Czas upływa, a Bambi robi wiele doświadczeń, ma setki przeżyć. Codziennie zdarza się coś nowego. Niekiedy zupełnie mąci mu się w głowie, gdyż musi się tak nieprawdopodobnie dużo uczyć.
Umie już teraz nasłuchiwać. Nie tylko słuchać tego, co dzieje się tak blisko, że aż samo wpada w ucho. Nie, to nie jest naprawdę wielka sztuka. Umie już nasłuchiwać prawdziwie, rozumnie, nasłuchiwać wszystkiego, co porusza się choćby najciszej, nasłuchiwać najdelikatniejszych szelestów, jakie przynosi wiatr.
Wie na przykład, że tam przez krzaki leci bażant; zna zupełnie dokładnie ten delikatny trójtakt, który urywa się co chwila. Poznaje też słuchem myszy leśne, kiedy biegają tu i tam po swoich krótkich drogach. Dalej krety, kiedy są w dobrym humorze i gonią się w kółko pod krzakiem bzu, aż wszystko świszczy dokoła. Zna śmiały, głośny krzyk sokołów, a po ich gniewnie zmienionym tonie poznaje zbliżanie się jastrzębia albo orła, na którego się gniewają, gdyż obawiają się, że mógłby im odebrać ich teren łowów. Zna klekot skrzydeł gołębi leśnych, piękny, daleki szelest lecących kaczek i wiele, wiele innych jeszcze.
Uczy się też powoli wietrzyć. Niedługo będzie to umiał tak samo dobrze jak jego matka. Potrafi wciągać w nozdrza powietrze i niejako rozkładać je rozumem na części. „O, to jest koniczyna i wiecha — powiada sobie, gdy wiatr wieje od strony łąki — tak, a teraz jest tam także przyjaciel zając; poznaję to doskonale”.
Potem znowu wśród zapachów liści, ziemi, czosnku i marzanki poznaje, że gdzieś przechodzi tchórz; schylając nos do ziemi i badając dokładnie, poznaje, że przechodził tędy lis, albo powiada sobie: „Gdzieś tu w pobliżu są krewni, ciotka Ena z dziećmi”.
Zapoznał się już doskonale z nocą i nie odczuwa już tak wielkiego pragnienia biegania podczas jasnego dnia. Bardzo chętnie wyleguje się teraz za dnia w małej, mrocznej, liściastej izdebce przy matce. Słyszy, jak powietrze gotuje się z gorąca, i zasypia.
Od czasu do czasu budzi się, nasłuchuje i wietrzy, jak należy. Wszystko w porządku. Tylko małe kraski gawędzą trochę ze sobą, piegże, które prawie nigdy nie milkną, rozmawiają półgłosem, a turkawki nie przestają deklamować swoich entuzjastycznych czułości. Co go to obchodzi? Zasypia znowu.
Noc bardzo mu się teraz podoba. Wszystko jest wesołe, wszystko w ruchu. Oczywiście i w nocy trzeba się mieć na baczności, ale jest się jednak ufniejszym i można chodzić, gdzie się chce.
I wszędzie spotyka się znajomych, którzy także są bardziej beztroscy niż za dnia.
W nocy las jest uroczysty i cichy. Kilka tylko głosów odzywa się w tej ciszy, ale i one brzmią inaczej niżeli dźwięki dnia i sprawiają silniejsze wrażenie.
Bambi bardzo lubi sowę. Lata ona tak wytwornie, zupełnie bez szelestu, zupełnie leciutko. Motyl sprawia tyleż hałasu, co ona, a jest ona przecież tak niezmiernie wielka. Ma też tak wyrazistą twarz, tak określoną, tak myślącą, i takie cudowne oczy. Bambi podziwia jej mocne, spokojne i odważne spojrzenie. Chętnie przysłuchuje się jej, kiedy rozmawia z jego matką czy z kimś innym. Bambi stoi wówczas na uboczu, lęka się trochę tego rozkazującego wzroku, który tak podziwia, niewiele też rozumie z tych mądrych rzeczy, które sowa mówi, ale wie, że to są mądre rzeczy, i to go wprawia w zachwyt, budzi w nim taką cześć dla sowy.
A potem sowa zaczyna śpiewać. „Haa-ah — ha-ha-ha — haa-ah!” — śpiewa. Brzmi to zupełnie inaczej niż pieśń drozda albo wilgi, inaczej niż przyjacielski odzew kukułki, ale Bambi lubi śpiew sowy, gdyż wyczuwa w nim jakąś tajemniczą powagę, jakąś niewysłowioną mądrość i jakiś zagadkowy smętek.
