tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 7

Bambi nieraz jeszcze zostawał sam. Ale nie lękał się już tego tak bardzo, jak za pierwszym razem. Matka znikała, a choćby wtedy wołał, ile chciał, nie przychodziła. Ale niespodzianie zjawiała się znowu i była przy nim jak zwykle.

Pewnej nocy chodził znowu po lesie zupełnie opuszczony. Nie znalazł nawet Goba i Faliny.

Niebo przybrało już barwę bladoszarą, zaczęło już świtać, tak że ponad niskimi krzakami widoczne się już stały wierzchołki drzew. Nagle coś zaszeleściło w zaroślach, długa smuga szelestu przebiegła przez liście i matka przemknęła przed Bambim. Tuż za nią pędził ktoś inny. Bambi nie wiedział, kto to był, ciotka Ena czy ojciec, w każdym razie ktoś za nią gonił. Ale matkę poznał od razu mimo całej szybkości, z jaką obok niego przemknęła. Usłyszał jej głos. Krzyczała, a Bambiemu zdawało się, że krzyczała z bólu, chociaż miał wrażenie, że w krzyku jej brzmiało też sporo lęku.

Kiedy indziej było to za dnia.

Bambi wałęsał się po gęstwinach godzinami. Wreszcie zaczął nawoływać. Nie dlatego, żeby się bał. Po prostu nie chciał być dłużej sam i czuł, że niedługo ogarnie go posępny nastrój. Zaczął więc wołać matki.

Nagle stanął przed nim jeden z ojców i spojrzał na niego surowo. Bambi nie słyszał, jak ojciec nadchodził, i przeraził się. Starzec miał wygląd potężniejszy niż inni, był wyższy i dumniejszy. Sierść jego płonęła głęboką, ciemną czerwienią, ale twarz połyskiwała już srebrzyście; wysoka korona, ozdobiona czarnymi perełkami, wznosiła się potężnie nad ruchliwymi uszami.

— Dlaczego krzyczysz? — zapytał starzec surowo.

Bambi zadrżał z szacunku i nie śmiał odpowiedzieć.

— Twoja matka nie ma teraz czasu dla ciebie! — ciągnął starzec.

Bambi był zupełnie zmiażdżony tym władczym głosem, ale zarazem podziwiał go.

— Czy nie potrafisz być sam? Wstydź się!

Bambi chciał odpowiedzieć, że oczywiście potrafi być sam, że nieraz już bywał sam, ale nie mógł wydobyć głosu. Był posłuszny i wstydził się okropnie.

Starzec odwrócił się i zniknął. Bambi nie wiedział, jak i dokąd poszedł, nie wiedział, czy odszedł szybko czy wolno. Po prostu zniknął, tak samo nagle jak się zjawił.

Bambi nasłuchiwał z wytężeniem, ale nie słyszał oddalających się kroków, nie słyszał poruszanych w chodzie liści. Pomyślał więc, że starzec musi być jeszcze bardzo blisko, i począł węszyć na wszystkie strony, badając powietrze. Ale nie przyniosło mu ono jakiegokolwiek zapachu.

Bambi odetchnął z ulgą, gdyż był teraz znowu sam, ale jednocześnie uczuł silne pragnienie ujrzenia starca jeszcze raz i zdobycia jego zadowolenia.

Kiedy matka wróciła potem, nie wspomniał jej o tym spotkaniu. Nie wołał jej też więcej, gdy znowu znikła. Chodząc sam po lesie, myślał o starcu; pragnął gorąco spotkać go teraz. Powiedziałby do niego:

— Widzi pan, już nie wołam.

A starzec pochwaliłby go.

Ale kiedy się spotkał na łące z Gobem i Faliną, opowiedział im o starcu. Słuchali z największym zaciekawieniem i nie mogli przytoczyć żadnego własnego przeżycia, które by temu dorównywało.

— Nie bałeś się? — zapytał Gobo z podnieceniem.

Owszem! Bambi przyznał, że się bał. Ale tylko trochę.

— Ja bym się okropnie bał — oświadczył Gobo.

Bambi odpowiedział, że nie, że on się bardzo nie bał, gdyż starzec był cudowny.

A Gobo na to:

— Mnie by to mało pomogło. Ze strachu nie byłbym zdolny spojrzeć nawet na niego. Kiedy się boję, zaraz tak mi migocze przed oczyma, że nic nie widzę, a serce bije mi tak mocno, że nie mogę oddychać.

Falina zamyśliła się bardzo przy opowiadaniu Bambiego i nie powiedziała nic.

Ale kiedy spotkali się następnym razem, Gobo i Falina nadbiegli w wielkim pośpiechu. Byli znowu sami, podobnie jak Bambi.

— Szukamy cię już od dłuższego czasu — zawołał Gobo.

