tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 6

Czas upływa, a Bambi uczy się, jak miły smak mają kity traw, jak delikatne są pąki liści i jak słodka koniczyna. Kiedy tuli się do matki, aby się orzeźwić mlekiem, zdarza się często, że matka odpycha go.

— Nie jesteś już małym dzieckiem — mówi.

Czasami mówi nawet po prostu:

— Idź sobie, daj mi spokój.

Zdarza się niekiedy, że w małej ich izdebce leśnej matka wstaje nagle, wstaje pośród dnia i odchodzi, nie oglądając się wcale, czy Bambi idzie za nią czy nie. Czasami też, kiedy wędrują po znajomych ścieżkach, bywa, że matka jakby nie spostrzegała wcale, czy Bambi jest za nią i grzecznie biegnie w jej tropy.

Pewnego dnia matka znikła. Bambi nie wie, jak to było możliwe, zupełnie sobie tego nie umie wytłumaczyć. Ale matki nie ma i Bambi jest po raz pierwszy sam.

Dziwi się najpierw, potem staje się niespokojny, ogarnia go lęk i trwoga, zaczyna żałośnie tęsknić. Stoi smutny bardzo i woła. Nikt nie odpowiada, nikt nie przychodzi.

Bambi nadsłuchuje, wietrzy. Nic.

Woła znowu. Cichutko, żarliwie, błagalnie woła:

— Mamo... Mamo...

Daremnie.

Teraz ogarnia go rozpacz, nie może już tego wytrzymać i zaczyna iść.

Wędruje wzdłuż ścieżki, którą zna dobrze, przystaje i woła, idzie znowu dalej, wahającym się krokiem, lękliwie i bezradnie. Jest bardzo smutny.

Idzie coraz dalej i dochodzi do ścieżek, po których jeszcze nigdy nie chodził, przybywa do okolic, które są mu zupełnie obce. Nie orientuje się już wcale.

Nagle słyszy dwa głosiki dziecięce, które wołają tak samo, jak on:

— Mamo... Mamo!...

Bambi przystaje i nasłuchuje.

Naprawdę to Gobo i Falina. To niewątpliwie oni.

Szybko biegnie w kierunku tych głosów i niebawem dostrzega czerwone sukienki migoczące między liśćmi.

Gobo i Falina. Oto stoją tam posępnie obok siebie pod ligustrem i wołają:

— Mamo... Mamo!...

Ucieszyli się, słysząc szelest w krzakach. Ale kiedy poznają Bambiego, są rozczarowani. A jednak cieszą się trochę i na jego widok. A Bambi jest rad, że nie jest już tak zupełnie sam.

— Moja matka znikła — mówi Bambi.

— Nasza także znikła — odpowiada Gobo żałośnie.

Spoglądają po sobie i są zupełnie oszołomieni.

— Gdzież one mogą być? — pyta Bambi.

Jest bliski płaczu.

— Nie wiem — wzdycha Gobo.

Serce mu bije, czuje się okropnie.

Nagle Falina mówi:

— Zdaje mi się... że one są u ojców...

Gobo i Bambi spoglądają na siebie stropieni. Natychmiast ogarnia ich uczucie czci.

— Myślisz... że u ojców?... — pyta Bambi i drży na całym ciele.

Falina drży tak samo, ale robi znaczącą minkę. Zachowuje się jak ktoś, kto wie więcej, niż chce zdradzić. Oczywiście nie wie nic; nie wie nawet, skąd jej to na myśl przyszło.

Ale gdy Gobo pyta teraz:

— Naprawdę?

Falina robi mądrą minkę i powtarza tajemniczo:

— Tak, jestem pewna.

To jest przynajmniej przypuszczenie, nad którym można się zastanowić. Mimo to Bambi nie uspokaja się wcale. Nie może się teraz zresztą zastanawiać, jest zbyt podniecony i zbyt smutny.

Odchodzi. Nie może ustać na miejscu. Falina i Gobo towarzyszą mu kawałek. Wszyscy troje wołają:

— Mamo... Mamo...

Ale potem Gobo i Falina zatrzymują się; nie mają odwagi iść dalej.

Falina mówi:

— Po co? Mama wie, gdzie jesteśmy. Zostańmy więc tutaj, żeby nas znalazła, kiedy wróci.

Bambi idzie sam. Przedziera się przez gąszcz i dochodzi do małej polanki. Na środku tej polanki Bambi zatrzymuje się. Staje nagle jak przykuty i nie może się poruszyć z miejsca.

Tam, na skraju polanki, w wysokim krzaku leszczyny, stoi jakaś postać. Bambi nigdy nie widział takiej postaci. Jednocześnie powietrze przynosi mu zapach, jakiego nigdy jeszcze nie czuł. Jest to obcy zapach, ciężki i ostry i podniecający, doprowadzający do szaleństwa.

Bambi wpatruje się w tę postać. Jest ona dziwnie wyprostowana, dziwnie wąska i ma bladą twarz, która przy nosie i dokoła oczu jest zupełnie naga. Przeraźliwie naga. Okropna groza płynie z tej twarzy. Zimny strach. Twarz ta posiada jakąś potworną siłę, obezwładniającą siłę. Patrzeć w tę twarz — to męka nie do zniesienia, a jednak Bambi stoi w miejscu i nie odwraca od niej wzroku.

Postać stoi długo bez ruchu. Potem wysuwa jedną nogę, nogę, która jest zupełnie wysoko, tuż przy twarzy. Bambi wcale nie zauważył, że ta noga tam jest. Ale teraz, kiedy ta straszliwa noga wysuwa się prosto w powietrze, Bambi zostaje samym tym ruchem zmieciony jak puszek przez wiatr. Z błyskawiczną szybkością wpada z powrotem w gęstwinę, tam, skąd przyszedł. I biegnie.

Nagle i matka jest przy nim. Skacze obok niego przez krzaki i pnie. Biegną oboje, ile sił w nogach. Matka prowadzi, zna drogę, a Bambi pędzi za nią. Biegną tak, aż oboje stają przed swoją izbą.

— Widziałeś?... — pyta matka cicho.

Bambi nie może odpowiedzieć, nie złapał jeszcze tchu. Kiwa tylko głową.

— To... był... ON! — mówi matka.

I wzdragają się oboje.