Jest także puszczyk, cudowny, mały smyk. Szczwany, wesoły i niezmiernie ciekawy. Ambicją jego jest zwracać na siebie uwagę. „Uj-iik! Uj-iik!” — woła zdławionym, okropnie hałaśliwym głosem. Kiedy się to słyszy, ma się wrażenie, że puszczyk jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. A on tymczasem jest w cudownym humorze i cieszy się szalenie, kiedy się ktoś przeraża. „Uj-iik!” – krzyczy tak okropnie głośno, że słychać to w całym lesie o pół godziny drogi. A potem śmieje się, gruchając cicho, ale to słychać tylko, jeżeli się stoi bardzo blisko niego.
Bambi doszedł rychło do wniosku, że puszczyk cieszy się, kiedy się ktoś przeraża albo kiedy ktoś sądzi, że stało mu się coś złego. Od tego czasu, ilekroć Bambi znajdzie się przypadkowo w pobliżu puszczyka, nie omieszka nigdy nadbiec szybko i zapytać:
— Czy coś się panu stało?
Albo mówi z westchnieniem:
— Ach, jakże się przeraziłem!
Wówczas puszczyk jest niezmiernie zadowolony.
— Tak, tak — mówi ze śmiechem — brzmi to niezmiernie rozpaczliwie.
Kiedy nastroszy pióra, wygląda zupełnie jak szara, miękka kula i jest czarująco piękny.
Była też kilka razy burza. Za dnia i w nocy. Za pierwszym razem była za dnia, a Bambi czuł, jak ogarniał go lęk, kiedy w jego liściastej izdebce stawało się coraz ciemniej. Miał wrażenie, jakby podczas dnia spadła z nieba noc.
A kiedy potem wicher, wyjąc, rozszalał się po lesie, aż nieme drzewa poczęły głośno jęczeć, Bambi drżał ze strachu. A kiedy zapłonęły błyskawice, kiedy zahuczał grzmot, Bambi z przerażenia odchodził od przytomności i przypuszczał, że świat rozpadnie się teraz na strzępy.
Biegł za matką, która zerwała się trochę oszołomiona i kręciła się tu i tam po gęstwinie. Nie mógł myśleć, nie mógł się opanować.
Potem deszcz lunął potokami. Wszystko pochowało się, las opustoszał, nie było ucieczki. W najgęstszych nawet zaroślach było się smaganym przez szalejącą wodę.
Ale błyskawice ustały, ogniste ich promienie nie zapalały się już między wierzchołkami drzew; grzmot oddalił się, słychać już było tylko z daleka jego pomruk, a niebawem zamilkł zupełnie.
Teraz deszcz stał się łagodniejszy. Jego przeciągły szmer brzmiał jeszcze równomiernie i mocno przez godzinę, las stał, dysząc głęboko wśród ciszy, zalewany potokami deszczu, a nikt nie czuł już lęku. To uczucie minęło, deszcz zmył je.
Nigdy jeszcze matka nie poszła z Bambim tak wcześnie na łąkę, jak tego wieczora. Właściwie nie był to jeszcze wcale wieczór. Słońce stało jeszcze wysoko na niebie, powietrze było pokrzepiająco świeże, pachniało silniej niż zwykle, a las śpiewał tysiącem głosów, gdyż wszyscy powyłazili ze swoich kryjówek i biegali dokoła, opowiadając sobie nawzajem z zapałem, co to oni przed chwilą przeżyli.
Zanim wyszli na łąkę, przechodzili obok wielkiego dębu, który stał na samym skraju lasu, tuż przy ich ścieżce. Gdy szli na łąkę, musieli zawsze mijać to piękne, wielkie drzewo.
Teraz na jednej z gałęzi siedziała wiewiórka, która ich powitała.
Bambi żył z wiewiórką w wesołej przyjaźni. Z powodu jej czerwonej sukienki przy pierwszym spotkaniu uznał ją za bardzo małą sarenkę i przyglądał się jej stropiony. Ale Bambi był wtedy jeszcze naprawdę niezmiernie dziecinny i po prostu nie znał się na niczym. Od pierwszej chwili wiewiórka nadzwyczajnie mu się spodobała. Była tak wyjątkowo uprzejma, tak mile rozmowna, że Bambi podziwiał z zachwytem jej cudowną umiejętność baraszkowania, wspinania po gałęziach, skakania i huśtania się. Podczas rozmowy biegała w górę i na dół po gładkim pniu drzewa, jakby to było nic. Albo siedziała wyprostowana na chwiejącej się gałęzi, opierając się wygodnie o swoją puszystą kitę, sterczącą za nią pionowo, pokazywała białą pierś, zgrabnie poruszała małymi przednimi łapkami, przechylała główkę na wszystkie strony, śmiała się wesołymi oczyma i bez przerwy mówiła mnóstwo zabawnych albo zajmujących rzeczy.
