tłum. Marceli Tarnowski

Rozdział 9

Z wielkiego dębu na skraju łąki spadały liście. Spadały ze wszystkich drzew.

Jedna gałąź dębu sterczała wysoko ponad innymi i sięgała daleko na łąkę. Na najdalszym jej krańcu uczepione były dwa liście.

— Nie jest już tak jak dawniej — mówił jeden liść do drugiego.

— Nie — odpowiedział drugi. — Dzisiejszej nocy znowu tak wiele z nas odeszło... jesteśmy już prawie jedyni na naszej gałęzi.

— Nie wiadomo, kogo to dosięgnie — powiedział pierwszy. — Kiedy było jeszcze ciepło i słońce grzało mocno, zdarzał się niekiedy wicher albo ulewa i wiele z nas już wtedy było zrywanych, chociaż były jeszcze młode. Nie wiadomo, kogo to dosięgnie.

— Teraz słońce rzadko świeci — westchnął drugi liść — a kiedy nawet świeci, nie daje już siły. Trzeba by mieć nowe siły.

— Czy też to prawda — odezwał się pierwszy — czy też to prawda, że kiedy nas już nie będzie, przyjdą na nasze miejsce inne, a potem znowu inne, i tak ciągle, ciągle...

— Niewątpliwie jest to prawda — szepnął drugi — niepodobna sobie wcale wyobrazić... to przechodzi nasze pojęcia...

— I budzi to też zbyt wielki smutek — dodał pierwszy.

Milczały przez dłuższy czas.

Potem pierwszy liść powiedział cicho, jakby do siebie:

— Co się dzieje z nami, kiedy opadamy?

— Lecimy na dół...

— Co jest na dole?

Pierwszy liść odpowiedział:

— Nie wiem. Jeden mówi, że to, inny mówi, że tamto... ale nikt nie wie właściwie.

Drugi zapytał:

— Czy czuje się jeszcze coś, czy wie się jeszcze coś o sobie, kiedy się jest na dole?

Pierwszy odpowiedział:

— Któż to może wiedzieć? Żaden jeszcze z tych liści, co spadły na dół, nie powrócił jeszcze na górę, aby móc o tym opowiedzieć.

Zamilkły znowu.

Potem pierwszy liść czule przemówił do drugiego:

— Nie trap się tak bardzo, drżysz przecież cały.

— Daj spokój — odpowiedział drugi — łatwo teraz popadam w drżenie. Nie czuję się już tak mocno na swoim miejscu.

— Nie mówmy więcej o takich rzeczach — powiedział pierwszy liść.

Drugi odpowiedział:

— Nie... nie mówmy o tym... Ale... w takim razie o czym mamy mówić?...

Zamilkł, a po chwili ciągnął:

— Kto też z nas dwóch najpierw będzie musiał spaść?...

— Na to mamy jeszcze czas — ułagodził go pierwszy. — Wspominajmy teraz lepiej, jak pięknie było przedtem, jak cudownie! Kiedy zjawiało się słońce i ogrzewało nas, aż się tryskało zdrowiem. Pamiętasz jeszcze? I ta rosa w porannych godzinach... i te łagodne, wspaniałe noce...

— Teraz noce są okropne — biadał dalej drugi liść — i wcale się nie kończą.

— Nie powinniśmy się skarżyć — rzekł pierwszy łagodnie — żyliśmy dłużej niż wiele, wiele innych.

— Zmieniłem się chyba bardzo? — zapytał drugi liść nieśmiało, ale natarczywie.

— Ani trochę — zapewnił go pierwszy. — Mówisz tak pewnie dlatego, że ja stałem się taki żółty i brzydki. Nie, u mnie to coś zupełnie innego...

— Ach, daj spokój — przerwał drugi.

— Nie, naprawdę — powtórzył pierwszy z zapałem — uwierzże mi nareszcie! Jesteś tak samo piękny, jak pierwszego dnia. Tu i ówdzie masz może jakąś żółtą plamkę, której nawet spostrzec niepodobna, a która cię zresztą tylko upiększa. Uwierzże mi nareszcie!

— Dziękuję ci — szepnął drugi liść wzruszony. — Nie wierzę ci... niezupełnie... ale dziękuję ci, że jesteś taki dobry... zawsze byłeś dla mnie dobry... teraz dopiero rozumiem w całej pełni, jaki byłeś dla mnie dobry...

— Milczże — powiedział pierwszy liść i sam zamilkł także, gdyż ze zmartwienia nie mógł więcej mówić.

Milczały teraz oba.

Godziny mijały.

Wilgotny wiatr, zimny i wrogi, uderzał o wierzchołki drzew.

— Ach... teraz... — powiedział drugi liść — ...ja...

W tej chwili głos jego urwał się. Łagodnie oderwał się ze swego miejsca i poszybował w dół.

Teraz była zima.