— Tak — powiedziała Falina z powagą — gdyż wiemy już teraz dokładnie, kim był ten, kogo widziałeś.

Bambi aż podskoczył z zaciekawienia.

— Kim?!...

Falina oznajmiła uroczyście:

— Był to stary książę.

— Skąd wiecie? — nalegał Bambi.

— Od naszej matki! — odpowiedziała Falina.

Bambi okazał wielkie zdziwienie.

— Więc opowiedzieliście jej o tym?

Gobo i Falina potakująco skinęli głowami.

— Przecież to była tajemnica! — zawołał Bambi oburzony.

Gobo usprawiedliwił się natychmiast:

— To nie ja. Falina to zrobiła.

Ale Falina zawołała wesoło:

— Ach, co tam, tajemnica! Chciałam wiedzieć, kto to jest. Teraz wiemy już, a to jest o wiele bardziej zajmujące!

Bambi palił się z ciekawości, aby się dowiedzieć wszystkiego, i był już ułagodzony.

Falina opowiedziała mu, czego się dowiedziała.

— Jest on najdostojniejszy w całym lesie. Jest księciem. Nie ma drugiego, który by był do niego podobny. Nikt nie potrafi powiedzieć, gdzie on mieszka. Nikt nie umie wymienić jego krewnych. Nieliczni tylko widzieli go kiedykolwiek. Czasami powiadano już nawet, że nie żyje, gdyż nie widziano go tak długo, że uwierzono w jego śmierć. Ale potem nagle ukazywał się znowu, na chwilę, i w ten sposób dowiadywano się, że jeszcze żyje. Nikt nie odważył się nigdy zapytać go, gdzie był. Nie rozmawia z nikim i nikt nie śmie przemówić do niego. Chodzi drogami, po których nikt inny nie chodzi; zna las aż do najdalszych krańców. I nie ma dla niego niebezpieczeństwa. Inni książęta niekiedy walczą między sobą, czasami tylko dla próby albo dla żartu, czasami jednak poważnie. Z nim od wielu lat nikt już nie walczył. A z tych, co niegdyś z nim walczyli, przed dawnymi czasy, tak, z tych ani jeden już nie żyje. On jest wielkim księciem.

Bambi wybaczył Gobowi i Falinie, że wygadali się przed swoją matką z jego tajemnicą. Był z tego nawet zadowolony, gdyż dzięki temu przecież dowiedział się tych wszystkich ważnych rzeczy. Cieszył się jednak, że Gobo i Falina nie wiedzieli wszystkiego dokładnie. Nie wiedzieli, że wielki książę powiedział: „Czy nie potrafisz być sam?”, że powiedział: „Wstydź się!”.

Bambi był teraz rad, że zataił te karcące słowa. Gobo i Falina opowiedzieliby o tym swojej matce tak samo jak o innych szczegółach, a wtedy wszyscy by o tym mówili.

Tej nocy, kiedy wzeszedł księżyc, matka Bambiego znowu powróciła.

Stanęła nagle pod wielkim dębem na skraju łąki i rozejrzała się za Bambim.

Bambi spostrzegł ją natychmiast i podbiegł do niej.

Tej nocy przeżył Bambi znowu coś nowego.

Matka była zmęczona i głodna. Nie chodzili tak daleko po lesie, jak zwykle. Matka najadła się na łące, gdzie i Bambi spożywał najczęściej posiłki. Wspólnie połasuchowali jeszcze trochę przy krzakach i w ten sposób przy miłym posiłku szli coraz głębiej w las.

Nagle przez krzaki przebiegł jakiś potężny szelest. Zanim Bambi zdążył się zorientować, co się dzieje, matka jego zaczęła krzyczeć głośno, jak czasami, gdy była bardzo przerażona albo gdy z oszołomienia straciła panowanie nad sobą.

— A-och! — zawołała, podskoczyła, przystanęła i zawołała znowu:

— A-och! Ba-och!

Teraz ujrzał Bambi potężne postacie, które mijały ich z wielkim szelestem. Przechodziły one bardzo blisko. Były zupełnie podobne do Bambiego i jego matki, do ciotki Eny i wszystkich innych z ich rodu, ale były olbrzymie, były tak wielkiego wzrostu, że trzeba było na nie spoglądać w górę z oszołomieniem.

Bambi zaczął także zawodzić.

— A-och... Ba-och... ba-och!

Nie zdawał sobie niemal sprawy, że krzyczał, ale po prostu nie mógł inaczej.

Pochód przesunął się obok nich powoli. Trzy, cztery olbrzymie postacie, jedna za drugą. Na końcu szedł jeden, który był jeszcze większy od innych, miał na karku dziką grzywę, a na głowie koronę jak całe drzewo.