Właśnie w tej chwili zeszła z drzewa, tak szybko i w takich skokach, iż można było pomyśleć, że spadnie przechodniowi na głowę. Z zapałem potrząsała długą, czerwoną kitą i powitała ich już z góry:
— Dzień dobry! Dzień dobry! Jak to pięknie, że przechodzicie tędy!
Matka i Bambi przystanęli.
Wiewiórka zbiegła po gładkim pniu.
— No — zaczęła gawędzić — ...czy dobrze przetrwaliście tę sprawę? Naturalnie, widzę przecież, że wszystko jest w najlepszym porządku. A to jest ostatecznie najważniejsze.
Z błyskawiczną szybkością wbiegła znowu z powrotem po pniu, mówiąc przy tym.
— Nie, tam na dole jest mi jednak za wilgotno. Zaczekajcie, poszukam sobie miejsca, gdzie jest lepiej. Mam nadzieję, że wam to nie przeszkadza? Dziękuję bardzo! Od razu sobie pomyślałam, że wam to na pewno nie przeszkadza. A przecież i stąd można wygodnie rozmawiać.
Biegła tam i z powrotem po prostej gałęzi.
— To dopiero porządki — ciągnęła. — Cóż to był za hałas, cóż to był za skandal! No, możecie sobie wyobrazić, jak się przestraszyłam. Wcisnęłam się cichutko w jakiś kącik i nie śmiałam się poruszyć. Najgorsze jest siedzieć tak i nie ruszać się. Ma się przecież nadzieję, że nic się nie stanie, no, a moje drzewo jest w takich wypadkach znakomite... nie, nic się tu nie może stać, moje drzewo jest znakomite... to muszę przyznać. Jestem zadowolona. Choćbym nie wiedzieć jak daleko biegała dokoła, nie pragnę innego drzewa. Ale kiedy przychodzi taka burza jak dzisiaj, jest się jednak okropnie zdenerwowaną.
Wiewiórka siedziała na gałęzi, oparta o swój piękny, sterczący ogon, pokazywała białą pierś i uczuciowo przyciskała obie przednie łapki do serca. Nietrudno było uwierzyć, że się zdenerwowała.
— Idziemy teraz na łąkę — powiedziała matka — żeby się osuszyć na słońcu.
— O, to doskonały pomysł — zawołała wiewiórka. — Pani jest taka mądra, naprawdę, zawsze mówię, że pani jest taka mądra!
Jednym skokiem znalazła się na wyższej gałęzi.
— Nie może pani zrobić nic lepszego, jak iść teraz na łąkę — zawołała stamtąd.
Potem lekkimi skokami poczęła biegać z gałęzi na gałąź ku koronie drzewa.
— I ja pójdę wyżej, gdzie będę miała słońce — mówiła z zadowoleniem — przemokło się przecież zupełnie! Pójdę na sam wierzchołek!
Nie troszczyła się już wcale, czy się ją jeszcze słucha.
Łąka była już dość ożywiona. Przyjaciel zając siedział już, otoczony całą swoją rodziną. Ciotka Ena stała z dziećmi i z kilkoma znajomymi. Dzisiaj ujrzał też Bambi ponownie ojców. Nadchodzili powoli z lasu, jeden stąd, jeden stamtąd, nawet jakiś trzeci zjawił się także. Powoli przechadzali się skrajem lasu po łące, tam i z powrotem, każdy na swoim miejscu. Na nikogo nie zwracali uwagi, ba, nawet ze sobą nie rozmawiali.
Bambi często spoglądał w ich stronę, ze czcią i z zaciekawieniem.
Potem rozmawiał z Faliną, z Gobem i z kilkorgiem innych dzieci. Powiedział, że mogliby się trochę pobawić. Wszystkie dzieci zgodziły się natychmiast i zaczęło się bieganie w kółko.
Falina okazała się najweselsza ze wszystkich. Była tak rześka i żwawa, a coraz to wpadały jej do głowy inne pomysły. Ale Gobo szybko poczuł zmęczenie. Okropnie zląkł się przedtem burzy, dostał od tego bicia serca i trwało to jeszcze teraz. Gobo był w ogóle trochę słabowity, ale Bambi lubił go, gdyż był tak dobry i tak usłużny, i zawsze trochę smutny, chociaż nie dawał tego poznać po sobie.