, moja droga, że i dawniej już miewałam dzieci.

Matka powiedziała:

— Bambi jest moim pierwszym...

— Widzisz — pocieszyła ją Ena — może następnym razem i u ciebie będzie inaczej...

Dzieci ciągle jeszcze stały bez ruchu i przyglądały się sobie nawzajem. Żadne nie mówiło ani słowa. Nagle Falina wykonała skok i uciekła. Sprawa stała się zbyt nudna.

Bambi natychmiast pobiegł za nią. Gobo nie dał na siebie czekać.

Biegli półkolami, zawracali z błyskawiczną szybkością, potykali się o siebie nawzajem, pędzili w tę i tamtą stronę. Była to cudowna zabawa. Gdy potem zatrzymali się nagle, trochę zdyszani, byli już ze sobą zupełnie zaprzyjaźnieni. Zaczęli więc gawędzić.

Bambi opowiedział, że rozmawiał z poczciwym konikiem polnym i z pięknym motylem.

— A rozmawiałeś też z biedronką? — zapytała Falina.

Nie, z biedronką Bambi nie rozmawiał. Nie znał jej wcale, nie wiedział, co to jest.

— Ja z nią często rozmawiam — powiedziała Falina, trochę dumnie.

— A mnie kraska zwymyślała — powiedział Bambi.

— Naprawdę? — zdziwił się Gobo. — Kraska była dla ciebie taka niegrzeczna?

Gobo łatwo popadał w zdziwienie i był niezmiernie skromny.

— No — powiedział — a mnie jeż ukłuł w nos.

Ale powiedział to tylko jakby mimochodem.

— Kto to jest jeż? — zapytał Bambi uszczęśliwiony.

Wydawało mu się rzeczą cudowną stać tak tutaj, mieć przyjaciół i słyszeć tyle ciekawych rzeczy.

— Jeż to okropne stworzenie! — zawołała Falina. — Na całym ciele pokryty jest wielkimi kolcami... i bardzo jest zły!

— Nie, czy sądzisz naprawdę, że jest zły? — zapytał Gobo. — Nikomu przecież nic złego nie robi!

— Tak? — odpowiedziała Falina szybko. — A ciebie może nie ukłuł?

— Ach, to tylko dlatego, że chciałem z nim rozmawiać — rzekł Gobo pojednawczo — i tylko troszeczkę mnie ukłuł. Nie bardzo bolało.

Bambi zwrócił się do Goba:

— A dlaczego on nie chciał, żebyś z nim rozmawiał?

— On z nikim nie chce rozmawiać — wtrąciła Falina. — Gdy tylko ktoś się do niego zbliży, zaraz zwija się w kłębek i już masz ze wszystkich stron tylko kolce. Matka nasza mówi, że on jest stworzeniem, które nie chce mieć nic wspólnego ze światem.

Gobo powiedział:

— Może on się tylko boi.

Ale Falina lepiej się na tym znała:

— Mama mówi, że z takim wcale się nie należy wdawać.

Bambi zaczął nagle cichutko mówić do Goba:

— Czy ty wiesz, co to jest... niebezpieczeństwo?

Teraz i tamtych dwoje spoważniało nagle i cała trójka zbliżyła się głowami:

Gobo zastanowił się. Szczerze starał się wiedzieć, gdyż widział, jak ciekaw był Bambi jego odpowiedzi.

— Niebezpieczeństwo... — szepnął. — Niebezpieczeństwo... to jest coś złego...

— Tak — nalegał Bambi z podnieceniem — coś bardzo złego.... ale co?

Wszyscy troje drżeli z grozy.

Nagle Falina zawołała głośno i wesoło:

— Niebezpieczeństwo to jest... kiedy trzeba nagle uciekać...

I skoczyła; nie lubiła stać i bać się.

Bambi i Gobo natychmiast skoczyli za nią.

Znowu zaczęli się bawić, przewalali się po zielonym, szeleszczącym jedwabiu łąki i natychmiast zapomnieli o poważnym pytaniu. Po chwili zatrzymali się w biegu i znowu jak przedtem stanęli razem, żeby pogawędzić.

Spojrzeli w stronę swoich matek. Były one dla siebie tak samo uprzejme, pożywiały się trochę i rozmawiały spokojnym tonem.

Ciotka Ena podniosła głowę i zawołała do swoich dzieci:

— Gobo! Falino! Musimy już zaraz iść...

Matka także upomniała Bambiego:

— Chodź teraz... czas już.

— Jeszcze chwileczkę — prosiła Falina natarczywie — jeszcze tylko chwileczkę.

Bambi błagał:

— Zostańmy jeszcze! Proszę! Tak pięknie jest!

A Gobo powtórzył skromnie:

— Tak pięknie jest... jeszcze chwileczkę.