Widok ten pozbawiał tchu.

Bambi stał nieruchomo, jęcząc całą piersią, gdyż czuł się tak niesamowicie, jak nigdy jeszcze. Bał się, ale w jakiś szczególny sposób. Wydawał się sobie samemu żałośnie małym, a nawet matka wydawała mu się nędznie umniejszona. Wstydził się, nie wiedząc dlaczego, ale zarazem wstrząsał nim dreszcz grozy, tak że zawodził ciągle:

— Ba-och... ba-a-och!

Kiedy tak krzyczał, doznawał ulgi.

Pochód przeszedł. Już go nie było widać ani słychać. Matka milczała także. Tylko Bambi od czasu do czasu pobekiwał krótko. Ciągle jeszcze wstrząsał nim dreszcz.

— Uspokój się już — powiedziała matka — odeszli przecież.

— O, mamo — szepnął Bambi — kim oni byli?

— Ach, właściwie nie jest to wcale takie niebezpieczne — powiedziała matka. — To byli nasi wielcy krewni... tak... są oni wielcy i bardzo wytworni... jeszcze bardziej wytworni niż my...

— I nie są niebezpieczni? — zapytał Bambi.

— Zazwyczaj nie — wyjaśniła matka. — Co prawda niejedno się już podobno zdarzyło. Mówią o tym to i owo, ale ja nie wiem, czy w tych wszystkich historiach jest coś prawdy. Mnie nigdy jeszcze nie zrobili nic złego, tak samo nikomu z moich znajomych.

— Dlaczego mieliby nam zrobić coś złego — zapytał Bambi — jeżeli są naszymi krewnymi?

Starał się zachować spokój, ale ciągle jeszcze drżał na całym ciele.

— Nie, z pewnością nie zrobią nam nic złego — odpowiedziała matka — ale nie wiem dlaczego, przerażam się jednak za każdym razem, kiedy ich widzę. Po prostu nie mogę tego zrozumieć. Za każdym razem dzieje się ze mną to samo.

Rozmowa ta stopniowo ułagodziła przerażenie Bambiego, ale stał się dziwnie zamyślony. Tuż nad nim w gałęziach olchy puszczyk wydawał donośne okrzyki. Ale Bambi był roztargniony i zapomniał udawać dzisiaj, że się tym przestraszył.

Mimo to puszczyk nadleciał zaraz bliżej i zapytał:

— Czy nie przestraszyłem pana może?

— Oczywiście — odpowiedział Bambi — zawsze mnie pan przestrasza.

Puszczyk roześmiał się cicho. Był zadowolony.

— Mam nadzieję, że nie weźmie mi pan tego za złe — powiedział — taka już jest moja natura.

Nadął się tak, że wyglądał jak kula, zanurzył dziób w miękkim jak puch pierzu i zrobił bardzo miłą i poważną minę. Był zadowolony.

Bambi wyspowiadał się przed nim:

— Wie pan — zaczął przemądrzale — przed chwilą właśnie przeżyłem wielki strach.

— Tak? — zapytał puszczyk niechętnie.

Bambi opowiedział mu o spotkaniu z olbrzymimi krewnymi.

— Niech mi pan da spokój z krewnymi — zawołał puszczyk. — I ja mam krewnych. Ale niech no się tylko gdziekolwiek pokażę za dnia, zaraz mnie napadają. Nie, krewni są w ogóle do niczego. Jeżeli są więksi od nas, są do niczego, a jeżeli są mniejsi od nas, tym bardziej są do niczego. Jeżeli są więksi od nas, nie lubimy ich, ponieważ są dumni, a jeżeli są mniejsi od nas, wtedy oni nas nie lubią, gdy wtedy my jesteśmy dumni. Nie, nie chcę nawet słyszeć o krewnych.

— Ale... ja moich krewnych wcale nie znam... — powiedział Bambi lękliwie i tęsknie. — Nigdy o nich nie słyszałem, a dzisiaj widziałem ich po raz pierwszy.

— Niech się pan o nich nie troszczy — zawołał puszczyk. — Niech mi pan wierzy, że tak jest najlepiej. Krewni nigdy nie są tak dobrzy jak przyjaciele. Widzi pan, my dwaj wcale nie jesteśmy spokrewnieni, ale jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi, a to jest bardzo miłe.

Bambi chciał jeszcze coś powiedzieć, ale puszczyk ciągnął:

— Mam w tych sprawach własne doświadczenia. Pan jest jeszcze młody. Niech mi pan wierzy, ja się na tym lepiej znam. Zresztą nie mam najmniejszego zamiaru wtrącać się do spraw rodzinnych.

Tak znacząco wykręcił oczy i tak dostojnie wyglądał ze swoją poważną miną, że Bambi milczał przez skromność.