Mówili jednocześnie wszyscy troje.

Ena spojrzała na matkę.

— No, czy nie powiedziałam? Teraz nie chcą się już rozstawać.

Nagle stało się jeszcze coś, co było o wiele większe niż wszystko, co Bambi przeżył już dzisiaj.

Od strony lasu rozległ się jakiś głuchy tupot i dudnienie po ziemi. Gałęzie trzaskały, chrust szeleścił i zanim można było nastawić uszu, wyskoczyli z gęstwiny. Jeden z szumem i parskaniem, drugi ze świstem za nim. Jak wicher wybiegli z gęstwiny, zatoczyli na łące olbrzymi łuk, zniknęli z powrotem w lesie, gdzie słychać było nadal ich galop, raz jeszcze wypadli z gęstwiny i zatrzymali się nagle, oddaleni od siebie o jakieś dwadzieścia kroków.

Bambi patrzył na nich bez ruchu. Wyglądali podobnie jak matka i ciotka Ena. Ale na głowach ich migotały korony rogów, brunatnymi perłami i jasnymi, białymi zębami. Bambi był zupełnie oszołomiony. Spoglądał to na jednego, to na drugiego. Jeden był niższy, a i korona jego była mniejsza. Drugi zaś był władczo piękny. Głowę nosił wysoko i wysoko sterczała na niej korona. Migotała ona ciemnymi i jasnymi błyskami, ozdobiona była przepychem licznych czarnych i brązowych pereł i długimi, lśniąco białymi końcami.

— O! — zawołała Falina z podziwem.

Gobo powtórzył cicho:

— O!

Bambi zaś nie powiedział nic. Był zachwycony i oniemiały z zachwytu.

Dwaj przybysze poruszyli się teraz, odwrócili się tyłem do siebie, jeden w jedną stronę, drugi w drugą, i powoli powrócili do lasu. Ten o władczym wyglądzie podszedł bardzo blisko do dzieci, do matki i do ciotki Eny. W niemym przepychu kroczył naprzód, z królewską powagą wznosząc w górę uszlachconą głowę i nie zaszczycając nikogo spojrzeniem.

Dzieci nie śmiały odetchnąć, aż zniknął w gęstwinie. Obejrzały się za drugim, ale w tej samej właśnie chwili zamknęły się za nim zielone wrota lasu.

Falina pierwsza przerwała milczenie.

— Kto to był? — zawołała.

Ale jej cienki, zuchwały głosik drżał.

Gobo powtórzył ledwo dosłyszalnie:

— Kto to był?

Bambi milczał.

Ciotka Ena powiedziała uroczyście:

— To byli ojcowie.

Więcej nic już nie powiedziano i rozstano się.

Ciotka Ena wraz z dziećmi udała się zaraz tutaj w najbliższe krzaki. To była jej droga. Bambi musiał przejść z matką przez całą łąkę aż do dębu, aby dotrzeć na znajomą im ścieżkę.

Milczał długo. Wreszcie zapytał:

— Czy oni nas nie widzieli?

Matka zrozumiała, co miał na myśli, i odpowiedziała:

— Oczywiście oni widzą wszystko.

Bambi uczuł zakłopotanie. Nie miał odwagi zadawać pytań, ale czuł nieprzeparte pragnienie pytania.

Z wahaniem zaczął:

— Dlaczego...

Matka dopomogła mu:

— Co chcesz powiedzieć, moje dziecko?

— Dlaczego nie zostali przy nas?

— Oni przy nas nie zostają — odpowiedziała matka — tylko niekiedy...

Bambi ciągnął:

— Dlaczego z nami nie mówili?

Matka powiedziała:

— Teraz oni z nami nie mówią... tylko niekiedy... Trzeba czekać, aż przyjdą, i trzeba czekać, aż będą z nami mówili... jak im się spodoba.

Z zamętem w duszy zapytał Bambi:

— Czy ojciec mój będzie ze mną mówił?

— Niewątpliwie, moje dziecko — przyrzekła mu matka — kiedy będziesz dorosły, będzie z tobą mówił i wolno ci będzie niekiedy być przy nim.

Bambi szedł w milczeniu obok matki. Wszystkie jego myśli pełne były obrazu ojca.

„Jaki on jest piękny!” — myślał i ciągle na nowo: „Jaki on jest piękny!”

Matka, jakby słyszała jego myśli, powiedziała:

— Jeżeli pozostaniesz przy życiu, moje dziecko, jeżeli będziesz mądry, jeżeli będziesz unikał niebezpieczeństwa, wówczas staniesz się kiedyś tak samo silny i piękny jak twój ojciec i będziesz dźwigał taką samą koronę jak on.

Bambi westchnął głęboko. Serce rozpierało mu pierś ze szczęścia i przeczucia.